kultura bez tabu jest kwadratowym kołem

Music, music

sobota, 16 lipca 2011

Notki leżą niepokończone, blog zarasta łopianem, słowem – lato. Dłuższa notka o „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” się pisze, a póki co polecę coś do słuchania na lato.

Mili chłopcy z Los Angeles założyli zespół Foster the People i pod koniec maja wydali debiutancki album „Torches”, bardzo świeży i energetyczny. Wakacyjny.

Nie ma tam piosenki, która nie wpada w ucho, przy której nie zaczyna się przytupywać nóżką do rytmu. Choćby taki „Pumped Up Kicks”, pierwszy singiel z płyty, o chłopaku, który bierze broń ojca i idzie strzelać do kolegów – tekst niezbyt „taneczny”, a parkiet się zapełnia. Tak ogólnie, to teksty w „Torches” są na równym poziomie, ale nie prezentują sobą nic szczególnego (z wyjątkiem może mojego ulubionego „Houdiniego”), chociaż tu i tam cieszą ucho zgrabnym wersem.

Za to muzyka, o, muzycznie dzieje się sporo we wszystkich piosenkach i to zwykle po kilka fajnych rzeczy na raz (tak, wiem, byłabym najgorszym dziennikarzem muzycznym na świecie). Miejscami pobrzmiewa pierwsza płyta MGMT, mniam, i jeszcze jeden czy dwa znajome „cosie”, których na razie nie potrafię zidentyfikować – jakby ktoś posłuchał i rozpoznał, to czekam na podpowiedzi, co ja tam słyszę.

(A skoro już jesteśmy przy muzyce, to 29 lipca we Wrocławiu, w ramach festiwalu Era Nowe Horyzonty, wystąpi zespół Grinderman, czyli drugi projekt Nicka Cave'a i reszty panów z The Bad Seeds - mnie nie będzie, bo ruszam na bazdroża, ale jak komuś blisko, to w te pędy po bilety.)

piątek, 04 marca 2011

Od stycznia w sieci można posłuchać piosenki „Map of Tasmania” promującej album „Amanda Goes Down UnderAmandy Palmer (Palmer-Gaiman?). „Map of Tasmania” łatwo wpada w ucho i ma całkiem zabawny, kolorowy teledysk. Bardzo kolorowy.

Tyle mniej więcej byłam w stanie o niej powiedzieć, zanim youtube mnie zaskoczyło:

Ja to ja, więc poklikałam sprawdzić, jak youtube definiuje materiał „nieodpowiedni dla niektórych użytkowników”, „niektórych użytkowników” in question i ilu łosi społeczności potrzeba, żeby zablokować filmik. Przede wszystkim youtube nie definiuje (albo nie znalazłam), co klasyfikuje się jako nieodpowiednie, za to między wierszami można wyczytać, że „niektórzy użytkownicy” to osoby niepełnoletnie (jak łatwo się domyślić) i osoby szczególnie wrażliwe (wtf?). O znalezieniu informacji, czy wystarczy jeden łoś, który oflaguje filmik, czy trzeba trzech, pięciu, dziesięciu, też można sobie pomarzyć.

Bardzo jasno są określone treści, których zamieszczać nie wolno, natomiast cała reszta jest regulowana zgodnością z „duchem” Wytycznych dla społeczności. Ja tu widzę szerokie możliwości interpretacyjne.

Poklikałam dalej, zobaczyć, jak to jest z tym flagowaniem i pod jaką kategorię podpada „Map of Tasmania”*. Jedyne, co pasuje to „Treści o charakterze seksualnym: sugestywne, ale bez nagości” i „Treści o charakterze seksualnym: inne treści o charakterze seksualnym”. Od biedy, bo albo wszyscy obrońcy obyczajności czepili się zgrabnej metafory „give'em something strong to hold onto” albo każdą piosenkę, która dotyka cielesności, należy oznaczyć jako „nieodpowiednią dla niektórych użytkowników”. Tak, tak, uczmy nasze dzieci, że ciało jest fu i nie należy o nim mówić, ani tym bardziej na nie patrzeć. Hej, dlaczego w opcjach do wyboru przy flagowaniu nie ma kategorii „tabu”? Co za okropne niedopatrzenie!

Youtube się zabezpiecza, co jest zrozumiałe; społeczność się, mniej lub bardziej (decyzja o blokadzie leży po stronie portalu), autocenzuruje. Sytuacja idealna?

A ja, na koniec, poczytałam sobie komentarze użytkowników i już w ogóle zrobiło mi się smutno, bo okazało się, że chodzą po tym świecie i cieszą się słońcem ludzie, którzy uważają, że golenie pach i okolic intymnych jest kwestią nie higieniczną czy estetyczną, tylko etyczną.

Poniżej treść kontrowersyjna, uważajcie, żeby się nie pocharatać po wrażliwości i z krzesła nie spaść:

 

 

* Byłam przekonana, że poleciała za tego jednego faka, ale nie ma takiej możliwości, na to przynajmniej wygląda.

poniedziałek, 13 września 2010

Lubię jesień. Zanim zmieni się w generator despresji, nieodmiennie zapewnia mi kilka dobrych dni, takich, w które przypominają się dziecięce wyprawy na skwer po kasztany, tak niedaleko, zaraz obok starej willi zamienionej w przedszkole, z odpadającym różowm tynkiem, w samym środku miasta, zupełnie z innej bajki.

Warszawska jesień, bez kasztanowców (te tutaj, to nie moje kasztanowce), ma swój duży plus w postaci festiwalu muzyki świata Skrzyżowanie Kultur. Pierwszy raz byłam dwa lata temu na koncercie Yasmin Levy, której Naci En Alamo jest najpiękniejszym wykonaniem, jakie do tej pory zdarzyło mi się usłyszeć (jest ich trochę, w tym znane z Vengo wykonanie Remedios Silvy Pisy).

W tym roku program zapowiada prawdziwą muzyczną ucztę, zobaczcie sami. Ja wspomnę tylko o paru punktach, które interesują mnie szczególnie*. Na rozpoczęcie, 26 września w Sali Kongresowej, wystąpi hiszpańska śpiewaczka Concha Buika (połączenie tradycyjnych coplas i flamenco z jazzem i soulem, Latynoska Grammy w 2008 za album Niña de Fuego) i brazylijski muzyk i kompozytor jazzowy Yvan Lins, którego pewnie nikomu nie trzeba przedstawiać. Dwudziestego ósmego zagra włoski zespół Tamburellisti di Torrepaduli (tak, to znaczy dokładnie to, co myślicie – Tamburyniści z Torrepaduli, panowie grają na tamburynach, a pani tańczy. Tarantę.), a zaśpiewa niesamowita Mayra Andrade; dwudziestego dziewiątego zapanuje tango argentyńskie w nowoczesnym wydaniu (Astillero! Carlos Libedinsky & Narcotango! Ach!); natomiast trzydziestego wieczór będzie należał do OSJANA, wraz z gośćmi świętującego swoją czterdziestą rocznicę. Poza tym, będzie można obejrzeć w Kinotece traktujące o muzyce filmy dokumentalne i wziąć udział w warsztatach oraz, oczywiście, kupić płyty, których w Empiku nie uświadczysz.

 

 

*jeśli nie mór i zaraza, to będę na wszystkich koncertach, więc pewnie coś o ktorymś napiszę, ale nie obiecuję.

 

sobota, 21 sierpnia 2010

Wiem, wiem, mało być o Hamlecie, ale cóż, życie.

Na Amy Wood i jej „Cynamonowe Serce”, które premierę miało dosłownie parę dni temu, natknęłam się przypadkiem. Szukałam czegoś interesującego w moim ulubionym sklepie z muzyką (interesującego w stylu, powiedzmy, Pale Young Gentlemen, nie wyszło trochę) i zabłądziłam na jej stronę. Po przesłuchaniu fragmentów utworów i znalezieniu na tubie wykonania tytułowej piosenki włączyła mi się opcja: chcę to! i Amy wylądowała w wirtualnym koszyku, a ja powędrowałam do wirtualnej kasy.

Przy moim eklektycznym, jeśli chodzi o muzykę, guście, pisać o płytach czy piosenkach, które mi się podobają, nie potrafię zupełnie. Do napisania profesjonalnej recenzji brakuje mi wiedzy i chęci dokształcenia się, a metafizycznych przeżyć z muzyką, po których mogłabym przelać na papier nagromadzone emo, nie miewam. Wobec tego zastanawiam się, jak Was zachęcić do „Cinnamon Heart”?

Jeśli w któreś ciepłe i słoneczne popołudnie będziecie szukali podkładu muzycznego na podwieczorek z przyjaciółmi, taki z niezobowiązującą rozmową, ciastem cytrynowym z białym lukrem, ulubioną kawą albo kilkoma butelkami czerwonego wina…

Jeśli zimowy wieczór zapragniecie spędzić w fotelu albo na łóżku, z nogami przykrytymi kocem, z kubkiem mocnej, czarnej i gorzkiej herbaty, i książką, i do pełni szczęścia będzie Wam brakowało tylko muzyki…

Jeśli na Waszych półkach obok Norah Jones i Reginy Spector jest jeszcze trochę miejsca na coś lirycznego i niefrasobliwego, słodkiego i żartobliwego, lekkiego i inteligentnego, popowego i jazzującego, na jeszcze jedną dziewczynę z pianinem…

…utalentowana młodziutka Kanadyjka i jej nowy album będą idealnym wyborem.

niedziela, 15 sierpnia 2010

 

“The sixties were 50 years ago
You know
Get over it”

Uciekając przed zachmurzonym niebem, uroczystościami państwowymi, uroczystościami religijnymi, rodziną i znajomymi chcącymi rozmawiać o sprawach bieżących (z uporem godnym lepszej sprawy), schować się można w muzykę. Na dzisiejszy, daleki od ideału dzień proponuję drugi album Kate Miller-Heidke zatytułowany Curiouser (2008), który po raz pierwszy od czasów The Sound of White (2004) Missy Higgins przypomniał mi o muzycznym istnieniu Australii. Curiouser jest intrygujący, świeży i zabawny. Nie wybitny. Nie wielki. Nie ambitny (nic gorszego od płyty, na której słychać ambicję artysty lepiej niż muzykę). Trochę nierówny. Obok piosenek wyraźnie bawiących się, czy to w muzyce i wokalu, czy w słowach – moje ulubione to (właśnie w tej kolejności) God’s Gift to Women, Politics in Space, The One Thing I Know, Can’t Shake It – znajdziemy miałkie popowe balladki Our Song, The Last Day on Earth czy, dość, przyznaję, słodką Caught in the Crowd. Lekka muzyka na dobry humor.

(Pisanie właściwej notki mi nie idzie. Ale będzie, będzie. Dzisiaj albo jutro. Jak komuś nudno, polecam komentarze pod poprzednią.)

Napisz do mnie!