kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Kategorie: Wszystkie | Fangirl routine | Filmowo | Książkowo | Mix | Music, music | To jest teatr | W odcinkach
RSS

Fangirl routine

sobota, 12 lipca 2014

Kiedy dyskutujemy w Internetach o jakiejś książce, komiksie, grze, serialu, filmie czy innym wytworze kultury popularnej i robimy to w kontekście feministycznym (nie chodzi tu o naukowe analizy tekstów kultury w świetle teorii feministycznych, co to to nie, wystarczy, że dyskutantka się poskarży, że cały wątek postaci kobiecej w jej ulubionym serialu jest podporządkowany rozwojowi postaci męskiej albo że wkurza ją, że w kolejnej grze pancerz płytowy postaci kobiecej odsłania biust albo załka, bo Marvel może i ma szopa z karabinem maszynowym, ale do zrobienia filmu z Czarną Wdową w roli głównej jakoś się nie kwapi, punktów wyjścia są tysiące), zaraz znajdują panowie (a czasem też panie), na których samo słowo feminizm działa jak płachta na byka i którzy nie spoczną, póki KTOŚ SIĘ MYLI W INTERNECIE. I z rozmowy o tym, co jest nie tak, co można by poprawić i jak, trafiamy do piekła powtarzanych w kółko argumentów i derailowania dyskusji. I z takich argumentów powstało poniższe bingo.

1. Jesteś przewrażliwiona!

Bo się z tobą nie zgadzam? Widać na pierwszy rzut oka, że ty i ja mamy inną wrażliwość, ale to, że uważam jakieś kwestie za ważne/problematyczne a ty nie, nie znaczy, że ja jestem przewrażliwiona. Tak po prawdzie to ty przyszedłeś i zachowujesz się jak dwulatek, który rzuca się na ziemię i wrzeszczy, jak coś nie idzie po jego myśli. A tak ogólnie „argument” idący tradycyjnym torem myślenia, który mówi, że kobiety są z natury wrażliwe, a więc nieracjonalne i kierujące się emocjami, a więc nie mają racji w dyskusji, is just so old. Wydaje ci się, że dziewczyny to takie delikatne kwiatuszki i intelektualne mimozy? Skąd tyś się urwał, z dziewiętnastego wieku?

2. Dlaczego nie możesz usiąść wygodnie i po prostu cieszyć się książką/filmem?

Ależ mogę. W przypadku wielu filmów i książek, w których znajdują się problematyczne wątki, o których teraz dyskutujemy, siedziałyśmy sobie wygodnie i cieszyłyśmy tym, co twórcom wyszło dobrze (generalnie każda średniozaawansowana widzka i czytelniczka potrafi tak nawigować w mętnych wodach popkultury, żeby omijać rzeczy, które są nudne, marne, złe etc. od A do Z, no biggie). Ale to nie znaczy, że będziemy ślepe i głuche na seksizm i głupotę.

3. Dlaczego chcesz popsuć mi przyjemność z lektury/oglądania?

Jeśli wskazanie ci, że lubiane przez ciebie dzieło, jednak nie jest takie super, psuje ci przyjemność z oglądania to… wcale nie jest mi przykro. Sorry, ale ten argument, to powiedzenie innymi słowami, że wolałoby się pozostać ignorantem w jakiejś kwestii, dla własnej wygody. Przemyśl może tę postawę, co? Chociaż i tak jest nieźle, skoro po przeczytaniu naszych wywodów zrobiło ci się nieprzyjemnie, bo to znaczy, że jednak zobaczyłeś, że coś jest nie halo.

4. Czepiasz się szczegółów!

Bo może dla mnie to nie są szczegóły? Jeśli to dla mnie nie są szczegóły, to próbujesz zdyskredytować to, co ja uważam za kluczowe. Nieładnie, zastanów się nad sobą. Ale może też uważam to za szczegóły. Tyle że akurat te szczegóły są dla mnie ważne? Hej, ja wiem, że ten film jest o nawalankach ludzkości z kosmitami i dla wszystkich zainteresowanych najważniejsze są popisy speców od efektów specjalnych a nie jakiś tam scenariusz, ale ja i tak wolałabym, żeby bohaterka była czymś więcej niż love interest i wieszakiem na lateks. Skoro bohater może.

5. To tylko film/książka/serial!

No i? Zadziwiające, jak często ten argument wychodzi z pod palców osób, które na przykład potrafią wymienić wszystkie niedociągnięcia scenariuszowe z wszystkich pięciu sezonów serialu, kibicują aktywnie losom postaci w powieści, albo znają szczegóły powstawania jakiegoś filmu, od lokacji po plotki z planu, chociaż nawet nie wyszło jeszcze DVD. Ale kiedy zahaczamy o wątek, który jest dla nich niewygodny, zaraz okazuje się, że to przecież tylko fikcja! Ważna rzecz – fikcja też kształtuje nasze spojrzenie na świat. I ja na przykład nie chciałabym, żeby kolejne pokolenia chłopców uczyły się „nie” u kobiety znaczy „tak się tylko droczę,” bo wszyscy powiedzieli „to tylko fikcja,” wzruszyli ramionami i pozwolili tworzyć następne teksty kultury z takim przekazem, bo do twórców nie dotarła informacja zwrotna, że coś tu jest nie tak.

6. Moja dziewczyna/siostra/znajoma nie miała z tym problemu!

Mogła nie mieć. Kobietom zdarza się mieć różne zdania na różne tematy. Nie jesteśmy hive mindem. No i?

7. Moja dziewczyna/siostra/znajoma jest feministką i nie widzi problemu.

Gdybyś wiedział co nieco o feminizmie, wiedziałbyś, że feminizm nie jest monolitem. To, co mnie wydaje się bardzo ważne, dla innej feministki może być kwestią drugorzędną. Nie ma w tym sprzeczności, nawet jeśli na zewnątrz widać głównie to, co stanowi nasz wynegocjowany wspólny front. I samo to, że ktoś spod tej samej bandery ma inne zdanie niż ja nie sprawia, że moje lub jego zdanie jest automatycznie nieważne. Weź zaproś tutaj twoją dziewczynę/siostrę/znajomą, pewnie będzie mi się z nią lepiej rozmawiało niż z tobą i pewnie łatwiej nam będzie zrozumieć nasze stanowiska, nawet jeśli nie dojdziemy do porozumienia.

8. Ty to chciałabyś, żeby w każdym filmie były same kobiety, mniejszości etniczne i niepełnosprawni.

Nie, chciałabym, żeby kobiety, mniejszości etniczne, mniejszości seksualne czy osoby niepełnosprawne pojawiały się w filmach tak po prostu, a nie jako tokeniczny dodatek do białego heteroseksualnego bohatera. I żeby były pisane jako bohaterki i bohaterowie, a nie reprezentacja mniejszości. Crazy, I know.

(gify stąd, a anime to Samurai Champloo)

9. Najpierw zaczniemy dodawać kobiety, potem gejów, potem transseksualne lesbijki… czym to się skończy?

Rzeczywistością ekranową, która lepiej oddaje rzeczywistość pozaekranową. Wiesz, my tutaj wszyscy istniejemy. Ale jeśli twój tok myślenia idzie jakoś tak – najpierw dodamy kobiety, potem gejów, potem transseksualne lesbijki, potem zakażą nam wszystkich małych przyjemności w rodzaju kucyków Pony i przemocy seksualnej, i będziemy musieli sami prać swoje skarpety, a na końcu świat spłonie podpalony przez czarnoskórą biseksualną feministkę na wózku – to nie mamy o czym rozmawiać.

10. Ale to nierealistyczne!

Mhm, smoki są realistyczne, kosmici są realistyczni, świadomość naukowca przeniesiona do komputera jest realistyczna, bieganie w absurdalnie wysokich szpilkach po płonącym mieście jest realistyczne, ale kobieta, która robi coś, co ci się nie podoba, albo jest w miejscu, w którym nie chcesz jej widzieć i bezczelnie zajmuje miejsce bohaterowi, o nie, taka kobieta nie jest realistyczna. I w ogóle to jest ten moment, kiedy zaczynasz domagać się realizmu (co się stało z „przecież to tylko fikcja!?”), a niezniszczalnych bohaterów filmów akcji, nieprawdopodobne spotkania star-crossed lovers i ratowanie sytuacji zawsze w ostatniej chwili łykasz jak gęś. No pomyśl tylko.

11. Ale co z mężczyznami?

Wbrew temu, co ci się może wydawać, zdarza nam się rozmawiać o mężczyznach i problemach w ich przedstawieniu, a nie tylko o oczach takich niebieskich i pośladkach kształtnych i czym tam jeszcze. Ale dzisiaj rozmawiamy o kobietach, jak ci się nie podoba to wyjdź, pókim dobra. Zawsze możesz wrócić podczas innej dyskusji.

12. Chciałbym doczekać czasów, kiedy każda dyskusja nie będzie schodziła na te kwestie!

Ale póki to nie nastąpi będziesz siedział z cierpiętniczą miną i udawał, że jesteś ponad to? Wiesz, może gdybyś zszedł tutaj pomiędzy nas i pomógł wyplewić seksizm, mizoginie i tym podobne chwasty, to twój upragniony Złoty Wiek nadszedł by szybciej. Taka myśl.

13. Autorka/scenarzystka jest kobietą!

To może być dla ciebie nowa informacja, ale kobiety nie tylko nie są hive mindem, są też absolutnie zdolne do tworzenia problematycznych z feministycznego punktu widzenia wątków i postaci. I najczęściej możemy mówić wtedy o zinternalizowanym seksizmie albo zinternalizowanej mizoginii, które związane są z tym, że żyjemy w takiej a nie innej kulturze i tak a nie inaczej jesteśmy wychowywani i takie a nie inne informacje o tym, co jest społecznie uznawane za dobre/złe, pożądane/niepożądane, ważne/nieważne, naturalne/nienaturalne. Jakbyś chciał dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, służę bibliografią.

14. Już wam mówię, jak to wygląda z tym seksizmem…

A to jest sytuacja z kategorii przychodzi facet i wie lepiej. Nie szkodzi, że nie siedzi w temacie tak, jak dyskutantki. Nie szkodzi, że akurat mowa jest o rzeczach wypływających z osobistego doświadczenia i sytuacjach, gdzie to męskie i kobiece doświadczenie będzie się różniło. Doskonale pokazała to dyskusja o molestowaniu na konwentach, gdzie dziewczyny dzieliły się osobistymi przykrymi doświadczeniami, a zjawiał się koleś jeden z drugim, żeby nam wyjaśnić, że molestowanie nie jest problemem, na konwentach można czuć się bezpiecznie, nie ma potrzeby stwarzania regulaminów czy procedur postępowania na takie wypadki, a w dodatku robimy złe imię naszym imprezom, jak my tak możemy. Oczywiście, zdarzają się dyskutanci, którzy i siedzą w temacie, i wiedzą, że feminizm to coś więcej niż palenie staników. Tylko że oni też zakładają, że należy im teraz oddać mównicę. Bo właśnie przyszli i należy im się centralne miejsce w dyskusji. Wiesz lepiej, bo masz autorytet wynikający z posiadania penisa. No więc nie. Chętnie posłuchamy twojej opinii, ale najpierw miło by było, gdybyś ty nauczył się słuchać, co my mamy do powiedzenia. Nasza dyskusja, nasze zasady. I zastanów się, zanim zaczniesz krzyczeć, że tutaj terror i dyktatura. Po prostu zasady, które panują gdzie indziej w Internetach, to zasady twoje i twoich kolegów, więc wydają się wam przezroczyste.

15. Chcesz, żeby wszystkie bohaterki były grube i brzydkie?

Nie, chcę, żeby na ekranie pojawiały się bohaterki z różną budową ciała, i pasujące do klasycznych kanonów piękna i się im wymykające, i młode i w średnim wieku i stare, i niezwykłe i przeciętne według naszych standardów. Chcę ludzi, nie lalek. Oczywiście, kino i telewizja jest pełne nieprzeciętnie fotogenicznych ludzi filmowanych w ten sposób, żeby ukryć niedoskonałości i uwypuklić zalety. Ale i tak zakres tego, co jest akceptowalne w wyglądzie aktora jest o wiele szerszy niż tego, co jest akceptowalne w wyglądzie aktorki. Chcę żeby dziewczynki i kobiety widziały na ekranie siebie, a nie męskie fantazje.

16. Ta bohaterka to Mary Sue!

Jak ja nie znoszę tego argumentu. Po pierwsze, od pewnego czasu jest to argument kończący wszystkie dyskusje. Bohaterka jest Mary Sue! Dom się spalił, same zgliszcza, nie ma co ratować. Co z tego, że termin zupełnie oderwał się od swojego pierwotnego znaczenia i w dyskusjach internetowych jedynym kryterium uznania jakiejś bohaterki za Mary Sue jest „bo ja tak mówię?” Po drugie, jeśli mamy bohaterkę, która faktycznie może być dla kobiet realizacją eskapistycznych fantazji (urody niezwykłej, anielskiego charakteru, z mężczyznami rzucającymi jej się do stóp, tragiczną przeszłością i czym tam jeszcze), to dlaczego od razu to dyskredytować?  Takich męskich bohaterów jest na pęczki, z Doktorem i Batmanem na czele, i nikt nawet nie mrugnie okiem.

17. Ale mężczyźni też są przedstawiani nierealistycznie!

Ale nie rozmawiamy teraz o mężczyznach. To po pierwsze. Po drugie, męskie ciało zazwyczaj nie jest uerotyczniane poza kontekstem intymnym, a kobiece jest. Ten nierealistyczny facet, który się kulom nie kłania i ma muskulaturę jak Herakles Farnezyjski, wciąż jest podmiotem, a nie przedmiotem, do którego można fapać, chociaż teoretycznie ma też charakter i własną linię fabularną.  

18. Niech kobiety same piszą lepsze książki/lepsze filmy.

Ależ piszą. I jest ich coraz więcej i coraz więcej ich książek/scenariuszy jest wydawanych/przenoszonych na ekran, chociaż to powolny proces ze względu chociażby na to, że tzw. pozycje władzy w przemyśle wciąż zajmują mężczyźni, którzy chętniej wesprą, także finansowo, młodego scenarzystę niż scenarzystkę. Jest wiele badań, które pokazują, że kiedy wybierający nie znał płci twórcy dzieła, które miał przyjąć bądź odrzucić, znacząco rosła liczba przyjmowanych kobiet. Google it. A i jeszcze – żeby jakieś zmiany zaszły, trzeba im pomagać i się ich domagać, nie rozumiem, dlaczego nie jest to dla ciebie oczywiste…

19. Nie możesz oczekiwać, że facet będzie pisał dobre postacie kobiece.

Czyli może pisać dobre smoki albo dobre postacie kosmitów, u których płeć działa zupełnie inaczej niż u Ziemian, ale dobrych postaci kobiecych już nie może? Na to już mu brakuje fantazji? I przykładów z życia codziennego, na których mógłby się oprzeć? Weź wyjdź i wróć jak zmądrzejesz.  

20. Chciałabyś ocenzurować wszystko, co ci się nie podoba!

Nie. Dlatego tutaj rozmawiamy, a nie biegam z pochodnią i nie wzywam do palenia książek i taśm. Tak się składa, że wierzę w wolność słowa i wolność ekspresji artystycznej. Ale wolność słowa, o czym wielu wygodnie zapomina, wiąże się z odpowiedzialnością za słowa. I dlatego np. za wzywanie do nienawiści rasowej jest paragraf, a jak ktoś stworzy dzieło o wymowie seksistowskiej, spotka się z krytyką.

21. Polityczna poprawność!

Neil Gaiman napisał kiedyś:

I was reading a book (about interjections, oddly enough) yesterday which included the phrase “In these days of political correctness…” talking about no longer making jokes that denigrated people for their culture or for the colour of their skin. And I thought, “That’s not actually anything to do with ‘political correctness’. That’s just treating other people with respect.”

Which made me oddly happy. I started imagining a world in which we replaced the phrase “politically correct” wherever we could with “treating other people with respect”, and it made me smile. 

You should try it. It’s peculiarly enlightening.

I know what you’re thinking now. You’re thinking “Oh my god, that’s treating other people with respect gone mad!”

I tyle w tym temacie.

22. Jak ci się nie podoba to nie czytaj/nie oglądaj!

Po pierwsze, nie będziesz mi mówił, co mam a czego nie mam czytać/oglądać. Po drugie, już ustaliliśmy, że zwykle nie czytam/nie oglądam rzeczy, które uważam za zupełnie złe, a nie zamierzam rezygnować z rzeczy dobrej tylko dlatego, że jakiś jej aspekt jest problematyczny. Po trzecie, czasem czytam/oglądam coś co jest strasznie złe, bo uważam, że przekaz niektórych filmów/książek trzeba piętnować, a piętnowanie bez zobaczenia na własne oczy byłoby nierzetelne.

23. Hej, nie chcę nic mówić, ale jeśli w tej branży jest tak mało kobiet, to może po prostu nie są dość dobre…

Chciałbyś. (I zapraszam z powrotem do argumentu ”Niech kobiety same piszą…”)

24. Ale kobiety się tym nie interesują!

Mhm, a my tutaj jesteśmy bezpłciowymi i bezcielesnymi duchami Internetu, które zebrały się specjalnie po to, żeby popsuć ci zabawę. A te wszystkie dziewczyny, które zapełniają sale na ekranizacjach Marvela są tam dlatego, że ich partnerzy zaciągnęli je za włosy, krzyczące, wierzgające i opierające się ze wszystkich sił.

25. Ale to po prostu taki gatunek!

I ponieważ seksizm szalał kiedyś w komiksach o superbohaterach to już tak musi zostać na wieki wieków amen? The world is changed. I feel it in the water. I feel it in the earth. I smell it in the air. I twój ukochany seksistowski gatunek też będzie musiał się zmienić. Sorry, Winnetou.

26. Ta gra nie była robiona dla kobiet!

I dlatego można w niej umieszczać seksistowskie treści? No chyba nie. Poza tym, nie chcemy, żeby chłopcy wystawieni byli na seksizm i uznawali potem, że najwidoczniej jest akceptowalny. I nie możesz stwierdzić, kto będzie grał w jaką grę (ostatnim razem jak sprawdzałam na półkach w Saturnie, żadna gra nie miała naklejki „tylko dla panów” czy „tylko dla pań”), a graczki są coraz bardziej widoczne i słyszalne w społeczności, i to jest super, a jeśli psuje ci to zabawę, to nikt cię tu nie trzyma.

27. Ale czytałaś pierwszy zeszyt z 1975 roku, gdzie…

Nie. Albo tak, akurat czytałam. Jak to się ma do seksizmu w zeszycie z tego roku, o którym właśnie mówimy? Klasyczna próba zakwestionowania mojego prawa do wypowiedzi na dany temat. Możesz spróbować mi wyjaśnić, dlaczego coś sprzed czterdziestu lat usprawiedliwia dzisiejszy seksizm. I dare you. Tylko ostrzegam, że jeśli to będzie nostalgia za starymi dobry czasami, mogę zabić cię śmiechem.

28. Chcecie, żeby kobiece postacie były specjalnie traktowane!

Chcemy, żeby kobiece postacie były traktowane na równych prawach z postaciami męskimi. Dla ciebie film akcji z samymi postaciami kobiecymi w rolach głównych to „specjalne traktowanie,” a z samymi męskimi to normalna sytuacja. Przy okazji, nie raz i nie dwa spotkałam się ze stwierdzeniem, że mężczyźni wyobrażają sobie, że realizacja postulatów feministek oznacza, że mężczyźni będą traktowani tak, jak sami traktowali kobiety i dlatego tak gwałtownie reagują na feminizm. To tak pod rozwagę.

29. Ja tam nie widzę seksizmu, więc go tam nie ma.

Bardzo łatwo jest czegoś nie widzieć, jeśli ciebie to bezpośrednio to nie dotyka (ewentualnie, jeśli jesteś dziewczyną, wróć do pytania o mizoginii u autorek). Zdejmij swoje seksistowskie okulary i posłuchaj, co mamy do powiedzenia, a może zobaczysz, że faktycznie dzieją się rzeczy niefajne.

30. Filmy o superbohaterkach się nie sprzedają!

Jeśli tylko jakaś wytwórnia zrobi dobry film z superbohaterką i poświęci tyle samo czasu i pieniędzy na jego promocję, ile poświęca na promocję filmów o superbohaterach, to się sprzeda. Spokojna twoja rozczochrana.

 

 

Wiecie, co jest najsmutniejsze? Że z wszystkimi powyższymi argumentami wyskakują często nie przypadkowi łosie (umówmy się, kolesiowi, który zabłądził i zaczyna od trollerskiego „Nie zaprzątaj sobie tym ślicznej główki maleńka,” łatwo powiedzieć zgiń-przepadnij), tylko nasi inteligentni, oczytani i pełni dobrej woli koledzy (edit: i czasem też, przypominam, koleżanki).

 

(Jeśli interesowałoby was ogólne antyfeministyczne bingo, to zapraszam do Szproty. Po cztery bardzo dobre bingo w czterech częściach. Klik, klik.)

poniedziałek, 25 listopada 2013

Come to the dark side, we have SPOILERS.

 

 

The Day of the Doctor, reż. Nick Hurran, scen. Steven Moffat, wyst. Matt Smith, David Tennant, Tom Baker, Jenna Coleman, Bille Piper, John Hurt, Jemma Redgrave, Ingrid Oliver, Joanna Page, Peter Capaldi i in.


Steven Moffat ma kilka swoich ulubionych tematów, do których wraca zbyt często, i kilka trików, których zdecydowanie nadużywa. Jego pisanie kobiecych postaci kuleje – nie dlatego, że się nie stara, ale jednak. Fabularne fajerwerki, czy to będzie reinterpretacja doktorowej mitologii, czy efektowny gambit, cała ta zabawa dymem i lustrami, przesłaniają braki w rozwoju postaci... ale wiecie, co mnie najbardziej boli w Moffatowych odcinkach? O ile bawi mnie intelektualna i intertekstualna gra z widzem, i zawsze to doceniam, to od pewnego czasu nie angażują mnie one emocjonalnie. I nawet bezbrzeżny, wiekowy smutek na głupiej i kochanej twarzy Matta Smitha tego nie zmienia.

The Day of the Doctor oglądałyśmy – na fanowskiej kanapie u Bianki i Neko, z ciastem i pyszną latte, w otoczeniu kotów, słowem, w idealnych warunkach – w ciszy. Kompletnej. I przerwałyśmy ją tylko dwa razy. Po raz pierwszy przy „No sir, all thirteen!”, po raz drugi, kiedy na ekranie pojawił się Tom Baker. Wtedy, przy pierwszym oglądaniu, wiedziałam, że stało się coś zupełnie fantastycznego, ale zupełnie tego nie czułam – reżyser nie do końca zapanował nad tempem odcinka, ustawienie wszystkich figur na szachownicy przed ostatnim aktem zajęło wieki, Elżbieta I była napisana o dwa kroki za blisko do Czerwonej Królowej, czy mam wymieniać dalej? – i nawet niespecjalnie chciałam i miałam okazję to poukładać w głowie, bo zaraz przełączyłyśmy na BBC Three na cudowne celebracyjne after party, a potem, po powrocie do domu, coś koło trzeciej w nocy, obejrzałam The Five(ish) Doctors Reboot. I padłam.

A kiedy wstałam, a słońce... cóż, chyliło się ku zachodowi (ciężki tydzień, nie pytajcie), włączyłam sobie rocznicowy odcinek do... śniadania z mocnym postanowieniem obejrzenia wybranych fragmentów i skończyłam, jak w przypadku The Big Bang. Na różowej chmurce szczęścia i miłości. Widzicie, pierwszy Moffatowy finał na początku też nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia – niby historia więcej niż zgrabna, fantastyczny wizualnie, doskonały wątek TARDIS, ale, ale – a teraz należy do moich ulubionych. Trudno powiedzieć, czy w ostatecznym rozrachunku The Day of the Doctor znajdzie się na tej liście, ale póki co jestem zachwycona i prawie gotowa powtórzyć za Ninedin – Steven Moffat, I bloody love you.


Czego by nie mówić, obecna ekipa zna swój kanon. Sama ilość nawiązań i mniej lub bardziej widocznych ukłonów w stronę przeszłości może zmienić fana w garść (radosnego) popiołu. Mnie najbardziej ucieszyły oryginalna czołówka i powtórzenie pierwszej sceny z Unearthly Child, echa spotkania Trzech Doktorów pobrzmiewające w interakcjach Wojennego Doktora z Dziesiątym i Jedenastym, i Władcy Czasu nie mający wielkiej sympatii dla Doktora (ani dla trzech, ani dla – o Wszechświecie, wszystkich trzynastu!). To, i buty River, którą niezmiennie kocham. Tom Baker jako stary pszczelarz kustosz i przyszły bądź przeszły Doktor, zajmuje specjalne miejsce w moim fanowskim serduszku, zaraz obok Paula McGanna wracającego na ekran z ostatnimi chwilami Ósmego.

Parę miesięcy temu Moffat pytany o rocznicę, stwierdził, że będzie to odcinek nie tylko świętujący przeszłość, ale też prowadzący Doktora w przyszłość, i tym razem dotrzymał obietnicy. „Powrót” Gallifrey to kontrowersja, która już mocno dzieli fanów. Dla niektórych oznacza zdyskredytowanie cierpienia Doktora. Nie dla mnie. Nie sądzę też, że odbiera to głębię postaci. Więcej - ja jestem za takie rozwiązanie wdzięczna.

Zniszczenie Gallifrey i jego konsekwencje dla Doktora były siłą napędową pierwszych sezonów nowej serii, ale z czasem zaczęły jej coraz bardziej ciążyć. Wydawało się, że są dwie drogi – albo Doktora to powoli zabije (tą drogą szedł Dziesiąty, ten, który żałuje), albo o tym zapomni (Jedenasty, jest tym, który zapomina). Tylko że o czymś takim zapomnieć nie można. I Moffat to pokazał w poprzednich sezonach, kiedy Jedenasty dusił w sobie różne rzeczy i umniejszał ich znaczenie. Ale gdyby naprawdę zapomniał, gdyby serial zaczął udawać, że masowe ludobójstwo to pieśń przeszłości i niewiele więcej niż nieprzyjemne wspomnienie... czy taki Doktor byłby jeszcze Doktorem?

Dla fanów zniszczenie Władców Czasu stało się elementem mitologii. Soniczny śrubokręt nie działa na drewno, Doktor ma dwa serca, Gallifrey spłonął. Dlatego tak dobra jest scena, w której Clara mówi – wiem, powiedziałeś mi, że zabiłeś swoich ludzi, ale nigdy nie wyobrażałam sobie ciebie, jak to robisz. I my też sobie nie wyobrażaliśmy.

Wojenny Doktor, Doktor, który walczył w Wojnie Czasu tak długo, że sam przestał się nazywać Doktorem, nie miał innego wyboru. Wtedy, w tym momencie swojego życia, w dniu, kiedy nie było dobrego wyjścia z sytuacji i dobrej decyzji do podjęcia, musiał użyć Momentu. Samo to, że Moment okazała się mieć świadomość i chęć by wystąpić w roli sędziego i sumienia, nie wystarczyłoby, żeby powstrzymać jego rękę.

Ale wieki poczucia winy, wieki bezsennych nocy, kiedy liczył dzieci, które tamtego dnia zginęły na Gallifrey, wieki ucieczki od i prób zapomnienia, były też wiekami stawania się Doktorem, który mógł ocalić Gallifrey. A stał się nim za sprawą swoich towarzyszy – Rose, która go ocaliła, Marthy, która od niego odeszła, Donny, która miała serce większe, niż jego oba, Amy, której namieszał w życiu i próbował to naprawić, i Clary, która się dla niego poświęciła. I która teraz powstrzymuje jego rękę, przypominając mu o obietnicy, która stoi za jego imieniem. Never cruel or cowardly. Never give up, never give in. A doktorowy Wszechświat przystanie na ten moment kosmicznej łaski. Czego nie mógł zrobić Doktor zniszczony wojną, czego nie mogli zrobić pogrążeni w żałobie Dziewiąty i Dziesiąty, zrobi Jedenasty, który wreszcie przestał uciekać. Jeśli ceną było czterysta lat udręki, to każda minuta była tego warta.

Nie mam słów, które wyraziłyby mój zachwyt tym, co pokazał John Hurt jako Wojenny Doktor i Billie Piper jako Moment jako Rose Tyler jako Bad Wolf. Ich interakcje na ekranie należą do moich ulubionych fragmentów odcinka. Obok tych wymienionych wcześniej. I obok Osgood i królowej, które uratowały się same (co za miła odmiana). I obok... hej, żeby było jasne, ja pamiętam, że The Day of The Doctor ma wady i mogę o nich porozmawiać przy kieliszku, z miłą chęcią, ale w tej chwili nic a nic mnie nie obchodzą.

niedziela, 16 października 2011

Motto dzisiejszej notki brzmi: „What's the point of two hearts if you can't be a bit forgiving now and then.”

(Ile ja jestem w stanie wybaczyć temu serialowi, to nie macie pojęcia. No, może trochę macie.)

(Pozwólcie, że nie będę przytaczała epitetów, którymi obrzucałam Doktora bardzo hojnie, oglądając odcinek. Niech Wam wystarczy, że były barwne, ale niezbyt oryginalne.)

Spoilers! mówię ja, a River siedzi w kącie i płacze, bo zamieniła bajeczne buty na dożywocie. Za to Amy wreszcie spróbowała zamordować kogoś, kto nie jest jej córką, Rory dowiedział się, że jego szefowa chciałaby zabrać go na babeczki, a pterodaktyle zeżarły dzieci w parku. Profit.

 

Doctor Who S06E13 The Wedding of River Song

Chciałam napisać o tym odcinku wszystko-wszystko, ale przy piątej stronie dałam sobie spokój, zwłaszcza że nie dotarłam nawet do połowy, a zaczęłam coraz bardziej wchodzić w rozważania ogólnosezonowe. Także będzie tematycznie, a wątkiem śmierci Doktora i związku Doktora i River zajmę się trochę szerzej. Trochę.

Na przystawkę czyste piękno i dobro. Dwie sceny z minimalnym komentarzem.

The Doctor: Imagine you were dying. Imagine you were afraid and a long way from home in terrible pain. Just when you thought it couldn't get worse, you looked up and saw the face of the Devil himself. Hello, Dalek.

Ha. Ha. W ogóle, Doktor z tym łagodnym uśmiechem i nieziemskim spokojem, szukający odpowiedzi, dlaczego musi umrzeć, to jest coś, co mogę oglądać.

 

Dorium: Time catches up with us all, Doctor!
The Doctor: Well it has never laid a glove on me!

...

The Doctor: Hello.
Nurse: Doctor, I'm so sorry. We didn't know how to contact you. I'm afraid Brigadier Lethbridge-Stewart passed away a few months ago. Doctor?
The Doctor: Ah... Yes, yes.
Nurse: It was very peaceful. Talked a lot about you if that's any comfort. Always made us pour an extra brandy in case you came 'round one of these days.

O-o, czas właśnie kogoś dogonił. Hołd dla Brygadiera (Nicholasa Courtney'a, zmarłego w lutym tego roku) to piękny, smutny moment, ale na samym początku tej sceny i tak miałam nieprzyzwoitą wręcz radochę, że czas wymierzył Doktorowi bolesny policzek. Ha.

Amy & Rory

„A wszystko to, bo ciebie kocham, nie wiem jak bez ciebie mógłbym żyć, chodź, pokażę ci, czym moja miłość jest, dla ciebie zabiję się...” (Lubię Amy i Rory'ego jako parę, ale w tym sezonie scenarzyści ustawili ich związek loop, co jest odrobinę nużące. I nawet karabin szturmowy nie jest w stanie tego zmienić. Nie.)

Churchill & co

Przez pierwszą połowę odcinka prowadzą nas za rękę rozmowy Churchilla z Malokehem i Doktora z Churchillem. Trzeba być Anglikiem albo cierpieć na ciężką anglofilię, żeby mieć emo na Churchilla w kinie/tv. Mnie ta postać nie rusza, za rękę też nie lubię być prowadzona, ale w sumie nie najgorzej się to ogląda. A ta alternatywna rzeczywistość jest bardzo atrakcyjna i konceptualnie i wizualnie. Szczerze mówiąc, to poświęciłabym Night Terrors albo The Curse of the Black Spot, żeby zobaczyć więcej tego świata i rozpadającego się czasu w dwuczęściowym finale.

Amy & Kovarian

Wreszcie. WRESZCIE. Chociaż to dosyć niespodziewany, mroczny twist dla charakteru Amy. I jak to jest, że alternatywne Amelie Pond są zawsze bardziej interesujące od tej zwykłej?

(Czy tylko ja mam takie wrażenie, czy Madame Kovarian jest póki co strasznie papierowym czarnym charakterem? Służenie Ciszom to jedno, ale przydałby się jakiś wgląd w jej motywy, jakieś minimalne uzasadnienie, dlaczego jest tak strasznie zła i nikczemna. A tu przez cały sezon ani okruszka.)

Mr & Mrs Doctor

Podczas sceny nad jeziorem w pełni wykorzystałam swój dość skromny arsenał przekleństw. Poważnie, Doktorze? Skazujesz River na życie ze świadomością, że cię zamordowała (nie wspominając o więzieniu), co jest wielkim kłamstwem, i jedyne co masz do zaoferowania to „zawsze i kompletnie jest ci wybaczone”?! What the hell, hero?! Żeby nie było, generalnie podobała mi się wiwisekcja gorszej strony Doktora w szóstym sezonie, tylko że angażuję się emocjonalnie przy oglądaniu. No i dostał za swoje.

River Song: Fixed points can be rewritten.
The Doctor: No they can't, of course they can't! Who told you—

 

Och, ups. River pilnie słuchała i studiowała Doktora.

River na brzegu Lake Silencio odmawia zabicia Doktora. Konieczność, o której mówi on, nic dla niej nie znaczy, bo i niby dlaczego. Doktor nie raczy porządnie wyjaśnić, a River nie jest odpowiedzialna za czas, przestrzeń, rzeczywistość – nie jest Doktorem, jest odpowiedzialna tylko za swoje wybory, za swoje serce i swoje, hm, sumienie.

Poprzednim razem River i Doktor spotkali się w Berlinie. Z jej punktu widzenia to ich czwarte spotkanie – a dwóch pierwszych, kiedy była niemowlęciem (a dokładniej Ganger!Baby!Melody) i kiedy była dziewczynką w skafandrze, można właściwie nie liczyć.

W Let's Kill Hitler* Doktor zamienił zaprogramowaną nienawiść River do siebie w miłość, egoistycznie, walcząc o własne życie. I ja mu się nie dziwię. Ale nie pochwalam. Miłość nie jest przeciwieństwem nienawiści, a nienawiść nie jest przeciwieństwem miłości. Przeciwieństwem obydwu jest obojętność. Tak to działa, uczucie – brak uczucia. Doktor, żeby naprawdę uwolnić/uratować River, powinien był pozwolić jej na obojętność wobec siebie. Czego nie mógł/nie chciał/nie potrafił zrobić, bo/a stawką było jego życie. I nad głupim jeziorem w Utah to się na nim mści, a ja mam satysfakcję. Ha.

Ponownie River i Doktor spotykają się w piramidzie. Mamy ładną analogię z finałem poprzedniego sezonu. Wtedy Amy z głową pełną historii o Doktorze ocaliła go, robiąc dokładnie to, czego od niej oczekiwał. Teraz River z głową pełną historii o Doktorze jest gotowa posłać Wszechświat do diabła, postępując wprost przeciwnie. Tylko, że wcale nie.

Czas się rozpada i nie ma co się zastanawiać, ile go River spędziła, próbując znaleźć sposób na uratowanie Doktora – biorąc pod uwagę rozmiary przedsięwzięcia, zakładam, że sporo. River rozumie, lepiej niż Amy, że nie mogą pozostać w alternatywnym świecie. Poza tym wydaje się pewna, że nie potrafi uratować Doktora. Jak ktoś nie wierzy, sugeruję uważnie prześledzić słowa panny Pond.

Och, interesujące, myślałam, oglądając. River wie, że nie ma innej możliwości. Amy też wie co nieco. Doktor za bardzo się ciska, żeby zwrócić uwagę na to, co się właściwie dzieje. Kładę to na karb ego, poczucia winy i potężnego bólu głowy, który takie zaburzenie czasu musi wywoływać u Time Lorda.

River w The Wedding of River Song konsekwentnie odmawia bycia narzędziem w rękach innych – czy to będą Cisze, czy jej ukochany Doktor. Nie daje się sprowadzić do roli pionka Ciszów/czasu, ani do roli towarzyszki Doktora, która prędzej czy później podporządkowałaby się jego woli**. I to jest wspaniałe.*** Co River robi? Odmawia zabicia Doktora. W alternatywnym świecie rozpracowuje, co się właściwie stało i dlaczego. Próbuje znaleźć sposób na uratowanie Doktora. Kiedy odkrywa, że to niemożliwe, chce albo nakłonić Doktora, żeby spróbował coś wymyślić, albo przynajmniej nie dać mu umrzeć w przekonaniu, że Wszechświat będzie miał się lepiej bez niego. A potem odstępuje i pozwala mu podjąć własną decyzję.

Jeśli prześledzimy poprzednie (z punktu widzenia Doktora) spotkania Doktora i River, to zauważymy, że pomiędzy tych dwojgiem panowała zawsze pewna, hm, równowaga władzy. Kiedy Doktor miał przewagę „siły” (z braku lepszego słowa, - żeby uratować ludzi w Bibliotece, - żeby naprawić Wszechświat etc.), River miała przewagę „wiedzy” (o Doktorze, jego mocno prywatnych sprawach i jego przyszłości, co wykorzystywała praktycznie, żeby robił to, czego od niego chciała). Jeszcze w A Good Man Goes to War na początku Doktor ma „siłę” a pozostająca w Stormcage River „wiedzę”, potem, kiedy Doktor przegrywa bitwę, przez moment River ma i „wiedzę” i „siłę” i oboma dzieli się z Doktorem. W Let's Kill Hitler sytuacja jest zupełnie odwrócona, to River ma „siłę” (- żeby zabić Doktora, - żeby uratować Doktora), a Doktor „wiedzę” (wiedzę o River-w-przyszłości, dzięki której może wpłynąć na Killer!Melody!River i uratować siebie). W The Wedding of River Song podobnie – Doktor ma „wiedzę” ( - nie umrze na brzegu Lake Silencio), a River „siłę” ( - żeby pokrzyżować plan uśmiercenia Doktora, - żeby przeprowadzić wszystko, czego chciała, w alternatywnym świecie).

I w Wedding of River Song Doktor zostaje wreszcie przekonany (nie bez oporów, próbuje przecież wymusić na River uznanie jego wyższości, wścieka się na Pondów etc.), żeby uznać tę ich równość – w wymiarze symbolicznym wyraża to uznanie ceremonia ślubna, w wymiarze praktycznym dopuszczenie River do tajemnicy.

Waham się, czy można nazwać scenę ślubu romantyczną. Bo z jednej strony jest Doktor, który bierze za żonę River, która jeszcze nie jest tą River, którą on kocha (tą z AGMGTW powiedziałabym) i która za bardzo jest podobna do niego z czasów, kiedy ją poznał (River to tutaj taka mała Time Lady Victorious). A z drugiej strony jest River, która właśnie porządnie stanęła twarzą twarz z Doktorem trzeci raz w życiu, i która tak naprawdę, póki co, zakochana jest w opowieści o Doktorze, opowieści, którą pilnie studiowała przez lata na księżycowym uniwersytecie. Romantycznie?

The Trickster

Wydaje mi się, że duża część niezadowolonych głosów po finale wzięła się z tego, że naprawdę chcieliśmy zobaczyć śmierć Doktora. Chcieliśmy też zobaczyć, jak przeżyje, ale to mniej istotne. Ten sezon przekonywał nas konsekwentnie, że byliśmy/będziemy świadkami śmierci. Mówili nam o tym świadkowie (River, Canton), mówiły archiwa, przekazy historyczne i dziecięce rymowanki, mówili wrogowie, mówiła coraz bardziej udręczona mina Doktora. Rzeczywistość jest w oku patrzącego. Widzieliśmy umierającego Doktora. Umarł dla Wszechświata i umarł dla nas. Nawet jeśli nie opłakaliśmy go razem z Amy Pond, to z każdym odcinkiem martwiliśmy się o niego coraz bardziej. Z tej perspektywy prosta sztuczka, którą nie oszukał śmierci, bo wcale tam na niego nie czekała, ale oszukał wszystkich dookoła, musi być pewnym zawodem.

Poza tym, musimy wierzyć, że Doktor na pomysł z Tessalectą wpadł dopiero, kiedy wychodził z baru i kapitan zapytał go, czy mogą mu jeszcze jakoś pomóc. Z narracyjnego punktu widzenia jest to dość oczywiste – inaczej wcześniejsze przygnębienie Doktora, dwieście lat uciekania i wreszcie decyzja, żeby iść na spotkanie ze śmiercią z godnością, byłyby nie miałyby żadnego znaczenia dla postaci Doktora i zmian, które przechodziła i byłyby tylko kolejną warstwą wielkiego oszustwa. Ani przez moment nie widzimy Doktora próbującego szukać jakiegoś wyjścia z sytuacji (chce tylko poznać przyczyny) i tylko słyszymy o jego unikaniu losu. Do not go gentle into that good night. Implied. Niestety, takie a nie inne rozwiązanie pozostawia niedosyt.

Bardzo jestem ciekawa Doktora w następnym sezonie. To kiedy te święta?

 

 

* Jak ja nienawidzę tego odcinka. Brrr.

** Najbliżej wyłamania się z roli była Rose w finale pierwszego sezonu, ale ostatecznie zadziałała tam „wyższa sprawiedliwość” poprzez serce TARDIS/matrix czasu. Martha robiła, co jej kazano. Przy Donnie znów zainterweniował Wszechświat. Amy zrobiła dokładnie to, czego oczekiwał od niej Doktor i ostatecznie została odstawiona do domu dla swojego bezpieczeństwa i spokoju jego sumienia. Wszyscy one-off towarzysze i towarzyszki robili, co im kazano, ewentualnie poświęcali się heroicznie.

*** Brzydko podejrzewam, że ten fragment historii River wyszedł Moffatowi tak dobrze, bo nasz ulubiony showrunner był mocno zajęty kończeniem dekonstrukcji i rekonstrukcji Doktora. A o River będę jeszcze pisać.

 



poniedziałek, 26 września 2011

Zwierz rzuciła pomysłem, Ninedin, Rusty i ja podchwyciłyśmy. Ale moja lista top ten pojawia się z opóźnieniem, bo w weekend balowałam i nawet Closing Time obejrzałam dopiero dzisiaj. Krótkie podsumowanie: trzy razy Jedenasty, siedem razy Dziesiąty, Dziewiąty się nie załapał (The Doctor Dances i Rose są zaraz pod kreską), dwa razy Donna, raz Rose (+ come back w Turn Left), trzy razy Martha, trzy razy Amy, dziesięć razy TARDIS.

Niezainteresowanych Doktorem zapraszam jutro na notkę filmową.

1. The Waters of Mars

The Waters of Mars opowiada o epizodzie z początków ery kosmicznej ludzkości. Na Marsie powstaje pierwsza stała baza – Bowie Base One, którą dowodzi kapitan Adeleide Brooke. 21 listopada 2059 roku w niewyjaśnionych okolicznościach baza zostaje zniszczona, a cała załoga ginie. Pech chce, że 21 listopada 2059 na Marsie ląduje Doktor, który po wydarzeniach z The Journey's End samotnie przemierza czas i przestrzeń. I kiedy dowiaduje się, gdzie i kiedy się znalazł, to nie chce niczego więcej, niż wrócić do TARDIS i odlecieć. Katastrofa na Marsie jest stałym punktem w czasie – to, co się wtedy wydarza, musi się wydarzyć. Nawet Władca Czasu nie może interweniować. Ale czy będzie potrafił zostawić tych odważnych, błyskotliwych, zdeterminowanych ludzi? The Waters of Mars to Demons Run Dziesiątego Doktora. David Tennant błyszczy w swoje roli jak nigdy, a widzowie zagryzają wargi, kiedy jego Doktor łamie prawa czasu i na te kilka strasznych chwil bierze w nim górę pycha, zanim Adeleide nie sprowadzi go na ziemię. Mój absolutnie ukochany odcinek, chociaż serce mnie boli, za każdym razem, kiedy go oglądam.

2. Human Nature/The Family of Blood

Spokojne angielskie miasteczko na krótko przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Nie ma Doktora, jest John Smith – nauczyciel, człowiek, z jednym, ludzkim sercem. I jest Martha, służąca, na której barkach spoczywa czuwanie nad panem Smithem do momentu, kiedy Doktor będzie mógł powrócić. Niestety, nie wszystko idzie zgodnie z planem - Rodzina Krwi odnajduje Marthę i Smitha, ginie pewien bardzo ważny zegarek, a sam Smith nie pozostaje obojętny wobec uroku szkolnej pielęgniarki Joan Redfern – takiej sytuacji Doktor w instrukcjach dla Marthy nie uwzględnił. Jedna z tych historii Doctora Who, którą bez problemu mogę sobie wyobrazić jako pełnometrażowy film kinowy.

3. Silence in the Library/Forest of the Dead

Doktor, Donna (kocham Donnę) i największa biblioteka we Wszechświecie. Czego chcieć więcej? Hm, a co powiecie, na zagrożenie, przed którym można tylko uciekać? A na niewielką ekspedycję badawczą, która ląduje na „zamkniętej” od stu lat planecie? A na kobietę, która bardzo dobrze zna Doktora... w przyszłości (kocham River Song i bardzo mi się nie podoba to, co ostatnio zrobił z tą postacią Moffat)? W tej opowieści nie ma ani jednej zbędnej sceny.

4. The Impossible Planet/The Satan Pit

Och, Ido Scott, byłabyś wspaniałą towarzyszką dla Doktora! W ogóle uwielbiam wszystkich bohaterów tego odcinka – i cały ich ziemski bagaż (puszczanie muzyki klasycznej na początku zmiany, Jefferson cytujący lorda Macaulaya etc.). Podoba mi się to, co mówi w tym odcinku Doktor o ludzkości i o pragnieniu skoku/upadku. Podoba mi się pomysł niemożliwej planety i zmierzenie się twórców serialu z tematem religii i wiary. Podoba mi się Rose, która rozdzielona z Doktorem musi przyjąć na siebie jego rolę i jest w tym absolutnie wspaniała. Właściwie to nawet głupia morda Bestii mi się podoba.

5. The Doctor's Wife

Neil Gaiman napisał odcinek, o którym w skrytości ducha marzył każdy fan i scenarzysta Doktora. Paskudna planetoida zwabia do siebie Doktora, żeby „pożreć” TARDIS, ale musi najpierw umieścić matrix TARDIS w ludzkim ciele, ponieważ jej nie jest w stanie pochłonąć. Tym sposobem Doktor staje twarzą w twarz, ze swoim ukochanym statkiem, a pewne elementy historii/mitologii Doctora Who zostają przepisane na nowo. Genialne, proste i genialne.

6. The Pandorica Opens/The Big Bang

Pierwszy finał sezonu od czasu łabędziej pieśni Christophera Ecclestona (której clou leżało w Rose ex machina, więc nie była zbyt imponująca), podczas którego nie miałam ochoty krzyczeć i ciskać ciężkimi przedmiotami w ekran. Nie przeszkadzał mi nawet magiczny przycisk reset w kształcie Pandoriki i magiczna głowa Amy Pond, która przypomniała Doktora z powrotem do rzeczywistości. A już na pewno nie przeszkadzało mi to, że Doktor trochę oszukiwał. Powrót małej Amelii, alternatywna historia Ziemi, doktor Indiana Song, wybuchająca TARDIS, coś nowego, coś starego, coś pożyczonego i coś niebieskiego. Amy Pond wyruszająca w niebieskiej policyjnej budce na poszukiwanie nowych przygód, bo dorosnąć nie musi oznaczać rezygnacji z magii, niezwykłości, przygody i ratowania Wszechświata pomiędzy śniadaniem a zwiedzaniem (tak, następny sezon poczynił ogromne szkody w tej Amy, ale o tym będzie w tej innej notce).

7. Turn Left

Co by było, gdyby Donna Noble, najważniejsza kobieta we Wszechświecie, skręciła w lewo i nigdy nie spotkała Doktora? Otóż nie wiem, jak z resztą Wszechświata, ale Ziemia z pewnością nie byłaby wtedy najlepszym miejscem do mieszkania. To w tym odcinku Donna, sto procent Donny, bez żadnego dodatku Władcy Czasu, pokazuje, że jest prawdziwą bohaterką, i to tę Donnę będziemy opłakiwać w finale czwartego sezonu.

8. Blink

Sally Sparrow na krótko pojawia się w życiu Doktora. Doktor pojawia się w życiu Sally Sparrow na nieco dłużej i zupełnie niespodziewanie możemy mieć nadzieję, że to nie będzie najważniejsza rzecz, która się jej przydarzy (właśnie to bardzo lubię w Sally, że jest swoją własną osobą – i wraca do swojego własnego życia, chociaż ciągnie ją do Doktora, a Doktora do niej. Nie wątpię, że lubiłabym Sally w TARDIS, ale Sally robiącą krok do tyłu lubię jeszcze bardziej). Czy wspomniałam o Płaczących Aniołach? Z potworów tylko Vashta Neradę lubię bardziej.

9. The Girl Who Waited

Bardzo chciałabym kochać Amy Pond, ale scenarzyści uparcie odmawiają mi tej możliwości. Więc pokochałam Amy, której sam Doktor odmówił prawa do istnienia po tym, jak on i Rory spartolili misję ratunkową to przyspieszonego strumienia czasu. Amy, która nigdy nie istniałaś, jesteś wspaniałą, dzielną kobietą. Pomijając to, że odcinek był trochę zawieszony w próżni (wydaje się nie mieć żadnych konsekwencji dla relacji Amy i Roryego oraz Pondów i Doktora), a cały wszystkie nieszczęścia spowodowała bezmyślność naszych bohaterów, nie widzę tu większych wad. Świetny pomysł, rewelacyjne wykonanie.

10. Smith and Jones

Mam sentyment do wszystkich odcinków, w których pojawia się nowy Doktor albo nowa towarzyszka, ale szczególną sympatią darzę pierwszy występ Marthy Jones, chociaż w trakcie trzeciego sezonu szczerze Marthę znielubiłam. Udający pacjenta Doktor i studentka medycyny ratują tym razem nie świat, ale miejski szpital, który ni z tego ni z owego znalazł się na księżycu.

wtorek, 20 września 2011

Doctor Who 06x09, 06x10, 06x11

Luźne uwagi.

River says: Spoilers!

 

06x09 Night Terrors

Nad Night Terrors nie ma co się rozwodzić. Ja naprawdę mam dużo sympatii dla Marka Gatissa, ale ładnie proszę, niech on już nie pisze odcinków Doctora Who. Wprawdzie Night Terrors nie jest tak okropny jak The Idiot's Lantern czy Victory of the Daleks, ale to, obok The Curse of The Black Spot, najsłabszy odcinek szóstej serii. Do obejrzenia i zapomnienia. W dodatku został przesunięty z pierwszej połowy sezonu do drugiej, co sprawia, że i zachowanie i emocjonalne reakcje głównych bohaterów na wydarzenia są trochę od czapy.

Po Night Terrors dostaliśmy pod rząd dwa mocne i ciekawe odcinki. I nieco problematyczne. No bo tak...

 

06x10 The Girl Who Waited

Doktor nie raczył sprawdzić, kiedy wylądował na planecie o urokliwej nazwie Appalapachia, i w efekcie nasi dzielni podróżnicy zamiast podziwiać widoki, trafiają do centrum dla ofiar choroby jednodniowej – cała planeta objęta jest kwarantanną. Żeby było jeszcze mniej przyjemnie, Amy, perełka nasza kochana, pakuje się do części przeznaczonej dla chorych, gdzie czas płynie dużo szybciej (całe życie w przyspieszonym strumieniu czasu to doba w zwykłym), więc Rory i Doktor muszą przebić się do niej w TARDIS. Ponieważ w tym odcinku wszystkie nieszczęścia są efektem głupich zachowań bohaterów, Doktor lądując w przyspieszonym strumieniu po raz kolejny nie sprawdza, czy dobrze wylądował, i Rory w ciągu kilku minut znajduje Amy... która czekała na ratunek przez trzydzieści sześć lat.

The Girl Who Waited sprawiła, że znowu zakochałam się w Amy Pond, szkoda, że w tej, która pod koniec odcinka nigdy nie istniała (Oh! Tenses are difficult, aren't they?). Starsza Amy jest wspaniała. Jest wszystkim, czym Amy, mogłaby być, gdyby nie opierała się zawsze i wszędzie na Doktorze, tym Doktorze, którego wymyśliła sobie jeszcze mała Amelia (powiedziałabym, że w Amy ciekawe jest połączenie idealizowania Doktora z nieufnością i oczekiwaniem, że znowu ją zawiedzie, ale obawiam się, że to nie intrygujący pomysł scenarzystów, tylko kolejny przejaw schizofrenicznego pisania tej postaci), albo na Rorym. Jest bystra, silna i samodzielna. Jest odważna, ale nie lekkomyślnie brawurowa, jak młodsza Amy. Jest też zgorzkniała i nieufna, ale trzydzieści sześć lat w samotności i w ciągłym zagrożeniu życia zniosła wyjątkowo dobrze. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby to ona odleciała w TARDIS, ale od początku było wiadomo, że nie ma na to szans, prawda?

Starsza Amy nie wierzy Doktorowi, starsza Amy nienawidzi Doktora za to, że po raz kolejny złamał jej życie i spóźnił się z ratunkiem o cztery dekady. On przemierzał czas i przestrzeń wiedziony kaprysem, ona dostała trzydzieści sześć lat zimnej, twardej rzeczywistości. Byłoby fantastycznie, gdyby ten odcinek był o relacji Amy i Doktora, relacji, która musiała się zmienić po wydarzeniach z A Good Man Goes to War, z Let's Kill Hitler, po latach czekania i ostatecznej utracie wiary w Raggedy Doctora. Ale nie, ten odcinek jest o tym, że Amy kocha Roryego (tak jak w tym sezonie: Day of the Moon, The Curse of the Black Spot, The Doctor's Wife, The Almost People, The Rebel Flesh, A Good Man Goes to War).

Nie zrozumcie mnie źle, sceny pomiędzy Amy i starszą Amy, czy którąś Amy i Rorym są wzruszające i rewelacyjnie napisane. Nic by mnie nie przekonało tak, jak ten odcinek, że Amy, która w Eleventh Hour ze względu na swoje problemy emocjonalne miała opory nawet przyznać, że Rory jest jej chłopakiem, szczerze kocha swojego nieco niewydarzonego (jeśli akurat nie jest w Last Centurion mode, ekhm) męża. Ale ja już zostałam przekonana, jakieś tysiąc razy, zaczynając od tego kretyńskiego samobójstwa w Amy's Choice.

Życie starszej Amy było samotnym piekłem, ale należało do niej i zakochałam się w niej bez pamięci, kiedy na początku odrzuciła „pomoc” Doktora. Tymczasem Doktor konsekwentnie (i egoistycznie) dąży do naprawienia swoje błędu i przywrócenia stanu, kiedy Amy w niego wierzyła (do odzyskania „naszej Amy”) – dlatego kłamie, że TARDIS będzie mogła podtrzymać paradoks i dlatego bez wahania zamyka przed starszą Amy drzwi.

Fantastyczna jest scena, w której Doktor kładzie rękę Rorego na klamce i każe mu zdecydować, a Rory zarzuca mu, że to nie fair i że Doktor chce go zmienić w siebie. Gdyby Doktor nie przekazał Roryemu wyboru, ten by go znienawidził, a Doktor nie zniósłby nienawiści ze strony kogoś, kogo kocha. Ale jednocześnie było to okrutne. I był to ten rodzaj niemożliwego wyboru, przed którym Doktor staje raz po raz. Dlaczego musi to być tylko jego odpowiedzialność? Taka krótka scena i tyle treści, ach.

Ostatecznie, „winę” i z Doktora i z Roryego zdjęła starsza Amy, prosząc Roryego, żeby jej nie wpuszczał. Tak naprawdę, poświęcenie swojego istnienia przez starszą Amy było jej wyborem tylko iluzorycznie, ale pozwoliło wyplątać się scenarzyście z nielichego dylematu.

 

06x11 The God Complex

Na początku The God Complex Pondowie ani słóweczkiem nie zająkują się o chęci powrotu do Leadworth, mimo że jeszcze niedawno Rory krzyczał, że nie chce podróżować z Doktorem, a Amy off screen, po pytaniu o swoją starszą wersję, zapewne dowiedziała się, że Rory z Doktorem wymazali jej istnienie, bo, cóż, inaczej się nie dało, tak nam przykro. Prawdę mówiąc, to byłam zdziwiona, że Amy i Rory nie trzasnęli drzwiami od TARDIS już na końcu Let's Kill Hitler, ale cóż. Wszystko wskazuje na to, że niedługo dorosną do tej decyzji, tak? Nie. Ale po kolei.

TARDIS wylądowała w miejscu, które nie jest obiecywaną przez Doktora planetą olbrzymów. W miejscu, które wygląda jak podrzędny hotel z lat osiemdziesiątych. Doktor jest wniebowzięty i podekscytowany, i liże monsterę dziurawą, bo to nie prawdziwy hotel tylko jego wierna, kosmiczna replika. Niebawem okazuje się, że w hotelu są też inni ludzie (i kosmita), którzy wcale nie chcieli tutaj trafić, korytarze zachowują się, jak te w Hogwarcie, w pokojach czekają strachy, a ludzie, kiedy znajdą pokój ze swoim strachem, wariują, a ich szaleństwo przybiera postać religijną – modlą się do Minotaura, który ma ich pożreć.

[Doktor zjada jabłko. Doktor nie lubi jabłek. To może mieć jakieś znaczenie. Albo nie.]

Doktor zakasuje rękawy i zabiera się do ratowania sytuacji, i, jak wielokrotnie widzieliśmy w tym sezonie, marnie mu idzie. Robi się bardzo smutno, kiedy umiera Rita, która była dzielna i mądra, i nawet idąc na śmierć starała się odciągnąć potwora od towarzyszy niedoli. Rita, której Doktor zaproponował all of time and space, chociaż chwilę wcześniej przyznał, że to, co robi – co zrobił Amy i Roryemu – oferując im dołączenie do niego w TARDIS, jest nie fair, bo to wybór, który nie jest wyborem, nie można się oprzeć wszystkim wspaniałościom wszechświata.

[Bardzo jestem ciekawa, czy gdyby Doktor wcześniej domyślił się, jak naprawdę działa Minotaur, to popędziłby ratować Ritę – pozbawiając ją jej wiary. Ale nie, Doctor Who nie pójdzie w takim interesującym i ryzykownym kierunku.]

[Doktor od niechcenia układa kostkę Rubika. Doktor nie potrafi układać kostek Rubika. To może mieć jakieś znaczenie. Albo nie.]

[Rory nie ma swojego pokoju. I widzi wyjście. Doktor nie jest zaskoczony tym, co widzi w swoim pokoju. Oczywiście, któż inny, mówi do siebie z takim smutnym, pogodzonym półuśmiechem.]

Doktor, analizując śmierć Rity, dochodzi do wniosku, że Minotaur nie karmi się strachem, tylko wiarą. Amy zaczyna modlić się do bestii i podczas chaotycznej ucieczki Doktor, Amy i Rory trafiają do pokoju z małą Amy. Czego Amy boi się najbardziej? Tego, że zostanie porzucona, że któregoś dnia Doktor po nią nie wróci (o, to dokładnie tak, jak się zdarzyło w poprzednim odcinku). W co wierzy? W Doktora.

Poważnie? Po raz kolejny The Moffat Show bierze wybraną linię fabularną i przepisuje ją od początku. Tym razem jest to relacja pomiędzy Amy i Doktorem. Czy ja marudziłam przy poprzednim odcinku, że zmarnowano cudowną okazję do przyjrzenia się relacji Amy i Doktora? PRZEPRASZAM. WIĘCEJ NIE BĘDĘ.

Stosunków pomiędzy Amy i Doktorem nigdy nie cechowało „zbyt dużo wiary”, jak ni z tego, ni z owego chce ten odcinek. W Eleventh Hour Amy decyduje się zaufać Doktorowi na dwadzieścia minut. Potem nie ufa jego motywom, kiedy zaprasza ją do TARDIS. W The Beast Below kwestionuje wybór, który widzi Doktor, i działa wbrew niemu w efekcie ratując Gwiezdnego Wieloryba. We Flesh and Stone, kiedy Doktor prosi, żeby mu zaufała, odpowiada wątpliwością – jak mam ci zaufać, skoro nie zawsze mówisz mi prawdę? W Vincent and the Doctor uważa za podejrzane, że Doktor jest dla nie wyjątkowo miły i zabiera ją w same piękne miejsca. W A Good Man Goes to War pyta Doktora, czy jest coś, o czym jej i Roryemu nie mówi, a potem wini Doktora za porwanie Melody i do tego stopnia nie wierzy jego zapewnieniom, że znajdzie jej córkę, że grozi River bronią.

Do licha, nawet jeśli Amy na początku miałaby za dużo wiary/zaufania, to postępowanie Doktora powinno skutecznie nimi zachwiać. Pozwolił, żeby porwaną Amy przetrzymywano miesiącami, nie wiadomo gdzie, i robiono z nią nie wiadomo co, i nie raczył nikogo o tym poinformować aż do końca The Almost People (Dlaczego nic nie powiedział? Bo ktoś mógł słuchać. To żadne usprawiedliwienie. Żadne. Jakim prawem?). Wyruszył na poszukiwanie córki Amy, zostawiając Amy (dlaczego dkn?!). Odniósł totalną porażkę w znalezieniu małej Melody i zabraniu jej z powrotem do matki. Nawet nie próbował ocalić starszej Amy i nie miał żadnego szacunku dla jej życzeń, a przecież starsza Amy też była Amy. Nic z tego nie złamało Amy wiary w Doktora? A to, że powiedział, że zabrał ją ze sobą, bo jest próżny i potrzebuje adoracji, tak? W ciągu pięciu minut? Co za piramidalna bzdura.

[O Amy Williams będzie innym razem. W notce o postaciach kobiecych Moffata w Doctorze Who, która powstanie po finale serii.]

Minotaur pozbawiony na chwilę pożywienia może umrzeć. Minotaur jest metaforą Doktora. Przyznam, niezgorszą. Amy i Rory dalej nie wyrażają najmniejszej chęci na trzaśnięcie drzwiami TARDIS (taaak, Doktor złamał tę nieistniejącą wiarę Amy baaaardzo skutecznie), za to Doktor doznaje epifanii i odstawia Pondów do (nowego) domu. I następuje scena pożegnania Doktora i Amy, która z jednej strony jest bardzo dobra – jeśli przyjrzymy się jej implikacjom dla Doktora, a z drugiej bardzo zła – jeśli przyjrzymy się jej implikacjom dla Amy. Jak ostateczne jest to pożegnanie, dowiemy się w finale.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Doctor Who s06e08 Let’s Kill Hitler SPOJLERY

Ponowne obejrzenie A Good Man Goes to War ujawniło, że jeszcze nie pogodziłam się z niefortunnymi relacjami rodzinnymi River Song. Natomiast Let’s Kill Hitler wprawił mnie w takie osłupienie, w jakie "wejście" River wprawiło Doktora, Rory’ego i Amy. Albo większe.

Zamknięcie Hitlera w szafie jest niezłą metaforą tego, co Doctor Who robi w szóstym sezonie – a mianowicie przyznaje (czasem częściowo), że jakiś wątek jest problematyczny i nie zajmuje się nim więcej. Tak było z porwaniem Amy i tak jest z jej traumą po utracie córki. Jak to nie jest w porządku, że nie wychowasz swojego dziecka, skoro wyrośnie na taką wspaniałą River Song? No dobrze, nie jest, nuda, zajmijmy się czymś innym.

(Tak na marginesie - nie sądziłam, że kiedyś zajmę się problematycznym przedstawieniem postaci kobiecych u Moffata, ale jak tak dalej pójdzie, to chyba nie wytrzymam i jednak coś na ten temat napiszę.)

Cała historia z Mels, mimo miłego posmaku Powrotów do przyszłości, jest szyta tak grubymi nićmi, że wystawiła moją cierpliwość na sporą próbę. Śmialiśmy się trochę, że dobrze, że Jeff nie okazał się River Song, ale mówiąc całkiem poważnie – miałoby to więcej sensu. Poza tym ręka do góry, kto widząc czerwoną corvettę, nie pomyślał, że to River? No właśnie. Czyli niespodzianka też niespecjalna.

(Mała Amelia. Co się stało z czterema psychiatrami? Bo ja tu widzę świetnie funkcjonującą dziewczynkę, matkującą w dodatku innemu dziecku. Jak ona ma niby wyrosnąć na bojącą się zobowiązań, mającą problemy z zaufaniem w relacjach międzyludzkich i nieco cyniczną Amy z Eleventh Hour? Hmmm?)

Przemiana z niezrównoważonej Melody mordującej Doktora, bo właśnie do tego została stworzona (W jaki sposób i kiedy? Na te pytania może dostaniemy odpowiedzi w finale – a może nie. Raczej na pewno dostaniemy odpowiedź na pytanie, po co. Ale znowu – gwałt dokonany przez Ciszów na River, tak jak wcześniej gwałt dokonany na Amy, zostaje wypchnięty z pola zainteresowań serialu.), w River, którą znamy i kochamy, była dla mnie nieprzekonująca. Nie zmienisz psychopaty w zwykłego człowieka, pokazując mu, jaki jesteś dobry, współczujący i gotowy do poświęceń. W pół godziny. Intellect and romance over brute force and cynicism, i tak dalej, ale Moffat najpierw River skomplikował, a teraz idzie na skróty. Nieładnie.

Umieranie Doktora, mimo że Matt Smith robił, co mógł, wcale mnie nie ruszyło – wystarczy, że czekam na jego śmierć w odcinku trzynastym. Za to podoba mi się pomysł, że Doktor potrzebuje kogoś, dla kogo musi być dzielny. Na plus pojawienie się Rose, Marthy i Donny. Na minus cała absurdalna „rozmowa” z interfejsem głosowym.

Tessalecta, nic ciekawego. A może byliby, gdyby nie pełnili li i jedynie funkcji rekwizytu.

Doctaliśmy od metra niezłych gagów, Alex Kingston mogła się popisać i wyszło jej to świetnie, nowy płaszcz Doktora to strzał w dziesiątkę, zmroziło mnie w momencie, kiedy Hitler podszedł do TARDIS… ale dla mnie nic z tego nie uratowało Let’s Kill Hitler, który jest efekciarski, niespójny i naciągany, ma dziwne tempo i generalnie obraża inteligencję widza.

Acha, a Cisze się mylą, odpowiedź brzmi 42.

poniedziałek, 06 czerwca 2011

Doctor Who s06e07

Spojlery do całej serii szóstej


Demons run when a good man goes to war
Night will fall and drown in sun
When a good man goes to war
Friendship dies and true love lies
Night will fall and the dark will rise
When a good man goes to war
Demons run but count the cost
The battle's won but the child is lost

Czyżby River Song między śniadaniem a kolejną ucieczką zajmowała się pisaniem poezji? Tak, tak, wiem, to stary tekst, ale znając River, która walnęła graffiti na najstarszym klifie we wszechświecie... W każdym razie – zdecydowanie wolę wiersze, niż proroctwa, tak trzymać.

Przed obejrzeniem tego odcinaka miałam tylko dwa życzenia. Żeby River nie okazała się tym, kim się okazała. I żeby, jeśli by się okazała, tym kim się ostatecznie okazała, to żeby pokazane było to w sposób, który złagodzi moje cierpienie. Pierwsze życzenie nie zostało spełnione, drugie – na szczęście tak.

Fabularnie „A Good Man Goes to War” nie ma wiele do zaoferowania. Doktor zbiera „armię” i wyrusza na pomoc Amy, Doktor pokonuje porywaczy, w swój ulubiony sposób – głową, i sam zostaje pokonany. A River Song wreszcie dzieli się z nami jednym ze swoich sekretów. Ogląda się z niesłabnącym zainteresowaniem, ale byłabym daleka od zachwytów, gdyby nie to, co ten odcinek robi z bohaterami.

Doktor

Biedny, biedny Doktor.

Ile jest planet we Wszechświecie, które drżą na dźwięk jego imienia? Jak wielki musi być strach przed Doktorem, żeby ktoś mógł przekuć go na armię, której celem będzie zniszczenie ostatniego Władcy Czasu? Dawno, dawno temu, kiedy Rose po raz pierwszy spotkała Doktora, niejaki Clive powiedział jej, że Doktor ma jedną wierną towarzyszkę – śmierć. A Doktor nie chce wiedzieć, nie chce wierzyć. Przecież on chce tylko pomagać, dlatego wybrał sobie ten a nie inny tytuł – Doktor, ten, który doradza, leczy, koi.

Ale tego dnia czuje gniew (nowy gniew, ale gniew, które znał też urodzony na polu bitwy Dziewiąty i uciekający od siebie Dziesiąty) i to jest pierwszy znak, znak, którego nie chce widzieć. O ile łatwiej rzucić Madame Kovarian w twarz zasady dobrego człowieka.

Kiedy Vastra, odpowiadając na pytanie, dlaczego ktoś chciałby zrobić z Władcy Czasu broń, mówi mu, że przecież wszyscy widzieli JEGO, Doktor jeszcze nie chce uwierzyć. Mnie?

Kiedy sam, po bitwie, okłamuje umierającą Lornę, że tak, oczywiście, że ją pamięta, bo przecież biegli razem, jeszcze nie przyjmuje tego do wiadomości.

Kiedy Amy nie pozwala mu się dotknąć, jest tylko zraniony.

I wtedy pojawia się River Song:

- Well then, soldier. How goes the day?

- Where the hell have you been? Every time you've asked I have been there. Where the hell were you today?

- I couldn't have prevented this.

- You could have tried!

- And so my love could you.

- You think I wanted this?! I didn't do this, this--this wasn't me!

- This was exactly you. All this. All of it. You make them so afraid. When you began, all those years ago, sailing off to see the universe, did you ever think you'd become this? The man who can turn an army around at the mention of his name. "Doctor." the word for healer and wise man throughout the universe. We kept that word for you, you know. But if you carry on the way you are, what might that word come to mean? To the people of the Gamma Forest, the word "Doctor" means "mighty warrior." How far you've come. And now they've taken a child, the child of your best friends, and they're going to turn her into a weapon just to bring you down. And all this, my love, in fear of you.

I Doktor nie może już dłużej odwracać się od prawdy, od tego, czym się stał przez te wszystkie lata.

Pamiętacie Joan Redfern?

- Answer me this: if the Doctor had never visited us, never chosen this place—on a whim—would anyone have died?

Pamiętacie Adelaide Brooke?

- No one should have that much power (...) This is wrong, Doctor. I don't care who you are. The Time Lord Victorious is wrong.

Pamiętacie Davrosa, pokazującego Doktorowi jego rękę w Dzieciach Czasu?

Jedenasty tak bardzo chciał być nowym człowiekiem i tak się starał, po gwałtownej regeneracji, cały z uśmiechu, muszek i nonsensu, ale Jedenasty wciąż jest Doktorem, a Doktor jest żołnierzem, Doktor ma krew na rękach, krew przyjaciół, krew wrogów, krew ludzi, których imion nie zapamiętał albo nawet nigdy nie poznał.

I River Song rzuca mu to w twarz w jego najczarniejszej godzinie. A potem pokazuje mu, kim jest. I być może kiedyś go zdradzi. Być może kiedyś go zabije. Ale teraz, pośród mroku, River Song jest nadzieją.

Inni, inne:

River Song: Rodziców się nie wybiera, hm? Naprawdę nie chciałam, żeby River okazała się dzieckiem Pondów, ale to, jak napisana jest scena pomiędzy River i Doktorem, i jak fantastycznie gra Alex Kingston, sprawiło, że nie zabolało mnie to tak bardzo, jak myślałam, że zaboli. Zresztą o River w dalszym ciągu wiemy niewiele, co jest piękne. Scena w Stormcage – rewelacyjna.

Amy Pond: W poprzednim sezonie wiele moich wątpliwości wobec postaci Amy tłumaczyłam sobie tym, że Doktor ją „skrzywił” w dzieciństwie i teraz oglądamy naprawianie, i ostatnia scena The Big Bang, kiedy Amy w sukni ślubnej, taka szczęśliwa, patrzy w przestrzeń, wyruszając na nową przygodę, dawała mi nadzieję, że w sezonie szóstym poznamy wyprostowaną, wspaniałą Amy Pond, która była kiedyś najcudowniejszą na świecie Amelią. Ale nie. Amy jest chodzącym koszmarem. W tym sezonie wykazała się na razie pięknym kompletem uprzedzeń, strzeliła do dziecka i groziła bronią River (pal licho relacje rodzinne, River uratowała jej życie w Flesh and Stone i generalnie traktowała jak przyjaciółkę). Ciekawe, co dalej. Poza tym, co jest szczególnie irytujące, Amy jest upiornie bipolarna i przełącza się między trybem superbohaterki a damy w opałach.

Roranicus Pondicus: Przygarnęłabym. Zwłaszcza, że teraz jest już trochę mniej schizofreniczny, nie przeskakuje pomiędzy młodym, odpowiedzialnym mężczyzną, a wariacją na temat Mickey'ego. Ale jest bardzo lojalny wobec swojej uroczej żony. I pewnie i tak zginie.

Amy opowiadająca córce o ojcu: Przyznam się, że na początku mnie to zirytowało, ale przemyślałam sprawę. Amy mówiąc o Rorym używa słów, opisujących w jej maleńkim światku najwspanialszą osobę na świecie, którą był dla Amelii jej zmyślony przyjaciel. Teraz najwspanialszą osobą na świecie jest dla Amy Rory (chociaż nie zawsze to widać, bo patrz: jej cudowna osobowość/brak osobowości), więc opisując go używa najbardziej znaczących dla niej słów.

Madame Vastra i Jenny: spin-off nao, pretty please?

Rekwizytorium: Podobały mi się kołyska Doktora, cela Amy, wiktoriański Londyn i klimat Star Wars, ale czy możemy stracić raz na zawsze spitfajery-w-kosmosie? To jakiś fetysz fanboyów czy co?

Lorna: Lorna jest tymi wszystkimi ludźmi, którzy spotkali Doktora, ale nie byli dosyć specjalni, żeby z nim zostać. They are always brave.

Czego nie wiemy:

  • Dlaczego River przez cały sezon piąty mówiła, że jest jej bardzo, ale to bardzo przykro...

  • Kim był/będzie astronauta w jeziorze?

  • Co się stało z, jak zakładamy, małą River po regeneracji?

  • Dlaczego River jest w Stormcage i kto ją tam zamknął? Jaką obietnicę spełnia i dlaczego?

  • Kto doprowadził do wybuchu TARDIS?

  • Kim jest Madame Kovarian? Co ją motywuje do „wojny” z Doktorem?

  • Czy i dlaczego Cisze są z nią w zmowie?

  • Czy z tego, że wszędzie pojawia się symbol Omegi możemy wyciągać daleko idące wnioski?

Panie Moffat, to kiedy ta jesień?

niedziela, 29 maja 2011

Doctor Who s06e06 The Almost People

Beware of spoilers, all ye who enters here.

W poprzednim odcinku: Rory zaprzyjaźnia się z Ganger!Jen, ludzie i gangerzy kończą w sytuacji „my albo oni” (co, jak pamiętamy, źle się skończyło w odcinku z Silurianami), a Doktor pakuje łapę, gdzie nie trzeba. Albo i trzeba.

Take two and call me in the morning

Na początek kilka słów o The Rebel Flesh. Tak naprawdę, w dalszym ciągu nie mam o nim za wiele do powiedzenia. To z jednej strony bardzo klasyczna historia science fiction (przyszłość, niewielka grupa ludzi, odizolowana lokacja, zaawansowana technologia, niebezpieczne warunki – burze słoneczne, kwas – i coś idzie potwornie nie tak), z drugiej solidne przygotowanie gruntu pod drugą część. W The Rebel Flesh Matthew Graham ustawia pionki na szachownicy, w The Almost People widzimy rozgrywkę.

(Zapomniałam wspomnieć ostatnio, czy to nie urocze, kiedy w TARDIS robi się rodzinnie? Muzyka, rzutki, bałagan – porozrzucane ciuchy państwa Pond, kubek po napoju czy jogurcie, stojący na schodkach do konsoli...)

The Almost People w dalszym ciągu jest klasycznym twardym science fiction. Ludzie po jednej i po drugiej stronie barykady są gotowi do walki, ale niekoniecznie mają na to ochotę, przecież są pracownikami fabryki, nie żołnierzami.

Jak zauważyła Alex, w The Almost People postacie nie są tak dobrze napisane jak w The Waters of Mars czy The Impossible Planet/The Satan Pit.  Wprawdzie wyróżnia się z każdą chwilą co raz bardziej szalona Ganger!Jennifer i obie próbujące się nawzajem przechytrzyć Cleaves, ale Jimmy, Dicken i Buzzer i ich gangerzy są mocno papierowi. Kiedy giną jeden po drugim, trudno mi się przejąć ich śmiercią, tak jak przejmowałam się śmiercią członków załogi marsjańskiej bazy w WoM czy Scootie i pana Jeffersona w IP/SP.

Ani Ganger!Jennifer zupełnie tracąca kontrolę i zmieniająca się w potwora a' la Lazarus, ani Cleaves i Ganger!Dicken wchodzący ramię w ramię do siedziby firmy na konferencję prasową nie są szczególnie oryginalnymi czy interesującymi rozwiązaniami fabularnymi, ale zdecydowanie zagrały dla mnie w tym odcinku. Zwłaszcza wątek Cleaves, która zaczęła jako najgorsza z ludzi, a ma skończyć jako najlepsza i broniąca gangerów (Doktor może się trochę podnieść na duchu po ostatniej spektakularnej porażce pomysłu z „the best of humanity”, nie?).

Doktor i Doktor

Tak jak nie mogłam się nachwalić Smitha w The Doctor's Wife, tak nie mogę i teraz. Matt w podwójnej roli, Doktora i jego doppelgangera, udających siebie nawzajem, po raz kolejny pokazał, że ma ogromne możliwości i nie powiedział jeszcze ostatniego zdania w kwestii swojej kreacji ostatniego z Władców Czasu. Oglądanie interakcji Doktora i Doktora to czysta przyjemność, tak samo jak oglądanie Doktora zachowującego się w nie doktorowy (a może?) sposób. Pomysł z butami i zamianą, i w konsekwencji zachowanie Amy – proste, genialne.

Dwa ważne momenty przyćmione przez cliffhanger. Amy mówi Doktorowi, że widziała jego śmierć, myśląc, że rozmawia z doppelgangerem Doktora. Można się zastanawiać, na ile gniewna reakcja Doktora, mająca obrazować uczucia The Flesh, to „ustawiania” Amy, a na ile próba ukrycia swojej reakcji i zmiany tematu przez Doktora. Pod sam koniec odcinka Doktor mówi swojemu doppelgangerowi, że na jego śmierć nie zostali zaproszeni, Ganger!Doktor nie wie, o co chodzi, a Doktor szybko zmienia temat. To jest dopiero game changer, a nie tam kwantowa ciąża.

Roranicus Pondicus

O ile w The Rebel Flesh współczujący, ex-plastikowy Rory bardzo mi się podobał, to w tym odcinku już nie za bardzo – bo też możliwości tego pomysłu nie były specjalnie eksploatowane. Na plus zaliczam to, że Rory, wątpiący po wydarzeniach dnia w swoją umiejętność oceny sytuacji, wypada wiarygodnie odsuwając się od Amy na polecenie Doktora.

Fridge Horror

Potwierdziły się moje podejrzenia, że Doktor wykombinował coś odnośnie kwantowej ciąży Amy i że nasza wesoła gromadka do fabryki nie trafiła przypadkiem. Bardzo się cieszę, że wyjaśniło się, kim jest kobieta-ze-ściany (położną, o której mają koszmary kobiety w ciąży – właściwie to było jasne od momentu, kiedy powiedziała Amy „It's fine. You're doing fine. Just stay calm.”, ale miło, że dowiedzieliśmy się skąd i jak ona w tych ścianach) i jak funkcjonuje ciąża-nie-ciąża. Gdyby ten wątek miał się ciągnąć przez cały sezon jak Cracks czy Vote Saxon... dzięki ci, Moffie, za zabawy ze strukturą DW!

Natomiast mniej dzięki za zrobienie z Amy damy w opałach i przedmiotu. Znowu. I za horror czystej wody – dziewczyna jest uwięziona, nieświadoma swojej sytuacji, pozbawiona kontroli nad własnym ciałem, nie wiadomo, jak długo, ale długo (sześć miesięcy? siedem? osiem?) i budząc się odkrywa, że zaraz zacznie rodzić? Bo jest w ciąży, której w swojej głowie NIE przeżyła?

wtorek, 17 maja 2011

wszechświat nie eksplodował, a internet nie implodował, ale wszyscy i tak są zachwyceni.

Doctor Who s06e04 „The Doctor's Wife” Beware of SPOILERS, all ye who enter here.

W poprzednim odcinku: Piraci? Piraci są ZNOWU do kitu od czasów PotC: Dead Man's Chest. A Doktor ma ewidentnie gorszy dzień, może te wieloryby przepływające przez dziury w fabule tak go zdekoncentrowały.

 

Jedenasty wybiera się na weekendową wycieczkę do innego wszechświata. Gdzieś głęboko w środku Dziesiąty zgrzyta zębami.

 

Oczekiwania wobec „The Doctor's Wife” były wyższe niż zwykłego autonomicznego odcinka. Czy raczej – tak wysokie oczekiwania fandom miewa zwykle tylko przed finałami serii. Doctor Who od czasu swojego restartu w 2005 roku miał na liście płac wielu świetnych scenarzystów, na czele z obecnym showrunnerem, ale nigdy autora tej klasy (i o takiej renomie wśród geeków), co Gaiman, który w dodatku sam jest od dzieciństwa fanem Doktora.

Kusiło mnie, żeby opisać swoje wrażenia zaraz po obejrzeniu odcinka, ale się wstrzymałam, bo na niedzielę miałam zaplanowany wspólny seans z kilkoma innymi fanami, których opinie, komentarze i spostrzeżenia bardzo sobie cenię. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zauważy więcej niż ja albo spojrzy na jakąś scenę z zupełnie innej perspektywy i podrzuci inną interpretację. Tym razem zachwycaliśmy się głównie, jaki to jest fantastyczny tekst. Naprawdę, chciałoby się przytoczyć, co drugą linijkę.

Do tego dochodzi jeszcze wyjątkowo udany występ Matta Smitha, fantastyczna Suranne Jones (po trosze zupełnie nowa bohaterka, a po trosze Queenie z Blackadder i Helena Bohnam Carter z Heleny Bohnam Carter), Michael Sheen odwalający kawał dobrej roboty w roli Domu (najbardziej przerażająca była ta pojawiająca się nutka swawolności), Elisabeth Berrington i Adrian Schiller w Cioteczki i Wujka, słabych, amoralnych, ale jakoś ciągle sympatycznych...

 

Idris ma problem z angielskimi czasami. Wcale jej się nie dziwię.

 

Doktor i TARDIS. TARDIS i Doktor. Nie sądzę, żeby był wśród piszących odcinki Doktora ktoś, kto nie chciałby i nie myślałby w skrytości ducha o zgłębieniu relacji Doktora i TARDIS, czy to dając jej głos czy wręcz ciało (a fani mieli/mają bardzo podobne marzenia). Ale trzeba mieć naprawdę dużo pewności siebie – albo tupetu – żeby ten pomysł wprowadzić w życie. Przecież to mieszanie z już prawie półwieczem (półwiecze brzmi zdecydowanie nobliwiej niż pięćdziesiątka) historii serialu! I uwielbianą przez fanów bohaterką.

I tu na scenę wkroczył Neil Gaiman. Jak to u niego, pomysł jest tyleż błyskotliwy, co prosty – matrix TARDIS zostaje umieszczona przez Dom, potwora tygodnia (świadomą i wredną asteroidę), w ciele kobiety. Równolegle rozgrywają się jakby dwie przygody – Doktor i TARDIS poznają się na nowym poziomie i cała czwórka bohaterów zmaga się z Domem. Ta pierwsza jest o niebo bardziej interesująca, chociaż finał drugiej, w którym Doktor pokonuje niedoceniający przeciwnika Dom gadając, to esencja Doctora Who i ogląda się go wyśmienicie. Poza tym dostaliśmy odcinek zadziwiająco zrównoważony pod względem scen bawiących, wzruszających i straszących.

 

Rory nie pochwala stylu Doktora. Co innego, gdyby nosił granatowy pikowany bezrękawnik do musztardowej koszuli.

 

Najjaśniesze punkty odcinka:

→ Gaiman przepisuje na nowo historię Doktora i TARDIS – on ukradł ją, ale ona ukradła też jego i nie zabiera go tam, gdzie i kiedy chciałby się znaleźć, tylko tam, gdzie się oboje znaleźć powinni

→ wszystkie sceny Smitha i Jones (Smith and Jones, naprawdę? O hai, series 3 XD)

→ Matt grający dwie sceny gniewu Doktora – kiedy odkrywa, że głosy Władców Czasu to zachowane wołania o pomoc dawno zmarłych i kiedy oznajmia Domowi, dlaczego ten powinien się go bać – w sposób bardzo stonowany

→ scena pożegnania Doktora i TARDIS/Idris, kiedy Doktor nauczony całym swoim dziewięciuset letnim doświadczeniem, podpowiada TARDIS, że to, co chce mu powiedzieć, to „żegnaj”, a ona odpowiada, że dotychczas nie zdążyła mu powiedzieć „witaj” i „tak bardzo miło cię spotkać” (BTW „żegnaj” było jednym z pierwszych słów wypowiedzianych przez nią do Doktora)

→ śmierć Cioteczki i Wujka, urocza malutka scena

→ TARDIS uwolniona z ludzkiego ciała i wracająca do siebie, i towarzyszące temu słowa Doktora

→ ostatnia minuta „The Doctor's Wife”, kiedy myślałam, że to już koniec, a dostałam chyba najbardziej wzruszający moment

→ Rory będący i myślącą i czującą istotą ludzką, i tylko przez chwilę i na niby martwy

→ konsola TARDIS Ecclestona&Tennanta!

Mniej jasne punkty odcinka:

→ gdyby nie rewelacyny voiceover, to Dom byłby mocno średnim potworem tygodnia (zwłaszcza że z pierwotnego pomysłu Gaimana (złe opętujące TARDIS) zostały małe kawałeczki, przebite Doktor&TARDIS OTP) – chętnie obejrzałabym odcinek, w którym Neil naprawdę przyłożyłby się do wymyślenia stracha

→ gra Karen niespecjalnie mi się podobała w tym "The Doctor's Wife", ale nie wiem, na ile jest to wina aktorki, a na ile pomysłu na postać Amy, który ma Moffat. Generalnie nie bardzo mi się podoba to, co od początku sezonu dzieje się z Amy.

 

But maybe I'm crazy, maybe you're crazy, maybe we're crazy, probably...” czyli Doktor w szczytowej formie


Podsumowując: instant classic, instant canon. I chcę więcej.

sobota, 08 stycznia 2011

UWAGA! SPOJLERY


 

Opowieść wigilijna, tak jak, powiedzmy, Romeo i Julia, to jedna z tych historii, przed którymi nie ma ucieczki. Nie ucieszyłam się specjalnie, kiedy w sieci pojawiły się informacje, że świąteczny odcinek Doktora będzie inspirowany dickensowską przypowieścią. Ile jeszcze? Przecież ten mptyw był już przetwarzany na wszystkie możliwe sposoby!

Okazało się, że się myliłam. Jednak nie wszystkie. Steven Moffat podarował nam najbardziej świąteczny ze świątecznych odcinków specjalnych i wersję Opowieści wigilijnej, która nie doprowadziła mnie do zgrzytania zębami* przed ekranem.

Amy i Rory spędzają miesiąc miodowy na Star Trekowym statku kosmicznym, który, niespodzianka, niespodzianka, z powodu złych warunków atmosferycznych najprawdopodobniej rozbije się na planecie, gdzie miał wylądować. Nasze gołąbki całkiem przytomnie wzywają na pomoc Doktora, a ten niezwłocznie wyrusza odnaleźć osobę, która będzie mogła zapobiec katastrofie – bo Doktor zawsze ratuje dzień, ale nigdy sam.

Napisy początkowe i...

...oglądamy przepiękne, steampunkowe i przedświąteczne miasto, z monumentalnym budynkiem-machiną w centrum i słyszymy spoza kadru opowieść o Świętach:

On every world, wherever people are, in the deepest part of the winter, at the exact midpoint, everybody stops and turns and hugs. As if to say, "Well done! Well done, everyone! We're halfway out of the dark." Back on Earth, we call this Christmas, or the Winter Solstice. On this world, the first settlers called it the Crystal Feast. You know what I call it? I call it expecting something for nothing!

Zmiana tonu, pod sam koniec, z baśniowego, pokrzepiającego, świątecznego, dickensowskiego i przykominkowego na ton każdego starego zgorzknialca we wszechświecie jest niesamowita! (A cała ta scena należy do moich ulubionych momentów odcinka**). Naprawdę, brakuje mi słów podziwu dla Michaela Gambona w roli Kazrana Sardicka, czyli miejscowej odmiany Ebenezera Scrooge'a.

Tak czy inaczej, Doktor wpada przez komin („Ah. Yes. Blimey. Sorry. Christmas Eve on a rooftop, saw a chimney, my whole brain went, "What the hell?"” Oh, Eleven.), robi nieco zamieszania, przekonuje się, że jedyna osoba mogąca uratować statek i jego pasażerów wcale się do tego nie kwapi, odstawia Scherlocka, wychodzi i po uroczej scenie z rybkami pły... lata... szybu...poruszającymi się we mgle wokół latarni i nieco chaotycznej rozmowie z Amy postanawia zafundować Kazranowi jego własną prywatną Opowieść wigilijną.

Wszystko kończy się, oczywiście, dobrze, chociaż nie disneyowsko dobrze, bo baśnie (tak, baśnie) Moffata, to wprawdzie jeszcze nie bracia Grimm, ale i tak jest w nich dość owej mroczności i realizmu, które są nieobce baśniom klasycznym.

„Opowieść wigilijną” oglądałam urzeczona obrazem (odkąd Moffat przejął pałeczkę showrunnera wszystkie odcinki, co bym o nich nie mówiła, wizualnie wypadają świetnie), fonią i pomysłem (na historię i na świat), natomiast nie podobało mi się jedno – o ile lekkomyślność z jaką Doktor zabiera się za majstrowanie przy przeszłości Kazrana pasuje mi do jego zwykłej arogancji i nieludzkości (nie najlepsze określenie, ze względu na konotacje, ale chwilowo żadne inne nie przychodzi mi na myśl, a nie mamy w języku polskim przyzwoitego przymiotnika od kosmity), to nie mogłam przeboleć, że nie ma tam słowa o konsekwencjach mieszania w czasie.

Bynajmniej nie tęsknię za latającymi małpami z Oz, och, pardon, z Father's Day, ale byłoby dobrze, gdyby Doktor przyznał/jakoś zaznaczył, że to, co robi, jest ryzykowne i jeśli coś pójdzie nie tak albo wymknie się spod kontroli, to rzecz może się skończyć tragicznie dla wszystkich zainteresowanych, a i pewnie dla sporej liczby przypadkowych mieszkańców planety. Nic takiego nie ma miejsca. Doktor cały czas bawi się świetnie, Kazran ściska swoją młodszą wersję, a wszechświatowi nawet nie drgnie powieka. No, eeeej.

Teraz z odnowioną niecierpliwością czekam na nowy sezon. Trailer, którym nas uraczono, jest... intrygujący i obiecujący.

(Mimo że świąteczny Doktor sprawił mi dużo radości, to moją ulubioną z wigilijnych opowieści pozostaje „Wiedźmikołaj” i jestem niepocieszona, że pośród rozmaitych katastrof nie udało mi się go obejrzeć w te święta.)

 

*chociaż przy onelinerach w rodzaju „Christmas is cancelled” było blisko.

** obok wszystkich ze starym Kazranem przeżywającym swoje zmieniające się wspomnienia i triumfalnie uśmiechniętym Doktorem stającym w oknie, zanim średni Kazran zdecyduje się go wezwać.

 
1 , 2
Napisz do mnie!