kultura bez tabu jest kwadratowym kołem

Książkowo

sobota, 23 maja 2015

Becky Chambers „The Long Journey to a Small, Angry Planet”

(Chyba będę musiała przeprosić się troszeczkę z self-publishingiem, bo po „Marsjaninie” Weira dostałam do rąk kolejną świetną książkę, która najpierw trafiła do czytelników tą właśnie drogą.)

(Jeśli nie chce Wam się czytać całej recenzji - Vox Day na pewno nienawidzi tej powieści, a kobiety niszczą science fiction.)

Rzadko trafia się powieść, której tytuł tak adekwatnie opisuje zawartość. Wayfarer jest niewielkim statkiem kosmicznym wyspecjalizowanym w tworzeniu tuneli czasoprzestrzennych dla regularnego ruchu kosmicznego. Korzystają z nich później statki pasażerskie, wojenne i handlowe. Kiedy Galactic Commons (taka unia międzyplanetarna) decydują się wejść w przymierze z Toremi Ka, jednym z klanów inteligentnego gatunku nie biorącego do tej pory udziału w galaktycznej polityce i pogrążonego od wielu standardowych lat w wojnie domowej, potrzebny jest nowy tunel pomiędzy terytorium GC a częścią kosmosu należącą do Toremi. Wayfarer dostaje bardzo lukratywny kontrakt i wyrusza w długą, długą podróż do systemu słonecznego, gdzie ma otworzyć tunel.

Jeśli wydaje Wam się, że na pokładzie Wayfarera znajdzie się przypadkiem Wybraniec, załoga odkryje międzygalaktyczny spisek, w wyniku błędu nawigacyjnego trafi do alternatywnej rzeczywistości albo przynajmniej przyczyni się do rozwiązania konfliktu zbrojnego Toremi, to możecie się rozczarować. Wprawdzie statek zyskuje przed wyruszeniem w drogę nowego członka załogi, ale jest nim asystentka biurowa, do której zadań należy uporządkowanie archiwów statku, prowadzenie bieżącej dokumentacji i nadzorowanie wydatków, i która tym się właśnie zajmuje. Rosemary, bo tak się nazywa, pochodzi z bogatej ludzkiej kolonii na Marsie, i to jej pierwsza praca poza planetą.

Taka postać umożliwia wygodnie przedstawienie świata powieści czytelnikowi, który też jest w nim przecież potrzebującym wyjaśnień nowicjuszem. Jednak narracja nie skupia się tylko na punkcie widzenia Rosemary. Wayfarera, Galactic Commons, odwiedzane planety i spotykane po drodze obce rasy oglądamy z perspektywy wszystkich członków bardzo zróżnicowanej załogi, w której skład wchodzi sympatyczna Sztuczna Inteligencja, Exodianie (kiedy Ziemia zmierzała ku samozagładzie, bogacze uciekli na Marsa, a pozostali, którzy przeżyli, lata później wyruszyli w kosmos, bez żadnego określonego celu i na wszystkich nadających się do tego statkach, żeby szukać nowego domu, i zapewne wszyscy by zginęli, gdyby nie to, że przypadkiem natrafiła na nich jedna ze starych ras należących do GC - stąd mamy Marsjan i Exodian) - kapitan-pacyfista, dwójka techników i biotechnolog, przedstawiciel wymierającego gatunku Grum będący lekarzem pokładowym i kucharzem jednocześnie, jaszczurokształtna pilotka i bardzo wyjątkowy nawigator - a w zasadzie bardzo wyjątkowi nawigator.

Co oni wszyscy robią, skoro nie ratują Galaktyki? Głównie wykonują swoją pracę, żyją swoim życiem i starają się o dobrą atmosferę na pokładzie, mimo trudności jakie sprawia koegzystencja różnych gatunków i kultur. Jeśli kiedykolwiek podczas lektury czy seansu filmowego przyszło Wam do głowy, że całego zamieszania i co najmniej połowy tragicznych zgonów można byłoby uniknąć, gdyby bohaterowie ze sobą rozmawiali i nie używali przy tym piętrowych metafor, znaczących spojrzeń i zupełnie nieuzasadnionych przemilczeń, „The Long Journey to a Small, Angry Planet” będzie balsamem na Waszą duszę. Mimo że w świecie wykreowanym przez Chambers nie brakuje wojen, ubóstwa, gatunkizmu i fanatyzmu religijnego, pieniądz w dalszym ciągu rządzi światem, i nie wszyscy członkowie załogi Wayfarera są troskliwymi misiami (biotechnolog, świetny profesjonalista, ma zdecydowanie nieprzyjemny charakter i ciężko mu się współpracuje z kimkolwiek, a nawigator są odludkiem, rzadko opuszczają swoją kwaterę i ich religia jest dla innych gatunków... kontrowersyjna), to jednak dawno nie spotkałam się z tak pozytywnym i optymistycznym spojrzeniem na ludzkość/inteligentne gatunki.

Powieść ma epizodyczny charakter, niektóre spotkania po drodze mają mniejszy, inne większy wpływ na załogę. Każdy z bohaterów ma swoje pięć minut, ale nie wszystkie wątki są równie udane. Nie chciałabym tutaj zdradzać szczegółów, ale jest taki moment, gdzie autorka wyraźnie cofa się przed pokazaniem i oceną pewnego wydarzenia z perspektywy postaci, którą ono najbardziej dotknęło. Skoro już się podejmuje problem etyczny, w perspektywie praw indywidualnych i w perspektywie międzykulturowej, to dobrze by było faktycznie nad nim przysiąść, a nie poniekąd zamieść kontrowersje pod dywan. To w sumie jedyne większe ale, które mam wobec „The Long Journey to a Small, Angry Planet,” poza okazjonalną tęsknotą za jakimś malutkim ratowaniem świata (cóż, jako czytelnicy jesteśmy przyzwyczajeni do pewnych rozwiązań). Natychmiast po przeczytaniu ostatniej strony pomyślałam, że mogłabym przeczytać kolejnych dwieście, albo i więcej, bo przecież historia Wayfarera wcale się nie skończyła i bohaterowie, których zdążyłam szczerze polubić, po ostatniej kropce wyruszyli znów w drogę. Ciekawe, co tam u nich.

niedziela, 07 września 2014

Lauren Beukes, Broken Monsters (2014)

Jestem dzisiaj miłą blogerką i w notce nie ma spojlerów. Za to jest króciutka.


Wiecie, że Lśniące dziewczyny Lauren Beukes wyszły w tym roku po polsku? To już wiecie i, jeśli macie ochotę, możecie wesprzeć rodzimy rynek wydawniczy. A ja tymczasem podzielę się z Wami wrażeniami po lekturze nowej powieści południowoafrykańskiej pisarki. W Broken Monsters dostajemy groteskowe zbrodnie, trudne relacje rodzinne i szkice z życia we współczesnej Ameryce.

Detektyw Gabriella Versado pracuje w policji w Detroit – “the number one Death-of-America pilgrimage destination” – i samotnie wychowuje nastoletnią córkę. Odkrycie makabrycznie okaleczonego ciała niedawno zaginionego chłopca – a mówimy tu o poziomie makabry, którego nie powstydziłby się fullerowski Hannibal – oznacza dla niej nadgodziny, przepychanki z mediami i miejscowymi władzami oraz walkę z czasem. Wszystko wskazuje na to, że pojawią się kolejne ofiary.

Beukes wraca do tematów, które pojawiały się w Lśniących dziewczynach. Po raz kolejny bardzo ważną rolę gra miasto – tutaj realizujące swój medialny obraz i mu zaprzeczające, gdzieś pomiędzy finansową i fizyczną ruiną, rozbuchaną sceną sztuki alternatywnej, a codziennym życiem zwykłych mieszkańców, którzy jakoś sobie radzą albo odchodzą i których nie zobaczymy w reportażach pełnych industrialnych ruin. Po raz kolejny pojawia się element fantastyczny, niewyjaśniony fenomen, będący katalizatorem wydarzeń. I po raz kolejny, niestety, powieść jest trochę przygnieciona ciężarem swoich ambicji.

Chicago w „Lśniących dziewczynach” zmieniało się, tak jak zmieniało się amerykańskie społeczeństwo na przestrzeni lat. Detroit w Broken Monsters jest rozprawką o życiu po upadku amerykańskiego snu. Upadku obfotografowanego i opisanego z każdej strony, rozmienionego na tweety, hashtagi i klikalność. Beukes bardzo dobrze „łapie” świat odbity w soczewce mediów społecznościowych. Cynizm Jonno, dziennikarza i blogera, który przyjechał do Detroit, żeby podnieść z ruin swoje życie i karierę, nie zrobi na nas takiego wrażenia, jak słowa Layli, wszędzie indziej po młodzieńczemu pryncypialnej i idealistycznej córki Gabrielli, która powie, że Szekspir dzisiaj nie miałby racji. To nie świat jest sceną, świat jest zaledwie miejscem prób przed wystąpieniem w sieci.

Broken Monsters to książka, której się nie czyta, a książka, którą się pochłania. Beukes jest precyzyjna w opisach i celna w obserwacjach, a w jej narracji, mimo ponurej tematyki, nie brakuje ciętego humoru. Jej bohaterki wpisują się w popularne archetypy – policjanta (tu: policjantki), którego praca odbija się negatywnie na życiu prywatnym i nastolatkę, która serce i głowę ma we właściwych miejscach, a i tak pakuje się w kłopoty – ale są na tyle dobrze napisane, że możemy im kibicować i współczuć.

Szkoda, że pewien nadmiar wątków i komentarzy sprawia, że niektóre tematy są niedokończone, podjęte i porzucone, a momentami powieść czyta się bardziej jak esej, niż jak fabułę. Broken Monsters przydałoby się albo wyrzucić z pięćdziesiąt stron albo kolejne sto dopisać – wtedy przybrałaby naprawdę pokaźne rozmiary, jak na letni kryminał z domieszką fantastyki i horroru, ale czytałabym, och, czytałabym.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Jest prawdą powszechnie znaną, że krytykować jest łatwiej niż chwalić, a już na pewno, jak się jest z położonego nad Wisłą kraju męczydusz i bohaterów romantycznych.

Jest prawdą znaną na tym blogu i w jego okolicy, że staram się raczej pisać o tytułach interesujących i z tego czy innego powodu wartych uwagi.

Jest prawdą znaną zaprzyjaźnionym blogerom, że jakbym nie lubiła tej czy innej (o)powieści, z reguły bronię literatury eskapistycznej i nawet bohaterów zlepionych z autorskich marzeń.

Jest prawdą znaną garstce osób, z którymi zahaczyłam temat, że mało jest książek, których nie znosiłabym tak, jak „Obcej” Diany Gabaldon.

Spojlery poniżej

No i co? – zapytacie. No i dzisiaj będę krytykować z nieukrywaną przyjemnością książkę, której moim zdaniem należy unikać jak zarazy, i wykażę się zerowym zrozumieniem dla autorki i niewielkim dla jej zachwyconych czytelniczek. Stacja STARZ właśnie zaczęła emitować serial na podstawie „Obcej” i prędzej czy później, w takiej czy innej formie, trafi on pod nasze strzechy, i jeszcze może zachęcić jakąś nieszczęsną istotę do sięgnięcia po literacki pierwowzór. Jeśli uchronię kogokolwiek przed popełnieniem tego błędu, świat będzie odrobinę lepszym miejscem.

(Chociaż dalej miejscem, gdzie jeden gatunek uparł się wykończyć nie tylko wszystkie inne, ale i siebie w miarę możliwości, i gdzie wyrzuca się jedzenie, chociaż miliony żyją poniżej granicy ubóstwa, więc rozumiecie, to taka symboliczna odrobina.)

Zakładam, że jakaś miłośniczka twórczości Gabaldon może tutaj trafić (Google potrafi być wredny), więc zrobię na wstępie jeszcze jedno zastrzeżenie – zapraszam do podzielenia się swoim zdaniem, ale nie zamierzam się kłócić z fanami i nie będę odpowiadała na zaczepki. Bo mogę.

„Obca” jest historią wielkiej miłości Claire Randall, née Beauchamp, i Jamiego Frasera. Claire jest kobietą o nietypowym jak na swoje czasy wychowaniu, która podczas drugiej wojny światowej była pielęgniarką w szpitalu polowych, a po wojnie pojechała z mężem do Szkocji na drugi miesiąc miodowy i po kilku bardzo nudnych rozdziałach przeniosła się w czasie. Jamie jest osiemnastowiecznym szkockim góralem i erotyczno-romantyczną fantazją autorki.

Jest jeden typ bohatera, którego szczerze nie znoszę – to bohater, wokół którego zagina się rzeczywistość. Taki bohater może być klasyczną fanfikową merysójką, ale nie musi. Może być dobrze napisany, z prawdziwymi wadami i nie papierowym charakterem, tylko że na dłuższą metę nie ma to znaczenia, bo czego by nie robił, nie ponosi żadnych realnych konsekwencji (chociaż w analogicznej sytuacji każda inna postać je poniesie), a jeśli ustanowione w książce/filmie realia świata przedstawionego na coś nie pozwalają, cóż, tym gorzej dla realiów. Dodatkowo, jeśli moralność protagonisty nie pozwala na zrobienie czegoś, na co miałby ochotę, to świat się nagnie i go do tego „zmusi.”

I taką właśnie postacią jest Claire. Zabiłaś człowieka? Pierwszy napotkany duchowny cię rozgrzeszy, i tak nie ciążyło ci to specjalnie na sumieniu. Wyszłaś za mąż mając już męża? Osiemnastowieczny Kościół Katolicki jest bardzo wyrozumiały, oba małżeństwa są ważne i nie popełniłaś żadnego grzechu. Idziesz na brzeg jeziora nabrać wody? To Loch Ness i potwór właśnie w tym momencie postanowił się pokazać.

Poza tym Claire jest pisana schizofrenicznie. Autorka przedstawia nam ją jako osobę bardzo niezależną, wyzwoloną i świadomą swoich pragnień – przynajmniej tak Claire o sobie myśli i mówi. Claire była wychowywana przez ekscentrycznego wuja archeologa i spędziła dzieciństwo i lata nastoletnie w środowisku „nieodpowiednim” dla młodych panien, otrzymując nietypową dla ówczesnej dziewczyny edukację (po tym, jak jako pięciolatka odmówiła pójścia do szkoły z internatem, taką miała siłę charakteru). Podczas wojny, która wybuchła krótko po jej ślubie z młodym historykiem Frankiem, Claire została pielęgniarką w londyńskim szpitalu, a następnie służyła w szpitalu polowym we Francji.

Przy tym wszystkim Claire jest najbardziej konwencjonalną młodą kobietą, jaką możecie sobie wyobrazić. Kiedy rozmawiają mężczyźni, Claire jest niezainteresowana i jak najszybciej opuszcza ich towarzystwo dla towarzystwa innego kobiety w kuchni. Zaczyna zajmować się zielarstwem dlatego, że zasugerował jej to mąż. I niczego nie pragnie bardziej niż prawdziwego domu, którego symbolem jest porcelanowy wazon. A kiedy ląduje w osiemnastym wieku, oburza się na ówczesne obyczaje, po czym jakiś mężczyzna tłumaczy jej, dlaczego są one dobre i właściwe, i Claire te tłumaczenia przyjmuje, i już nigdy nie ma z danym problematycznym zachowaniem problemu. Także wiecie, bicie żony i czerpanie z tego seksualnej przyjemności jest spoko, bicie dzieci jest spoko, gwałt małżeński jest spoko, chęć zarządzania życiem (także seksualnym) i moralnością siostry, którą porzuciło się na pastwę losu, jest spoko i chcący zarządzać jest jak najbardziej w prawie…

Jamie to postać jeszcze bardziej schizofreniczna, bo łączy w sobie dwie sprzeczne fantazje. Z jednej strony Jamie jest dwudziestotrzyletnim prawiczkiem, której do tej pory kończył spotkania z kobietami na obściskiwaniu i jak było ciężko, to pomagał sobie ręką, bo go ojciec tak dobrze wychował. Wszystko, co wie o seksie, wie z obserwowania koni, którymi się opiekował (true story), i zwierzątek leśnych. Claire jest jego pierwszą kochanką i nauczycielką sztuki miłości. Mamy więc dziewiczego młodzieńca i doświadczoną kobietę, i wszystko byłoby pięknie i ładnie, gdyby nie to, że Jamie ma być z miejsca jednocześnie kochankiem, który doprowadza Claire do krzyczenia z rozkoszy i orgazmu za każdym razem, a do tego silnym i mądrym opiekunem, który słabą kobietę obroni i jeszcze wytłumaczy jej świat. Aż do momentu, kiedy na potrzeby narracji znowu jest młodym, niedoświadczonym nieledwie chłopcem… i a piać. Do tego nasz góral bez skazy i zmazy czerpie przyjemność z bicia Claire i uważa, że zmuszanie żony do seksu jest spoko. Claire, jak już przestaje być obolała, też zaczyna uważać, że to spoko, więc spoko. Wszystko spoko, jak ja nienawidzę tej książki.

Kiedy „Obca” została po raz pierwszy wydana w latach dziewięćdziesiątych, wydawca promował ją jako romans, nie fantasy, science fiction czy literaturę przygodową. Moim zdaniem wydawca miał rację, nie autorka, która upierała się, że jej książka powinna się znaleźć wśród „ogólnej” fikcji. Ale nawet jako harlequin „Obca” się nie sprawdza. Przyzwoity harlequin zamyka się w dwustu stronach, a powieść Gabaldon wlecze się przez prawie dziewięćset. I wlecze to najlepsze określenie.

Treści w tej książce jest właśnie może na dwieście stron, ale musimy przecież poznać wszystkie niesłychanie fascynujące przemyślenia Claire (jest narratorką), zamykające się w tym, że otaczają ją barbarzyńcy i prymitywy, czasy są barbarzyńskie i prymitywne, Jamie jest świetny w łóżku i tak go kocha, i takie ma dylematy moralne w związku z pozostawionym w dwudziestym wieku Frankiem, oczywiście, jak sobie o nim raz na ten ruski rok przypomni, Franka też oczywiście bardzo kocha, tak, właśnie tego Franka, którego myśli, pasje i zajęcia tak ostentacyjnie jej nie interesowały, kiedy miała go na miejscu. Kiedy nie jesteśmy raczeni rozważaniami naszej koszmarnej bohaterki, jesteśmy świadkami fascynujących rozmów pomiędzy postaciami. Kiedy ktoś celuje w ironię i sarkazm, czytelnik zgrzyta zębami, kiedy wyjaśnia nam swoje paskudne-ale-tak-naprawdę-honorowe-i-sprawiedliwe zachowanie, czytelnikowi przewraca się w żołądku, kiedy opowiada po raz trzeci tę samą tragiczną historię ze swojej przeszłości, dorzucając garść nowych szczegółów, czytelnik zaczyna płakać krwawymi łzami. W ogóle nie wiem, co autorka ma z tymi trójkami, ale każda opowieść wraca zazwyczaj właśnie tyle razy, bo nie można przecież niczego przekazać raz a dobrze.

A jako wisienkę na torcie dostajemy jeszcze pretendenta do roli najbardziej karykaturalnego antagonisty, kapitana dragonów Jacka Randalla, który jest złym jak sam diabeł przodkiem męża Claire, urodzonym sadystą i perwersyjnie zakochanym w Jamiem homoseksualistą, który mimo to napastuje przy pierwszym spotkaniu Claire (interweniuje niespodziewany Szkot) i próbuje zgwałcić siostrę Jamiego (ale mu nie staje, jak ta zaczyna się z niego naśmiewać). Kapitanowi Randallowi udaje się dopiąć swego, kiedy Jamie oddaje się w jego pożądliwe ręce w zamian za wolność Claire i dostajemy obrzydliwy i szczegółowy opis gwałtu. A potem równie obrzydliwy i szczegółowy opis „seksualnego leczenia” w wykonaniu Claire. Pomysł, żeby znarkotyzować ofiarę gwałtu i zmusić ją do seksu… Brak mi słów. Ugh.

Nie wiem, czy serial będzie dobry czy zły. Widziałam tylko pierwszy odcinek, który STARZ udostępniła w sieci, taka trochę pościelówa estetycznie, ale może się poprawi. Na nieszczęście narracja Claire (której porzucenie mogło być największą siłą serialu, bo Claire gada i gada, a niewiele ma do powiedzenia, a mądrego to już w ogóle) została. Trochę mi się słabo robi, jak widzę opinie, że „Obca” będzie feministycznym odpowiednikiem „Gry o tron” – kobieca bohaterka to trochę za mało, żeby tekst kultury uznać za feministyczny, no ale zobaczymy… W każdym razie, przesłanie, które mieliście wynieść z tej notki brzmi NIE CZYTAJCIE „OBCEJ.” TO ZŁA KSIĄŻKA I ZROBI WAM KRZYWDĘ.

czwartek, 10 lipca 2014

The Girl with All the Gifts (2014), M.R.Carey

Wybaczcie pleonazm w tytule. Ekhm.

Zarzekam się, że nie lubię książek o zombie, ale muszę przyznać, że zombie radzą sobie o wiele lepiej niż, powiedzmy, wróżki. Trylogia Newsflesh, World War Z, seria White Trash Zombie, Warm Bodies (tej ostatniej książki nie czytałam, YA zombie romance to chyba za dużo dla mnie, ale WB ma zaskakująco dobre recenzje) – to wszystko są niezłe powieści nie tylko w „swoim” gatunku. A teraz dopisałabym do tej listy The Girl with All the Gifts M.R.Carey’a.

Dwadzieścia lat temu świat się zawalił. Grzyb Ophiocordyceps unilateralis, który do tej pory atakował brazylijskie mrówki (zombie-mrówki are a thing – można o nich przeczytać m.in. tutaj i tutaj), przeskoczył kilka stopni ewolucji i przerzucił się na ludzi. Pytanie, czy stało się to samoczynnie czy w czyimś laboratorium, nie trapi walczących o przetrwanie niedobitków. Znalezienie lekarstwa – owszem. W bazie wojskowej, odseparowanej od ostatniego bastionu ludzkości w Wielkiej Brytanii i podlegającej ścisłym protokołom bezpieczeństwa, trwają eksperymenty…

Chociaż The Girl with All the Gifts przygląda się konsekwencjom zombifikacji w szerokiej skali, to przyjmuje zaskakująco kameralną perspektywę. Przeszłe i rozgrywające się wydarzenia poznajemy z punktu widzenia zaledwie garstki postaci – dziecka, nauczycielki, badaczki, dowódcy wojskowego i młodego żołnierza, a każde z nich zaplątane jest we własnych małych dramatach. Nie będę pisała więcej, żeby nie psuć Wam zabawy przy czytaniu. Dodam tylko, że chociaż na początku bohaterowie wydają się dość sztampowi, to Careyowi udało się poprowadzić ich tak, że zaczynamy przejmować się ich losami, nawet jeśli bywają antypatyczni, tchórzliwi i uparci jak osły.

The Girl with All the Gifts łączy w sobie thriller medyczny, horror i opowieść o dorastaniu i więziach międzyludzkich – dla każdego coś miłego. Znajdziemy w niej i krwawą jatkę, i szczegółowe opisy procedur medycznych (zdecydowanie gorsze niż krwawa jatka, oczywiście), i naukowe spekulacje, i postapokaliptyczne krajobrazy, i chwytające za serce momenty.

Carey od lat robi w komiksach (Lucifer, Hellblazer, X-Men) i odrobinę to widać w powieści. Z jednej strony bardzo sprawnie potrafi poprowadzić fabułę, nie utyka na mało istotnych szczegółach i pewnie kreśli zarówno postacie, jak i otaczający je świat. Lektura, jak już się wciągniemy, to czysta przyjemność. Z drugiej chwilami łapałam się na myśli, że książka zyskałaby, gdyby autor pozwolił sobie na użycie bardziej emocjonalnego, bogatszego języka. To może być tylko moje odczucie i w żadnym razie nie wpływa ono na ogólną ocenę książki, ale jednak. Sucha narracja momentami sprawdza się świetnie, a momentami… nie do końca.

Zarwałam przy The Girl with All the Gifts jedną nockę, bo pod koniec po prostu musiałam wiedzieć, jak się to wszystko skończy, niech to będzie cała rekomendacja. I zaczynam się łamać – może jednak powinnam dać drugą szansę zombie z In the Flesh?

piątek, 20 czerwca 2014

Midnight Robber (2000), Nalo Hopkinson


Zwykle, kiedy piszę tutaj o książkach, staję na rzęsach, żeby nie zdradzić za dużo. Raz, że nagle wszyscy zrobili się strasznymi spojlerofobami, jakby zaskoczenie było jedyną (czy przynajmniej nadrzędną) wartością przy lekturze. Dwa, że bardzo dobrze rozumiem przyjemność z „odkrywania” książki. Nie chodzi mi tu o fabułę, dajcie mi spokój z fabułami, tylko o różne cudowności – oryginalny styl, przerabianie znanych motywów, nawiązania literackie, intertekstualne zabawy autorów, klucze do powieści wręczane czytelnikowi w ostatnim rozdziale, tego typu rzeczy.

Sama raczej nie przejmuję się spojlerami. Właśnie czytam* Wróbla Mary Dorii Russell (warto, może będzie notka), którego struktura opiera się na pytaniu, jak doszło do tragicznego końca kosmicznej ekspedycji. Przeczytałam dwie trzecie, gryzę palce i nadal nie mam pojęcia, co się tam mogło wydarzyć i dlaczego, ale gdyby ktoś mi to teraz powiedział, zupełnie nie popsułoby mi to odbioru powieści, bo chociaż opiera się na zagadce, to nie w tym leży jej siła. Zresztą jestem potwornie zblazowaną czytelniczką i mało które rozwiązanie fabularne mnie szokuje.

Dlaczego o tym piszę? Otóż wbrew mojej ogólnej obojętności wobec spojlerów, jakiś czas temu skończyłam  Midnight Robber Nalo Hopkinson i została ze mną myśl, że byłoby naprawdę miło, gdyby ktoś mi zdradził przed lekturą jeden z głównych wątków.

Z okładki dowiadujemy się, że młodociana bohaterka trafia ze swojego bezpiecznego i wygodnego świata do innego wymiaru, gdzie musi walczyć o przetrwanie i dorosnąć, a cała historia jest gęsto podlana sosem z karaibskich legend. I wszystko ładnie i pięknie, tylko kiedy zaczniemy czytać, dość szybko okaże się, że nie mamy do czynienia ze zwykłą coming of age story w dekoracjach science fiction, tylko opowieścią o wykorzystywaniu seksualnym w rodzinie i życiu z traumą i w poczuciu winy. Czyli w sam raz na dobicie się po ciężkim dniu.

To nie jest tak, że ja książek podejmujących takie tematy nie tykam (i nie jestem za umieszczaniem trigger warnings na okładkach, a przetoczyła się ostatnio po amerykańskiej prasie i, w konsekwencji, Internecie taka dyskusja). Więcej, wiedziałam wcześniej, że Hopkinson jest pisarką zaangażowaną, feministką, i podejmuje kwestie społeczne (m.in. rasowe i klasowe) w swoich powieściach. Ale oczekiwałam czegoś innego – a tu jeden jedyny raz autor tekstu na okładkę wykazał się powściągliwością – i nie byłam przygotowana na lekturę nieprzyjemną. Dobrą, ale nieprzyjemną.

W każdym razie pomyślałam, że może też chcielibyście wiedzieć, na co się nastawiać, biorąc Midnight Robber do ręki. A na co jeszcze możecie liczyć? Przede wszystkim, Hopkinson z łatwością łączy karaibskie tradycje z futurystyczną technologią. Na planecie Toussaint, gdzie AI zajęła miejsce opiekuńczego Boga (ciekawy pomysł i mający swoją funkcję w narracji, ale jednak nie do końca wykorzystany), życie toczy się spokojnie, a mieszkańcy mają wszystko, czego potrzebują. Nie zmieniło to znacząco natury ludzkiej – na skutek splotu okoliczności, kilkuletnia Tan-Tan ląduje wraz z ojcem na wygnaniu w kolonii karnej bez zamków i krat, za to zamieszkiwanej przez stworzenia z karaibskiego folkloru. Przy New Half-Way Tree, bo tak nazywa się to miejsce, autorka daje upust swojej kreatywności i chociaż budowa obcego świata nigdy nie wysuwa się przed dramat bohaterki, to czyta się o nim z nieustającym zainteresowaniem.

Narrator i postacie posługują się „anglopatwą”  (por. patois) – językiem, który Hopkinson stworzyła na potrzeby powieści, mieszając trzy istniejące języki kreolskie. Zrobiła to z dużym wyczuciem i dbając o to, żeby całość była dla anglojęzycznego czytelnika przystępna, ale i tak z początku lektura może sprawiać pewien problem. To nie jest w końcu łagodnie sygnalizowanie innego języka przez dorzucenie do literackiego angielskiego garści wymyślonych słów, najczęściej tytułów i nazw stanowisk albo przekleństw. O nie, patwa różni się słownictwem, frazeologią i składnią (chciałabym zobaczyć polskie tłumaczenie, ale pewnie się nie doczekam). Mnie wgryzienie się w tekst sprawiało więcej frajdy w Midnight Robber niż cokolwiek innego.

Teraz, czy poleciłabym tę książkę? Poleciłabym, ale z kilkoma zastrzeżeniami. Jeśli chcecie czegoś lekkiego, odłóżcie Midnight Robber na później. Jeśli wątpicie w swoje kompetencje językowe, bo najlepiej czyta się Wam przezroczyste językowo powieści z list bestsellerów, spróbujcie, ale jeśli będziecie się męczyć  - odpuśćcie. A jeśli bardziej interesujecie się warstwą obyczajową niż science fiction, lubicie czytać o innych kulturach, a forma bawi Was nie mniej, niż treść, to nie zmarnujecie czasu, poświęcając te parę wieczorów na lekturę.

 

 

 

*już przeczytałam, bo notka leżała zapomniana na dysku przez parę tygodni – niemniej to, co napisałam, pozostaje w mocy. Teraz czytam Dzieci Boga – kontynuację Wróbla. Obie książki, nie wiedzieć czemu, wyszły po polsku w serii Kameleon, więc możecie ich nie znaleźć w bibliotece na półkach z fantastyką.

poniedziałek, 05 maja 2014

The Martian (2011/2014), Andy Weir

Zanim The Martian Andy’ego Weira zwrócił moją uwagę, przebył długą drogę od wersji elektronicznej dostępnej za darmo na stronie autora, przez bestseller self-publishingu Amazona, do wydania w twardej oprawie z miejscem na liście bestsellerów NYT (najwyżej był na miejscu jedenastym i dość szybko spadł, ale zawsze), książki z prawami do publikacji sprzedanymi do dwudziestu jeden krajów i z Drew Goddardem piszącym scenariusz filmu dla Twentieth Century Fox.


Z której strony by na to nie patrzeć, jest to imponujące osiągnięcie (wcale, ale to wcale się nie dziwię, że autor szczypie się po rękach i podejrzewa wyrafinowany kant), chociaż nie dające żadnej gwarancji, że książka jest naprawdę dobra. Ileż chłamu sprzedaje się w milionach egzemplarzy! W każdym razie nieoczekiwana popularność książki w połączeniu z naprawdę niezłymi recenzjami i obiecującym zarysem fabuły skusiły mnie na lekturę. I nie żałuję poświęconego czasu, ale też nie będę udawała, że The Martian nie ma wad.

NASA prowadzi wielki kosmiczny projekt, w ramach którego wysyła pierwsze załogowe misje na Marsa. Dwie kończą się sukcesem, uczestnicy trzeciej zmuszeni są do ewakuacji zaledwie kilka dni po lądowaniu – niespodziewanie gwałtowna burza grozi zniszczeniem stacji. Jeden z astronautów, botanik i inżynier Mark Watney ulega wypadkowi i reszta załogi opuszcza Marsa w przeświadczeniu, że zginął. Chyba nikogo nie zdziwi, że Mark żyje i jest pierwszym kosmicznym rozbitkiem, bardzo zdeterminowanym, żeby jednak nie zostać pierwszą ofiarą Marsa. Tymczasem środki komunikacji z Ziemią zostały zniszczone, jedzenia wystarczy na niespełna rok, a kolejna marsjańska misja ma wylądować za cztery lata i w miejscu oddalonym o setki kilometrów.

The Martian ma dwie podstawowe zalety. Jest niesłychanie wciągająca, zwłaszcza że bardzo szybko zaczynamy kibicować głównemu bohaterowi, tym bardziej, im mniejsze wydają się jego szanse na przetrwanie i powrót na Ziemię. Jest też, przynajmniej od strony „technicznej” wiarygodna. Andy Weir sam siebie nazywa nerdem i do pisania przygotował się między innymi studiując istniejące propozycje wypraw załogowych NASA. Żadne tam – przylecieliśmy naszym cudownym statkiem, napędzany unobtainium i marzeniami ludzkości, w marsjańskim klimacie świetnie rosną ananasy, a w naszej skrzynce z narzędziami zupełnym przypadkiem zaplątał się soniczny śrubokręt. To oczywiście kwestia gustu, ale mnie niesłychanie bawi czytanie realistycznych rozważań, jak na Marsie produkować wodę.

Dla innego czytelnika duża ilość technicznych szczegółów może być męcząca. Na szczęście Weirowi udało się stworzyć dla nich przeciwwagę w postaci poczucia humoru Marka, który potrafi swoje desperackie w gruncie rzeczy zmagania skomentować lekko i dowcipnie. W ogóle dobrym rozwiązaniem jest napisanie bohatera, który jest takim trochę błaznem, radzącym sobie żartami z obciążeniem psychicznym. Miałam parę momentów, kiedy zastanawiałam się, jak wyglądałby The Martian napisany przez autora cięższego gatunkowo czy bardziej skupionego na psychologii postaci, ale one szybko mijały – umówmy się, po lekturze The Martian napisanego przez, dajmy na to, Cormaca McCarthy’ego prawdopodobnie musiałabym wziąć wolne i pojechać do wód dla podreperowania nerwów.

Jednak to, co sprawdza się w postaci Marka, który jest narratorem lwiej części powieści, jest słabością w przypadku innych postaci, które pojawiają się epizodycznie, wszystkie równie inteligentne i z ciętym językiem. Rozumiem, że pracownicy NASA i astronauci będą należeli do bystrzejszej części populacji, ale niestety brakuje im wszystkim mięsa na kościach – nie jest dobrze, jeśli wszyscy poza głównym bohaterem mogliby nazywać się według wzoru „funkcja + numer porządkowy” i nie robiłoby to żadnej różnicy.

Dodatkowo fabuła robi się chwilami nieco powtarzalna – po raz kolejny zostają wykorzystane wcześniejsze rozwiązania, zmodyfikowane odpowiednio do sytuacji, co oczywiście nie jest niewiarygodne, natomiast w połączeniu z widocznością niektórych zabiegów narracyjnych (żadna zbrodnia u debiutującego autora, ale bardziej wyrobionemu czytelnikowi może przeszkadzać) sprawia, że powieść w środku traci impet.

I tak ostatecznie The Martian plasuje się w kategorii rozrywki dobrej, ale niezbyt zapadającej w pamięć. Jeśli dojdzie do realizacji filmu, pewnie będę chciała go obejrzeć. Jeśli Weir wyda kolejną powieść, pewnie dam jej szansę, tutaj dużo zależy od tematu. Jednak ani jednego ani drugiego nie będę szczególnie wyczekiwała.

sobota, 03 maja 2014

Ancillary Justice (2013), Ann Leckie

“Nearly everywhere I’ve been, popular wisdom has it that the location of humanity’s original planet is unknown, mysterious. In fact it isn’t, as anyone who troubles to read on the subject will discover, but it is very, very, very far away from nearly anywhere, and not a tremendously interesting place.”

Długo nie mogłam zabrać się za Ancillary Justice, ale jak już się zabrałam, to zarwałam nockę. W środku tygodnia, bardzo, bardzo niemądrze z mojej strony. A ponieważ ostatnio dosyć regularnie mijam się o milę z dobrymi decyzjami, postanowiłam jeszcze napisać o tej książce notkę.

Dlaczego to kiepski pomysł? Bo Ancillary Justice jest ubiegłoroczną ulubienicą krytyków, obsypaną nominacjami i nagrodami. Zaledwie wczoraj (sic!) zdobyła nagrodę Arthura C. Clarke'a, a i nominacja do Hugo łatwo może zmienić się w statuetkę. I czego bym nie chciała napisać, jakiegokolwiek zdania nie zaczynam wystukiwać na klawiaturze, zagłuszając bębnienie majowego deszczu na balkonie, mam wrażenie, że po kimś powtarzam (po kimś, dodajmy, nieszczęśliwie elokwentnym i z większym recenzenckim autorytetem niż Yours truly). Zwłaszcza rozpływając się w zachwytach.

Punkt wyjścia debiutanckiej powieści Ann Leckie jest może nie zniechęcający, ale powoduje lekkie uniesienie brwi. Nie żeby w science fiction nie dało się dziwniej – da, i to dużo, zajrzyjcie choćby do Petera Wattsa, ale jednak. Główna bohaterka, przedstawiająca się imieniem Breq, jest – a właściwie była – wojennym statkiem kosmicznym. Teraz pozostało jej tylko jedno ludzkie ciało, ostatnie rozkazy i szaleńczy cel, do którego dąży z przekonaniem, że jego realizacja zakończy się jej ostateczną śmiercią. Co zresztą zupełnie jej nie martwi.

Świat stworzony przez Leckie nie jest tylko atrakcyjną dekoracją dla przygód i rozterek bohaterów, kolejnym „za setki lat, w odległej galaktyce” – to on w sposób absolutny motywuje i ogranicza działania postaci. Ludzkość rozproszyła się po kosmosie i tak bardzo oddaliła od siebie, że Ziemia jest dla większości mitem, a cywilizacje różnią się od siebie – kulturowo, a czasem także biologicznie – na tyle, że uznanie innych za nie-ludzi bądź nie-cywilizowanych bywa elementem oficjalnej polityki (choć z drugiej strony, to akurat nic nowego pod gwiazdami). Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze niebezpieczni i niezrozumiali obcy, z którymi trzeba się liczyć.

Leckie nie pisze antropologicznie, jak czasem C.J. Cherryh, ale i tak, nawet w niewątpliwie specyficznej perspektywie Breq, mamy poczucie poznawania różnorodnych kultur i umiejscawiania ich w o wiele większym, bogatszym i fascynującym świecie. Breq jako statek służyła imperium Radch i chociaż jest sztuczną inteligencją patrzy na wszystko z jego kulturowego punktu widzenia – i tak, na przykład, Radch mają płeć biologiczną, ale nie mają ról płciowych i płeć nie objawia się u nich w języku, wobec czego Breq o wszystkich napotkanych osobach mówi per „ona/ta” (co jest interesującym wyborem autorki przy wciąż powszechnym przekonaniu, że męskie równa się uniwersalne, i co zmusza nas do przyjrzenia się naszym własnym przyzwyczajeniom i wyobrażeniom o płci), nawet jeśli pochodzące z innej kultury postacie ujawniają/identyfikują siebie lub kogoś jako biologicznego mężczyznę. Na początku jest to nieco konfundujące, bo Leckie konsekwentnie pokazuje, a nie wyjaśnia, ale ja przynajmniej bardzo szybko przestawiłam się na perspektywę Breq i przestałam dopatrywać „męskości” i „kobiecości”.

Właśnie, Breq! Nie chciałabym tutaj za dużo zdradzić, bo naprawdę sporo przyjemności podczas lektury sprawia odkrywanie tego, jak Breq myśli i postrzega otaczającą ją rzeczywistość i jak to jest być sztuczną inteligencją zamkniętą w jednym ciele, podczas gdy wcześniej miało się pokłady, silniki, osprzęt i broń, dziesiątki, setki, tysiące części, w tym także biologicznych. Z jednej strony Breq jest znajoma w swoich skonfliktowanych uczuciach (kto z nas ich nie miał? kto się nigdy nie zmagał ze sprzecznymi motywacjami? kto sam siebie nie rozumiał?), z drugiej – zimna, obca i odległa od ludzkiego doświadczenia, jak tylko może być maszyna.

Taka niestandardowa narratorka – a ani na chwilę nie odchodzimy od narracji pierwszoosobowej, chociaż w czasie przywoływania wydarzeń z przeszłości przybiera ona bardzo nietypową formę – sprawia, że czytelnicy mogą mieć problemy z zanurzeniem się w książkową rzeczywistość, że nie wspomnę o identyfikacji z główną bohaterką. Ale jeśli się im to uda, cóż, doświadczenie warte jest ryzyka, macie na to moje słowo.

Czytam dużo science fiction, z upodobaniem, i bardzo rzadko mam wrażenie spotkania z czymś oryginalnym. Wciąż te same archetypy, te same pieśni, swojskie kształty, znajome barwy, utarte szlaki. A opowieść Breq, nawet jeśli z łatwością możemy odnaleźć w niej znane tropy – przyjaźń, zemstę, chęć odkupienia – jest świeża, ekscytująca i na dodatek obiecuje więcej, bo w zamierzeniu Ancillary Justice, opowiadająca pewną zamkniętą historię, jest też pierwszym tomem trylogii. Czekam z niecierpliwością na Ancillary Sword.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Lauren Beukes „The Shining Girls” (2013)


W rozmowie o “The Fall” – niedawno wyemitowanym miniserialu kryminalnym BBC z Gillian Anderson w roli bezkompromisowej pani inspektor (zajrzyjcie po notkę do Noidy) – znajoma poskarżyła mi się, że po raz kolejny zbyt wiele uwagi poświęca się zabójcy. Scenarzyści pieszczą się z jego przeszłością, frustracjami czy życiem rodzinnym, kontekstualizują i wyjaśniają zbrodnie, podczas gdy zabijane kobiety sprowadzane są do roli ofiary, tylko i wyłącznie, i pojawiają się w jednej-dwóch scenach, żeby w końcu zostać nazwiskiem i zdjęciem na policyjnej tablicy. To nie w porządku, żeby morderca był główną postacią, bohaterem historii.

Z podobnego założenia wyszła Lauren Beukes, autorka „Zoo City,” w swojej nowej powieści. „The Shining Girls” jest historią o podróżującym w czasie seryjnym mordercy i tytułowych dziewczynach, które miały nieszczęście go spotkać – w tym o Kirby Mazarachi, jedynej ocalałej, która postanawia sama wyjaśnić zagadkę swojego „morderstwa.” Mam nadzieję, że nie odstraszy Was taki zarys fabuły, bo, jak rozumiem, hasło „podróżujący w czasie seryjny morderca” nie u wszystkich wywołuje podobną reakcję, jak u mnie („hm, tak, interesujące”).

The Shining Girls” są bardzo wciągające. Na początku chcemy się zorientować, czego właściwie jesteśmy świadkami, później chcemy dowiedzieć się, jak się dzieje to, co się dzieje, ale im dalej w książkę, tym bardziej obchodzi nas jedno – żeby Kirby znalazła sprawiedliwość. Dla siebie i wszystkich innych kobiet – Alice, Zory, Willie, Margot, Catherine, Jin-Sook, Jeanette, a nawet Etty. Krótkie rozdziały oraz przeskoki w czasie (akcja rozgrywa się w Chicago – drugim obok jaśniejących dziewczyn bohaterze powieści – na przestrzeni lat pomiędzy Wielkim Kryzysem a początkiem lat dziewięćdziesiątych i zdecydowanie powinniśmy zapomnieć o chronologii podczas lektury) i pomiędzy perspektywami różnych postaci przydają narracji dynamiki.

Beukes postawiła na brutalny realizm, nic nie zostaje nam oszczędzone, a dodatkowym ciosem w czytelniczy splot słoneczny jest to, że po poznaniu kolejnej interesującej dziewczyny, jej marzeń, problemów, ambicji i planów (autorka powiedziała w którymś wywiadzie, że mogłaby napisać osobną książkę o każdej ze swoich bohaterek – i mogłaby), zostajemy świadkami jej śmierci, świadkami zmuszonymi patrzeć na nadchodzący koniec jej oczami. Ten zdecydowanie udany zabieg – szkicowanie bohaterek jeśli jeszcze nie pełnokrwistych, to z ogromnym potencjałem, i przyjmowanie perspektywy ofiary w scenach przemocy – przewraca do góry nogami typowy schemat z kryminałów, gdzie ofiara jest niewiele więcej niż pretekstem, który umożliwia pisarzowi czy pisarce grzebanie w bebechach człowieczeństwa, stawianie diagnoz o stanie społeczności i państwa albo po prostu pokazanie wrażliwości i determinacji bohatera.

Tymczasem na antagoniście Beukes dokonuje zabiegu odwrotnego. Harper Curtis jest nikim. Ot, jednym z wielu mężczyzn, których wojna wypluła z powrotem i których Wielki Kryzys wyrzucił na ulicę. Bezrefleksyjne używa siły i sprytu, brak empatii i skłonność do okrucieństwa przejawiał od młodego wieku, nie ma w nim żadnej tajemnicy, żadna intrygująca myśl nie kołacze się po jego głowie, jest brudnym pępkiem swojego brzydkiego świata. I dlatego, po pewnym czasie, rozdziały, w których narracja przyjmuje perspektywę Harpera, stają się coraz cięższe i nudniejsze do czytania. I tak, jak jestem pod wrażeniem takiej kreacji mordercy – zarówno ze względu na jej konsekwencję, jak cel i wymowę – to jednak trochę odbija się ona książce czkawką.

Nie jest to jedyny zarzut, jak mogłabym podnieść wobec „The Shining Girls,” ale nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły fabularne dotyczące zaskakującego potraktowania niektórych postaci i nieco konfundującego zakończenia (wiem, co autorka chciała tu zrobić, ale chyba nie do końca się udało), a koniec końców i tak chciałabym tę powieść polecić. „The Shining Girls” zbiera gorsze recenzje od wielu słabszych powieści tego lata, bo bardzo wiele obiecuje i nie ze wszystkiego potrafi się wywiązać, ale i tak zanurzenie się w zmieniającą się na przestrzeni lat obyczajowość dwudziestowiecznej Ameryki i towarzyszenie zaciętej Kirby w jej podróży do odzyskania normalności jest warte kilku godzin naszej uwagi.

piątek, 28 czerwca 2013

„The Ocean at the End of the Lane” (2013) Neil Gaiman

SPOILERFREE

 

Nie czekałam na nową powieść Gaimana, bo tak, jak dla pisarza-celebryty mam sporo sympatii, tak z jego książek, z braku lepszego określenia, wyrosłam. Kiedyś, dawno-dawno, przy pierwszej lekturze, byłam zachwycona „Gwiezdnym pyłem” i „Nigdziebądź,” zwłasza „Nigdziebądź” - uch, och, urban fantasy, ale z czasem okazało się, że nie mam chęci czy potrzeby ponownej lektury i pierwotna magia obu tych powieści zupełnie się rozproszyła. (Powrót do „Nigdziebądź,” z okazji powstania w studiu BBC4 słuchowiska z Jamesem McAvoyem, Natalie Dormer, Sophie Okonedo i Benedictem Cumberbatchem, zakończył się dla mnie ogromnym rozczarowaniem.)

Żadna z kolejnych książek Gaimana nie zrobiła już na mnie większego wrażenia, ot, przyjemna lektura, zgrabny pomysł, gdzieniegdzie uśmiech czy zdanie tak okrągłe, że czystą przyjemnością jest samo obracanie go na języku, aż straci znaczenie i zostanie samą formą. Lepszy, pełniejszy, bardziej udany jest dla mnie Gaiman w opowiadaniach.

A jednak skusiłam się na „The Ocean at the End of the Lane.” Raz, że wszędzie podkreślano, że to powieść skierowana do dorosłych (wrócę jeszcze do tego), podczas gdy wcześniej rozróżnienie brzmiało raczej książki Gaimana/książki Gaimana dla dzieci. Dwa, że powieść miała coś w rodzaju rzymskiego triumfu we wczesnych recenzjach i to nie tylko w kręgach okołofantastycznych. Jak to ujął jeden z moich znajomych, kiedy to Gaiman z figury kultowej stał się pisarzem fetowanym przez BBC i Guardiana? Zwyczajnie byłam ciekawa, znacie przysłowia o ciekawości.

„The Ocean at the End of the Lane” właściwie nawet nie jest powieścią, a długą nowelą, którą spokojnie może przeczytać w jeden wieczór. Szacuję ją tak na trzy kubki herbaty. Mnie lektura zajęła zdecydowanie dłużej, bo książka nie potrafiła utrzymać mojego zainteresowania i co chwila ją odkładałam.

Narrator, mężczyzna po pięćdziesiątce, wraca z pogrzebu w rodzinnym miasteczku i zamiast pojechać na stypę, gdzie wszyscy go oczekują, odwiedza miejsce po domu swojego dzieciństwa, a następnie jedzie dalej „do końca drogi,” na farmę, gdzie mieszkała jego przyjaciółka Lettie, zanim wyjechała do Australii. Tam, nad brzegiem stawu, który Lettie nazywała oceanem, wracają do niego zapomniane wydarzenia z czasów, kiedy miał siedem lat.

W „The Ocean at the End of the Lane” nie brakuje strachów i niezwykłości, wychylających się zza twarzy i rzeczy codziennych, było nie było jest to wręcz znak firmowy Gaimana, ale żeby do nich dotrzeć, musimy przebrnąć przez ekspozycję, a ta zajmuje mniej więcej jedną trzecią książki (cieniuchnej, ale mimo wszystko) i tutaj zaczynają się schody. Oto poznajemy chłopca, który woli powieści od rówieśników, jego borykającą się z problemami finansowymi rodzinę (przede wszystkim ojca) i realia życia na angielskiej prowincji w latach sześćdziesiątych. O ile chłopiec i rodzina są jakby wzięci prosto z dziesiątek podobnych historii, to czasy, w których żyją, bardzo żywo by mnie zainteresowały, gdyby nie to, że pierwszoosobowy narrator, w gruncie rzeczy zamknięty w małym, dziecięcym światku, pokazuje je w bardzo wąskiej perspektywie.

Nie pomaga też to, że całość jest podana w gęstym i zawiesistym sosie nostalgii. I to nie jest tak, że ja nie potrafię przyjąć na czas lektury tego spojrzenia – człowiek się tyle książek naczytał, że może z równą łatwością spojrzeć na świat oczyma i Muminka i Maximiliana Aue – ale go nie kupuję, czy to dlatego, że sama dzieciństwa jako mitycznej krainy niewinności nigdy nie widziałam, czy dlatego, że Gaiman w opisie kompletnego rozdziału świata dzieci, wolnych i niewinnych, i dorosłych, figur z pełnią władzy i autorytetu, jest nieprzekonujący. Jedną z moich ulubionych powieści, gdzie narrator opowiada historię z perspektywy dziecka, jest „Tatty” Christine Dwyer Hickey (bardzo, bardzo zachęcam do przeczytania, chociaż książka może być u nas trudno dostępna, mnie wpadła w ręce, kiedy wyjątkowo deszczowy dzień zatrzymał mnie w irlandzkim hostelu), gdzie dla głównej bohaterki podstawowym punktem odniesienia w świecie dorosłych również jest ojciec. Rezolutna Tatty, stykająca się z „dorosłymi” problemami i zaczarowująca rzeczywistość na swój własny sposób, mówi głosem, w który potrafię uwierzyć, bohater Gaimana głosem nie dość indywidualnym (bohater jako drzwi do świata powieści dla czytelnika nie zawsze się sprawdza) i bardziej niosącym tezę („Adults follow paths. Children explore.” „I do not miss childhood, but I do miss the way I took pleasure in small things, even as greater things crumbled.” „Adult stories never made sense, and they were slow to start. They made me feel like there were secrets, Masonic, mythic secrets, to adulthood.” „As we age, we become our parents; live long enough and we see faces repeat in time.”), niż żywym. Dla mnie, bo raczej nie dla Neila Gaimana.

W tym też znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego książka jest tak bardzo reklamowana jako rzecz dla dorosłych, kiedy w samej warstwie fabularnej nie ma niczego, co nakazywałoby ograniczenia wiekowe – dzieci czy młodzież, której blisko do dzieciństwa, nigdy na to dzieciństwo nie spojrzą z nostalgią.

Kiedy wreszcie docieramy do fantastycznych zdarzeń, okazuje się, że i one są podporządkowane opowieści sentymentalnej dorosłego człowieka, i na pocieszenie zostają nam udane, urokliwe drobiazgi – jakiś trafiony opis, jakieś drapieżne zdanie, jakiś niespodziewanie celny moment realizmu, jakaś możliwość na pociągnięcie tej historii głębiej. Może gdyby Gaiman zdecydował się raczej na szczegółowy szkic, zamiast na szerokie i kolorowe pociągnięcia pędzla, może gdyby zapisał ze dwa razy więcej stron, poświęcił więcej czasu bohaterom drugiego planu, może, może, może... Ktoś w Internecie skomentował, że po przeczytaniu „The Ocean at the End of the Lane” nie wiedział, co myśleć, dopóki nie zrozumiał, że tu nie chodzi o myślenie, a o (u)czucie. I ja właśnie tej książki w ogóle nie czuję.

środa, 17 kwietnia 2013

detektywistyczno-przygodową na pograniczu urban fantasy, steampunku i pastiszu. Materiału poglądowego w postaci „The Constantine Affliction” dostarczył T.Aaron Payton (nom de plume Tima Pratta).

1. Zastaw pułapkę. Miej intrygujący punkt wyjścia. Wprowadź ukochaną przez popkulturę postać, z którą czytelnicy będą sympatyzowali i której potraktowania w twojej historii będą ciekawi (i natychmiast przesuń ją na drugi plan, przecież nie może odwracać uwagi od twoich oryginalnych bohaterów - chociaż sią średnio oryginalni, bo Jack The Ripoff to twoje drugie imię). To nie wiedza tajemna, że czytający ludek to masochiści, a co mogłoby ich zaboleć bardziej niż książka, która mogła być niezła, a nie jest? Będą przeklinać ziemię, po której stąpasz, będą przewracać oczami, ale doczytają do końca.

2. Think big. Czemu twoja książka miałaby ograniczać się do jednego gatunku pulpowej literatury? Przecież możesz zmieścić je wszystkie! Powieść detektywistyczna! Wiktoriański romans! Comedy of manners! Steampunk! Chandler! Christie z Poirotem! Zbastardyzowany Dickens! Urban fantasy! Historia alternatywna! Powieść gotycka! Kto! Da! Więcej! Okraś szczodrze tę wyborową mieszankę popkulturowymi odniesieniami. Mogą być powiązane z konwencjami, które tak radośnie (bo nie kreatywnie, kreatywność twoim wrogiem, możesz nią kogoś przestraszyć czy coś) wykorzystujesz, ale takie zupełnie od czapy np. z "Apocalypse Now" też są w porządku. Brainy Quote twoim przyjacielem.

3. Charakterystyce postaci poświęć pięć minut. Nie więcej! Niech twój główny bohater będzie prowadzącym skandaliczny tryb życia lordem z problemem alkoholowym i zamiłowaniem do zagadek kryminalnych. Niech jego żona będzie zawadiacką blond pięknością o złotym sercu. Niech twoja główna bohaterka będzie niezależną młodą kobietą z tupetem i lekkim piórem. Niech antagonista będzie absolutnie amoralny. I tyle. Kropka. Dzięki tej prostocie, jeśli zajdzie taka potrzeba, każdej z postaci możesz przypisać właściwie dowolną cechę i zachowanie, jeśli fabuła będzie tego wymagała. Kogoś dziwi, że młoda niezależna kobieta ląduje po trzech dniach znajomości praktycznie zaręczona z wysoko funkcjonującym alkoholikiem? Jego problem. A niuanse są dla słabych.

4. Nie pisz postaci wiktoriańskich. Co z tego, że to Wiktorianie? Ta cała wiktoriańska moralność jest nudna i trudna, i trzeba do niej zrobić research. Zostaw szafaż. Wystarczy, że twoi bohaterowie będą sobie mówili per „my lord” i „my lady”, ktoś czasem dygnie i wspomni się mimochodem, że są jak na swoje czasy nowocześni. O tym, że jak na nasze czasy też są całkiem nowocześni wspominać nie trzeba, może nikt nie zauważy.

5. Pokaż, że jesteś zabawny i błyskotliwy. Jeśli będziesz mrugał do czytelnika w co drugim zdaniu, sięgał po sarkazm w co trzecim, a w co piątym wrzucał popkulturowe nawiązanie, nawet najbardziej oporny czytelnik się zorientuje. Poza tym, wprawdzie nie każdy może być Terrym Pratchettem albo Nickiem Harkawayem (patrz pod: autentycznie zabawni autorzy), ale im więcej dowcipów, tym większa szansa, że któryś będzie śmieszny. Knock yourself out.

6. Nie wchodź w szczegóły. Skoro umieściłeś akcję swojej powieści w fantastycznej, dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości, gdzie krzyżują się nauka i alchemia, a choroba może spowodować zmianę płci, wystarczy, że będziesz odpowiednio często powtarzać, że akcja rozgrywa się w fantastycznej, dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości, gdzie krzyżują się nauka i alchemia, a choroba może spowodować zmianę płci. Ewentualnie dorzuć jeszcze informację, że ludzie oświetlają domy alchemicznymi kulami. I powtórz ją ze trzy razy. Z pewnością zaspokoi to ciekawość najbardziej wymagającego czytelnika.

7. Ekspozycja zawsze utrzyma zainteresowanie czytacza. Niech twoi bohaterowie ze szczegółami opowiadają sobie o tym, co właśnie przeżyli. Niech wymieniają się uwagami dotyczącymi podstaw funkcjonowania ich świata. Niech postacie z drugiego planu bez wyjątku dorównują gadatliwością rpgowym NPCs, którzy witają gracza na początku jego podróży po tej czy innej pikselowej krainie i już z daleka wyglądają na takich, którym się gęba nie zamyka. A trzy rozdziały dla Głównego Złego na opowiedzenie o swojej niegodziwości to akurat w sam raz.

8. Dodaj Wielkich Przedwiecznych. Patrz punkt drugi. Wszystko inne już dodałeś, nawet królową, a wielka kulminacja musi być odpowiednio wielka. A jeśli przy okazji upchniesz jeszcze jeden popkulturowy żarcik, tym lepiej!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Napisz do mnie!