kultura bez tabu jest kwadratowym kołem

W odcinkach

niedziela, 21 czerwca 2015

Humans, scen. Sam Vincent, Jonathan Brackley

Äkta människor, scen. Lars Lundström

humans

Amerykanie coś nie mają ostatnio ręki do remake'ów europejskich seriali. „Gracepoint” nie powtórzyło sukcesu „Broadchurch,” mimo kręcenia sceny po scenie za oryginałem i zatrudnienia Davida Tennanta. „The Returned” nie udało się odtworzyć niepokojącej atmosfery, która należy do największych atutów „Les Revenants”. Oba seriale zostały skasowane po pierwszym sezonie. Dlatego kiedy przeczytałam, że powstaje remake szwedzkiego serialu science fiction „Äkta människor” („Prawdziwi ludzie”), wzruszyłam tylko ramionami. Moje zainteresowanie wzbudziła dopiero informacja, że „Humans” to koprodukcja amerykańsko-brytyjska, a na ekranie zobaczymy całą plejadę brytyjskich aktorów.

„Äkta människor” opowiada o alternatywnej teraźniejszości, w której postęp nauki pozwolił na stworzenie humanoidalnych robotów, mogących zastąpić ludzi w większości prac. Huboty (od „human robots”) budzą różne reakcje – niektórzy akceptują je jako kolejną ułatwiającą życie technologię, inni protestują przeciw „odbieraniu” ludziom pracy, a są też tacy, którzy zaczynają walczyć o prawa dla robotów. Rodzina Engmanów uczy się żyć ze swoim pierwszym hubotem - Anitą, ich sąsiad Roger ma problemy z przystosowaniem się do nowej rzeczywistości, a emeryt Lennart jest przywiązany do swojego towarzysza i opiekuna Odiego i nie chce go wymienić na nowszy model. Tymczasem grupa wyjątkowych hubotów szuka bezpiecznego schronienia do realizacji własnych planów.

Akcja serialu toczy się powoli, pozwalając widzom przyglądać się zmianom i wyzwaniom, które stanęły przed szwedzkim społeczeństwem wraz ze wprowadzeniem na rynek hubotów. Pojawiają się kwestie odpowiedzialności prawnej, dyskryminacji, seksualności, uprzedzeń i wreszcie tego, co właściwie znaczy być człowiekiem. Pięknie wieloznaczny jest sam tytuł serialu – czy prawdziwi ludzie, to ludzie w świecie, gdzie żyją razem ludzie i roboty, to ci, którzy aspirują do człowieczeństwa, niezależnie od tego, z czego są zbudowani, czy wreszcie przeciwnicy hubotów, którzy zaanektowali nazwę „Prawdziwi ludzie” do celów politycznych?

„Äkta människor” wprowadzili też jednego z ciekawszych bohaterów, jakich w ciągu ostatnich lat widziałam na ekranie – nawet nie dlatego, kim jest, ale dlatego, jak toczy się jego historia. Nie będę tutaj zdradzała żadnych szczegółów, więc żeby poznać Leo, musicie sięgnąć po serial. I to oryginalną szwedzką wersję, bo nie ma żadnej gwarancji, że w wersji angielskiej wydarzenia będą przebiegały tak samo. A właśnie. Jestem po pierwszym odcinku „Humans” i podoba mi się to, co zobaczyłam. Przy wszystkich swoich zaletach „Äkta människor” bywa nierówne scenariuszowo – niektóre wątki są niepotrzebnie rozciągnięte, inne potraktowane zbyt powierzchownie, a postaci jest zwyczajnie zbyt dużo, żeby cały czas nie tylko spójną narrację, ale też dobre tempo. Pierwszy sezon „Humans” ma mieć osiem odcinków – o dwa mniej niż oryginalny serial, i od razu to widać. Z jednej strony, „Humans” nie może poświęcić na budowanie napięcia tyle czasu ekranowego, co „Äkta människor.” Z drugiej, ograniczenie wymusza „gęstszy” scenariusz.

Twórcy „Humans” okroili obsadę i przekonstruowali niektóre elementy oryginalnej historii – trudno na razie stwierdzić, jak głęboko idą zmiany. Główni bohaterowie pozostali tacy sami – Leo, Anita, zapracowana prawniczka i matka Laura Hawkins (w oryginale nosząca imię Inger) i jej rodzina, oraz George Millican (w oryginale – Lennart). Przy czym George w „Humans” ma już nieco inną historię i jest związany z programem naukowym, który doprowadził do powstania synthów (tutaj huboty nazywane są synthami – syntetic humans, muszę powiedzieć, że wolę szwedzką nazwę). Sfrustrowany Pete (Roger) dostał pracę innego bohatera, chociaż wydaje się, że jego wątek będzie taki, jak w „Äkta människor”, a hubotki Niska i Flash są zdaje się teraz jedną postacią. To ostatnie wydaje mi się wyjątkowo interesujące, bo trudno o bardziej odmienne bohaterki niż wyrachowana i brutalna Niska i szukająca miłości, akceptacji i zwykłego życia Flash.

Lista utalentowanych ludzi, stojących za „Humans,” jest imponująca. Sprawdźcie sobie sami, kto i przy czym pracował (człowiek szybko przestaje się dziwić, że ten serial tak rewelacyjnie wygląda, wystarczy parę minut przeglądania), ja wspomnę tylko, że za ścieżkę dźwiękową jest odpowiedzialny Cristobal Tapia de Veer, który napisał muzykę do „Utopii,” i napiszę parę słów o castingu. Przede wszystkim cieszy mnie obsadzenie Colina Morgana w roli Leo – to jest rola, którą trzeba dźwigać i wydaje się, że młody Irlandczyk doskonale sobie z nią poradzi. Katherine Parkinson („IT Crowd”) przejmuje pałeczkę po Pii Halvorsen, William Hurt po Stenie Elfströmie, a Neil Maskell („Utopia”) po Leifie Andrée, i przed nimi wszystkimi stoi spore wyzwanie, bo szwedzcy aktorzy stworzyli zniuansowane i zapadające w pamięć role. Póki co jestem pod wrażeniem gry Hurta, który prostymi środkami pokazuje kruchość swojego bohatera.

Dzisiaj wieczorem Channel 4 pokaże drugi odcinek. Czekam bardziej niż na „Jonathana Strange'a i pana Norrella.”

czwartek, 28 sierpnia 2014

Dziś będzie krótko i doktorowo.

Spojlery do Deep Breath.


Wcale się nie dziwię nostalgii Rusty za złotą Doktorową erą na okolicznych blogach, ale z tamtych nie tak znowu odległych czasów brakuje mi nie tylko dyskusji, ale przede wszystkim entuzjazmu – mojego prywatnego entuzjazmu. I dlatego obowiązkowa notka Doktorowa pojawia się z opóźnieniem i już na wstępie nie mogę obiecać, że będą następne. Kiedy pisałam o szóstym sezonie, wyczekiwałam każdego nowego odcinka. I nieważne, że mógł okazać się średni albo opowiadać klasyczną fabułę (akurat własne wersje znanych fabuł Doctor Who robi często, chętnie i ku mojej wielkiej radości). Sobota! Doctor Who! Nowa wspaniała przygoda! Dooo-weee-oooo!

A po siódmym sezonie jestem trochę zniechęcona. Nie dlatego, że był zły. Mieszają się tam pomysły świetne (sposób wprowadzenia Clary) z pomysłami kiepskimi (przeciągnięcie pożegnania Pondów – tak jakby Doktor nie mógł przez chwilę popodróżować sam, choćby szukając nowych towarzyszy i się rozczarowując), jak w każdym innym sezonie. Tylko że właśnie sezon siódmy przekonał mnie, że nie mam co liczyć na to, że zmienią się rzeczy, z którymi mam problem i które są związane przede wszystkim z odgrzewaniem żartów, charakterystyką postaci i tłuczeniem wciąż tych samych tropów i motywów (na poziomie fabuły sezonu, nie poszczególnych odcinków). Już gdzieś wspomniałam, że Moffat się w Doctorze Who wypstrykał kreatywnie.

Co wobec tego sądzę o rozpoczęciu sezonu ósmego? Przede wszystkim bardzo mi się podobał Dwunasty, chociaż sceny, w których zachowuje się jeszcze jak swój poprzednik, Capaldi dostał zdecydowanie gorsze niż Smith w Eleventh Hour. Ale proszę Was, Capaldi! Kiedy krótko przed ogłoszeniem, kto zostanie nowym Doktorem, zaczęło pojawiać się jego nazwisko, brzmiało to zbyt dobrze, żeby było prawdziwe. A było. I teraz mamy niesamowicie utalentowanego, fantastycznego Szkota w roli kosmity, szaleńca i geniusza, wiecznej zagadki i przypadkowego nauczyciela, i od pierwszych minut jest absolutnie cudowny, i widać, że pasują na niego buty Doktora, i rozumiecie, przemawia teraz przeze mnie fanka, ja się dalej tak strasznie, strasznie cieszę, że to Capaldi.

Podobała mi się też Clara. Wiem, że nie jest najpopularniejszą z towarzyszek, i nie winię tu Jenny, tylko to, że od początku przy pisaniu jej jako „zagadki” dla Doktora, trochę zapomniano o pisaniu jej jako kogoś dla siebie, z wadami, zaletami, z własnymi marzeniami i ambicjami, i powodami do podróżowania z Doktorem. Podobało mi się, jak strach nie powstrzymywał Clary przed działaniem, i jak walczyła o Doktora, nawet kiedy nie była go pewna. Tylko scena, gdzie Clara postanawia odejść, jest w kontekście wszystkiego, co się wydarzyło, trochę od czapy, nawet jeśli umożliwia ładne cameo i jeszcze ładniejszy moment Dwunastego z jego please just see me.

Sam odcinek był mocno zachowawczy. Moffat wziął widzów za rączkę i przeprowadził ich przez zmianę Doktora, tu rozpraszając uwagę dinozaurem w wiktoriańskim Londynie, tam występem gościnnym ulubieńców widowni (ja już niestety na Madame Vastrę, Jenny i Straxa patrzeć nie mogę i to mnie boli, bo przecież te postacie miały ogromny potencjał, a teraz są zastaną karykaturą samych siebie z przemądrzałą Vastrą, bardzo żonatą Jenny i coraz głupszym Straxem ), tutaj wrzucając zgrabną paralelę pomiędzy majestatycznym stworzeniem wyrwanym ze swojego czasu a Doktorem (ładna scena – kiedy śpiący Doktor tłumaczył z dinozaurzego, równie dobrze mógł był mówić o sobie, podobny trik mieliśmy z Jedenastym i Minotaurem), tam znowu każąc Doktorowi jeździć konno, a wszem wrzucając garściami odniesienia do poprzednich sezonów… no nie wiem, głowy nie dam, ale przedstawiając wiek Doktora i zmianę jego relacji z towarzyszką (relacji, którą według tego odcinka można było czytać jako quasi-romantyczną, tylko że nie) jako problem do rozwiązania, Moffat trochę chyba nie docenił swoich widzów. I trochę zmarnował nasz czas walcząc z chochołem, którego sam ukręcił. Jasne, że wątek akceptacji nowego Doktora przez towarzyszkę był potrzebny, ale może nie ten.

Lepiej wygląda powracający motyw, jakim to człowiekiem kosmitą jest Doktor. Czy jest dobry? Czy jest moralny? Jak można te słowa do niego odnieść? Ten wątek będzie najpewniej powiązany z wątkiem tajemniczej Missy (Internet jest pełen pomysłów, kimże ona się okaże), która jest… no właśnie, tajemnicza. Pewien mój znajomy, który wychował się na klasycznych Doktorach i jest mocno hardcore’owym fanem, bardzo krytycznym wobec Moffatowego prowadzenia serialu, tym razem optymistycznie uważa, że Moff, pisząc kolejną tajemniczą kobietę trolluje fanów. Mam nadzieję, ale uwierzę, jak to zobaczę.

Więcej o Deep Breath możecie przeczytać u: Zwierza Popkulturalnego, Rusty Angel, Ninedin i MRW, który oferuje ciekawe spojrzenie na funkcjonowanie podróży w czasie. A ja idę nad Ren.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Death Comes to Pemberley (cz.1-3, 2013)

 i gościnnie Downton Abbey (Christmas Special 2013)

SPOJLERY


Wiecie, co się wydarzyło w świątecznym odcinku Downton Abbey? Nic. Działo się wprawdzie sporo, ale, sięgając do wojskowej terminologii, były to ruchy pozorowane – bez żadnych konsekwencji dla postaci.

O farsie z listem, nie-dylemacie Edith i pełzających nie-romansach Toma i Isobel Crowley nie ma co wspominać. Za Mary wciąż uganiają się dwaj panowie, których nie sposób odróżnić, bo obaj są lokatymi brunetami, a scenarzysta zapomniał dopisać im osobowości. Bates wciąż mógł był się przyczynić do śmierci Greena, ale czy się przyczynił, nie wiemy – ten wątek wywołał nieco emocji, u mnie w każdym razie, ponieważ zdrowo się zdenerwowałam, że pomimo obietnic poważnego i „pięknego” (cokolwiek to miało znaczyć) potraktowania sprawy Anny, na ten moment Anna jest czwartą pod względem istotności postacią własnego kawałka narracji – za Batesem, panią Hughes i Mary. Thanks for screwing this up, Fellowes.

Ale ja nie o tym. Już dawno pogodziłam się, że Downton Abbey raczej nie wróci do bycia czymś więcej, niż tylko kostiumową telenowelą z dużym budżetem i nieprzeciętnie utalentowaną obsadą, a jako taka będzie raczej serwowała swoim bohaterom kolejne perypetie, nie skupiała na rozwoju postaci, bo w telenoweli za wiele zmienić się nie może. Wata cukrowa dla oczu, nic nie poradzisz. Za to czegoś więcej oczekiwałam od adaptacji „Death Comes to Pemberley,” chociaż wiedziałam, że materiał wyjściowy do wybitnych nie należy, a pierwsze recenzje w Internecie mówiły o fan fiction na ekranie. W końcu dobre fan fiction nie jest złe, n'est-ce pas?

„Death Comes to Pemberley” ogląda się, nie powiem, przyjemnie. Możemy nasycić chęć poznania dalszych losów ulubionych postaci, co zawsze jest w cenie. Możemy napatrzeć się na piękne wnętrza, piękne scenerie, piękne stroje i pięknych ludzi (przez Doktorowe udziewczęcenie zawsze zapominam, jak piękną kobietą jest Jenna Coleman). Możemy wyciągnąć karty do bingo z nazwiskami brytyjskich aktorów. Ale raczej nie przysłoni nam to smutnego faktu, że „Death Comes to Pemberley” nie jest ani specjalnie dobre, ani nawet warte zapamiętania.

Nie dlatego, że Anna Maxwell Martin, która jest pierwszym powodem, dla którego w ogóle zasiadłam do oglądania, i która zdecydowanie była natchnionym wyborem na starszą Elizabeth, nie dostała za wiele do zagrania. Nie dlatego, że Georgiana jest główną nagrodą w konkursie, kto jest lepszym przyjacielem domu. Nie dlatego, że do roli Jane zatrudniono Alexandrę Moen, ale zupełnie zapomniano tę rolę napisać - poważnie,  Jane przyjeżdża,  pociesza Lizzie i wyjeżdża, spokojnie można się było ograniczyć do listów. Nie dlatego, że wątek kto-zabił jest średnio emocjonujący.

O nie, największym problemem „Death Comes to Pemberley” jest to, że dostajemy świat i postacie zatopione w bursztynie. Poza pułkownikiem Fitzwilliamem, któremu charakter zmieniono na potrzeby fabuły, scenarzyści bali się nawet dotknąć charakterystyki postaci. Każdy z bohaterów odtwarza gładko znaną rutynę i o ile czasami jest to uzasadnione – w przypadku postaci drugoplanowych czy mrugania do widza i nawiązywania do „Dumy i uprzedzenia,” to trudno uwierzyć, że przez sześć lat wspólnego życia Lizzie i Darcy nie zmienili się ani na jotę (ona odnajdując się na nowej pozycji społecznej, on żyjąc z kimś, kto nie ma problemu z powiedzeniem mu, że nie postępuje jak należy), a Georgiana nie wykształciła sobie pod kuratelą Lizzie choćby szczątkowej osobowości. Jako taką ewolucję przechodzi jedynie Lydia Wickham, która okazuje się znać swojego męża lepiej niż się wydawało i być świadoma dotykającego ją ostracyzmu.  

W tym kontekście wątpliwości państwa Darcych, co do swojego małżeńskiego zaangażowania wypadają absurdalnie – Elizabeth chodzi i płacze (chociaż bez problemu postawi się mężowi w sprawie Georgiany, więc dziwne, że o innych kwestiach też z nim nie porozmawia), a Darcy pod wpływem komentarza Lydii zaczyna się zastanawiać, co kierowało Lizzie, kiedy przyjęła jego oświadczyny. Tak, jakby mowa była o kimś innym, niż o kobiecie, która za pierwszym razem posłała jego, jego tytuły i pieniądze do diabła, i która po sześciu latach bycia wielką panią chodzi w sukni, która byłaby tak samo na miejscu w Longbourn. Wygląda to tak, jakby Darcy miał jakieś potworne kompleksy, a przecież wiemy, że co jak co, poczucie własnej wartości ma dobrze ugruntowane.

Kiedy państwo Darcy się pogodzili, miałam wrażenie, że jedynym celem kłótni było umożliwienie sceny łóżkowej, bo, jak powszechnie wiadomo, małżeństwa w normalnych warunkach seksu nie uprawiają i trzeba dopiero poważnego kryzysu. Młody panicz zapewne został poczęty po sprzeczce, w której nadmorskiej miejscowości spędzić lato.

I jeszcze jedna zabawna rzecz. Ta historia mogłaby zagrać i bez trupa. Wystarczyłoby niezapowiedziane nie mile widziane pojawienie się państwa Wickhamów na balu. Pozycja Lizzie w towarzystwie, którą zapewne musiała sobie wywalczyć, biorąc pod uwagę, że towarzystwem zawiadują osoby pokroju Catherine de Bourgh, zostałaby podminowana. Georgiana zawahałaby się w wyborze kandydata do ręki nie dlatego, że tu serce, a tam interes, a dlatego, że nie ufałaby swojemu sercu, bo kto raz się sparzy, ten za drugim razem jest ostrożniejszy. A nowy Darcy mógłby próbować doprowadzić do porządku swoje relacje z Wickhamem, bez groźby powieszenia i wyciągniętych z kapelusza wspomnień o małym kłusowniku.

Mam jeszcze drugi pomysł alternatywnego poprowadzenia tej historii. Wickham niesłusznie zawisnąłby w pierwszej części, wyznanie Willa przyszłoby za późno i mieszkańcy Pemberley musieliby poradzić sobie z wynikłym kryzysem. Tak, jak było, działo się dużo, ale nie zdarzyło się nic.

sobota, 22 czerwca 2013

Hannibal (2013 - …)

Wyst. Hugh Dancy, Mads Mikkelsen, Laurence Fishburne, Kacey Rohl, Caroline Dhavernas, Hettienne Park, Aaron Abrams i in.

Capo di tutti capi Bryan Fuller (Pushing Daisies, Wonderfalls, Dead Like Me)

 

SPOJLERY. I mam wrażenie, że powinnam opatrzyć tę notkę trigger warnings.


Being smart spoils a lot of things, doesn't it?” Thomas Harris “The Silence of the Lambs”

Tak, jak przyroda, moje małe fanowskie serduszko nie znosi próżni. A że ostatnio w temacie DW jestem marudną marudą, która marudzi, i gdzieś mi się zapodział fanowski entuzjazm, to potrzebowałam czegoś popkulturowego do pokochania. I niby gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie kosmita w muszce, a gdzie seryjny morderca z wyrafinowanym, ekhm, smakiem, ale tym novum stał się, nawet dla mnie dość niespodziewanie, nowy „Hannibal.”

Gdybym miała po pierwszym odcinku napisać, czym będzie Hannibal, myliłabym się w każdym aspekcie poza scenery/design porn i słabością tytułowego bohatera do kulinarnych żartów (jak bardzo naiwnym okazałam się tutaj widzem, niech Wam uświadomi moje ówczesne przekonanie, że Abigail Hobbs jest postacią bez żadnego znaczenia *implied facepalm*). Ten pierwszy odcinek jest właściwie takim długim, solidnym rozbiegiem i może sprawiać wrażenie, że patrzymy na ponury procedural, do którego zatrudniono najlepszych scenografów i krawca w Kanadzie. Gdzieniegdzie już strzelają tam pierwsze iskry geniuszu, który wkrótce miał buchnąć wielkim płomieniem i podpalić popkulturową połowę Internetu, ale można je przeoczyć, ba, można nawet pomyśleć, że Hannibal okaże się niewypałem.

Zanim jeszcze dotarło do mnie, że patrzę na rewelacyjnie napisany show, zachwyciła mnie strona wizualna. Nie powinnam się dziwić, skoro na czele ekipy „Hannibala” stoi magiczne stworzenie odpowiedzialne za „Pushing Daisies,” ale na taką pomysłowość, konsekwencję i dbałość o detale byłam zupełnie nieprzygotowana. I na gore. Może to się nie pojawiło na blogu, ale uwielbiam dobrze sfilmowaną/napisaną makabrę i groteskę. Gdybym była scrapbookerką, miałabym osobny album na takie sceny, ze zmierzchnicą na okładce, do pokazywania wyłącznie wybranym znajomym, więc rozumiecie, że farma grzybków, Jenga czy smutny koniec Beth LeBeau to miód na moje oczy.

Jaka jest najbardziej prestiżowa nagroda za casting do serialu? Bo komuś się tutaj należy, ta i wszystkie inne. Ponieważ w Hannibalu większy nacisk jest na interakcje między bohaterami (co się mówi i czego się nie mówi, u-hu, a czego się nie mówi) niż na akcję (chociaż i tej nie brakuje), nie jest zaskakujące, że wybrano do głównych ról aktorów dobrze grających ciałem.

I have always loved the broken teacups the best” Internet o Willu Grahamie

Hugh Dancy w roli Willa Grahama sprawił mi ogromną niespodziankę, bo kojarzyłam go z rolami uroczych, swobodnych i nienachlanie przystojnych bohaterów komedii romantycznych do tego stopnia, że oglądanie go jako unikającego kontaktu wzrokowego samotnika, w pełni świadomego, że zachowuje się niezręcznie, uśmiechającego się z wyraźnym przymusem i tak, jakby to robił według instrukcji przebywania wśród ludzi dla początkujących, sprawiało mi przez dwa-trzy odcinki, dopóki się nie przyzwyczaiłam, autentyczną przykrość. Popatrzcie, oto facet, który powinien cieszyć się sympatią kolegów i koleżanek z biura, któremu znajomi ze szkoły wciąż powinni wysyłać kartki na święta i urodziny, do którego powinny się uśmiechać zmęczone sprzedawczynie w sklepach i staruszki na przystankach, który powinien czekać na śliczną i równie jak on uroczą żonę pod jej pracą i wracać z nią wieczorami do domu, do dzieci i psa. A tymczasem Will Graham zna jakieś dziesięć osób na krzyż, wszystkie na gruncie zawodowym, i umiarkowanie blisko jest z może dwoma, mieszka na pustkowiu i za całą rodzinę ma gromadę przygarniętych psich znajd, oj, jak to boli.

.. he’s more of a peacock. There is a cheery disposition to our Hannibal.” Bryan Fuller dla EW

Mads Mikkelsen, główny powód, dla którego w ogóle zaczęłam oglądać Hannibala, dostał w roli doktora Lectera i najtłustszy kąsek i największe wyzwanie. Zagranie kultowej postaci, która od lat ma dla widzów twarz wielkiego Anthony’ego Hopkinsa, to trochę jak spacerowanie po linie nad przepaścią. Bardzo łatwo stracić równowagę, zwłaszcza że wszyscy wypatrują tego momentu, łącznie z czekającymi w dole krokodylami. Mikkelsen przeszedł po tej linie tanecznym krokiem, gra po swojemu, inaczej niż poprzednik (czy poprzednicy, jeśli chcemy być dokładni), a jednocześnie zachowując esencję, istotę tej postaci. Fascynujący jest kontrast pomiędzy Hannibalem i Willem . Will to chodzące nieszczęście, niezręczny, nerwowy, niełatwy w kontakcie. Hannibal wręcz przeciwnie, jest uosobieniem spokoju, jego język ciała pokazuje z jednej strony lekki dystans, ale z drugiej pewność siebie i otwartość (w Internecie powstają eseje o tym, dlaczego Hannibal tak dobrze przytula, google it) – zwróćcie uwagę na oszczędną gestykulację, celowość ruchów, precyzję. Lecter jest doskonale funkcjonującym w sytuacjach społecznych szanowanym profesjonalistą, koneserem rzeczy pięknych, erudytą. Lecter uosabia cywilizację, ale też... Nikt nie wie, czym on (naprawdę) jest – mówi Will Graham, sam jeszcze tego nie wiedząc.

Na porządną analizę tej kreacji Hannibala notki mi nie starczy, wróćmy więc jeszcze na chwilę to postaci Willa Grahama, bo absolutnie zakochałam się w takim a nie innym jego przedstawieniu. Wiecie czego nie brakuje w telewizji? Aspołecznych geniuszy. I ja mam z tym typem ciężki problem, bo owszem, w pierwszej chwili jest taki geniusz bardzo atrakcyjny i interesujący, ale ilość chamstwa, bucery, zachowań nieodpowiedzialnych i niebezpiecznych dla otoczenia, które uchodzą takim postaciom na sucho (i wewnątrz narracji i u widzów) ze względu na ich wyjątkowość jest porażająca i mnie odstręcza. „Geniusz” Willa Grahama, inaczej niż to powszechne, leży nie w inteligencji, a w empatii (czy inaczej – jego inteligencja wynika z empatii). Paradoksalnie, to umiejętność absolutnego wczucia się i zrozumienia drugiego człowieka, jest przyczyną jego alienacji. Will za swoją wyjątkowość płaci wysoką cenę i doprawdy, nie ma co się dziwić, że ucieka od społecznych interakcji, że bywa opryskliwy czy nieprzyjemny. A jednak on cały czas się stara – działa na rzecz dobra/sprawiedliwości nauczając czy zgadzając się pomóc Jackowi, chociaż wie, jak fatalny to pomysł, szuka akceptacji i zaspokojenia potrzeb emocjonalnych w opiece nad bezdomnymi psami, czy wreszcie ma poczucie humoru, które jest mechanizmem obronnym, ale nie jest skierowane na zewnątrz, na ośmieszenie czy umniejszenie innych, nie jest zaczepne. Will wciąż próbuje i wciąż potrafi śmiać się z siebie.

W pierwszych odcinkach odczytywałam zainteresowanie Hannibala Willem jako zainteresowanie kolekcjonera pięknych, rzadkich i cennych rzeczy (mówimy tu o człowieku, który sprowadza sobie z Europy jamon iberico, i jestem pewna, że jego regały są pełne pierwszych edycji książek) – Will ma jedyny w swoim rodzaju piękny umysł, więc to jasne, że Hannibal jest zaintrygowany i chciałby go mieć dla siebie. Dochodzi do tego jeszcze arogancja, która każe mu igrać z ogniem, zbliżając się do jedynej osoby, która jest dla niego realnym zagrożeniem. Ale to przecież nie wszystko – jak słowo daję, patrzyłam i nie widziałam, będę się tłumaczyć przepracowaniem – Will-empata totalny potrafi wczuć się w ofiarę i w mordercę, w chorego, któremu własne ciało i umysł odmawiają posłuszeństwa i w przypadkowego zabójcę, w psychopatę i człowieka desperacką pragnącego „prawdziwego” kontaktu z innymi – w każdego i każdego też rozumie, przyjmując jego punkt widzenia za własny. Mógłby więc zrozumieć Hannibala Lectera, który dzieli z kolegami po fachu zainteresowanie ludzkim umysłem, z melomanami słabość do opery, z estetami uwielbienie klasycznej elegancji, który tak świetnie się odnajduje pomiędzy ludźmi, ale w gruncie rzeczy zawsze był, jest i będzie sam w swojej idealnej wieży z czaszek i piszczeli. Rzecz jasna jest to możliwość iluzoryczna – z jednej strony Hannibal potrzebuje czystej empatii Willa, z drugiej musi ją złamać i zniszczyć, bo w przeciwnym razie Will będzie też zawsze współodczuwał z ofiarami. (Możemy porozmawiać o powtarzającej się w różnych kadrach konfiguracji, gdzie Will jest pomiędzy Jackiem Crawfordem – obojętnym, niechętnym aniołem i Hannibalem Lecterem – pomocnym, życzliwym diabłem? Nie? No dobrze, kiedy indziej.)

- How would I know if something was up with you? - Will Graham

- You wouldn’t. But I’d tell you if you asked me. - Beverly Katz

Zwykle potrafię dość precyzyjnie określić moment, kiedy wpadam jak śliwka w kompot (compote is people) i z trybu trochę leniwego zauroczenia, a trochę analitycznego – jak się raz zacznie rozbierać popkulturę na kawałeczki to trudno przestać – zainteresowania przechodzę w tryb pełnego zachwytu i gwałtownej choć czasowej obsesji. Dla „Hannibala” tym momentem było obejrzenie „Sorbetu.” Wcześniej podobały mi się decyzja o zrobieniu z Freddiego Freddie i z Alana Alany, sposób pisania Willa Grahama, wszystko w Beverly Katz, powściągliwa gra Madsa Mikkelsena, cannibal puns, wplatanie w dialogi fragmentów z powieści, wykopanie kanonu na księżyc (odcinek Entrée, gdzie postać Miriam Lass, czyli Clarice Sterling that never were, zorientowała się, kim jest Hannibal, w sposób, w który w książkowym oryginale zorientował się Will Graham, a postać Dra Gideona pozuje na Chesapeake Rippera i jest takim stand-inem Lectera z czasów inkarceracji, któremu dr Chilton służy za sekretarkę), decyzje castingowe, estetyczna makabra, food horror porn, radosna intertekstualność Fullera czy Abigail Hobbs (Kacey Rohl, all my love), dziewczyna, której po końcowej scenie w "Aperitifie" nie spodziewałam się więcej zobaczyć.

Sorbet” zrobił coś, czego zwykle szukać ze świecą, dał nam historię opowiadaną z POV antagonisty (Hannibal zdecydowanie jest kreowany na antagonistę, nie na żadnego antybohatera, jakby się fandom nie starał antybohatera w nim zobaczyć) w taki sposób, że budzi w nas współczucie bez uczłowieczania potwora. Nie dość, że jest tam sporo ambiwalencji (w ogóle twórcy serialu chętnie po nią sięgają – choćby w rewelacyjnej scenie, gdzie Hannibal rozmawia o przyjaźni z Bedalią, powtarzając z drobnymi modyfikacjami to, co mówił mu wcześniej Franklin, jego własny pacjent), to jeszcze ustrzeżono się sięgania po takie tanie chwyty, jak czynienie postaci bardziej przystępnej/zrozumiałej/wartej naszego żalu przez danie jej tragicznej backstory (co de facto w książkach zrobił z Lecterem Harris) czy wprowadzenie postaci, która ją niezależnie od wszystkiego kocha np. matki i przez to pośrednio uczłowiecza. Zobaczyłam to i przepadłam.

So I don’t think the Hannibal fandom are crazies-in-the-making anymore. Possibly because I’ve joined it. ” Internet o fandomie Hannibala

Pisząc o “Hannibalu”, nie można nie wspomnieć o fandomie, który pojawił się znikąd i z nagła, prawie że w przeciągu jednej nocy, i już został. Poważny i, mimo całego czarnego humoru, najbardziej ponury serial w telewizji ma najradośniejszy i histerycznie zabawny fandom, bez problemu dorównujący kreatywnością i zaangażowaniem hardym fanom Sherlocka i Doctora Who. Tag Hannibala na tumblrze to miejsce, gdzie w idealnej harmonii sąsiadują FEEEEELS, różane wianki, pogłębione feministyczne/queerowe/intertekstualne/jakiebądź analizy poszczególnych wątków czy postaci, crack vids, gry słowne, zdjęcia potraw przygotowanych przez widzów “Gotuj z Hannibalem” (people free) i pełne serca fanarty, tak nieporadne i amatorskie, jak i w stu procentach profesjonalnie wykonane. To nie jest tak, że fandom Hannibala nie miał/nie ma/nie będzie miał swoich problemów, tego się nie da uniknąć przy tak dużym fandomie, ale póki co jest piękny i dobry, i zamierzam się tym cieszyć tak długo, jak się da. Kiedy NBC decydowało o losie “Hannibala” fanowska kamplania “Eat the rude” narobiła sporo szumu, co też jest nie bez znaczenia, zwłaszcza że włączyli się w nią ludzie związani z serialem. (Gdzieś na marginesie tej kampanii pojawiło się hasło będące nawiązaniem do “Community,” życzeniem fanów wobec serialu i teraz także tytułem tej notki.)

Coraz częściej fani mają wgląd w powstawanie swoich ulubionych serii i fimów nie dzięki idącym oficjalnymi kanałami materiałom promocyjnym, a poprzez twórców, scenarzystów, aktorów i innych związanych z produkcją ludzi. Ekipa Hannibala, obecna w sieci wyjątkowo licznie, zdecydowanie potrafi to robić (co nie jest takie oczywiste) – bezpretensjonalnie (Bryan Fuller, który wrzuca na Twittera masę zdjęć z planu, ma dla “Hannibala,” książek Harrisa i poprzednich filmowych adaptacji taką samą nerdowska miłość jak fani, zwierza się z rozmaitych inspiracji – co jest dla mnie wyjątkowo interesujące, bo kadr z “Lśnienia” rozpoznam, ale już nawiązania do “Pet Sematary” niekoniecznie – i jest w tej chwili jedyną osobą, której nie znienawidziłam za słabość DO WIELKICH LITER I WYKRZYKNIKÓW!) z poczuciem humoru (fantastyczna Hettienne Park, Kacey Rohl i Aaron Abrams) i profesjonalnie (food stylist Janice Poon, której bloga czytam z żywym zainteresowaniem, chociaż sama nie mam ani kulinarnych aspiracji, ani przesadnej ciekawości wobec tajników produkcji telewizyjnej).

W najbliższym czasie (bez obietnic!) postaram się napisać o Hannibalu, który nie zmieścił mi się w tej notce (i o Abigail!), a tymczasem w ramach further reading polecam:

  • notkę Rusty o Fullerverse

  • recapy (well, ni to recapy, ni to recenzje) Myszy, której entuzjazmem jestem nieodmiennie zauroczona

  • recapy Cleolindy Jones, które są nie tylko przezabawne, ale i bardzo wnikliwe, i pod którymi toczą się bardzo pouczające dyskusje

  • fanowskie feedy, które na Twitterze mają pies Winston i Dire Ravenstag

  • oficjalny tumblr NBC Hannibal i oficjalny blog produkcyjny dla zainteresowanych “Hannibalem” od, ekhm, kuchni

niedziela, 19 maja 2013

Uprawiałam wczoraj chodzony aktywizm w okropnym słońcu i teraz jestem czerwona jak raczek i nieludzko niewyspana, ale za to Wy dostajecie świeżutką doktorową notkę do niedzielnej kawy. Pod warunkiem, że obejrzeliście już finałowy odcinek siódmego (chociaż może bardziej na miejscu byłoby napisać – trzydziestego trzeciego) sezonu Doctora Who, bo jeśli nie, to marsz oglądać – tutaj spojleruje się bez litości.


Po raz kolejny przyjaciele Doktora zbierają się, żeby przekazać mu wiadomość – w czasach RTD było to wołanie o pomoc z kieszonkowego wszechświata ukrytego w Kaskadzie Meduzy, w pierwszym sezonie pod egidą Moffata dostarczenie ostrzeżenia w postaci obrazu przez czas i przestrzeń. Tym razem… tym razem wesoła gromadka w postaci Vastry, Jenny, Straxa, Clary i River Song dopiero debatuje nad tym, czy powinni poinformować Doktora o koordynatach podanych Vastrze przez seryjnego mordercę z zamiłowaniem do rymowanek. River jest przeciw.

Niecodzienną konferencję (WSZYSCY są naćpani, nie mówcie dzieciom) przerywają najnowsi milusińscy Whoniversum, wiktoriańscy Szeptacze, którzy być może są wytworem Wielkiej Inteligencji, a może tylko szczęśliwym znaleziskiem. W każdym razie nie przejawiają inicjatywy własnej i są odpowiednio morderczy (hej, przejęłam się śmiercią Jenny, ale wolałabym, żeby była bardziej... ostateczna). Koniec końców Doktor, który już i tak miał kiepski dzień („The little... Daleks!” pięknie podsumowuje moje uczucia wobec Angie i Artiego), mimo sprzeciwu TARDIS, leci z Clarą na Trenzalore ratować przyjaciół i to właściwie tyle, jeśli chodzi o fabułę. Bardzo mi się podobało!

Pojawiła się River, co dla mnie zawsze jest powodem do radości i do zastanawiania się, co by było, gdyby tę postać pisał od czasu do czasu inny scenarzysta. Ucieszył mnie pomysł, by River była „po Bibliotece” i danie jej i Doktorowi swoistego zakończenia wspólnych przygód (chociaż z odpowiednio otwartym zakończeniem), i wpisanie tego w tematyczną oś odcinka – cały finał gra na tym, że Doktor, po tylu latach, wciąż nie potrafi pogodzić się z zakończeniami i tym, że wszystko ma swój czas i wszystko ma swój koniec. Czy to będzie odchodząca w przeszłość Amelia Pond, czy łamiący prawa fizyki międzygwiezdny romans czy wyjątkowo długie i pełne paradoksów życie.

Wyjaśnienie tajemnicy Clary też okazało się satysfakcjonujące, nawet jeśli stało się oczywiste, kiedy tylko Dr Simion zdradził swój podły plan (Wielka Inteligencja jest rozczarowującym przeciwnikiem, ale Richard E. Grant potrafi to doskonale ukryć) – i mimo gasnących gwiazd i tarapatów Vastry, Jenny i Straxa, pokazujących ładnie konsekwencje śmierci Doktora w mikro i makro skali, odcinek trochę niepotrzebnie przeciągał moment wejścia Clary w strumień życia Doktora.

Od pierwszego pojawienia się współczesnej Clary byłam zauroczona tym, jak konsekwentnie pokazuje się ją jako najzwyklejszą na świecie młodą dziewczynę – która poleci zwiedzać Wszechświat z nieco szalonym kosmitą, ale która nie porzuci dla tego swoich bliskich, która będzie się bała, zachwycała, złościła i myślała o tym, co jej się przydarza w nowym, wspaniałym życiu. Nie jako hakerkę i komandoskę jak Oswin, nie jako wiktoriańską królową (podwójnego) życia Clarę Oswin Oswald. I największym twistem „The Name of the Doctor” okazuje się to, że Clara jest właśnie tą normalną dziewczyną, która podróżując z Doktorem uczy się nie uciekać, nie odwracać się od potrzebujących i być gotową na poświęcenia – jak Doktor rzucający wyzwanie żarłocznemu słońcu, jak TARDIS ryzykująca śmierć w kieszonkowym uniwersum, jak czująca zbyt wiele Emma Grayling. I stając przed wyborem, wybiera uratowanie Doktora.

Tutaj jest też moje największe „ale” do siódmego sezonu. Dlaczego, dlaczego, dlaczego Clara dostała tylko pół sezonu? Dlaczego musieliśmy oglądać przedłużające się w nieskończoność pożegnanie Pondów, których postacie nie miały już w tym momencie żadnej interesującej historii do opowiedzenia? Z przyczyn oczywistych nie podoba mi się też Clara mówiąca „I've been born to save the Doctor”, nie, Clara, skarbie, umarłaś, żeby uratować Doktora, ale urodziłaś się tylko dlatego, żeby być sobą. I z taką tobą, mimo nieufności i patologicznego umiłowania sekretów, zaprzyjaźnił się Doktor.

Pierwszy raz od „Hide” siedziałam przed ekranem po prostu ciesząc się odcinkiem – Vastrą parzącą herbatę ze wspomnień w wirtualnej palarni opium, Doktorem naiwnie myślącym, że będzie hodował pszczoły na emeryturze, TARDIS bardziej monumentalną niż Statua Wolności, wieża Eiffela i Sagrada Familia razem wzięte, Clarą zaskakiwaną informacjami o zmarłej żonie, wszystkimi biegającymi inkarnacjami Doktora i wreszcie tą, która nie biegała. Hej, może w rocznicowym specialu wyjaśni się, dlaczego TARDIS eksplodowała a Cisze i spółka tak bardzo chcieli się pozbyć Doktora, a ja właściwie już przestałam na to liczyć!



niedziela, 28 kwietnia 2013

Dobra, koniec zaniedbywania fanowskich obowiązków. Krótka notka z dotychczasowych odcinków drugiej połowy siódmej serii Doktora.

SPOJLERY

 

„The Bells of Saint John” scen. Dyżurny Troll Peryferiów Drogi Mlecznej

W NuWho pod okiem Russella T. Davisa było tak, że nowa towarzyszka musiała się wykazać, żeby Doktor zaprosił ją na pokład TARDIS. W „Eleventh Hour” było na odwrót, ale nie z powodu zmiany koncepcji, tylko zmiany Doktora – Jedenasty musiał wykazać się przed Amy, którą potężnie zawiódł, ale przede wszystkim musiał przekonać fanów, że jest Doktorem in his own right. Clara to, że nadaje się na towarzyszkę, pokazała w swoich dwóch poprzednich inkarnacjach, więc w „The Bells of Saint John” już nic udowadniać nie musiała. Tak samo nic udowadniać nie musiał Jedenasty, więc wydawałoby się, że można jego kuszenie Clary napisać jako drugoplanowe wobec fabuły, a na samej fabule się skupić. Tymczasem dostaliśmy bardzo niesatysfakcjonującą historyjkę, której słabość miała nam chyba umknąć pod kilogramem lukru w postaci popisów i Doktora i scenarzysty. Not cool, Moffat, not cool.

„The Rings of Akhaten” scen. Człowiek Który Dał Nam Luthra

Mam mieszane uczucia wobec tego odcinka. Z jednej strony podobały mi się paralele do drugich odcinków poprzednich towarzyszek (do Rose i Amy), zrealizowany był przepięknie (chociaż kantyna z Gwiezdnych Wojen już na nikim nie robi wrażenia) (ale ten teatr cieni!), a Matt Smith po raz kolejny zaskoczył mnie swoją skalą dramatyczną - robi się coraz lepszy i lepszy w krzyczeniu na niebo. Z drugiej, fabuła zupełnie nie dorastała do poruszonych ambitnych tematów pamięci, odpowiedzialności, dziedzictwa i tożsamości. Jasnymi punktami odcinka były przemowa Doktora i stanowczość Clary w stawianiu granic, kiedy powiedziała Jedenastemu, że to nie będzie niczyim substytutem i jeśli Doktor chce z nią podróżować, to dla niej samej. I to o tych dwóch momentach będę pamiętała, myśląc o „Pierścieniach Akhaten(u)”

„Cold War” scen. Boogeyman of Buckingham Palace

Muszę przyznać, że po dwóch takich sobie odcinkach czekałam na odcinek Marka Gatissa z nadzieją. Gatiss nie należy do moich ulubionych scenarzystów (a w Sherlocku sprawdza się i tak lepiej, niż w DW), zdecydowanie wolę go jako aktora, ale zawsze, ale to zawsze mogę liczyć na to, że weźmie jakąś prostą historię i opowie ją solidnie, choć w nieco staroświeckim stylu, od A do Z. I tym razem nie zawiódł, powiem więcej, to był najlepszy odcinek Gatissa do tej pory. Zobaczymy, co będę mówiła po „The Crimson Horror.” Historia Marsjanina na pokładzie tonącej łodzi podwodnej to idealna przygoda na czterdzieści pięć minut sobotniego popołudnia, a w dodatku robi to, w czym Doctor Who jest tak dobry – pokazuje, że potwór niekoniecznie musi być potworem. Dodatkowo w „Cold War” ujęła mnie postać profesora, który pełnił tutaj poniekąd Doktorową rolę – najpierw ośmieszając zimnowojenną paranoję, później troszcząc się o Clarę. Ujęła, ale i zasmuciła, bo profesor pokazał, jaki byłby Doktor, gdyby zostało w nim więcej życzliwości.

„Hide” scen. Neil Cross (po tym odcinku uznałam, że warto zapamiętać jego nazwisko)

Póki co mój ulubiony odcinek w drugiej połowie tego sezonu. Zaczynamy od opowieści o duchach, przechodzimy do science fiction o światach równoległych (poniekąd), a kończymy na podwójnej obyczajowej historii miłosnej, która w sposób mniej lub bardziej widoczny przewijała się przez cały odcinek. Me gusta. I Matt Smith i Jenna Louise Coleman mają okazję popisać się tutaj talentem komediowym (btw, ładny moment, kiedy Doktor obejmuje Clarę, a potem szybko zabiera rękę – z jednej strony pokazuje, że ludzie (i kosmici), którzy się słabo znają, powinni szanować swoją przestrzeń osobistą, z drugiej widać tutaj Doktora lekko przestraszonego swoją sympatią do Clary, którą coraz bardziej lubi, a której, według niego, nie powinien ufać). Jest lekko, miło i przyjemnie, mamy sensownie napisane postacie, and everybody lives. Wiem, że nie wszystkim podobało się pokazanie potwora (straszniejsze jest zawsze to, czego nie widzimy), ale mnie tak – po raz kolejny potwór okazał się mającą uczucia osobą i nie ma znaczenia, że wyglądającą jak korzeń ze snu Salvadora Dalego. Myślę, że oglądające dzieciaki docenią taki morał.

„Journey to the Centre of the TARDIS” scen. Oj, Ktoś Tu Się Nie Popisał

Wczorajszy odcinek był potwornie rozczarowujący i ponowne obejrzenie go dzisiaj tylko wzmogło moje pierwsze wrażenie. Nie, nie i jeszcze raz nie. O fabule i kosmicznych śmieciarzach litościwie zamilczę, natomiast to, jak napisany został tutaj Doktor, woła o pomstę do nieba, bo wyszedł najpaskudniej na tle innych wyjątkowo paskudnych postaci. Trudno mi uwierzyć, że o to chodziło. I co z tą patologiczną koniecznością trzymania wszystkiego w sekrecie? Zapomniał już, jak ostatnim razem obróciło się to przeciwko niemu, kiedy River Song posłała Wszechświat do diabła? Gdzie się podział ten Doktor, który nie wymazał wiktoriańskiej Clarze pamięci? a w ogóle to nie za dużo tego paternalizmu? Rozumiem, że imię Doktora jest Tajemnicą przez duże T, ale już kim są lawowe potwory czy powód, dla którego zaprzyjaźnił się z Clarą, to coś, czego Doktor nie powinien i nie ma prawa ukrywać. I zwłaszcza w tym ostatnim przypadku, po wymazaniu całej przygody z rzeczywistości i pamięci wszystkich zaangażowanych poza sobą, skoro już go olśniło, że Clara jest po prostu Clarą, powinien usiąść z nią przy herbacie i wyjaśnić, co sprowadziło go na jej próg. Ma ktoś jakiś Big Friendly Button, żebym mogła „Journey to the Centre of the TARDIS” skutecznie zapomnieć?

 

(Chyba napiszę osobną notkę o Clarze i koncepcji tego sezonu.)

wtorek, 05 marca 2013

Poza odliczaniem dni do wyjątkowo wczesnych świąt nowego odcinka Doktora, marzec upłynie nam brytofilom (ciii, Nowa Zelandia wciąż jest połączona unią personalną z UK) pod znakiem miniseriali kryminalno-obyczajowych, a mianowicie Broadchurch (aktorska pierwsza liga BBC), Mayday (stellar performances obsady może nie tak znanej*, ale niezwykle utalentowanej) i Top of the Lake (ręka Jane Campion w scenariuszu i reżyserii, a po drugiej stronie kamery Elisabeth Moss, Holly Hunter i Peter Mullan). I wygląda na to, że wszystkie trzy są z najwyższej półki.

uwaga, spojlery, ale tyciutkie i pomijalne

 

Jedenastoletni Danny Latimer zostaje znaleziony martwy na plaży, w pobliżu stromego klifu, jednak już pierwsze ekspertyzy wskazują, że nie był to wypadek ani samobójstwo. Sprawę badają DI Alec Hardy (David Tennant), który przyjął posadę w Broadchurch po blamażu w śledztwie w sprawie innego, głośnego na cały kraj, morderstwa, i DS Ellie Miller (Olivia Colman), przyjaciółka rodziny chłopca.

Dwunastoletnia Tui Mitcham zostaje zauważona i zatrzymana, kiedy wchodzi w ubraniu do jeziora. Okazuje się, że dziewczynka jest w piątym miesiącu ciąży. Mimo protestów detektyw Robin Griffin (Moss, która ma tutaj niepowtarzalną okazję rozwinięcia skrzydeł w czymś zupełnie innym niż Mad Men), specjalistki ds. przestępstw wobec dzieci, która do Laketop przyjechała w sprawach rodzinnych, Tui zostaje odwieziona do domu rodzinnego i następnego dnia znika.

Czternastoletnia Hattie Sutton ma być królową lokalnego święta wiosny, ale nigdy nie dociera na miejsce uroczystości. Odnaleziony zostaje tylko jej czerwony rower. Cała społeczność, targana podejrzeniami, uczestniczy w poszukiwaniach. Niektórym, bardziej niż na odnalezieniu nastolatki, zależy na zachowaniu własnych, brudnych sekretów.

W „Mayday”, gdzie działania policji stanowią raczej tło dla osobistych tragedii i obrazu rozpadającej się wspólnoty, rolę sprawiedliwego gra Fiona Hill (Sophie Okonedo), była policjantka, która zrezygnowała dla kariery na rzecz wychowywania dzieci. Jednak wątek jej prywatnego nie-do-końca-śledztwa nie wybija się na pierwszy plan, tak jak to się dzieje z wątkami Griffin, w trakcie poszukiwań Tui muszącej zmierzyć się w własnymi demonami, i Hardy'ego, o którym po pierwszym odcinku na dobrą sprawę bardzo niewiele wiemy.

David Tennant, tutaj nie tylko jak zwykle strasznie chudy, ale też zarośnięty i nieprzyjemny, gra, co tak doskonale potrafi, buzującą podskórną energią i gniewem, zupełnie przy tym nie szarżując. Na tym tle uderzający jest jedyny moment odsłonienia, na początku odcinka, kiedy Hardy idzie po plaży w stronę ciała chłopca.

Wszystkie trzy seriale skupiają się na skutkach, jakie dla lokalnej społeczności mają przestępstwa popełnione na najsłabszych i niewinnych, na jej własnej przyszłości (morderstwo - gwałt/wykorzystywanie seksualne dziecka – prawdopodobnie porwanie lub morderstwo).

Odmalowane w ciepłych barwach Broadchurch w pierwszym odcinku poznajemy z zewnątrz – poziom przestępczości jest tu niski jak nigdzie, mieszkańcy pozdrawiają się z uśmiechem po drodze do pracy, a w weekendy plażę i czyste, jasne uliczki zapełniają turyści, którzy przyjeżdżają cieszyć się spokojem nadmorskiego kurortu. Powoli na tym obrazie zaczynają pojawiać się rysy – męczony ambicją lokalny dziennikarz popełnia świństwo, przyjaciel Danny'ego coś urywa, małżeństwo Latimerów może nie być tak udane, jak to się wydaje na pierwszy rzut oka.

Oddalone od reszty świata Laketop (jak mówi matka Robin – tutaj jest daleko do pomocy), zanurzone w idyllicznych, ale chłodnych krajobrazach Nowej Zelandii, od razu ujawnia nieoficjalne struktury władzy i niepodzielną męskość tego świata, zakłóconą przybyciem grupy doświadczonych przez życie kobiet, które pod wodzą charyzmatycznej GJ szukają równowagi duchowej.

W miasteczku z „Mayday” tętnią tymczasem podskórne napięcia – wrogowie mieszkają pod jednym dachem, członkowie rodzin są sobie obcy, przemoc ma miejsce zawsze za zamkniętymi drzwiami, piętrzą się kłamstwa i na jaw wychodzą pilnie strzeżone tajemnice. Jak upiorny refren powtarza się wykrzykiwane przez poszukujących, dzień i noc, na opustoszałych i w pobliskich lasach, imię zaginionej Hattie.

Moje pierwsze wrażenia są bardzo dobre, ale przyjdzie się nam dopiero przekonać, czy zobaczymy tutaj trzy bardzo dobre, czy też trzy wybitne telewizyjne dramaty.

 

 

 

 

 

*Chociaż jeśli oglądacie brytyjskie produkcje, na pewno rozpoznacie odtwórców wszystkich pierwszoplanowych ról.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Doctor Who Christmas Special 2012 "The Snowmen", scen. Steven Moffat, reż. Saul Metzstein

 

Jeśli to w ogóle możliwe, zimowe święta rozleniwiły mnie jeszcze bardziej, wobec czego, objedzona sernikiem, tortem galicyjskim, pomarańczami i wędlinami domowego wyrobu, nie miałam ochoty na pisanie porządnej recenzji ani na spekulacje dotyczące Clary. Dlatego ostatecznie „The Snowmen” dostał swój alfabet. Z góry zastrzegam, że część literek wzięła wolne – niemniej, jak ktoś ma pomysł na przykład na Ą, to zapraszam z propozycjami.

SPOJLERY od A do Z


A – jak Ależ mi się podobało!  To nie jest tak, że umknęły mi niedoskonałości tego odcinka, ale było ich niewiele i nie wpłynęły na przyjemność oglądania. Byle tak dalej.

B – jak Bałwany. Śniegowe potwory najgroźniej wyglądały na trailerze i w sumie dobrze, co to by był za świat, w którym milusińscy musieliby obok posągów i cieni bać się też śniegu. Acha, i jeszcze to, że ludźmi-ze-śniegu byli w tym odcinku Simeon i Doktor, tak.

C – jak Clara. O, to była łatwa literka. Clarę pokochałam, kiedy jeszcze była Oswin – tak samo zadziorną, rezolutną i charakterną. Tak trzymać! Z Jenny-Louise Coleman doskonały dodatek do Doctora Who.

D – jak Doyle, Artur Conan. Najpierw dowiedzieliśmy się, na kim pan Doyle wzorował swoje postacie, a potem Doktor udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że kto, jak kto, ale on mistrzem dedukcji nie zostanie. Dodatkowo wygłodzeni fani wiadomego serialu BBC mogli zapiszczeć z zadowolenia, słysząc melodię, która towarzyszyła „odwiedzinom” Doktora w kwaterach Simeona.

E – jak Edukacja. Ze świątecznego odcinka, drogie dziatki, dowiedzieliśmy się, że warto czasami bawić się ładnie z innymi, że miłość jest niezależna od płci, że do wychowywania własnych dzieci też trzeba dorosnąć i że stanie w miejscu to zawsze gorszy wybór, niezależnie od tego, co przyniesie nam bieg do przodu. Ja tam jestem zadowolona z takiej lekcji.

F – jak Famous Last Words, które już raz słyszeliśmy. Run, you clever boy. And remember.

G – jak Gwiazdka. „The Snowmen” to idealny świąteczny odcinek, nawet bez morderczej choinki. Były łzy, był śmiech, święta zostały uratowane, a zakończyło się literką N, tak jak każdy świąteczny odcinek powinien się kończyć.

H – jak Humor. Pomimo pogrążonego w żałobie Doktora, utopionej guwernantki, koszmarów sennych, nadchodzącego końca ludzkości i dwóch śmierci, w tym jednej finalnej, to był bardzo zabawny i lekki w tonie odcinek. W sam raz na okazję.

I – jak Ile mamy czekać na następny odcinek?! Nie no, ale poważnie, ile?!

J – jak Jeż Sebastian. A, nie, nie ta bajka. No dobrze, w takim razie, J jak Jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mi do głowy napisać taki alfabet, uprzejmie proszę o odwiedzenie mnie od tego pomysłu.

K – jak Kłamstwo. Rozmowa pomiędzy madame Vastrą a Clarą była absolutnie mistrzowska, z kulminacją w momencie, kiedy Clara zarzuciła Siluriance kłamstwo. Dla takich momentów jestem w stanie bardzo wiele wybaczyć Stevenowi Moffatowi. Słowo przekazane przez Vastrę Doktorowi trochę już rozczarowywało, ale cóż, nie można powiedzieć, że nie było uzasadnione fabularnie. Magiczno-fabularnie.

L – jak Londyn, który zobaczyliśmy o tyle o ile, ale dla samego zimowego parku i widoku ze schodów było warto. Jak to dobrze, że nie jesteśmy już w Leadworth!

M – jak Melancholia Jedenastego Doktora. 'Nuff said.

N – jak Nadzieja. Na przyszłość. Czy „The Snowmen” mógł mieć lepsze zakończnie?

O – jak Opowieści panny Clary. Bardzo proszę, niech ktoś napisze fanfik o tym, jak Clara przyszła na świat za tarczą Big Bena i jak wymyśliła ryby, bo nie chciała pływać samotnie! To był moment, który wywołał chyba najszerszy uśmiech na mojej twarzy przez cały odcinek, no mała rzecz, a jak cieszy.

P – jak Podwójna tożsamość. Clara jest barmanką i guwernantką (mówiącą biegle po angielsku i angielsku, jeśli już jesteśmy przy rzeczach, co cieszą), Jedenasty jest Ebenezerem Scroogem, ale wciąż jest Doktorem, który, cóż, nie może się powstrzymać, a madame Vastra jest zdecydowanie nie tylko sławnym detektywem…

R – jak Rewelacyjnych Aktorów Marnowanie. Miło było zobaczyć Richarda E. Granta i usłyszeć Iana McKellena, ale nie da się ukryć, że ich potencjał został karygodnie niewykorzystany. Na szczęście, w przypadku Wielkiej Inteligencji możemy mieć nadzieję na comeback.

S – jak komandor Strax, czyli nasz ulubiony Sontarianin i najzabawniejsza postać odcinka. Miło wiedzieć, że jednak wrócił do życia po tym, jak umarł na ołtarzu rozwoju postaci Roryego, bo byłaby straszna szkoda.

T – jak TARDIS na chmurze.  Nie ma się co rozwodzić nad tym, jak bardzo Doctor Who poprawił się wizualnie w erze Moffata. I jakby kręconych schodów prowadzących prosto na chmurę i migoczącego w dole zimowego miasta było mało, dostaliśmy jeszcze przepiękne zdjęcia zaniedbanej TARDIS wśród białych kłębów pary wodnej i zupełnie fantastyczne wejście do jej nowego wnętrza. Nie wgłębiając się w szczegóły klasycznych nawiązań, bardzo mi przypadł do gustu nowy wystrój. Bardzo.

U – jak Udane wprowadzenie nowej towarzyszki. Dawno, dawno temu, w roku 2005, może i groziły nam okropne efekty specjalne, ale te pierwsze minuty, kiedy została nam przedstawiona Rose w „Rose” były absolutnie mistrzowskie. Podobnie było z Marthą, z którą po „Smith and Jones” wiązałam wielkie nadzieje, srodze zawiedzione przez RTD. Donna na scenę wkroczyła dwa razy, oba z odpowiednim impetem i pokazując jasno, że Catherine Tate i David Tennant jako duet mają niezmierzony komediowy potencjał – nie trzeba było czekać na „Much Ado About Nothing”, chociaż oczywiście było warto. „The Eleventh Hour” przedstawiła nam nowego Doktora, nową towarzyszkę i nową TARDIS i określiła kierunek, w którym pójdzie DW w rozpoczynającej się erze Moffa – a to wszystko udanie i w niecałą godzinę. „The Snowmen” jako odcinek wprowadzający i ustawiający dynamikę pomiędzy Doktorem i towarzyszką również sprawdził się świetnie.  

V – jak Vastra i Jenny. Wróciły, w dodatku w zmienionym stanie cywilnym. Vastra ze swoim ciętym językiem, jaszczurzą drapieżnością i bezpośrednim podejściem wyrasta na jedną z moich ulubionych postaci powracających, Jenny jest na razie mniej interesującą połówką tej pary, ale że obie mają jeszcze wrócić, to mogę spokojnie poczekać i zobaczyć, jak też zostanie ich wątek poprowadzony.

W – jak Wiktorianie. Ach, no tak, dla kogo innego największym problemem z Vastrą byłoby to, że jest kobietą i to, ach, w związku z kobietą!? (chociaż co do tej drugiej części, to może powinien wypowiedzieć się ktoś, kto wie więcej o kobiecych przyjaźniach w dziewiętnastowiecznej Anglii, bo temat wcale nie jest taki oczywisty) I gdzie znajdziemy ojców, którzy nie znają swoich dzieci, polegają w pełni na guwernantce i jeszcze z całego kosmicznego bałaganu, który zwala im się na głowę, najbardziej szokuje ich to, że wspomniana guwernantka ma przyjaciela płci męskiej?!

Y – jak Yeti, którego zabrakło w odcinku. Serio.

Z – jak Zobaczmy to jeszcze raz! Nic tyle nie mówi o odcinku, jak to, czy chcemy go obejrzeć ponownie i dlaczego. Tak więc – zobaczmy to jeszcze raz, bo było dobre.

 

PS. A jutro, być może, podsumowanie roku 2012, czyli o wszystkim, o czym nie pisałam na blogu, i trochę o tym, o czym nawet udało mi się napisać. Oczywiście, jeśli wrócę do żywych o jakiejś przyzwoitej porze. W kolejce czeka jeszcze recenzja pierwszej części filmowego „Hobbita”, a potem możemy już zaczynać 2013.

 



niedziela, 14 października 2012

Spojler w pierwszym akapicie, jeśli ktoś nie obejrzał jeszcze świątecznego odcinka Downton Abbey

Trzeci sezon Downton Abbey póki co rozczarowuje i nie chodzi mi nawet o to, że nie dostaliśmy sceny podczas nocy poślubnej Mary i Matthew, kiedy ten ostatni wykrzykuje – Lavinia, I am so sorry! Jeśli też czujecie lekki absmak albo potrzebujecie odmiany, to poniżej kilka tytułów, którymi można oglądanie DA zastąpić.

Kryteria doboru są bardzo liberalne. Na liście znalazły się produkcje typowo kostiumowe i takie, w których kostiumografowie mieli używanie, chociaż pod kategorię costume drama już nie do końca podpadają. Czas akcji mieści się pomiędzy wiekiem osiemnastym a drugą połową lat pięćdziesiątych wieku dwudziestego. Ponadto wszystko to dość świeże miniseriale, seriale krótkie na wzór brytyjski, bądź dwuczęściowe filmy telewizyjne. I wszystkie mi się z tego czy innego powodu podobały.

(Wpis z kategorii łatwych, lekkich i przyjemnych, bo leżę chora, a w świecie bliskim i dalekim dzieją się rzeczy złe i smutne, więc trzeba mi odskoczni.)

 

Vanessa Kirby jako Estella w Great Expectations (2011)

 

Garrow's Law (2009-2011)

Już tutaj swego czasu polecałam Garrow's Law jako odtrutkę na DA (a Ninedin napisała świetną notkę – niech Was nie odstraszy „z misją” w tytule). Emitowany prze BBC One do grudnia 2011 serial o osiemnastowiecznym prawniku, który zmienił oblicze sądów, nie cieszył się dużym zainteresowaniem prasy ani nie dostał ogromnej kampanii promocyjnej, która towarzyszy DA odkąd ITV zorientowało się, że mają hit. Temat Garrow's Law może się wydawać ciężki i mało przebojowy, ale twórcom udało się zrobić serial dojrzały i wciągający na obu, przenikających się zresztą (zwłaszcza w trzecim sezonie), płaszczyznach – spraw na sali sądowej i perypetii w życiu osobistym bohaterów. Telewizja pierwszej klasy. A jeśli należycie do grupy, którą przekonują na ekranie wdzięki aktorów, to Lyndsey Marshal jest śliczna jak zwykle, a Andrew Buchan ma cudowny uśmiech i bardzo zgrabne łydki.

Bomb Girls (2012-...)

Kiedy podczas drugiej wojny światowej kanadyjscy mężczyźni walczyli na froncie, Kanadyjki wspierały walczących chociażby pracując w fabrykach broni. O załodze jednej z takich fabryk opowiada serial Global. Przez sześć odcinków śledzimy losy szorstkiej „przodowniczki pracy” Betty, przełożonej dziewcząt Lorny, bogatej i idealistycznej dziedziczki Gladys i słodkiej Kate, która uciekła od maltretującego ją ojca-pastora. Bomb Girls bardzo wiarygodnie odwzorowuje ówczesną mentalność, realia życia i problemy, z którymi się borykano. Początkowo miniserial miał być zamkniętą, sześcioczęściową całością, ale po ciepłym przyjęciu przez widownię i dobrych wynikach oglądalności został zamówiony drugi sezon, tym razem już całe dwanaście odcinków. Ja się nie mogę doczekać.

Room at the Top (2012)

Dwuczęściowa ekranizacja powieści Johna Braine'a. Joe, młody, ambitny weteran drugiej wojny światowej (w tej roli Matthew McNulty) próbuje poukładać sobie życie w powojennej Anglii. Na przeszkodzie staje mu robotnicze pochodzenie, duma, gorąca głowa i... nieumiejętność utrzymania zapiętego rozporka. Nie spojrzałam wcześniej na listę obsady, więc obecność Jenny-Louise Coleman a.k.a. nowej towarzyszki Jedenastego Doktora wzięła mnie z zaskoczenia – w każdym razie nie radzę oglądać z dziećmi. Room at the Top kończy się tam, gdzie powieść, a szkoda, po przy ostatniej scenie miałam ogromną ochotę na ciąg dalszy.

The Paradise (2012-...)

Serial który dopiero co wszedł na ekran i który luźno nawiązuje do powieści Zoli Wszystko dla pań. Bardzo luźno. Pomijając kwestie fabularne, przeniesienie akcji na brytyjską ziemię i kochanków zmieniających się w ojców, bardzo różna jest sama atmosfera i wymowa – naturalista Emile mocno by się zdziwił, oglądając taką a nie inną adaptację swojej powieści. Na razie nie jestem do końca przekonana do postaci Moray'a, bo jego uwodzicielski urok jest póki co głównie irytujący i nie kupuję tego, że panie rumienią się słysząc jego komplementy, a nie przewracają oczami. Za to bardzo podoba mi się Joanna Vanderham w roli Denise – wciąż żałuję, że to nie ona grała Valentine w Parade's End, może jej udałoby się uratować tę postać.

The Hour (2011-...)

Pierwszy sezon The Hour nieco mnie rozczarował, a miałam wobec niego bardzo duże oczekiwania. Nie dość, że ma cudowną obsadę (Ben Whishaw! Romola Garai! Dominic West!), to jeszcze prasa przed premierą pozycjonowała go jako brytyjskiego Mad Mena, którego wprawdzie już nie oglądam (nie moje klimaty, więc porzuciłam bez żalu), ale któremu nie sposób odmówić mocnych scenariuszy i świetnego aktorstwa. Tymczasem o ile aktorstwu w The Hour nie mogę nic zarzucić (m.in. świetna rola drugoplanowa Anny Chancellor), a realia dziennikarstwa i pracy w BBC w latach pięćdziesiątych ogląda się z przyjemnością, to wątek szpiegowsko-spiskowy był po prostu nudny. Także chociaż czasu spędzonego przed telewizorem nie uważam za zmarnowany, to mogło być o wiele lepiej. Drugi sezon, który ma wystartować lada moment, zapowiada duże zmiany – czekam z niecierpliwością.

Women in Love (2011)

Ekranizacja dwóch powieści D.H.Lawrence'a – The Rainbow (1915) i Women in Love (1920). Wprawdzie Lawrence już dawno nie wywołuje takich kontrowersji jak kiedyś (miewał procesy o, hm, nieobyczajność, a jego książki były obkładane zakazami publikacji w Wielkiej Brytanii) i nawet bardzo niewinny czytelnik może nie zrozumieć, co spowodowało tyle hałasu wokół Kochanka Lady Chatterley, ale to dalej jest niezła literatura. Mnie nakręcona przez BBC wersja losów sióstr Brangwen, nauczycielki i artystki, wciągnęła. Głównym tematem są oczywiście związki damsko-męskie, w tym ich aspekt erotyczny, a w roli kochanka jednej z sióstr wystąpił Joseph Mawle, czyli kolejny z zaskakująco atrakcyjnych brytyjskich aktorów z dziwnymi twarzami.

The Crimson Petal and the White (2011)

Kolejna ekranizacja (i tak będzie już do końca listy). Tym razem powieści Michela Fabera pod tym samym tytułem. Prawdziwa perełka wśród produkcji telewizyjnych, w dodatku przenosząca na ekran ile się tylko da z książkowego oryginału. Osobę odpowiadającą za zdjęcia należałoby ozłocić. I tak samo osobę odpowiedzialną za kostiumy. I tę za casting. W roli głównej, jako prostytutka Sugar, wystąpiła Romola Garai, a partnerują jej Chris O'Dowd jako William Rackham i Amanda Hale jako Alice, jego chora psychicznie żona. Jeśli jeszcze nie widzieliście, to nie wiem, co tu robicie, czytając dalej, zamiast kombinować skąd The Crimson Petal and the White wziąć.

Mildred Pierce (2011)

Kate Winslet (która – że się posłużę wyświechtanym porównaniem – jest jak wino, im starsza, tym lepsza) odchodzi od męża i zakłada własny biznes w czasach Wielkiej Depresji w Stanach Zjednoczonych. Jednocześnie próbuje ułożyć sobie życie z nowym mężczyzną (w tej roli Guy Pearce, widziałam go już w niejednej dobrej roli, ale dalej jest dla mnie zupełnie nierozpoznawalny) i zdobyć miłość i szacunek swojej rozpieszczonej i samolubnej córki (w roli młodej Vedy Morgan Turner, w roli dorosłej Evan Rachel Wood). Bardzo, bardzo dobre, chociaż nie raz i nie dwa trudno jest kibicować postaciom i ich decyzjom.

Great Expectations (2011)

Charles Dickens musi być bardzo wysoko na liście najczęściej przenoszonych na ekran, i szklany i srebrny, autorów. W pierwszej dziesiątce? W pierwszej piątce? A do ilu z tych ekranizacji przyłożyła rękę BBC (btw sądzę, że jeśli zaczęlibyście oglądać adaptacje angielskiej klasyki wyprodukowane przez BBC, to zeszłoby Wam przynajmniej do wiosny)? Trzyczęściowa ekranizacja Wielkich nadziei z zeszłego roku zgarnęła cztery Emmy i trzy Bafty, wszystkie w kategoriach technicznych i wszystkie w pełni zasłużone. Jak tam wszystko idealnie wygląda, jak wszystko jest dopracowane, po prostu miód dla oczu. Warto też wspomnieć o Gillian Anderson w roli Miss Havisham, zdecydowanie za mało jest Gillian na naszych ekranach.

Parade's End (2012)

Historia ostatniego porządnego człowieka w Anglii na krótko przed i następnie w trakcie pierwszej wojny światowej. Odchodzący świat i tak dalej. Z Parade's End jest jeden problem – Rebecca Hall jako Sylvia, żona głównego bohatera, przyćmiła tam dokładnie wszystkich i tylko Benedict Cumberbatch momentami dotrzymuje jej kroku. O absurdalnie nierealistycznym romansie-nie-romansie głównego bohatera z mdłą niewinnością uosobioną nawet nie ma co wspominać. I tak, kiedy na ekranie nie ma Sylvii, łatwo stracić zainteresowanie. Za to kiedy jest Sylvia...



wtorek, 18 września 2012

Uwaga, mógł zaplątać się spojler do Parade's End, Doctora Who, Downton Abbey, Boardwalk Empire, Elementary lub Revolution.

Powoli zaczyna się sezon serialowy i całe szczęście, bo wieczory coraz dłuższe, klony gubią liście, a aura tylko czeka, żeby się nam z zaskoczenia zwalić na głowy wietrzyskiem, pluchą i gwałtownie opadającymi słupkami w termometrach.

Pierwszego września wystartował siódmy sezon Doktora, o którym napiszę zbiorczą notkę po pożegnaniu z Pondami, bo wyjątkowo nie mam wiele do powiedzenia. Na razie Moffat spełnia swoją obietnicę o filmowości każdego odcinka, spodziewani i niespodziewani aktorzy kradną głównym bohaterom miłość widowni, a ja przypominam sobie, że kocham pióro Toby'ego Whithouse'a i nienawidzę zabawnych robotów.

Ledwo się zaczął, a już dobiega końca Parade's End z Benedictem Cumberbatchem i Rebeką Hall w rolach głównych (Adelaide Clemens? Kim jest Adelaide Clemens? Na pewno nie Joanną Vanderham, która mogłaby wykrzesać coś z roli Valentine). Miniserial ma w Wielkiej Brytanii słabe wyniki oglądalności, co po części jest winą beznadziejnego miejsca w ramówce a po części tego, że wyidealizowane wizje przeszłości ogląda się po prostu przyjemniej (ten problem może mieć też The Hour, którego drugi sezon BBC puści w listopadzie). Ja ze swojej strony szczerze polecam.

Różowa wata cukrowa wróciła na ekrany pod postacią trzeciego sezonu Downton Abbey. Wszystkie zalety i wszystkie wady tego serialu są na miejscu, gotowe nas radować i wkurzać. Jakoś się to wyrównuje, chociaż po chwilowym orbitowaniu w odcinku świątecznym, wróciliśmy do nierównego poziomu z poprzedniego sezonu. Z pierwszego odcinka płynie jedna ważna lekcja – jeśli spotkacie Matthew Crowleya, to w żadnym razie nie nawiązujcie bliższej znajomości, bo opuścicie ziemski padół w tempie ekspresowym, a on wszystko po Was odziedziczy, choćby był pięćdziesiąty trzeci w kolejce do spadku.

Tymczasem lecące na HBO Boardwalk Empire (trzeci sezon) jest tak samo wyśmienite, jak było do tej pory, a przynajmniej w mój gust trafia idealnie. Trudno pisać o problemach w raju Nucky'ego i Margaret, bo o żadnym raju nie ma już mowy, za nieszczęsną Angelą tęskni tylko Richard Harrow, a Gillian ma teraz nowego synka i... burdel. They say the old time things are the best/ That may be very good for all the rest/ But I'm goin'g let the old things be/ 'Cause they are certainly not suited for me... no co?

Skoro już jesteśmy przy serialach zza wielkiej wody, to warto wspomnieć o dwóch nowościach. Elementary, którego pilot wyciekł jakiś czas temu do sieci, wciąż wzbudza sporo emocji wśród fanów słynnego detektywa, a szczególnie jego wersji oferowanej nam obecnie przez niezawodne BBC. Fandom Sherlocka nauczyłam się omijać szerokim łukiem, zawartość Holmesa w Holmesie niespecjalnie mnie interesuje, a Lucy Liu i Jonny Lee Miller ładnie razem grają, więc dam Elementary szansę.

Z kolei Revolution, być może najbardziej wyczekiwany tytuł tej jesieni, zaczął przyzwoicie, chociaż można było odnieść wrażenie, że zobaczyliśmy ekstremalnie długą wersję trailera. Napiszę tyle, że albo to będzie moja ulubiona nowość, albo ulubiona guilty pleasure. Tak czy siak - win.

A jutro wracam na bloga z kolejną okołobaśniową notką.

 
1 , 2 , 3
Napisz do mnie!