kultura bez tabu jest kwadratowym kołem

Mix

środa, 01 stycznia 2014

Zamiast podsumowywać miniony rok (nigdy nie byłam dobra w takich zabawach, może dlatego, że jestem na bakier z mierzeniem upływu czasu i zupełnie nie czuję, żeby następowała jakaś zmiana), postanowiłam się przyjrzeć, co ma nam do zaoferowania 2014. Nie będzie to kompletny przegląd, bo siedzielibyśmy tutaj do lutego, a i pretendować do dobrej znajomości rynku gier czy komiksów nie zamierzam. Nie będę też pisała o powracających produkcjach telewizyjnych. Chcę się skupić na nowościach – serialowych, filmowych i książkowych.

The Red Road

Na małym ekranie rok zaczyna się mocno. Już 10 stycznia na SyFy startuje Helix – thriller science fiction, do którego produkcji rękę przyłożył Ronald D. Moore. Mam nadzieję, że nie muszę tego pana przedstawiać żadnemu fanowi BSG. Moore zaangażowany jest też w produkcję serialowej wersji Outlandera Diany Gabaldon, również zaplanowanej na 2014, i szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak zareagować na informację, że ktoś postanowił to-to przenieść na ekran. 12 stycznia polowanie na seryjnego mordercę w True Detective zaczynają Woody Harrelson i Matthew McConaughey, aktorzy, których kariery dość niespodziewanie rozkwitły w ostatnich latach. 19 stycznia na HBO debiutuje Looking, serial o życiu przyjaciół gejów w San Francisco z Jonathanem Groffem w roli głównej. Nie wiem jeszcze, czy będę oglądać na bieżąco, ale trailer zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. 25 stycznia wyruszymy na wzburzone morza z piratami z Black Sails (nieco później, bo w lutym, startuje inny serial o piratach – Crossbones z Johnem Malkovichem w roli Czarnobrodego, arrrgh). Również w styczniu na BBC startują The Musketeers. Capaldi! Kanał Sundance, który w ubiegłym roku dał nam Top of the Lake, trzyma ambitny kurs – The Red Road z Martinem Hendersonem, Jasonem Momoą i Julianne Nicholson zapowiada się rewelacyjnie. Wydaje się, że cotygodniowy horror dobrze się przyjął na naszych ekranach – zobaczymy, czy sukces AHS powtórzy Penny Dreadful Johna Logana i Sama Mendesa. A skoro już jesteśmy przy dużych nazwiskach, w lipcu wystartuje The Strain Guillermo del Toro i wrócimy do czasów, kiedy wampiry nie zajmowały się głównie romansowaniem.

 

Transcendence

W kinie będzie w tym roku urodzaj. Guardians of the Galaxy, Dawn of the Planet of the Apes, X-Men: Days of Future Past, Captain America: Winter Soldier, Hobbit, Mockingjay (część pierwsza), Jupiter Ascending (nowy film rodzeństwa Wachowskich), Maleficent, A Winter's Tale, Veronica Mars (czy powinnam obejrzeć serial?), The Monument Men, Nymphomaniac, Divergent, The Maze Runner.. jak nic, klęska urodzaju, trzeba będzie się zaopatrzyć w jakąś kartę kinomana czy coś. Ze swojej strony chciałam zwrócić Waszą szczególną uwagę na Interstellar Nolana, Transcendence Wally'ego Pfistera, Gone Girl (na podstawie książki o tym samym tytule i z Benem Affleckiem i Rosamund Pike w rolach głównych), Lego Movie (poważnie, ja aż prychnęłam, jak ktoś polecił, a wygląda na to, że to może być wcale zabawny film), Only Lovers Left Alive (dystrybutor zorientował się, że to może nie jest film na Walentynki, straszna szkoda, będzie w kwietniu), The Grand Budapest Hotel (o hai, Wes), The Boxtrolls (śliczności!) i Annie z Quvenzhané Wallis w roli tytułowej. Nie trudno zauważyć, że fantastyka i w tym roku trzyma się na srebrnym ekranie mocno.

 

Zabójczy księżyc

O dziwo, z wybraniem książek do tego zestawienia miałam największy problem. Przede wszystkim listę rzeczy do przeczytania mam tak długą, że nie śledzę specjalnie nowości i zwykle czekam tylko na książki autorów, których już znam i cenię – dla przykładu, w 2011 była to The Marriage Plot Eugenidesa (dla mnie zupełne rozczarowanie, chociaż ogólnie powieść zbierała dobre recenzje), w 2013 The Goldfinch Donny Tartt (fan-ta-sty-czna). W dodatku przy książkach ciężej przewidzieć nawet nie to, co będzie hitem w danym roku (zaplanowane na jesień nowe powieści Murakamiego i Mo Yana raczej będą), ale kto napisze coś naprawdę wartego uwagi, kto niespodziewanie wedrze się na literacką scenę, a kto będzie tylko spokojnie odcinał kupony.

Czytelnik fantastyki ma jeszcze tego pecha, że ostatnimi czasy podstawowym formatem jest cykl powieściowy. I wchodzisz, biedaku, na listę zapowiedzi, a tam tom trzeci, piąty i dziesiąty, istna plaga, a tyś jeszcze pierwszych nie przeczytał. Założę się, że wielu ostrzy zęby na The Dead In Their Vaulted Arches Alana Bradleya (5.02) czy The Blood of Olympus Ricka Riordana (14.10). Ja muszę zadowolić się słowem Scotta Lyncha, że The Thorn of Emberlain ukaże się na jesieni (nie ma jeszcze oficjalnej daty). I liczyć na to, że do końca roku poznamy przynajmniej przybliżoną datę wydania Doors of Stone – niestety, z tego, co pisał ostatnio Patrick Rothfuss, wynika, że czeka go jeszcze sporo pracy nad ostatnim tomem przygód Kvothe. Nowy cykl zaczyna N.K.Jemisin z powieścią The Fifth Season (sierpień), dwa lata po sukcesie Ready Player One wraca Ernie Cline z Armadą (lipiec), a C.S.Friedman próbuje swoich sił w fantastyce dla młodzieży - Dreamwalker wyjdzie już 4 lutego. Książką obecną na absolutnie wszystkich listach są Words of Radiance (4.03) Brandona Sandersona (który jest robotem albo kosmitą, albo ma armię gnomów, bo ludzie nie piszą w takim tempie), także póki czas należy nadrobić The Way of Kings. To samo tyczy się dwóch pierwszych tomów cyklu Lighbringer Brenta Weeksa – The Broken Eye zawita na półkach 26 sierpnia.

A co, zapytacie, z polskim podwórkiem? Cóż, jednym z moich życzeń na ten rok jest, żeby coś się na nim ruszyło, bo przeglądam zapowiedzi i nic, wszystko jest mi obojętne. Prawdopodobnie w 2014 ukaże się nowa powieść Dukaja Rekursja – bardzo obszerna, ale lżejsza niż choćby Lód. Na pierwszy kwartał 2014 zaplanowane jest Sto dni bez słońca Wita Szostaka. Na pewno sięgnę też po 1980 K Wawrzyńca Podrzuckigo, chociaż zwykle do self-publishingu podchodzę z daleko posuniętą ostrożnością. Urodzaj panuje za to w przekładach. Z tytułów, które cieszyły się w oryginale zasłużoną popularnością, warto zwrócić uwagę na Golema i dżina Helene Wecker (10.01), Zabójczy księżyc N.K.Jemisin (13.01), Ciemny Eden Chrisa Becketta (15.01), Olśniewające dziewczyny Lauren Beukes (data tbc) i dwa pierwsze tomy cyklu Bena Aaronovitcha o Peterze Grancie - Rzeki Londynu i Księżyc nad Soho (oba mają się zostać wydane w pierwszej połowie roku).

Trochę na marginesie, rok w literaturze mainstreamowej nie zapowiada się bardzo ekscytująco, ale jest na co czekać – David Mitchell wraca z The Bone Clocks (4.09), Colm Tóibín z Norą Webster (październik), a Sarah Waters z The Paying Guests (4.09). Zupełnym przypadkiem kobiety są pierwszoplanowymi bohaterkami wszystkich tych powieści. Osobiście czekam jeszcze na Arctic Summer (6.03), powieść o pierwszej podróży E.M.Forstera do Indii pióra Damona Galguta

To może być bardzo dobry, bardzo popkulturowy rok.

23:39, fabulitas , Mix
Link Komentarze (11) »
środa, 28 sierpnia 2013

Są takie dyskusje, które się nie kończą. Już, już wszyscy zainteresowani myślą, że mamy jakiś temat z głowy, co trzeba, zostało napisane, każdy aspekt uwzględniony, problem wybebeszony, kontrowersja, jeśli nie rozwiązana, to skontekstualizowana… ale nie. W tej kategorii znajduje się dyskusja o Strong Female Characters (ostatnio przywrócona to życia przez artykuł Sophii McDougall - Why I Hate Strong Female Characters), która zahacza o tyle kwestii związanych z reprezentacją i obrazem kobiet w mediach, że aż nie wiem, w co ręce włożyć. Potraktujcie to jako wstęp do tematu.

(Notka bogato inkrustowana cytatami, bo wszyscy mają na ten temat coś do powiedzenia. Oczywiście, wyimki wyimkami, ale zachęcam do klikania w linki i przeczytania całych tekstów.)

W filmie dysproporcja udziału między postaciami kobiecymi i męskimi jest bardzo wyraźna (patrzcie i załkajcie!), w książkach powiedziałabym, że nie ma takiego braku równowagi (YA fiction wręcz preferuje bohaterki), natomiast, co warto zaznaczyć, SFC, niechlubne dziecko niedostatecznej kobiecej reprezentacji, nie jest problemem całej produkcji kultury, a genre fiction różnych mediów. Nikt nie szturmuje drzwi Alice Munro czy Larsa von Triera, domagając się różnie rozumianych silnych postaci kobiecych.

Na Katarze i Yue ta dyskusja nie zrobiła wrażenia.

Przez długie lata kobieta w filmach akcji, horrorach czy science fiction była li i jedynie damą w opałach, którą miał uratować i dostać w nagrodę dzielny protagonista. A potem przyszły zmiany społeczne lat 60 i 70 XX wieku (czytaj: rewolucja seksualna i feminizm drugiej fali) i kobiety zaczęły domagać się wyrzucenia damsel in distress na śmietnik zużytych toposów i zastąpienia jej silnymi bohaterkami.

In narrative terms, agency is far more important than “strength” – it’s what determines whether a character is truly part of the story, or a detachable accessory.

(Sophia McDougall, Why I Hate Strong Female Characters)

“Strong” is not an adjective describing that character’s physical or emotional or intellectual strength. It is an adjective describing the potency and depth of the character — in the narrative, not moral sense. A strong character is complicated, flawed, compelling.

(Chuck Wendig, On the Subject of the Strong Female Character)

Tyle że silne („strong”) w tym postulacie oznaczało dobrze napisane (interesujące, wielowymiarowe, realizujące własne cele i posiadające sprawczość w ramach fabuły, zamiast służyć za ozdobnik, zmieniające się pod wpływem doświadczeń itd.), a taka postać może być silna dosłownie (policjantka ze specjalnego oddziału raczej powinna), ale wcale nie musi (jak dziewczyna z sąsiedztwa walcząca o przetrwanie w czasie inwazji kosmitów). Fabryka Snów nie zrozumiała (albo zrozumiała, zadrżała z przerażenia, przekręciła znaczenie) i dała paniom kiepskie maniery, czarny pas w karate oraz szeroki arsenał broni białej i palnej.

Dała im też swobodę seksualną, ale pozorną – bohaterka rzuca dwuznaczne uwagi i chodzi radośnie rozebrana, a pod koniec filmu i tak ląduje z bohaterem, ponownie w roli nagrody, bardziej zresztą atrakcyjnej od zdyskredytowanej słodkiej mimozy z duszyczką białą jak lelija. Nic nie szkodzi, że przy pierwszym spotkaniu dała mu w pysk za wygłoszenie seksistowskiej uwagi. Strong Female Character to kolejna męska fantazja (eskapistyczna i potwierdzająca męskość, jak ta o byciu wybawcą) i tylko tak da się wyjaśnić, dlaczego dziewczyny jak milion dolarów odchodzą w stronę zachodzącego słońca z zakompleksionymi geekami i przeciętniakami metr sześćdziesiąt pięć na palcach, robiącymi za stand-in męskiej widowni/czytelników.

Female characters are expected to be perfect without being perfect, a contradiction that is as nonsensical as it is impossible.

(Seanan McGuire, Characters, criteria, and causation: where the problem lies.)

Ale to w zasadzie początek, a nie koniec kłopotów z SFC. Pozostał problem reprezentacji. Teoretycznie SFC mogłaby być i kobiecą eskapistyczną fantazją. Jeśli w obsadzie mamy pięć kobiet w rolach mówionych, każdą z innym charakterem i pobudkami, to jedna, która klnie jak szewc i rozwiązuje problemy przy pomocy maczety, jest ok. Jeśli mamy SFC jako token character, robi się słabo. Chcemy i powinnyśmy mieć możliwość obcować z postaciami, z którymi możemy się identyfikować czy które mogą nam służyć za wzór, a z SFC identyfikować się nie da, bo wprawdzie robi różne fantastyczne rzeczy i nawet włosy jej się przy tym nie zmierzwią (do czego i owszem, można aspirować), ale nie jest realistycznie napisaną kobietą w takim sensie, w jakim realistyczny jest przeważnie mężczyzna, bo scenarzyście czy autorowi wydawało się, że „silna” załatwia sprawę. Stąd też długa, popkulturowa tradycja, w której kobiety, będące widzami i czytelniczkami, identyfikują się z postaciami męskimi – wszyscy mamy tendencje do identyfikowania się z głównymi bohaterami i jeszcze większe – do identyfikowani się z postaciami pełnokrwistymi, a nie papierowymi, które można zastąpić wyciętą z kartonu sylwetką.

“Strength,” in the parlance, is the 21st-century equivalent of “virtue.” And what we think of as “virtuous,” or culturally sanctioned, socially acceptable behavior now, in women as in men, is the ability to play down qualities that have been traditionally considered feminine and play up the qualities that have traditionally been considered masculine. “Strong female characters,” in other words, are often just female characters with the gendered behavior taken out. This makes me think that the problem is not that there aren’t enough “strong” female characters in the movies — it’s that there aren’t enough realistically weak ones. You know what’s better than a prostitute with a machine gun for a leg or a propulsion engineer with a sideline in avionics whose maternal instincts and belief in herself allow her to take apart an airborne plane and discover a terrorist plot despite being gaslighted by the flight crew? A girl who reminds you of you.

(Carina Chocano, A Plague of Strong Female Characters)

Pozostał problem pisania SFC jako tej innej niż reszta kobiet. Ona nie jest taka, jak te wszystkie dziewczyny, bo dziewczyny są płoche, głupie, rozmawiające tylko o ciuchach i odżywkach do paznokci i w ogóle nic nie warte. Dyskredytowanie kobiecości, stawianie cech męskich nad kobiecymi i pisanie postaci jako „jednej z chłopaków,” tylko jeszcze bardziej alienuje odbiorczynie, które ani nie są „jednym z chłopaków,” ani by nim być nie chciały.

Pozostał – tym razem po drugiej stronie, stronie krytyki – problem podwójnych standardów. Bohater-mężczyzna jest oceniany jako postać, bohaterka jako postać kobieca. I dziwnym trafem kryteria jej oceny są o wiele surowsze (także, przyznaję z przykrością, w części krytyki feministycznej). Nie zliczę, ile razy widziałam narzekania, że Natasha w „The Avengers” była słaba, niepotrzebna i tylko wyglądała, a przecież to postać z backstory, osobistą motywacją do działania (ba, podwójną – odkupienie dawnych grzechów przez pracę dla SHIELD i wyciągnięcie Hawkeye'a z tarapatów), charakterem (moja ulubiona jej cecha to brak poczucia humoru) i mająca rzeczywisty wpływ na przebieg wydarzeń. Tymczasem wszyscy roztkliwiają się nad emocjami Tony'ego Starka dokonującego heroicznego poświęcenia, a krzywią na emocje Czarnej Wdowy po ucieczce przed Hulkiem. Co się baba mazgai. Nie zapytam, gdzie sens, gdzie logika, bo nie ma tu ani jednego, ani drugiego.

We need to criticize female characters and female writers, sure, so long as we're not criticizing them first and foremost for being women.

(Holly Black „Ladies ladies ladies”)

That doesn’t mean that I think imaginary women, any more than real women, should be exempt from criticism, but I think audiences should keep in mind that there isn’t an even playing field. ‘I wish the writing for (This Lady) was stronger, or that they’d done more with her backstory, or I liked this element of her and wanted it expanded on’ means a lot more to me than seeing yet another ‘I hate This Lady’—even if this particular ‘I hate This Lady’ comes from feminist frustration. I’d like us all to keep in mind that we all (me definitely included) find it easier to dismiss or demonise ladies, given half a chance.

(Sarah Rees Brennan, komentarz do „Why I Hate Strong Female Characters” na tumblrze autorki)

Mam nieprzyjemne wrażenie, że użycie terminu Strong Female Character niebezpiecznie zbliża się do używania terminu Mary Sue – jako uniwersalnego sposobu na zlekceważenie właściwie dowolnej bohaterki. Jeśli miałabym coś postulować (poza domaganiem się głośno i wyraźnie więcej, róznych i lepiej pisanych kobiet w filmach), to nie odejście od silnych bohaterek, ale promowanie i fetowanie tych, których prawdziwa siła niekoniecznie leży w sprawności fizycznej, chociaż i tej im nie brakuje. Jest tyle wspaniałych kobiet i dziewczyn! Katniss Everdeen z trylogii The Hunger Games. Katara z Avatar: The Last Airbender (serialu, nie rozmawiamy o filmie, jakim filmie). Ripley. Buffy. Balsa z Seirei no Moribito. Arya czy Brienne z Gry o tron. Wszystkie małe dziewczynki. Starbuck z BSG. Mako Mori z Pacific Rim. Wymieniajcie razem ze mną...

 

 

I jeszcze do poczytania, mniej lub bardziej wokół tematu:

Greg Rucka Why I Write „Strong Female Characters”

Zoë Marriott Real Girls, Fake Girls, Everybody Hates Girls

Noida Cudowne i wspaniałe i wcześniejsza Bo ja nie jestem jak inne

Stray Alchemis Drzazgi w oku

Ireneusz Gajek Niewiasta słowem i czynem silna

Shana Mlawski Why Strong Female Characters are Bad for Women

Helena Sheffield The Importance Of Strong Female Characters

sobota, 01 czerwca 2013

Kiedyś pewien mądry profesor przytoczył mi tezę innego mądrego profesora, który pisał o tym, że do pewnego momentu w historii (jeszcze w renesansie, maybe?) człowiek wykształcony był w stanie przyswoić sobie całą istniejącą wiedzę z danej dziedziny. Zrobiło to na mnie duże wrażenie (chociaż nie dość duże, żebym zapamiętała na lata, kim był profesor numer dwa, zresztą wiem teraz, że to bardziej wyraz konkretnej tendencji myślowej), bo byłam wtedy łatwowierna odpowiednio do wieku i krytyczna refleksja przyplątała mi się później (Przede wszystkim, cała wiedza = europejska wiedza? Tutaj nawet nie chodzi o mechanizmy władzy, a o zwykłą dostępność. I czy cała wiedza = wiedza uznana za wiedzę/wartą poznania? I jaka była wartość tej wiedzy przy ówczesnym jej stanie? Niby w krainie ślepców jednooki królem, ale. I czy świadomość posiadania całej wiedzy nie stawała wielu na przeszkodzie w jej poszerzaniu/tworzeniu/zdobywaniu nowej wiedzy? I tak dalej, zostawmy tę dygresję).

*

Przypomniało mi się to przy lekturze notki Noidy, która zastanawia się, co musi wiedzieć człowiek kulturalny. Przy obecnym stanie kultury, ilości źródeł jej produkcji i może przede wszystkim jej szerokiej dostępności (mówię tutaj przede wszystkim o kulturze popularnej i takich dziełach kultury wysokiej – zawieśmy na chwilę wątpliwość podziału wysoka/popularna – które z tej czy innej przyczyny przedostały się do powszechnej świadomości) nie może być mowy o przyswojeniu sobie całości. Nie może być nawet mowy o zobaczeniu (objęciu wzrokiem) całości. Nawet jeśli się staram i jak w starej rosyjskiej baśni, wysoko siedzę, daleko widzę, to wciąż widzę jedynie wycinek, na który pozwala mi moja perspektywa.

Dla niektórych wciąż prostą odpowiedzią na pytanie, co człowiek kulturalny powinien znać, będzie kanon kultury narodowej i światowego dziedzictwa. Nie będę się droczyć, dociekając, kto, kiedy i dlaczego zadecydował i wciąż decyduje o kształcie jednego i drugiego, tutaj spokojnie możemy przeskoczyć do konkluzji – i kultura narodowa i szeroko pojęte dziedzictwo są wytwarzane politycznie i tak, jak warto mieć świadomość ich kształtu (są przecież nośnikami wartości, do których powszechnie będą odwoływać się spotykani w naszej kulturowej podróży ludzie, a w każdym razie ludzie z i pod wpływem Zachodu), tak uznanie, że ich znajomość świadczy o „kulturalności,” jest li i jedynie poddaniem się dominującemu dyskursowi.

Dla mnie osobiście - nie pretenduję do zarysowania ogólnych wyznaczników, tutaj piszę ja, ja, ja - człowieka kulturalnego tworzy nie znajomość pewnego skończonego zbioru dzieł (nieważne jak inkluzywnego czy z jak wielu tradycji czerpiącego) różnych mediów, a refleksyjne i krytyczne podejście do wytworów kultury, posiadanie i zdobywanie kolejnych narzędzi do ich odczytywania, otwartość i ciekawość (innej perspektywy) i wreszcie bolesna, bo skazana na porażkę, chęć całościowego orientowania się, co w kulturze piszczy. Oczywiście, nie do każdej książki należy podchodzić z całym arsenałem analitycznym i nie ma takiej liczby narzędzi (od świadomości poprzednich wytworów w danym nurcie po wielkie teorie) przy których możemy powiedzieć – ok, jedno więcej i już będziesz człowiekiem kulturalnym, ale jedno mniej i sorry Winnetou, ale nie masz wstępu do naszego elitarnego klubu.

Nie ma żadnego elitarnego klubu. Ludzie mają tendencje do porządkowania i wkładania wszystkiego do czystych, solidnych szufladek, najlepiej w systemie hierarchicznym. Tylko że przy takiej ilości współistniejących i przenikających się dzieł, tradycji i tendencji, kategoryzacja wymaga uogólnień tak wielkich, że podważa to jej sens, a hierarchizacja wytworów kultury (z różnymi kulturowymi korzeniami, na małą skalę, w obrębie jednej tradycji jest to bardziej akceptowalne) jest niemożliwa, chyba że przy entuzjastycznym aplauzie naszych dziewiętnastowiecznych przodków uznamy czyjąś (przeważnie swoją) cywilizacyjną wyższość. Lol, nope, nie na tym blogu.

 

 

* wiecie, skąd te screencapy, prawda?

12:09, fabulitas , Mix
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 04 lutego 2013

Ora pro nobis / I za nasz snobizm! westchnęłam sobie za Tuwimem, czytając tekst Pauliny Małochleb „Blogi. Korupcja, kompleksy i partyzanci. I to by wystarczyło za komentarz, ale że odznaka miłej blogerki* i tak nie pasuje mi dzisiaj do bluzki, będzie cała notka. Zwłaszcza że okazja nie byle jaka, bo nie sądziłam, że kiedykolwiek stanę po stronie kiepskiej interpunkcji i aberracji frazeologicznych. A oto jestem.

Tekst Małochleb bardzo łatwo wyśmiać**, ale z początku nie wiedziałam, jak zabrać się do polemiki. Nie ze względu na siłę przedstawionych argumentów, bynajmniej. Otóż autorka skręca jakieś straszliwe chochoły, po czym się z nimi rozprawia. Pierwszym odruchem polemisty jest podjęcie dyskusji na gruncie wyznaczonym przez autora, tak? It’s a trap. Z równym powodzeniem można spróbować zamieszkać zamku na chmurze albo skruszyć kopię o powietrze.

Pozwólcie, że podzielę się z Wami bardziej ogólną refleksją. Podczytuję sobie czasami rożne artykuły teoretyczne czy felietony poświęcone polskim blogom i uderza mnie w nich pewien trend. Z jednej strony chwali się blogosferę jako egalitarną przestrzeń (w przypadku blogosfery literackiej/krytycznej – także przestrzeń znoszącą ograniczenia tradycyjnych mediów), z drugiej chce się ją wpisać w różne projekty krytyczne, kulturalne czy ideologiczne – projekty, siłą rzeczy, w ten czy inny sposób wykluczające.

Przyjrzyjmy się wcielonej wizji Pauliny Małochleb. Blogerzy krytyczni publikują pogłębione analizy dzieł literackich, dzieł wartych krytycznej uwagi, a nie nowości podsuwanych przez rynek wydawniczy. Kiedy nie publikują, dyskutują o wpisach swoich i innych albo pogrążają się w rozmyślaniach nad własną polityką krytyczną, dyktują blogosferze jej kształt i cele. Czytający przyklaskują, sięgają po polecane tytuły, gust im się sublimuje, sielanka. Tymczasem blogerzy stosikowi piszą sobie, bo przecież nikt im nie zabroni, nie w internecie, stawiają te swoje przecinki, gdzie im pasuje, a ich opinie i wybory czytelnicze nie są w blogosferze słyszalne. I całe szczęście, bo o takim Szekspirze w ogóle nie powinni się wypowiadać!

(Śliczny, tak na marginesie, jest tutaj wybór akurat Szekspira, jako wymienianego w jednym rzędzie z Norą Roberts. Kochani, on tych wszystkich sprośnych żartów nie pisał dla przyszłych szekspirologów! Te przebrania, namiętności, czary i absurdalne pomyłki nie były dla intelektualnych elit! Wcale, ale to wcale nie jest mi przykro, że akademikom wciąż nie udało się zawłaszczyć Willa tylko dla siebie. Oczywiście, że popularna recepcja będzie inna niż „profesjonalna”. I co z tego? Zwykły czytelnik, czytelnik-amator, przykłada do wszystkich tekstów taki aparat krytyczny, jaki ma. To czytelnik-krytyk ma mieć ten aparat krytyczny rozwinięty i korzystać z różnych narzędzi do analizy różnych tekstów kultury.)

(Blogosfera jest masowa, ze wszystkimi tego konsekwencjami – od prymatu konsumpcjonizmu po bolesną składnię. Ale już w diagnozie, że ludzie wybierają książki w Empiku „na ślepo”, ich sądy są prymitywne, a w ogóle to nie umieją pisać, jest spora doza pogardy. Pogardy biorącej się, jak zawsze, z poczucia wyższości. Tak naprawdę autorka w sposób bardziej oględny powiedziała, że plebs jest tępy, nie zna się i nie potrafi. I tu jest ten moment, kiedy mówię autorce spierdalaj kiedy bronię byków, przecinkozy i wypracowań ze szkolnej sztancy.

Nie ma innego sposobu, żeby nauczyć się pisania, niż czytanie rzeczy napisanych dobrze i pisanie, pisanie, pisanie. Z czasem wyrabia się styl, pióro sprawniej notuje, co pomyśli głowa, zmniejsza się ilość błędów – nie jedną taką ewolucję widziałam i zawsze patrzę na nią z przyjemnością, nawet jeśli to nie przemiana z dziewczyny z maturą na trzy w Alice Munro. Piszcie blogerzy! I pisz, autorko, może masz wszystkie przecinki na swoim miejscu, ale nad wyrugowaniem pretensjonalnych fraz musisz jeszcze trochę popracować. I nad zmianą myślenia.)

Jeśli wytkniemy autorce, że jej wizja jest bardzo elitarna, pewnie się z nami nie zgodzi. Przecież wszyscy mogą pisać, każdy może wyrazić swoje zdanie. Ale czy głos programowo nie słyszany jest jeszcze głosem?

Zostawmy teraz mrzonki i wróćmy na ziemię. „Zabawnego” (cokolwiek to miało znaczyć) podziału na blogerów krytycznych i stosikowych nie ma, a wiązanie stosików z jakością pisania i aparatu krytycznego jest nieuprawnione. Blogera, który kręci nosem na stosiki nie powinno się nazywać krytycznym, tylko zwyczajnym snobem. Gdybym miała zaproponować w ogóle jakiś podział, to byłby to podział na nielicznych blogerów, którzy z blogowania chcą uczynić profesję i czerpać z niej zyski, i na całą resztę. Resztę, dla której blogowanie jest przyjemnością.

Niezależnie od przyjętej w sposób uświadomiony bądź nie strategii pisarskiej czy krytycznej. Niezależnie od tego, czy korzystają z pierwszego lepszego szablonu udostępnionego przez platformę blogową, czy dopieszczali godzinami wygląd bloga. Niezależnie od tego, czy cieszy ich dostawanie książek od wydawnictwa, czy nie interesuje ich taka współpraca. Niezależnie od tego, czy publikują w sieci solidne i błyskotliwe analizy, jak ubóstwiane przeze mnie Dwie poważne damy, czy zwierzają się, że płakali podczas lektury najnowszej książki Jodi Picoult i kończą każdy wpis zdjęciem swoich kotów, czy są głosem zaangażowanym i piszą o popkulturze z pozycji anarchistycznych/neomarksistowskich/fundamentalizmu katolickiego. Blogowanie. Jest. Przyjemnością. A w blogosferze dla wszystkich starczy miejsca – dla mnie, dla której czytanie, leżenie pod kocem i picie gorącej herbaty to ulubione rozrywki,*** i dla doktorantki z jej Mickiewiczami.

Bezpośrednią konsekwencją jest to, że nie ma wojny blogerów z papierem, ani żadnych kompleksów blogerów w stosunku do profesjonalnych krytyków. Nie wiem, co mówiono na targach w Krakowie, że ten upiór znowu odwalił mogiłę i dąży między ludzi (przypuszczam, że mógł zadziałać tu mechanizm – pytają nas o to, więc, eeee, coś trzeba powiedzieć?), ale ja sama, o ile znam głosy papierowych krytyków deprecjonujących krytykę blogową, to z przeciwnym zjawiskiem się nie spotkałam. Szanowni profesjonalni krytycy, blogosfera ma Was gdzieś. Pośmiejemy się z Waszych diagnoz i wrócimy do swoich zajęć.

Autorko, chcesz być partyzantem? Bądź. Chcesz zmieniać blogosferę? Pisz, promuj dobre wpisy, angażuj ludzi w dyskusje. Tylko nam tu nie płacz, bo jedyna reakcja jaką dostaniesz, to parę wyzłośliwiających się notek i wzruszenie ramion.





*pardon, hermetyczne
**check it out
*** sprawdziłam, koc wcale nie przeszkadza w feministycznej analizie, teraz testuję herbatę

sobota, 12 stycznia 2013

o książkach wartych mniejszej czy większej uwagi, ale które nie załapały się na tłuściutką, pełną recenzję. Zobaczymy, jak wyjdzie, ale bardzo możliwe, że to będzie rzecz cykliczna. Stąd jedynka w tytule.

 

Winslow Homer, The new novel (1877)

My Life as White Trash Zombie, Diana Rowland (2011)

My Life as White Trash Zombie to idealna książka do pociągu, pod warunkiem, że podróż nie będzie zbyt długa, bo na więcej niż dwie-trzy godziny, wliczając okazjonalne wyglądanie przez okno, nie starczy. Angel, na której życie składały się imprezy, narkotyki, kłótnie z ojcem alkoholikiem i spędzanie czasu ze swoim beznadziejnym nie-do-końca chłopakiem, budzi się w szpitalu, nie pamiętając, co wydarzyło się wcześniej i jak się tam znalazła. Teraz będzie musiała rozwikłać tę zagadkę, zwłaszcza, że okazuje się mieć tajemniczego dobroczyńcę, a z jej ciałem zaczynają dziać się dziwne rzeczy. W sumie nie wiem, czemu tak piszę opłotkami, skoro macie spojler spojlerów już w tytule.

NW, Zadie Smith (2012)

Bardzo chciałabym usiąść kiedyś z Zadie Smith przy kawie, najlepiej na słonecznym tarasie jakiejś przytulnej kawiarenki, i pogadać o książkach, autorach, filmach, kulturze – to pragnienie towarzyszy mi nieodmiennie podczas lektury jej esejów i artykułów, które są inteligentne, pełne poczucia humoriu i ewidentnie pisane przez osobę mającą wiele interesującego do powiedzenia. Natomiast kiedy czytam powieści Smith, czegoś mi zawsze brakuje. Tak też było w przypadku NW, portretu trójki Londyńczyków i dzielnicy, z której pochodzą. NW jest najbardziej dopracowaną formalnie powieścią Zadie Smith i chyba najbardziej chłodną. I chociaż mogę ją spokojnie polecić, bo jest zwyczajnie dobra, to sama wciąż czekam, aż Zadie napisze tę doskonałą.

Redshirts, John Scalzi (2012)

Jeśli ktoś zetknął się już z książkami Johna Scalziego, króla geeków, to wie, że opierają się one na jakimś prostym, ale oryginalnym i efektownym pomyśle, że nie są najlepiej napisane (trochę mi zajęło przyzwyczajenie się do dialogów i powtarzanego w kółko "powiedział/a", poważnie, to jedyne określenie, którego Scalzi używa) i chociaż są zabawne, to nieco mniej, niż wydaje się autorowi. Redshirts to kolejna lektura lekka, przyjemna i nie zabierająca dużo czasu. Wyobraźcie sobie, że zaciągnęliście się na statek kosmiczny, wyobraźcie sobie, że odkrywacie, że szeregowi załoganci, tacy jak wy, giną w zastraszających ilościach podczas misji na obcych planetach, podczas gdy kapitanowi i jego najbliższym ludziom nawet włos z głowy nie spada... brzmi znajomo?

Lars Iyer, Spurious (2011)

Dwóch zaprzyjaźnionych brytyjskich akademików, Lars i W., rozmawia o... wszystkim. Ale głównie o swojej przyjaźni, nadchodzącej apokalipsie, nieustających naukowych porażkach, mesjanizmie, poszukiwaniu mistrzów, Kafce, o, dużo-mnóstwo o Kafce, o pijaństwie i tyciu, o Rosenzweigu, Bernhardzie i sztuce Beli Tarra. Jeden z nich jest wiecznie chory, ale nie dość chory, drugi toczy beznadziejną walkę z grzybem i wilgocią w mieszkaniu. Spurious, debiut literacki filozofa Larsa Iyera, jest zabawny, inteligentny i świeży, nawet jeśli nieco klaustrofobiczny, bo ja-ja-ja i my-my-my bohaterów nie milknie nawet na chwilę. Na pewno przeczytam kontynuację.

Skios, Michael Frayn (2012)

Frayna najbardziej cenię jako dramatopisarza (Kopenhaga! Demokracja! Noises off!), ale przecież, jeśli mi wpadnie w ręce jego powieść, to też nie odłożę jej ze wstrętem. Skios to czystej wody farsa, bardzo klasyczna w warstwie fabularnej (nie, to nie jest wada), z zamianą tożsamości, piętrzącymi się coraz bardziej absurdalnymi pomyłkami i paradą bardzo brytyjskich postaci, a to wszystko w sielankowych krajobrazach greckiej wyspy i gościnnych progach nobliwej fundacji promującej kulturę i cywilizację europejską. Powieść rozkręca się dosyć powoli, ale jak już ruszy, to z kopyta. Poleca się czytać w tramwajach i innych środkach transportu miejskiego, bo zdegustowane spojrzenia współpasażerów tylko wzmagają wesołość czytelnika, a powstające od radosnego chichotu zmarszczki są przecież najładniejsze.



piątek, 11 stycznia 2013

[Notki 1 stycznia nie było, bo się rozchorowałam i odjęło mi zdolność składania literek.]

Zastanawiałam się, jak by tu napisać notkę podsumowującą i wyszło mi, że 2012 nie był dla mnie rokiem odkryć i olśnień kulturalnych, a rokiem drobnych przyjemności. I o niektórych z tych przyjemności będzie poniżej. Kolejność przypadkowa, media najróżniejsze, z książek – same debiuty.

The Snow Child, Eovyn Ivey – historia bezdzietnej pary, Mabel i Jacka, która przeprowadza się na Alaskę i próbuje ułożyć tam sobie życie na nowo. Niespodziewanie los zsyła im pod opiekę jasnowłose dziecko, którego pojawienie się i zachowanie przywodzi Mabel na myśl starą rosyjską baśń. Jest tylko jeden problem, ta baśń nie ma szczęśliwego zakończenia.

Bomb Girls – o Bomb Girls już pisałam. Tydzień temu zaczęła się emisja drugiego sezonu i powiem Wam, że jest dobrze.

Zoe Keating - kanadyjska wiolonczelistka i kompozytorka. Pewnie bym o niej nie usłyszała, gdyby nie to, że w Elementary pojawiają się czasem jej utwory i jeden z nich przykuł moją uwagę. Do posłuchania poniżej.

The Night Circus, Erin Morgenstern – opowieść o niezwykłym cyrku i narastającym wokół niego micie, o magicznym pojedynku na talenty i miłosnym trójkącie. Właściwie nie tak znowu wiele się w tej powieści dzieje, a już na pewno nie spiesznie, ale Nocny Cyrk to przede wszystkim atmosfera i coraz pełniejsze zanurzenie się w świat opowieści. Bardzo długo nie czułam sympatii do żadnego z głównych bohaterów, więc tym większe było moje zaskoczenie, kiedy pod koniec zaczęłam im gorliwie kibicować.

Being Human – oglądam wiernie od pierwszego sezonu, ale rok 2012 był kluczowy, bo w sezonie czwartym wymieniona została praktycznie cała obsada. Muszę z przyjemnością stwierdzić, że to się udało i chociaż, jak każda dobra fanka, będę tęskniła za Annie, Georgem i Mitchellem, to nie mogę się doczekać kolejnych przygód nowego tria. W sezonie czwartym wróciło nieco z lżejszej atmosfery sezonu pierwszego, co było ogromnym plusem, a głównego złego zagrał Mark Gatiss, którego zdecydowanie wolę po tej stronie kamery.

The Panopticon, Jenni Fagan – piętnastoletnia Anais jest „w systemie” od zawsze, matka urodziła ją w szpitalu psychiatrycznym i uciekła. Anais ma za sobą cały szereg domów dziecka i rodzin zastępczych i brała już wszystkie psychodeliki, które można dostać od ulicznych dealerów, kiedy ląduje w kolejnej placówce dla trudnej młodzieży, Panoptikonie, podejrzana o napaść na policjantkę, po której ta wylądowała w śpiączce. Powieść napisana żywym językiem, w dodatku w szkockiej odmianie, z nietuzinkową bohaterką i brudnym realizmem, o młodzieży, ale niekoniecznie dla młodzieży, bo to nie jest typowa young-adult fiction.

Nimona - sieciowy komiks Noelle Stevenson. Na Noelle trafiłam na Tumblrze i zaczęłam obserwować jej profil, bo jej autorką świetnych fanartów i ma cudowne poczucie humoru. Siedem miesięcy temu zaczęła publikować Nimonę, a Nimony nie można nie kochać.

Scott and Bailey – w 2012 moje ulubione policjantki z Manchesteru, Rachel Bailey (Suranne Jones) i Janet Scott (Lesley Sharp), wróciły z drugim sezonem. Tym razem większą rolę dostała też ich przełożona, DCI Gill Murray (rewelacyjna Amelia Bullmore), która nieco mentoruje teraz Rachel. Ponieważ mamy do czynienia z serialem brytyjskim, jeśli coś wygląda na zabójstwo z powodu nienawiści rasowej, to okazuje się zabójstwem z powodu nienawiści rasowej, odsłaniając całą nędzę rodzaju ludzkiego.

King – w 2012 opłakiwałam nie tylko skasowanie Garrow's Law, w lutym miał premierę drugi i ostatni sezon King, bo Showcase postanowił wykończyć swój serial zerową promocją i paskudnym miejscem w ramówce. King to proceduralny serial policyjny, w którym, jeśli coś wygląda na zabójstwo z powodu nienawiści rasowej, to okazuje się czymś zupełnie innym, bo Kanada jest zdecydowanie za blisko USA. Niemniej sprawy są interesujące, podejmowane są kwestie społeczne, główna bohaterka nie chodzi po miejscu zbrodni w szpilkach, chociaż kocha szpilki, a na deser dostajemy trójkąt miłosny w formacie ona jedna ich dwóch, przy czym ona, tytułowa Jessica King, jest dwukrotną rozwódką, on numer jeden jej wyraźnie młodszym, trzecim mężem, a on numer dwa jej problemowym podwładnym. I mają chemię, jak jasna cholera, wszyscy troje.

Bletchley Circle – trzyodcinkowa (nie tylko BBC nas krzywdzi, ITV wcale nie jest lepsze) historia czterech przyjaciółek, które podczas wojny pracowały w Bletchley, a w roku 1952 spotykają się znowu i próbują rozwiązać sprawę zabójstw młodych kobiet, wobec której policja jest zupełnie bezradna. Solidna intryga, bohaterki, które bardzo łatwo polubić i obyczajowe tło początku lat pięćdziesiątych, no jak to się może nie spodobać?

Tingvall Trio - trio jazzowe w międzynarodowym składzie, które gra tak, że jeśli moje życie miałoby mieć oficjalny soundtrack, to poprosiłabym właśnie taki. Utwory z ich najnowszej płyty, Vägen, absolutnie zdominowały moją playlistę w tym roku.

Lizzie Bennet Diaries - współczesna adaptacja "Dumy i uprzedzenia" w postaci kilkuminutowych filmików, udających vloga Elizabeth Bennet i publikowanych na Youtube dwa razy w tygodniu, stworzona przez Hanka Greena (młodszego z tych braci Green) i Berniego Stu, mająca doborową obsadę i utalentowanych scenarzystów. Oglądam regularnie i zawsze doskonale się przy tym bawię.

Beyond the Black Rainbow – kanadyjski thriller science fiction z 2010 roku, ale w Polsce można go było zobaczyć dopiero w tym roku i to też tylko w dystrybucji festiwalowej. Historia dziewczyny, która próbuje uciec z futurystycznej komuny, i list miłosny do lat osiemdziesiątych. Tego filmu nie ogląda się dla fabuły, tylko dla dopracowanych, zakręconych obrazów i dusznej atmosfery.

Frankenweenie – prosta historyjka o chłopcu i jego (zdechłym) psie. Takiego Tima Burtona lubię.

A Royal Affair – szwedzko-czesko-duńska koprodukcja, film kostiumowy o romansie Caroline Mathilde, żony chorego psychicznie Christiana VII, i Johanna Friedricha Struensee, któlewskiego medyka, z oświeceniem w tle i próbami zreformowania państwa duńskiego, w którym źle się dzieje. Z radością przywitałam informację o nominowaniu Kochanka królowej, bo tak brzmi polski tytuł, do Oskara w kategorii najlepszego filmu nieangielskojęzycznego.

Psycho-Pass - 2012 był kiepskim rokiem dla anime. Już myślałam, po okropnym rozczarowaniu K, że tytuł najlepszej serii 2012 przypadnie Another, które jest ładne i zgrabne, ale ma problemy z utrzymaniem napięcia. Tymczasem sezon jesienny zaskoczył mnie dystopijnym anime policyjnym, które zaczęło się dosyć standardowo i powoli nabierało rozpędu, żeby w połowie sezonu zostawić widzów zbierających szczęki z podłogi. To lubię i z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki.

 



Tagi: miszmasz
20:53, fabulitas , Mix
Link Komentarze (8) »
piątek, 26 sierpnia 2011

(Oj, nie chciało mi się pisać notki o kanonie, nie chciało. Ale oto jest.)

W mówieniu i pisaniu o kanonie problemy zaczynają się już przy samym terminie. A od tego, czy uznamy kanon za zbiór arcydzieł, nośnik wartości, normę – punkt odniesienia, narzędzie opresji, relikt przeszłości etc., zależy wszystko inne. Nawet, jeśli uznamy, że nie istnieje. A jeśli istnieje, możemy przyjąć, że jest jeden kanon lub wiele kanonów. No i, zaczynając od podstaw, warto zastanowić się, kto tworzy(ł) kanon(y) i czym się przy tym kierował*.

Stop, wróć.

Kanon literacki (czy szerzej – kanon kultury) to na gruncie polskim temat nieprzepracowany. Co jakiś czas ten czy inny uniwersytet zafunduje sobie konferencję o kanonie i (rzadziej, oj, rzadziej) wyda publikację zbiorową, której nakład ledwo starczy na obdzielenie głównych bibliotek i rodzin współautorów. A że nauka polska, czym stoi, tym stoi, poza szacownymi murami uczelni nikt o tym nie usłyszy.

Dwa razy byliśmy (być może) bliżej szerszej debaty.

Po raz pierwszy, w 1994, kiedy w Znaku opublikowany został szereg artykułów o kanonie kultury. Niestety kwestia, co zacz kanon, dlaczego i po co, znajduje się w tych tekstach na marginesie (o „czy w ogóle?” mowy oczywiście nie ma), a przeważa biadanie nad upadkiem kultury, z wieszczeniem końca świata włącznie (Jerzy Nowosielski). Jeśli coś z nich czytać, to chyba tylko „Kilka uwag o kanonie naszej kultury” Zygmunta Kubiaka – dla samej urody tekstu, bo to bardzo elegancki i spójny wywód historiozoficzny, i-co-z-tego-,-że-się-z-nim-nie-zgadzam, i „Metamorfozy kanonu” Jerzego Jarzębskiego – teoretyczne ujęcie tematu, chociaż ocena trzech wyróżnionych sposobów rozumienia kanonu dyskusyjna.

Po raz drugi, w 2007, za sprawą lekturowej szopki ministra Giertycha. Wspominam ją z rozrzewnieniem. Obrońcy Sienkiewicza wymachiwali szabelką, a obrońcy Gombrowicza nie wiem, czym wymachiwali, ale równie dziarsko. Skończyło się na przywróceniu status quo ante na liście lektur (mniej więcej), a na niczym w kwestii dyskusji o kanonie (kultury narodowej).

Na Zachodzie debata o kanonie zaczęła się w latach 60, a jej późnym i najbardziej znanym owocem jest „The Western Canon: The Books and School of the Ages” (1994) obrońcy kanonu Harolda Blooma, gdzie obok interpretacji dzieł m.in. Cervantesa czy Szekspira znajduje się lista utworów, które amerykański literaturoznawca zalicza do zachodniego kanonu.

W zachodniej krytyce kanon był atakowany z pozycji feministycznych (Jane Tompkins), marksistowskich (Raymond Williams) czy postkolonialnych (Edward Said**), jako kanon białych anglosaskich mężczyzn, wyznania protestanckiego i najlepiej martwych.  I dzisiaj nikt poważny, ale to nikt, nie będzie mówił o kanonie bez uwzględnienia dorobku tej wciąż niezakończonej debaty (choćby to było odmówienie mu wartości). No i oczywiście mamy (uwaga, uproszczenie) postmodernizm z całkowitą negacją kanonu.

U nas kanon trzyma się mocno. A przecież z jednej strony mamy kanon lektur szkolnych, zbiór tekstów wybranych pod kątem prezentowanych przez nie wartości bynajmniej nie estetycznych (formowanie estetyki to temat na osobny tekst) – wystarczy poczytać artykuły o kanonie i ustalaniu listy lektur w czasopismach polonistycznych (zrobiłam to za Was, są nudne i odmieniają na wszelkie sposoby przymiotnik aksjologiczny***), a z drugiej mocno nieostre terytorium z tym-,-co-powinien-znać-wykształcony-Polak****. Aż się prosi o dyskusję.

 

 

*Jako lekturę uzupełniającą i niezłe wprowadzenie w temat polecam „Kanon jako problem kultury współczesnej” Piotra Wilczka, chociaż za każdym razem zastanawiam się, co profesor ma na myśli, pisząc o „radykalnych feministkach”.

**tak sobie po jednym nazwisku wymieniam, ale jest ich na kopy

**brakuje natomiast zastanowienia, w jakim stopniu kanon lektur szkolnych w obecnym kształcie jest kanonem martwym. Ale przecież kanon, który ma być składnikiem tożsamości narodowej, nie może być martwy, czyż nie?

***Dwa lata temu w krakowskiej Alchemii młodzi (mniej więcej) polscy twórcy kultury dyskutowali o „Zniewolonym umyśle” Czesława Miłosza. Dyskutowali, dyskutowali i tak im wychodziło, że dla nich osobiście nie jest to specjalnie ważna książka. W pewnym momencie Adam Michnik nie wytrzymał, wszedł z „widowni” na podest i zaczął mówić o tym, jak to „Zniewolony umysł” należy do najważniejszych książek dwudziestego wieku.



sobota, 30 lipca 2011

(Maja Jezerce, fot. summitpost.org)

Wracam 16.08.2011

Tagi: góry kultura
18:15, fabulitas , Mix
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 kwietnia 2011

Performansu nie powinno się nagrywać. Nigdy. Jakby nie kusiło. Dzisiaj tak mi się nasunęło podczas oglądania „Piruetu” Ewy Partum (nagranie z Dialog Galerie, 1984) w Zachęcie. Kamerzysta nie do końca wie, co kręcić; bardziej niż artystka – przynajmniej na początku – przyciąga wzrok tłumek stłoczony w niewielkim pomieszczeniu, brodaci okularnicy w swetrach siedzący pod ścianami i ich krótko ścięte koleżanki. Manifest odczytany okropnym niemieckim. Alternatywna publiczność utrwalona. Bardziej notatka o kulturze tam i wtedy, niż unieśmiertelniona sztuka.

W internetach dostępny tylko fragment, właściwie w tle komentarza-rozmowy (bardzo to złe):

poniedziałek, 28 marca 2011

Spoilery. Są.

Wspominałam w styczniu o mojej lekkiej obsesji na punkcie „Kabaretu”? Wspominałam. Zaczęło się od zobaczenia kilkuminutowego nagrania na youtube, a skończyło na ponownym oglądaniu filmu, z którego niewiele pamiętałam, zdobywaniu płyt, czytaniu książek i maltretowaniu otoczenia. Nic nadzwyczajnego w sumie.

Najpierw faktografia:

→ W 1929 Christopher Isherwood rzucił studia medyczne i pojechał do Berlina. Swoje doświadczenia, literacko przepracowane, zawarł w kilku książkach – do zapamiętania „Mr Norris Changes Trains” (1935), „Sally Bowles” (1937) i „Goodbye Berlin” (1939).

→ Na ich podstawie powstała w 1951 sztuka teatralna „I am the Camera”, w 1955 film pod tym samym tytułem, w 1966 broadwayowski musical „Cabaret”, a w 1972 słynny filmowy „Cabaret” Boba Fosse'a z Lizą Minelli i Joelem Greyem. „Cabaret” zgarnął osiem Oskarów, w tym za reżyserię, pierwszoplanową rolę kobiecą i drugoplanową rolę męską, ale statuetką dla najlepszego filmu cieszyli się wtedy twórcy „Ojca chrzestnego”.

→ W 1975 roku Isherwood wydał autobiografię, zatytułowaną „Christopher and His Kind”, w dużej mierze poświęconą berlińskim latom. Otwarcie pisze w niej o swojej orientacji seksualnej i o swoich mężczyznach w Berlinie, co było niemożliwe w latach 30.

→ Co pewien czas powstawały kolejne sceniczne adaptacje „Kabaretu”, ale ważne są dwie – broadwayowska z 1996 roku i jej skromniejsza, londyńska poprzedniczka z roku 1992. Reżyserem obu był Sam Mendes, a w roli Emcee wystąpił Alan Cumming.

→ W marcu 2011 BBC uszczęśliwiło widzów opartym na autobiografii Isherwooda filmem „Chistopher and His Kind” z Mattem Smithem w roli głównej.

Powinnam przypomnieć fabułę?

W zarysie, młody pisarz przyjeżdża na początku lat trzydziestych do Berlina (Berlin+lata trzydzieste=swoboda obyczajowa) w poszukiwaniu inspiracji i poznaje tam śpiewającą w klubie nocnym Sally Bowles. Sally zachodzi w ciążę, pisarz gotów jest uznać dziecko za swoje, niezależnie od tego, czyje jest, ale dziewczyna decyduje się na aborcję. Para się rozstaje, pisarz wyjeżdża. Poza tym mamy jeszcze drugi wątek, romansowo-żydowski, w musicalu równoprawny z wątkiem pierwszym, w filmie zmieniony i zdecydowanie drugoplanowy.

Cabaret” 1966

Można posłuchać, z przyjemnością, ale słychać, że to stare. Joel Grey zadebiutował jako MC właśnie na broadwayowskiej scenie i tak na ucho, był o wiele „grzeczniejszy” niż w filmie. „Oryginalną” Sally Bowles grała brytyjska aktorka Jill Haworth (zauważona wcześniej w „Exodusie”), ale ta rola nie stała się dla niej przepustką do wielkiej kariery. Grywała głównie w horrorach i serialach telewizyjnych.

Cabaret” 1972

Fosse zrobił film, nie musical, i duża część piosenek wypadła, ale nie to jest najważniejsze. Na potrzeby filmu powstały nowe – Mein Herr, Money i Maybe This Time, bez których nie sposób już sobie wyobrazić „Kabaretu” i które zostały włączone także do scenicznego kanonu. Że fragmenty w Kit Kat Clubie rewelacyjne (z wyjątkiem może damskich zapasów w błocie), chyba nie muszę wspominać, zasłużenie przeszły do filmowej klasyki.

Liza Minnelli, która wygląda w „Kabarecie” jak kobieta przebrana za crossdessera przebranego za kobietę, jest absolutnie cudowna jako naiwna i nieodpowiedzialna Sally Bowles. Gdyby nie to, że Brian irytował mnie jak rzadko który bohater filmowy, pewnie czepiałabym się bardziej niektórych wątków dopisanych Sally przez Amerykanów – cudów w rodzaju krzyczenia pod wiaduktem czy „porzucenia” przez ojca.

 

Co takiego irytującego jest w Brianie? Przecież miał być mało sympatyczną postacią, tak? No i jest, ale. Brian filmowy podobnie jak Cliff musicalowy nie angażuje się, pozwala, żeby to Berlin i Berlińczycy się mu przydarzali, a nie on im, zachowuje dystans etc. i to jest w porządku. Natomiast Brian cały czas występuje z nieuprawionej (bo niby czym? Amerykańskością? Angielskością?) pozycji moralnej wyższości – czy to rozmawiając z Niemcami o faszystach czy z Sally po tym, jak poddała się aborcji (do której sam ją doprowadził). Jest pewna różnica między byciem wycofanym, chłodnym i nieangażującym się, a byciem draniem i dupkiem.

Z rozwiązań fabularnych nie podobało mi się też zamienienie realistycznego wątku romansu wynajmującej pokoje Fräulein Schneider i pana Schultza, żydowskiego sklepikarza, na romans żigolaka Fritza i bogatej Żydówki, panny Landauer. On chce ją uwieść, bo jest spłukany. Ona mu nie ufa. On się w niej zakochuje szczerą miłością. Ona trzyma dystans mimo jego awansów. Za sprawą rad Sally kończy się na seksie. I teraz panna Landauer też kocha Fritza. I dlatego nie może się z nim więcej spotykać. Uważa, że taki związek byłby dla niego niebezpieczny, bo Hitler. On jest w rozpaczy. Ona jest w rozpaczy. On się dowiaduje, czemu ona nie chce go widzieć i ma dylemat, bo on też jest Żydem, tylko ukrył swoje pochodzenie dla celów towarzyskich. I jak tu się teraz przyznać, skoro nastały czasy jakie nastały? Ostatecznie on idzie do jej domu z wyznaniem i biorą ślub w synagodze. I w tym momencie widzimy ich po raz ostatni i nie słyszymy o nich więcej. Ratunku, ktotopisał.

Cabaret” 1992

Produkcja londyńskiego Donmar Warehouse.

Zarejestrowane przedstawienie można obejrzeć na youtube, co gorąco polecma. W roli Emcee Alan Cumming, znana z „Little Voice” Jane Horrocks jako Sally i Adam Godley jako Cliff. Produkcja skromna, ale odświeżająca „Kabaret”.

Cabaret” 1998

Miód na moje uszy. Nie ma tu wykonania, które by mi się nie podobało. „Willkommen” i „Cabaret” to mistrzostwo świata, „Mein Herr” Natashy Richardson podoba mi się bardziej niż to Lizy, partie Fräulein Schneider uwielbiam wszystkie, „Tommorow Belongs to Me” jest odpowiednio przerażające, a za włączenie „I Don't Care Much” (które wypadło z pierwotnej wersji musicalu, gdzie miał śpiewać je Cliff – tutaj śpiewa Emcee) będę dozgonnie wdzięczna reżyserowi, bo to utwór rzadkiej urody.

Za sukcesem tego „Kabaretu” stoi para Mendes i Cumming, którzy przenieśli swój londyński sukces na scenę nowojorską. „Kabaret” dostał cztery nagrody Tony i nie schodził z afisza przez 2377 przedstawień, a po Cummingu pałeczkę Emcee przejęli m.in. Michael C. Hall, John Stamos czy Neil Patrick Harris.

Ku mojemu rozczarowaniu, nie ma porządnego nagrania na żywo broadwayowskiego przedstawienia, więc muszę się zadowolić skądinąd bardzo dobrym albumem studyjnym. Jeśli komuś starczy determinacji, może poszukać fragmentów na youtube, ale na dobrą jakość dźwięku i obrazu nie ma co liczyć.

Christopher and His Kind” 2011

To nie „Kabaret”, ale myślę, że warto o nim wspomnieć. Jakoś na wiosnę znajoma fanka Doctora Who bulwersowała się, że Matt Smith znalazł się na okładce jakiegoś gejowskiego pisma, a przecież ktoś grający Doktora powinien „dawać przykład”, bo jest „odpowiedzialny wobec” swoich widzów-dzieci (tak, mam też takich znajomych, sami się przyplątali). Jeśli obejrzała „Christopher and His Kind”, zapewne musiało interweniować pogotowie.

Film można podzielić na dwie połowy – pierwszą wyznacza romans z Casparem (dekadencki Berlin), drugą romans z Heinzem (trudna sytuacja materialna berlińczyków, dojście do władzy nazistów, antysemityzm). W pierwszej jest erotycznie, w drugiej romantycznie. Poza tym mamy nieco relacji rodzinnych Isherwooda.

To, co mi się wyjątkowo spodobało w „Christopher and His Kind”, który nie jest jakims wybitnym filmem, to sposób, w jaki twórcy podeszli do deklaracji Isherwooda-bohatera-narratora, że jest tylko obserwatorem, kamerą rejestrującą to, co się wokół niego dzieje. Pomińmy momenty, w których Isherwood jest obserwatorem albo jest stroną działającą. Poglądy Isherwooda wyłuszczone są nam w dwóch rozmowach – z Audenem, kiedy deklaruje, że najlepiej się czuje jako obcokrajowiec, i z Landauerem, który zaczyna rozmowę pytaniem, czy Isherwood przyjechał do Berlina dla jego kultury. A dalej idzie to tak:

- I wouldn't quite say that. In fact I'm rather anti-culture.

- Like the Nazis?

- Oh, no, not in that way. It's just I'm put off by culture worshipers. I find them somewhat precious and prone to gushing.

- Do you find me precious and prone to gushing?

- No, I'm sure you're not. But the danger is that one can use cultureworship as a substitute for engaging with the messy business of living.

(…)

- Do you engage in politics Herr Isherwood?

- Actually no. I'm not really much of a joiner. I seem to be constitutionally incapable of bringing myself to the required pitch of enthusiasm. I have my sympathies of course.

- We can no longer afford the luxury of sympathy.

- I rather suspect I'm best equipped to observe and record.

- That will not be an option. When the Nazis come to power we must take to the streets. Not only Jews like myself, but all of us, Herr Isherwood. We must take to the streets and stay there even when the stormtroopers start firing.

- I'm not sure I'd hack it as a street fighter.

- Forgive me, but are you not then as guilty as your detested culture worshippers for refusing to engage with the whole messy business?

- (po dłuższej pauzie) I think maybe we should all play to our strenghts.

 
1 , 2
Napisz do mnie!