kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Kategorie: Wszystkie | Fangirl routine | Filmowo | Książkowo | Mix | Music, music | To jest teatr | W odcinkach
RSS

To jest teatr

sobota, 31 stycznia 2015

Slings and Arrows (2003-2006), reż. Peter Wellington, scen. Susan Coyne, Bob Martin, Mark McKinney, wyst. Paul Gross, Martha Burnes i Stephen Quimette

W notce nie ma spojlerów, bo chcę żebyście przeczytali i jak najszybciej poszli oglądać.

W 1989 roku Richard Eyre wystawił „Hamleta” na scenie londyńskiego National Theatre. Rolę tytułową powierzył Danielowi Day-Lewisowi, z którym trzy lata wcześniej współpracował przy doskonale przyjętych „Futurystach.” Przedstawienie trwało cztery godziny, a Gertrudę zagrała Judie Dench. Pierwsze recenzje były mieszane – krytycy dość powszechnie chwalili reżyserską wizję sztuki („It combines wit and intelligence with a grasp of the play's huge Gothic structure” Michael Billington, The Guardian; „[It is a] triumph of intelligence, full of attentiveness and inspiration.” Peter Kemp, The Independent) i występ Dench, ale Day-Lewis spotkał się z chłodnym przyjęciem. Aktor miał doskonałe warunki fiyczne do roli („everyone's picture-book idea of Hamlet” ponownie MB), ale jego interpretacji Hamleta brakowało głębi. Recenzenci przypominali o ograniczonym doświadczeniu szekspirowskim Day-Lewisa i załamywali ręce nad sposobem, w jaki obchodził się z szespirowską frazą („We lose the poetry” John Peter, The Sunday Times).

Ostatecznie przedstawienie nie było ani klapą, ani sukcesem, i pamięć o nim przetrwałaby tylko w archiwach National Theatre i przypisach w książkach poświęconych historii brytyjskiego teatru, gdyby nie jedno wydarzenie. 5 września, podczas konfrontacji z Duchem, Daniel Day-Lewis przeżył załamanie nerwowe, zszedł ze sceny i od tamtej pory nie wrócił na deski teatru. W późniejszych latach aktor odżegnywał się tego, co mówił bezpośrednio po incydencie, a mianowicie, że w miejscu, gdzie stał David Burke grający króla Hamleta, zobaczył ducha swojego zmarłego ojca („[It was] a very vivid, almost hallunicatory moment in which I was engaged in a dialogue with my father … but that wasn't the reason I had to leave the stage. I had to leave the stage because I was an empty vessel. I had nothing in me, nothing to say, nothing to give.” The Guardian, 2003; „I may have said a lot of things in the immediate aftermath and to some extent I probably saw my father’s ghost every night, because of course if you’re working in a play like Hamlet, you explore everything through your own experience. (…) So yes, of course, it was communication with my own dead father. But I don’t remember seeing any ghosts of my father on that dreadful night!” Time, 2012).

Ale czego by nie mówił, anegdota żyje własnym życiem, a ucieczka Day-Lewisa ze sceny pozostaje jedną z najsłynniejszych współczesnych anegdot teatralnych. I na dodatek posłużyła za inspirację przy tworzeniu postaci Geoffreya Tennanta, głównego bohatera serialu „Slings and Arrows,” o którym ma być ta notka. Po rozstaniu się z „Mozart in the Jungle,” który jest jak na razie najbardziej uroczym nowym serialem sezonu, mimo silnej konkurencji ze strony „Galavanta”, byłam na głodzie i ten głód zaprowadził mnie do „Slings and Arrows.” Kanadyjskiego serialu o fikcyjnym festiwalu szekspirowskim. Naprawdę nie wiem, jak mogłam być do tej pory nieświadoma jego istnienia.

Geoffrey Tennant zostaje tymczasowym dyrektorem artystycznym New Burbage Festival siedem lat po tym, jak grając Hamleta przeżył na scenie załamanie nerwowe, wskoczył do grobu Ofelii (znaczące, ale sza), uciekł z teatru i wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Będzie musiał zmierzyć się z duchami przeszłości (także bardzo dosłownie), wyreżyserowaniem niedokończonej produkcji nieufnością zespołu i odnalezieniem duńskiego księcia w młodym gwiazdorze filmowym, który został zatrudniony tylko po to, żeby ściągnąć na festiwal większą publiczność. Tak mniej więcej przedstawia się fabuła pierwszego sezonu. „Slings and Arrows” ma ich tylko trzy, po sześć odcinków sezony, a akcja obraca się wokół wystawiania kolejnych sztuk – Hamleta oczywiście, Makbeta i Króla Laera.

Teatr jest wysiłkiem wspólnym – reżyserów, aktorów, inspicjentów, scenografów, kostiumologów, makijażystów, suflerów, choreografów, administracji, personelu pomocniczego i dramatopisarzy – i „Slings and Arrows” dobrze to pokazuje. Geoffrey, brawurowo zagrany przez Paula Grossa („Due South”), jest bijącym sercem serialu - po trosze powracającym synem marnotrawnym, po trosze niechętnym do rządzenia księciem, po trosze człowiekiem, który może być geniuszem, ale może być też szaleńcem – ale nie byłoby „Slings and Arrows” bez Ellen – doświadczonej aktorki, Richarda – dyrektora finansowego, Anny – administratorki o złotym sercu, Marii – inspicjentki, Olivera – byłego przyjaciela i mentora Geoffreya, Cyrila i Franka – parę teatralnych weteranów, Jerry'ego – sympatycznego aktora drugiego planu, Darrena Nicholsa – doskonale sprzedającego się reżysera, Nahuma – który jest więcej niż ochroniarzem, Kate, Jacka, Sophie – młodych aktorów... zauważyliście, że jestem na najlepszej drodze do wymienienia dokładnie wszystkich postaci?

Susan Coyne (grająca Annę), Bob Martin (pojawiający się w dwóch odcinkach jako korporacyjny księgowy Terry) i Mark MacKinnley (grający Richarda), wszyscy troje ze znaczącym doświadczeniem teatralnym, napisali „Slings and Arrows” w taki sposób, że każdy z bohaterów, nawet ten, który nie ma osobnego wątku, jest żywy, prawdziwy i dający się lubić, mimo dziwactw i słabości. I tak, na przykład, na ekranie nigdy nie mówi się o związku Franka i Cyrila (serial zajęty jest piętnastoma innymi wątkami jednocześnie w dowolnie wybranym momencie – brzmi to może strasznie, ale doskonale oddaje chaos produkcji teatralnej), ale się go pokazuje. I nie mówi się o tym, jak niezastąpiona jest Maria, ale na ekranie Maria wykonuje tytaniczną i niewdzięczną pracę. I nie mówi się o Nahumie, ale to, co widzimy, wystarczy i za komentarz o życiu kulturalnym i artystycznym w Kanadzie, i na doskonały pomysł na serial, który nigdy nie powstanie.

Szekspir w „Slings and Arrows” nie jest tłem ani dekoracją. Mamy cytaty z Szekspira, mamy żarty z Szekspira, mamy dyskusje o Szekspirze i nawiązania do Szekspira, mamy nawet piosenki o sztukach Szekspira (i wszystkie są prześmieszne i świetnie nadają się do nucenia), a przy tym – nie wiem, czy mi teraz uwierzycie – serial nie alienuje widzów, którzy nie mają specjalnej znajomości dzieł barda.

Każda produkcja na scenie New Burbage Festival jest polem artystycznych konfliktów i prób odczytań, nie mniej ważnych niż osobiste perypetie bohaterów, a i w życiu postaci pojawiają się wątki szekspirowskie – pycha, słabość i szaleństwo (choroba psychiczna) – wplatane zręcznie przez scenarzystów, którzy do serca wzięli sobie, że świat jest teatrem, aktorami ludzie. I może jeszcze to, że życie jest tylko przechodnim półcieniem, bo „Slings and Arrows,” w najlepszej tradycji wybitnych komedii, nie cofa się przed mówieniem o spawach najważniejszych i ostatecznych.

Śmiech i łzy, życie i śmierć. Ot, cały Szekspir.

piątek, 24 października 2014

Wylał się z Internetu na mój ekran bełkot przeraźliwy, a potem mi wyjaśniono, że to nie bełkot, tylko felieton, i nie przeraźliwy, tylko prawdziwy – autor napisał go dla stołecznej Wyborczej i dostał za niego pieniądze. Gwarantuję Wam, jeśli przeczytacie (klik?), zaraz zrozumiecie, jak mogłam się aż tak pomylić.

Blanche DuBois doesn't have time for this nonsense.

Ale nie musicie czytać, ja Wam zaraz pięknie opowiem, o co tam chodziło. Otóż Maciej Nowak, krytyk teatralny i kulinarny, dostał zaproszenie na transmisję kinową „Tramwaju zwanego pożądaniem” z Young Vic w ramach NT Live. Dostał i uniósł się świętym oburzeniem, bo teatr w kinie, to upadek kultury i cywilizacji, i trzeba nam szaty drzeć i płakać krwawymi łzami. Alternatywnie, jak pan krytyk, rzucać gromy na głowy organizatorów i dyrekcję National Theatre w Londynie. Zapytacie może naiwnie, dlaczego? A dlatego, że sztuka ma swoje miejsce i najwidoczniej jest to miejsce na piedestale i wśród marmurów. Dlatego też wystawa fotografii w galerii handlowej to nie wystawa, książka sprzedawana w hipermarkecie traci wszelkie walory artystyczne, a w kinie nawet Antonioni się liczy, jeśli choć jedna osoba na widowni je popcorn...

Mogę zrozumieć teatromana, który nie lubi retransmisji. Jakby nie patrzeć, jest to inne doświadczenie i na reżyserię nakłada się jeszcze realizacja nagrania. Mogę zrozumieć purystę językowego, dla którego jak galeria, to tylko sztuki. Mnie samą irytują studia paznokci i tym podobne potworki. Mogę zrozumieć bibliofila, który kocha buszować pomiędzy regałami i dyskutować z księgarzami, a pełnię szczęścia osiąga tylko w antykwariatach. De gustibus, lubisz wąchać papier, wąchaj, nikomu nic do tego. Czego nie mogę zrozumieć, to jak człowiek, który profesjonalnie obraca się w kulturze i powinien znać jej współczesne bolączki, ale i otwierające się przed nią nowe możliwości, może wykazać się w dwóch akapitach (reszta to czyste-żywe pompowanie wierszówki) taką ignorancją, arogancją, nierzetelnością i zwykłym snobizmem.

Na początek z felietonu można wynieść wrażenie, że NT Live to skandaliczna nowinka, tymczasem projekt rozpoczął się pięć lat temu projekcją „Fedry” z Helen Mirren, a międzynarodowy rozgłos zdobył transmisjami najpierw „Frankensteina” Danny’ego Boyle’a, a następnie „Makbeta” Kennetha Branagha i „Coriolana” Josie Rourke z Tomem Hiddlestonem. NT Live umożliwia milionom ludzi na świecie (tak, liczba widzów idzie już w miliony) kontakt z najgłośniejszymi i najlepszymi tytułami z londyńskich scen, a „telewizyjne buzie,” którymi „epatuje” i obrzydza życie Maciejowi Nowakowi to aktorzy o często imponujących karierach teatralnych i laureaci najbardziej prestiżowych nagród w branży.

Pomińmy już pytanie, czy krytyk teatralny (i kulinarny) tego nie wie, co byłoby dość żenujące, czy świadomie pomija fakty i wprowadza w błąd czytelnika, który znajomości brytyjskiego teatru mieć nie musi. Tym, co mnie martwi, jest założenie, że jeśli ktoś idzie do teatru na znaną twarz, najwidoczniej nie jest wart tego, żeby z teatrem mieć w ogóle kontakt, nawet parszywy-bo-kinowy. Miałam przywilej oglądać młodych ludzi, wchodzących do sali kinowej na ulubionego aktora – powód dobry, jak każdy inny – a wychodzących z Szekspirem. Kto mi pokaże, kiedy coś takiego ostatnio osiągnęła polska scena?

Sporo się mówi i pisze o marnej kondycji kultury w Polsce. Najgłośniejsze są oczywiście biadania nad stanem czytelnictwa, ale wszyscy pamiętamy zeszłoroczny raport GUS „Kultura 2012” i zawrotne sumy, jakie statystyczny Polak przeznacza na kulturę (niech przypomnę – na kino, teatr i instytucje muzyczne łącznie wypada 22 złote polskie rocznie na osobę w gospodarstwie domowym). Tymczasem felietonista Nowak zaciekle broni wartości artystycznej, która podejrzanie łączy się z odpowiednio elitarną oprawą i odpowiednio elitarnym dostępem. Bilet na spektakl w ramach NT Live kosztuje dwa-trzy razy mniej od biletu na przedstawienie w którymś z warszawskich teatrów. Możecie sobie wyobrazić, ile kosztowałby bilety gdyby National Theatre przyjechał do Polski z gościnnymi występami (nonsensowny pomysł), i nawet nie chcę liczyć, ile kosztuje teatralna wycieczka do Londynu... a nie, tutaj nie muszę liczyć, mogę Wam powiedzieć, bo akurat byłam w tym roku. Więcej niż roczna suma, którą Polak średnio wydaje na kulturę.

Co mnie ujęło w londyńskich teatrach to to, jak mało tam nadętej atmosfery obcowania ze Sztuką przez duże Sz i jak dużo zwykłego szacunku wobec wykonawców i widzów. Normą jest, że na widownię wnosi się kupione w teatralnym barze napoje, w tym jakże nieeleganckie piwo, i przekąski. Również normą jest, że nie są one chrupiące, pachnące intensywnie, ani pakowane w szeleszczące opakowania, żeby nasza konsumpcja nie przeszkadzała innym. Brytyjska widownia milknie wraz ze zgaszeniem świateł – warszawskiej zdarza się gadać do pierwszych słów ze sceny i dłużej – ma wyciszone telefony komórkowe i nie odbiera ich podczas trwania spektaklu (pozdrawiam panią, która koniecznie musiała pochwalić się przez telefon, że jest w teatrze, w połowie pierwszego aktu „Tramwaju zwanego pożądaniem” w Ateneum). Jakby się zastanowić, nie dziwota, że to właśnie z kraju takiego kulturalnego upadku przywleczono do nas tę zarazę, którą jest NT Live, prawda?

 

 ***

 

Czysto informacyjnie i z niekłamaną przyjemnością: w tym roku Multikina w całej Polsce pokażą jeszcze „Medeę” Carrie Cracknell z Helen McRory 28 października, „Frankensteina” Boyle'a z Benedictem Cumberbatchem i Jonnym Lee Millerem 31 października, „Prześwit” Stephena Daldry'ego z Billem Nighym i Carey Mulligan (bardzo polecam, miałam okazję zobaczyć na żywo i pewnie wybiorę się na retransmisję) 13 listopada, i ponownie „Tramwaj zwany pożadaniem” Benedicta Andrewsa z Gillian Anderson 20 listopada, ponieważ spektakl, uwaga, uwaga, spotkał się u nas z dużym zainteresowaniem. Zachęcam też do rozejrzenia się w ofercie kin studyjnych – może się okazać, że macie do Londynu bliżej, niż Wam się wydawało.

A popis Nowaka skomentowały też Szprota i Zwierz, obie słusznie skupiając się na snobistycznej postawie krytyka, a Ysabell napisała, co w ramach NT Live i MET Live warto zobaczyć, bardzo polecam.

niedziela, 26 stycznia 2014

Nastasja Filipowna

Teatr Ateneum, reż. Andrzej Domalik, wyst. Grzegorz Damięcki, Marcin Dorociński

(chociaż poza ostatnim akapitem nie piszę o szczegółach fabularnych, zakładam, że znacie "Idiotę" Dostojewskiego - jeśli nie znacie, poznajcie, zanim wybierzecie się na sztukę)

 

Mam takie wewnętrzne przeświadczenie, że z Dostojewskiego człowiek powinien wychodzić chory. Albo przynajmniej porządnie rozgorączkowany. Osobiście jeszcze mi się nie zdarzyło. Blisko był „Idiota” w Teatrze Studio, gdzie Olga Paszkowska stworzyła fantastyczną Nastasję, a Bral w sposób bardzo przemyślany i swobodny grał wszystkimi dostępnymi sobie środkami artystycznymi – od elementów choreografii i sztuki cyrkowej, przez lustro i ikonę, po ciała swoich aktorów. Blisko była „Nastasja Filipowna” Domalika, którą zobaczyłam w czwartek w Teatrze Ateneum. Blisko, ale.

Zostawmy na boku „Nastasję Filipownę” Wajdy, która była bezpośrednią inspiracją, ale do której współczesne przedstawienie ma daleko – nie dość, że tam był reżyserski i aktorski eksperyment, rygorystyczna improwizacja, a tutaj dostajemy klasyczną sztukę, to dla większości obecnych widzów przedstawienie sprzed ponad trzydziestu lat będzie oczywistym, ale odległym nawiązaniem – ot, wyimkiem z historii polskiego teatru. Zresztą nie ma takiej możliwości, żeby współczesne, bieżące wygrało z „legendarnym” – tak, krytycy chętnie używają dużych słów.

„Nastasja Filipowna” grana jest na niewielkiej Scenie 61 i widownia, nawet z ostatniego rzędu, ma niepokojące poczucie przebywania wewnątrz, w petersburskim mieszkaniu Rogożyna, razem z bohaterami dramatu – epileptykiem i mordercą. Z drugiej strony scenograf Marcin Stajewski wykorzystał do maksimum głębię sceny, dzięki czemu niewidoczna, przesłonięta kotarą sypialnia, w której leży martwa Nastasja, jest dla nas przestrzenią rzeczywistą, a nie umowną, co ma niebagatelne znaczenie przy oszczędności scenografii.

Spektakl na równi ze słowami operuje światłem – Rogożyn wielokrotnie przechodzi pomiędzy światłem a cieniem, momentami prawie zupełnie znikając nam z oczu, podczas gdy na twarzy księcia Myszkina cały czas skupia się najjaśniejszy reflektor. Nieco w tle pozostaje muzyka. Użyte fragmenty „Peyotlu-Witkacego” Stańki to nieoczywisty, ale nadspodziewanie dobry wybór.

Dorociński gra Rogożyna jakby wbrew postaci – nie ma Rogożyna prostaka i gorącej głowy, szalejącego z zazdrości i pożądania, jest Rogożyn, człowiek złamany, który drobiazgowo planuje czuwanie przy ciele chyba tylko ze zwykłego rozpędu, z konieczności postawienia kropki po ostatnim zdaniu dramatu. Jego nie trawi gorączka, jego dusi kaszel i mdłości, jest już zmęczony i nie do końca wiadomo, czemu chce dokonać rozliczenia swojej przyjaźni-nie-przyjaźni z Myszkinem.

Myszkinem, którego Damięcki portretuje w sposób zdecydowanie bardziej klasyczny z jego delikatnością, naiwnością, głęboką wiarą w Boga i bezprzykładną w ludzi. Jak u Dostojewskiego w momentach emocjonalnego wzburzenia książę ma problemy z wyduszeniem z siebie słowa, ale udanym rozwiązaniem było dodanie mu lekkiej niepełnosprawności ruchowej, sztywności, mocniej akcentowanej na początku sztuki. Myszkin z miejsca budzi współczucie i dopiero z czasem orientujemy się, że bardziej trzeba współczuć jego rywalowi.

Wydawałoby się, że „Nastasja Filipowna” ma wszystkie elementy potrzebne dobremu przedstawieniu – doskonały punkt wyjściowy, mocny tekst (chyba całość dialogów jest wzięta żywcem z „Idioty” – na pewno te z ostatniego spotkania Myszkina z Rogożynem), przemyślane kreacje aktorskie, pewną rękę reżysera i wizualną spójność. Czego więc zabrakło? Skąd moje ale?

Może problem leży w tym, że całość jest zbyt stonowana, zbyt gładka. Jeśli brakuje gorączki u Rogożyna, jeśli książę-idiota, próbujący go pocieszyć, kończy swoją ostatnią kwestię spokojny i niemal radosny, wpatrzony w lepszy świat tam, gdzie niebo się styka z ziemią, a nie w kanonicznym nawrocie choroby, bliski katatonii, nie poznający nikogo... to to jakby Dostojewski ze słowa, ale nie z ducha.

Tagi: teatr
17:25, fabulitas , To jest teatr
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 września 2013

Naprawdę nie wiem, czy to, że British Council i Multikino dają nam od czasu do czasu liznąć brytyjskiej sztuki teatralnej, jest wspaniałym prezentem dla wszystkich nadwiślańskich miłośników Melpomene czy może wyrafinowanym okrucieństwem. Tak, tak, byłam w Złotych na „The Audience.” I były też rozentuzjazmowana Dzidka i refleksyjny Zwierz.

Wprawdzie nie opuściłam sali kinowej, unosząc się trzy stopy nad ziemią na różowej chmurce zachwytu (ja i różowe chmurki zachwytu jakoś się ostatnio omijamy, jeśli ktoś ma pomysł, jak to zmienić, chętnie przyjmę wszelkie wskazówki), jak niektórzy widzowie, ale bawiłam się znakomicie i z czystym sumieniem mogę powiedzieć – żałujcie Wy, którzy mogliście się wybrać, a zostaliście w domach*.

Królowa Elżbieta II zgodnie z tradycją co wtorek przyjmuje aktualnego premiera Wielkiej Brytanii na prywatnej audiencji. I pałac i premierzy konsekwentnie milczą o treści tych spotkań, budząc uzasadnioną ciekawość Brytyjczyków. Peter Morgan (The Queen, Frost/Nixon, The Last King of Scotland) uruchomił wyobraźnię i uczynił je kanwą sztuki o monarchii we współczesnym świecie i o ludziach u władzy. A Helen Mirren, Paul Ritter, Richard McCabe i inni utalentowani aktorzy, reżyserowani przez Stephena Daldry (Billie Elliot, The Hours, The Reader), tchnęli życie w słowa.

Morgan bardzo dobrze zna swoje rzemiosło i udało mu się połączyć epizody z sześćdziesięciu lat brytyjskiej historii w zgrabną i momentami błyskotliwą całość. Opowieść płynie wartko, a tekst skrzy się humorem – chociaż jest to humor różnej próby, od łatwego i oczekiwanego żartu z zamiłowania Churchilla do alkoholu po genialną wymianę zdań o prawdziwym turbocie pomiędzy królową i Majorem czy „build me a Rhineland Schloss!” Wilsona.

Niestety, kiedy odłożymy na bok fenomenalne aktorstwo i spojrzymy poza świecidełka – ocierające się o niemożliwość zmiany kostiumów Helen Mirren na scenie, łaskawe w gruncie rzeczy karykatury premierów, zadziorność młodej Elżbiety i campowego marszałka dworu (golly! nie mam pojęcia, jak właściwie przetłumaczyć nazwę stanowiska postaci Geoffrey'a Beeversa, pobieżny gugiel mówi, że senior equerry to połączenie osobistego kamerdynera z zarządcą pałacu) – niewiele nam zostanie do podziwiania.

W gruncie rzeczy Morgan rysuje taki portret Elżbiety, jaki chciałaby zobaczyć publiczność. Pocztówkowy. I pocztówkowe są wygłaszane ze sceny tezy o władzy, rządzeniu, miejscu królowej. Najbardziej widać to chyba w scenach pomiędzy Elżbietą Mirren a Elżbietą-dziewczynką (w tej roli Nell Williams, której karierę trzeba bacznie obserwować), które powinny być tym właściwym „spojrzeniem za kotarę” i nadawać królowej bardziej indywidualnych rysów, a są po prostu miałkie.

I tym sposobem sztuka ma wiele jasnych momentów i ani na sekundę nie pozwala się nudzić, ale brakuje jej ciężaru. Gdyby nie Mirren, która bezdyskusyjnie jest dla „The Audience” sterem, żeglarzem, okrętem, raczej nie zostałaby okrzyknięta na Wyspach jednym z najważniejszych wydarzeń teatralnych tego roku.

 

 

* Możecie jeszcze naprawić swój błąd. 28 września "The Audience" będzie wyświetlana w kinie Amok w Gliwicach, kinie Apollo w Wałbrzychu i kinie Piast w Legnicy. I może gdzieś jeszcze, więc polecam zajrzenie na NTLive.

piątek, 21 stycznia 2011

Może ja jestem nieuleczalną malkontentką, może styczeń mi zrobił źle, może się nie znam... nie wróć, cofam to ostatnie, bo akurat się znam... więc, może się znam za dobrze... w każdym razie, kiedy po obejrzeniu „Tuwima dla dorosłych* w Novej Scenie zaczęłam układać sobie w głowie recenzję, wyszło mi, że owszem, właściwie to mi się podobało, ale, ale, ale, ale, ale...

Mam wrażenie, że Jerzego Satanowskiego, który opracował tekst i wyreżyserował spektakl, dotknęła klęska urodzaju. Twórczość Tuwima jest obszerna i różnorodna, a pan reżyser chciał pokazać wszystko i nie do końca mu wyszło, bo chyba wyjść nie mogło. Poza tym, mimo deklaracji, jest dość grzecznie.

Na początek może oficjalny opis spektaklu:

SpektaklTuwim dla dorosłychukazuje najpierw zachłyśnięcie się światem przez młodego poetę, a następnie jego narastający dystans artysty wobec rzeczywistości i coraz większą dezaprobatę dla obserwowanych mechanizmów społecznych. Ma też przedstawienie drugiego - poza samym poetą - bohatera. Jest nim... Warszawa. Ukochane miasto, do którego Tuwim wracał - wydawało by się - wbrew rozsądkowi, wiedziony czystą poetycką intuicją. Albo miłością.

Tak, misie moje, wygląda pisanie życzeniowe.

Przede wszystkim Tuwim jako bohater spektaklu, jako postać, nie występuje w ogóle – no, może przemyka się tam raz czy drugi. Satanowski twierdzi, że „sześcioro aktorów wierszami, prozą i piosenkami buduje portret artysty”, ale ja na scenie tego nie widziałam. Owszem było sześcioro aktorów, byli i muzycy, ale portretu artysty nie było.

Warszawa jako druga bohaterka również wywołuje u mnie uniesienie brwi. Tak, „Tuwim dla dorosłych” zaczyna się Warszawą i Warszawą kończy, ale ta klamra jest nieco wymuszona – zwłaszcza że z „Balu w Operze”, kończącego się w tej wersji jakoś tak łagodnie i bezbarwnie, nagle wpadamy w drugą wojnę światową (nie opisaną słowami Tuwima, tylko z odczapiastą dramatycznością – komunikatem radiowym po kapitulacji Warszawy w 1939, wyłączeniem świateł, wybuchami etc.) i równie nagle z niej wypadamy na fragment „Ab urbe condita”, i to jest zakończenie, i ma się nijak do całego spektaklu.

Zachłyśnięcie się światem przez młodego poetę, a następnie jego narastający dystans artysty wobec rzeczywistości i coraz większą dezaprobatę dla obserwowanych mechanizmów społecznych” też niespecjalnie widać na scenie, choćby dlatego, że na początku nie uświadczymy Tuwimowskiego witalizmu, biologizmu i joie de vivre (Gdzie „Wiosna”? Albo druga „Wiosna”? Albo „Ja”? „A jak sobie wieczorem”? „***(inc. Życie? — — —/Rozprężę szeroko ramiona)”? „Ranyjulek”?), za to w drugiej części ni z gruszki ni z pietruszki znalazł się wczesnotuwimowy „Chrystus miasta”, natomiast „Bal w Operze”... och, „Bal w Operze”...!

Bal w Operze” został przez Satanowskiego wykastrowany. Tak większość ostrej satyry społecznej, jak i elementy apokaliptyczne, które przecież robią ten poemat, przepadły. Niet. Nie ma. Diabli wzięli, diabli wzięli, diabli wzięli. Słuchałam i czułam się, jakby mi ktoś krzywdę robił. Owszem, momentami interpretacja tych fragmentów, które się ostały, była oryginalna i całkiem interesująca. Ciekawa jest też skomponowana pod „Bal...” muzyka Leszka Możdżera. Ale. Za popełnione ingerencje w tekst powinien czekać na reżysera osobny krąg piekielny.

Pierwsza część „Tuwima dla dorosłych” jest lżejsza w tonie, druga natomiast dość wolno się rozkręca, ale potem gna z kopyta. W obu miałabym coś do powiedzenia na temat części wybranych utworów i przechodzenia od jednego do drugiego, ale koniec końców ten bałagan to nie moja wizja artystyczna, więc odpuszczę.

(Gdybym zaczęła pisaninę w rodzaju – a dlaczego „Śmierdziel” a nie „Archanioł” albo „Tancerz”? Jeśli ma być dla dzieci, to czemu z wszystkich wierszy akurat „List do dzieci”? - mogłabym nie skończyć.)

Jeśli chodzi o same wykonania, wrażenia mam pozytywne, bo artyści dawali z siebie wszystko i generalnie sprostali tekstom (były dwa czy trzy zająknięcia, ale bądźmy łaskawi, spektakl dopiero co wszedł na scenę). Szczególnie duże brawa należą się Jackowi Bończykowi i Arkadiuszowi Brykalskiemu. Podobało mi się wykonanie „Starej piosenki” przez Magdalenę Piotrowską, natomiast Anna Sroka wykonała „Ptasie radio” brawurowo, ale po wyjściu i tak będziemy pamiętali ten wierszyk w mistrzowskiej interpretacji Ireny Kwiatkowskiej. Pomysł na wykonanie „Z wierszy o Małgorzatce” był dobry, ale wyszło nieco chaotycznie, poza tym zaciskałam zęby na cięcia w tekście. „Przy okrągłym stole” znane szerzej jako "Tomaszów" i do-niedawna-tytułowe "Całujcie mnie wszyscy w dupę" bez rewelacji. Zabrakło „Kwiatów polskich”**, ale też nie było na nie za bardzo miejsca.

Od strony muzycznej – bez zarzutu.

To tak na szybko. Niech powtórzę co napisałam na początku – właściwie mi się podobało, właściwie nieźle się bawiłam (chociaż wiekszość publiczności bawiła się wyraźnie lepiej niż ja), ale zastrzeżeń do spektaklu jako całości mam mnóstwo.

Na koniec jeszcze smutna refleksja... albo nie. Chciałam napisać parę słów o tym, co w tej chwili reprezentuje sobą polski kabaret i jak to się ma do więcej niż niezłej tradycji, ale może się nie dołujmy.


Tuwim dla dorosłych” Nova Scena Teatru Muzycznego Roma

Autor - Julian Tuwim
Kompozytorzy:

Leszek Możdżer ("Bal w operze"), Jacek Kita, Jerzy Satanowski, Zygmunt Konieczny, Władysław Dan, Tadeusz Muller, Władysław Bugajski, Włodzimierz Korcz, Marcin Partyka, Krzysztof Łochowicz
Opracowanie tekstu i reżyseria - Jerzy Satanowski
Obsada:
Joanna Lewandowska - Zbudniewek, Magdalena Piotrowska, Anna Sroka,
Jacek Bończyk, Arkadiusz Brykalski, Jan Janga Tomaszewski
Zespół muzyczny:
Jacek Kita – fortepian
Krzysztof Łochowicz - gitary
Wiesław Wysocki/ Sebastian Stanny - saksofony
Piotr Domagalski - kontrabas, gitara basowa
Jakub Szydło - perkusja



*który nazywał się bardziej soczyście „Całujcie mnie wszyscy w dupę”, kiedy kupowałam bilet. Tytuł został zmieniony za sprawą córki Tuwima, która uznała, że przez taki a nie inny tytuł wiele osób nie przyjdzie na przedstawienie, bo uzna, że pokazuje się Tuwima jednostronnie. Moim zdaniem zmiana tytułu była błędem. A na mieście i tak wiszą stare plakaty.

**a jeśli jesteśmy przy „Kwiatach polskich”, czy ktoś ma może/wie jak dostać „Kwiaty Polskie” w wykonaniu Zapasiewicza i Sawickiej z muzyką Nahornego? Znalazłam informację, że zostały wydane na płycie na jubileusz 90-lecia województwa łódzkiego (oczywiście w niewielu egzemplarzach), ale do samej płyty dotrzeć nie mogę.

czwartek, 19 sierpnia 2010

albo zbierający świetne recenzje Jude Law w roli Hamleta.

Niby świat się skurczył, a tyle dobrych rzeczy dzieje się zbyt daleko stąd. O "Hamlecie" jeszcze będzie, jak uporam się z zaplanowanymi na dzisiaj uciążliwościami.

Napisz do mnie!