kultura bez tabu jest kwadratowym kołem

Filmowo

niedziela, 15 czerwca 2014

Notka bez spojlerów, bo Frank do polskich kin (pewnie całych trzech) ma trafić dopiero w lipcu.

Nie poleciałam do Londynu, żeby chodzić do kina (przypominam, do kina jeździ się do Pragi – klik, klik), ale że los rzucił mi pod nogi gazetę z repertuarem, a po ładnych paru godzinach spędzonych w muzeach (w V&A mogłabym zamieszkać, ale Muzeum Historii Naturalnej w takim kształcie, jaki ma teraz, zrównałabym z ziemią – nie dość, że wystawy, mimo fascynującej tematyki, są zwyczajnie nudne i w gruncie rzeczy przekazują niewiele wiedzy, to jeszcze sklepy z pamiątkami zajmują prawie tyle samo miejsca, co ekspozycje, wtf) potrzebowałam odmiany, to machnęłam ręką i poszłam na Franka Lenny’ego Abrahamsona z Michaelem Fassbenderem, Maggie Gyllenhaall i Domhnallem Gleesonem.

Nie miałam wielkich oczekiwań wobec tego filmu, ale trailer zapowiadał zakręconą historię, a reakcje widzów i krytyków po Sundance były zdecydowanie pozytywne, więc mogłam przynajmniej liczyć na to, że nie będę żałowała, że nie zdecydowałam się na powtórkę X-Men: The Days of The Future Past (coś jest ze mną nie tak, daleka jestem od zachwytów nad nowymi X-Menami, a i tak mnie kusiło, żeby ich zobaczyć po raz trzeci, wtf2).

I jeszcze słowo o kinie, bo kryteria wyboru miałam proste – najtaniej i najbliżej – a trafiłam w bardzo fajne miejsce. Prince Charles Cinema koło Leicester Square obwołane zostało najlepszym kinem studyjnym w Londynie. Trudno mi się do tego odnieść, bo nie mam porównania, natomiast repertuar na najbliższe miesiące mają imponujący, od klasyki (Kubrick, Bergman, Miyazaki, co kto lubi) przez The Good Bad Movie Club (ekhm, to jest coś, co uprawiamy prywatnie) po sing-alongs (czy jak w przypadku Les Mis – weep-along), i po taniości. Jakby ktoś był w Londynie na dłużej, warto rozważyć wykupienie członkostwa i cieszyć się biletami po 4-8 funtów.

Ale, ale. Wróćmy do Franka. Umościłam się wygodnie w fotelu na małej sali – mała sala oznacza niewielki ekran i sześć rzędów foteli, człowiek się czuje niemalże jak na prywatnym pokazie, w czasie reklam można się opatrzeć ze wszystkimi współoglądaczami, po lewej dziewczyna ruda i śliczna, z nieodzowną w Londynie parasolką, po prawej nerd z IT z popcornem i najpewniej nerwicą natręctw, przed nami parka, oboje wysocy i przy kości, trzeba uważać na tych wysokich, bo jak siądą bezpośrednio przed tobą, to pół ekranu zasłonią ci ich głowy, te rzeczy. Umościłam, rozsiadłam i zapadłam się na półtorej godziny w krainę filmowej szczęśliwości.

Jon, aspirujący muzyk i tekściarz, na skutek zbiegu okoliczności (nieszczęśliwych lub szczęśliwych, zależy, z której strony na to spojrzeć) dołącza do Soronprfbs, zespołu tak awangardowego, że sami nie wiedzą, jak wymawia się ich nazwę. Poza ekscentrycznym frontmanem Frankiem, który nigdy nie zdejmuje wielkiej sztucznej głowy, i menadżerem zespołu Donem, członkowie zespołu traktują Jona raczej chłodno, ale ten jest tak uradowany, że w jego życiu zaczęło się coś – cokolwiek – dziać, że postanawia to zignorować. Zwłaszcza, że Jon jest pod wielkim wrażeniem Franka, a w czasie nagrywania nowego albumu, gdzieś hen na irlandzkim odludziu, grupa zaczyna zdobywać popularność za sprawą mediów społecznościach…

Tyle o fabule. W dziewięciu na dziesięć filmów o podobnym punkcie wyjścia, dostalibyśmy krzepiącą historię o młodym człowieku, który spotyka charyzmatyczną/niezwykłą/wybitnie utalentowaną jednostkę i pod wpływem tej znajomości, jakby się ona nie zakończyła, odnajduje własną drogę/własny artystyczny głos. Frank jest tym dziesiątym filmem.

Filmem zabawnym, slapstickowym, wzruszającym, mądrym, nieefektownym i oryginalnym, którego twórcy wyszli od prawdziwej postaci Franka Sidebottoma i bardzo rozsądnie zboczyli w stronę fikcji, żeby stworzyć uniwersalną opowieść (jakby ktoś był zainteresowany, to zredagowany fragment Frank: The True Story that Inspired the Movie Jona Ronsona opublikował The Guardian, klik).

Kiedy okazuje się, że Jon (w tej roli Gleeson, któremu na początku bardzo łatwo nam kibicować, w końcu ma taką codzienną twarz i jeszcze jego bohater używa Twittera tak, jak ludzie naprawdę używają Twittera, ewenement prze’państwa), żeby zrealizować swoje marzenia, jest skłonny ignorować więcej, niż tylko niegroźne dziwactwa swoich kolegów, sympatie widzów coraz bardziej przesuwają się w stronę innych postaci – przede wszystkim Franka. I tutaj powinien nastąpić pean na cześć Michaela Fassbendera, ale kiepska jestem w peanach. Aktor ukryty za groteskową namalowaną twarzą nie miał absolutnie żadnego problemu z zagraniem całej gamy emocji, sam zresztą określił to w kilku wywiadach wyzwalającym doświadczeniem. A to, czego doświadcza publiczność, to efekt Kuleszowa. Moglibyśmy przysiąc, że „mina” Franka zmienia się ze sceny na scenę.

Niespodziewanie i nieubłaganie Frank przeistacza się w opowieść o konsekwencjach naszych działań i wyborów, i to konsekwencjach, które ponoszą inni. Dodatkowo cały czas przewija się wątek różnego postrzegania – rzeczy, które Jon chce widzieć, a rzeczy, które ignoruje, podejście zespołu, dla którego środkiem, drogą i celem jest muzyka, a perspektywa z zewnątrz, w której dramatyczny przebieg wydarzeń jest przedmiotem błahej rozrywki, smutną farsą lub sprytną kampanią marketingową w nowych mediach.

Nie będę Wam wciskać, że Frank jest filmem wybitnym, bo nie jest. Jest za to filmem, który przez swoje przewrotne ogrywanie znanych motywów, konsekwencję i humor trafił do mnie, jak rzadko który. To czarna komedia, z rodzaju tych, które złamią ci serce.

Tagi: frank
13:13, fabulitas , Filmowo
Link Komentarze (3) »
sobota, 12 kwietnia 2014

The Grand Budapest Hotel (2014), reż. Wes Anderson, wyst. Ralph Finnes, Tony Revolori i cała plejada gwiazd różnego formatu, które wpadły do Goerlitz nakręcić parę scen, bo je reżyser ładnie poprosił. Poważnie, napisy końcowe czyta się jak listę gości którejś z gal sezonu nagród.

 O fabule piszę niewiele, ale dla wrażliwców - UWAGA SPOJLERY

 

The Grand Budapest Hotel może być moim ulubionym filmem Wesa Andresona, kto by się spodziewał.

Anderson opowiada swoje historie i, w niemal równym stopniu, bohaterów (bo przecież ich także opowiada, misternie składając skrawki i klisze, aż złapana zostanie chwiejna równowaga pomiędzy indywidualnością a archetypem, ale to temat na osobny wpis do napisania przez kogoś innego) poprzez przedmioty – czy to będą papierosy Margot Tannenbaum czy walizki braci Whitman. W  The Grand Budapest Hotel w centrum intrygi znajduje się bezcenny, renesansowy obraz, ramy narracyjne wyznacza książka, charakter głównego bohatera streszcza nam butelka perfum – a to tylko początek, bo jeśli bierze się na warsztat odchodzący świat, to jego granice w czasie wyznacza upadek idei i niszczenie rzeczy.

Zresztą ten odchodzący świat należałoby wziąć w nawias tak, jak to robi reżyser, kiedy w pierwszych scenach filmu pokazuje nam, że mamy do czynienia z narracją po trzykroć niewiarygodną. Oto dziewczyna czyta książkę pod pomnikiem Skarbu Narodowego, ziiiit, przenosimy się w czasie do dni, w których Skarb Narodowy, wówczas jeszcze zwykły pisarz, z przeszkadzającym wnuczkiem i remontem w mieszkaniu, pisze swoją powieść, ziiiit, cofamy się lata wcześniej, kiedy trapiony depresją czy inną niemocą pisarz spotyka Zero Mustafę w podupadłym hotelu, ziiiiit, kolejne kilkadziesiąt lat do tyłu i gołowąs Zero rozpoczyna pracę w różowym jak sen sześciolatki hotelu Grand Budapest, poznaje concierge'a Gustave'a H. i pakuje w nieliche tarapaty... co widzimy? Wydarzenia tak, jak miały miejsce? Pamięć Zero o nich? Kreację pisarza? Czy może wyobrażenia młodej czytelniczki? Ha.

W dodatku, mimo dat, geografii i panoszącej się Wielkiej Historii, w których rozpoznamy nasz kawałek Europy i, między innymi, jego cesarsko-królewską spuściznę, Anderson zdecydował się umieścić akcję w fikcyjnej, chociaż swojsko brzmiącej, republice Żubrówki, pokazał nazizm, ale nigdy go nie nazwał, i wrzucił w lata trzydzieste garść bardzo współczesnych nawiązań z pewną nie do końca udaną obelgą na czele. A to wszystko w swoim niepowtarzalnym stylu (dużo różu i pasteli, symetria, przedmioty z przeszłością i przedmioty znaczące, zderzenie wizualnej nostalgii z pozbawionym zwykle sentymentalizmu przedstawieniem postaci), który jeszcze bardziej podkreśla umowność wszystkiego, co widzimy.

I gdyby to było wszystko, obejrzałabym The Grand Budapest Hotel dla czystej estetycznej przyjemności, nacieszyłabym się naszpikowaną konwencjami fabułą (i radosnym stawianiem tych konwencji na głowie), pośmiała z prawdziwie koszmarnej poezji i bez żalu zwróciła swoją uwagę ku kolejnemu filmowi czy książce. Tak się nie stało, bo ujęły mnie niesamowicie dwie rzeczy.

Jedną jest kilkukrotne zaznaczenie, że kiedy opowiadamy jedną historię, inne – być może równie ważne, być może ważniejsze – pozostają nieopowiedziane. Kiedy pisarz pyta Zero, czy wraca do hotelu, żeby uczcić pamięć Gustave'a, ten dość niespodziewanie zaprzecza. Zupełnie inny sentyment sprowadza go z powrotem rok po roku. I jest też całe wcześniejsze życie Zero – w typowy dla Andersona sposób żart o zachowaniu w czasie przesłuchania jest nie tylko żartem, ale i mgnieniem zupełnie innej, ukrytej, przemilczanej historii.

Drugą, która kupiła mnie już do reszty, jest scena bardzo podobna w strukturze, bo będąca żartem i nie-żartem jednocześnie. W ciągu perypetii następuje scena, kiedy Gustave ucieka z więzienia, a na wolności czeka na niego Zero. I okazuje się, że chłopak nie znalazł bezpiecznej kryjówki i transportu, i co gorsza zapomniał przynieść ulubionych perfum Gustave'a. Kropla przelewa czarę (perfumy to znak próżności concierge'a, ale i znak kultury) i Gustave pozbawiony przywileju, który uznawał za coś oczywistego, za zwykłą, drobną wygodę, wybucha ksenofobiczną tyradą. Zaraz – zawstydzony odpowiedzią Zero – przeprasza, jest w końcu dobrym w gruncie rzeczy człowiekiem, ale my, widzowie zobaczyliśmy przez chwilę tę brzydszą twarz „cywilizowanej” Europy.

I nie wiem, jak wy, ale ja kocham kino właśnie za takie momenty ostrego widzenia.

sobota, 01 czerwca 2013

Nie mam zbyt wiele do powiedzenia o Star Trek: Into Darkness, więc będzie krótko. Pierwszymi wrażeniami podzieliłam się na Twitterze:

 

Btw mój Twitter odżył wraz z drugą połową siódmego sezonu Doktora i stopniowym pochłonięciem mnie przez fandom Hannibala, więc jak kogoś interesuje tak bardziej na bieżąco, jaka kultura zajmuje mi czas, to tam może sobie sprawdzić. A wracając do Star Treka (SPOILERS AHEAD! maybe?) -

 

  • Nie pomyślałabym, że przemówię jednym głosem ze starymi fanami narzekającymi na to, jak zachowawczy jest nowy ST i jak przykro się na to patrzy, skoro jest spadkobiercą serii bardzo jak na swoje czasy progresywnej. A jednak. Sama jestem poniekąd dzieckiem TNG (dzięki, Tato) i jest mi smutno.

  • O postaciach kobiecych i men/women ratio wszystko, co trzeba, napisała Hello, tailor tutaj.

  • Mam wrażenie, że robienie filmów dla wszystkich (PG 13) jest coraz bardziej robieniem filmów dla nikogo. Na seans, na którym byłam, trzynastolatkowie nie trafili, więc to dorośli ludzie, których już ograbiono z filozoficznej nadbudowy ST (fy J.J.Abrams!), zostali zmuszeni do obejrzenia konfliktów pomiędzy bohaterami emocjonalnie na poziomie wczesnego gimnazjum.

  • Propsy za zabawę z dialogami z Gniewu Khana.

  • Zbliżenia na przerażone/zasmucone twarze kolejnych szeregowych członków załogi Enterprise (członków, dodajmy, którzy do tej pory uwijali się w tle i w ogóle nie było ich widać) w kolejnych dramatycznych momentach, mogłyby być podstawą kolejnej alkogry pt. Who the fuck is that & where did he/she come from?

  • Chciałam tutaj napisać, że za mało mi było Uhury, Chekhova, McCoy'a i Scotty'ego, ale przecież wcale nie dostali mniej czasu niż w poprzednim filmie. Po prostu wtedy ich (w niektórych przypadkach – na nowo) poznawaliśmy, a tutaj już wiemy, kto zacz, więc to, że zupełnie nie ma rozwoju postaci, widać wyraźnie, oj, widać. Saldana pięknie nie płacze i posyła bohatera do boju, Yelchin głównie biega, Urban się krzywi i ratuje dzień, na całe szczęście Simon Pegg dostał coś do roboty.

  • Czy to tylko mnie się tak wydaje, czy ST 2009 był zabawniejszy?

  • Brytyjscy aktorzy to bestie. Pamiętacie, jak Rebecca Hall bezpardonowo ukradła Benedictowi Cumberbatchowi (uszkodzonemu przez chomicze policzki i farbę do włosów) „Parade's End”? Tutaj to Cumberbatch pozamiatał. Shut your face Kirk, Khan mówi!

  • A jeśli już jesteśmy przy Kirku, tym razem ekipie udało się sfilmować Chrisa Pine'a tak, że nie wygląda, jakby był permanentnie naćpany, co mocno utrudniało mi oglądanie jego pierwszego występu w ST.

  • Kontynuując z pozytywami, wszystkie potyczki w kosmosie były odpowiednio epickie. Mogę godzinami oglądać kosmiczne bitwy, z redshirtsami wysysanymi w próżnię i wybuchającym sprzętem na mostku. To może być dla niektórych zaskakujące, ale ja w gruncie rzeczy bardzo doceniam takie proste przyjemności.

  • Sprytne było odwrócenie ról Spocka i Kirka – w każdym razie dla znających oryginalną historię, i nawet wyzerowanie ostatecznego poświęcenia w mniej więcej dziesięć minut tego nie zepsuło.

  • A jednak świadomość, że żadnemu z głównych bohaterów nic, ale to nic się nie stanie, negatywnie wpływa na odbiór filmu. Po pierwsze, bardzo mi się nie podoba, że śmierć w popkulturze zrobiła się ostatnimi czasy taka błaha, po drugie, skończyło się to tak, że najbardziej było mi żal biednego tribbla, bo nie jestem przekonana, że zdecydował się oddać swoje ciało nauce. Ale i on na tym źle nie wyszedł, więc.

  • Czy po całym moim narzekaniu, uwierzycie, że wcale nieźle bawiłam się w kinie?

piątek, 25 stycznia 2013

Notka courtsey of Szprota, która zabrała mnie we wtorek do kina

Nędznicy, reż Tom Hooper, scen. William Nicholson, wyst. Hugh Jackman, Russell Crowe, Anne Hathaway, Helena Bonham Carter, Sascha Baron Cohen, Amanda Seyfried, Eddie Redmayne i inni

 

Ja wiem, że musicalowa wersja Nędzników jest sławna na cały świat i pewnie, gdybym się skupiła, sama potrafiłabym powtórzyć z pamięci słowa I Dreamed a Dream, ale i tak jakoś nie mogę potraktować jej inaczej niż jako kolorowej ilustracji do książki, igraszki-addendy, rozrzuconych wśród morza tekstu stron z grafikami Bayarda*. Paradoksalnie, to dobrze, bo nie przejmuję się ani cięciami fabuły, ani dopasowaniem jej do musicalowego formatu, ani przesunięciem akcentów.

Obsada nie rozczarowuje, nawet Russell Crowe, co do którego występu miałam największe obawy (bardzo mi ten casting na Javerta nie pasował, a tu niespodzianka – jego interpretacja Javerta dalej się rozjeżdża z moimi wyobrażeniami i oczekiwaniami, ale ładnie wyszło i wokalnie też przyzwoicie). Może nie wszystkie wykonania rzucają na kolana, ale wszyscy potrafią śpiewać**, tutaj kudos szczególnie dla Hugh Jackmana, Anne Hathaway i Eddiego Redmayne’a.

Wizualnie nie ma się do czego przyczepić***, ba, bardzo dobrym pomysłem było zachowanie pewnej teatralności scenerii i wnętrz, przy jednoczesnym ograniczeniu musicalowej maniery w grze aktorskiej – na tyle, na ile się dało, z takim solilokwium Valjeana niewiele można zrobić. Nie mogę tutaj nie przyklasnąć decyzji reżysera, żeby aktorzy śpiewali na planie w trakcie gry, zamiast dogrywać partie wokalne w studio, jak to się robi normalnie. Może ten czy inny dźwięk brzmi bardziej chwiejnie, ale wiarygodności interpretacji wyszło to na dobre.

Przyznaję, seans trochę mnie zmęczył, nie wiem, czy dlatego, że utrzymana została formuła oryginału (sing-through), a w kinie nie ma co liczyć na antrakt, czy dlatego, że weszłyśmy dość późno na salę i wylądowałyśmy prawie pod samym ekranem, ale chętnie zobaczę wersję Hoopera jeszcze raz czy dwa. Póki co, zapałałam chęcią ponownej lektury powieści Hugo i zajmując się domowymi obowiązkami pogwizduję sobie Do you hear the people sing, bo co innego ja bym mogła pogwizdywać.

A na koniec trzy rodzynki -

Mała Cosette z miotłą. Żadna adaptacja Nędzników bez tego obrazka, nie powinna uczciwie nazywać się adaptacją Nędzników. A jeśli już jesteśmy przy Cosette, to będę wyglądać w najbliższych latach twarzy Isabelle Allen i Daniela Huttlestone'a na srebrnym ekranie, bo oboje debiutanckim występem w filmie Hoopera weszli do oficjalnego grona najbardziej utalentowanych aktorów dziecięcych.

Javert pewnie spacerujący na wysokości przy samych krawędziach (i szerzej – w ogóle ustawianie Javerta wysoko, nad innymi postaciami, szczególnie Valjeanem). Metafora moralnej nieskazitelności i, oczywiście, wyższości (a tak się przecież widzi królewski inspektor) przełożona na obraz. Prosty, błyskotliwy pomysł.

Długie zbliżenia na twarze aktorów w trakcie śpiewu. Musical Nędznicy to epickie widowisko. Epickie. Widowisko. Tymczasem ten prosty zabieg – chwilowe odcięcie świata, wręcz wyjęcie aktorów z jakiegokolwiek tła, i skutkujące skupienie tylko i wyłącznie na pojedynczych bohaterach i ich emocjach – nadał mu wymiaru kameralnego i osobistego. Znowu, posunięcie genialne w swojej prostocie.

 

 

* Inaczej jest w przypadku musicalu NMDP, który traktuję śmiertelnie poważnie.

** Co w przypadku wysokobudżetowych adaptacji musicali wcale nie jest takie oczywiste, a że nie każdy może być Mamma Mią...

*** Coś czuję, że tutaj nominacje zamienią się w Oskary.



niedziela, 04 listopada 2012

Shadow Dancer, reż. James Marsh, wyst. Andrea Riseborough, Clive Owen, Gillian Anderson, David Wilmot, Aidan Gillen

W środę przed Skyfall Multikino wyświetliło nam standardowe pół godziny reklam i garść trailerów. Było to jak zwykle bardzo pouczające. Dodzieliśmy się, że Artur Żmijewski jest jednak aktorem, a nie prowincjonalnym księdzem; że na froncie polskich komedii bez zmian (wciąż srogo, nie pytajcie); i że istnieje taki film jak Shadow Dancer. Shadow Dancer... Shadow Dancer... czy ja gdzieś o tym nie czytałam? Czy nie przypadkiem w sierpniowym Empire? I czy autor recenzji o mało co się tam nie zachłysnął z zachwytu?

Przypomniałam sobie kilka z tych zachwytów i wyszło mi, że to film jakby skrojony pod mój gust. Może pamiętacie, zdaje się coś w ten deseń mówiłam ostatnio o Tinker Tailor Soldier Spy. Jest więc Shadow Dancer kameralnym filmem szpiegowskim, gdzie zamiast ekscytującej pogoni po dachach Wielkiego Bazaru w Stambule serwuje się nam na przystawkę, danie główne i deser rzeczywistość przyziemną i brzydką (ale pięknie sfilmowaną). Tak, oczywiście, że poszłam do kina.

 

 

Jest rok 1993, IRA podkłada bomby, organizuje zamachy, przeprowadza egzekucje, równocześnie trwają rozmowy o zawieszeniu broni pomiędzy Sinn Féin i przedstawicielami brytyjskich władz. Colette McVeigh, bojowniczka IRA i, czy może – a przede wszystkim córka, siostra i (samotna) matka, zostaje zmuszona do współpracy z MI5. Mija pierwsze dziesięć minut filmu, może kwadrans, i już wiemy – z ruchu kamery, palety kolorów i natężenia światła, z słów, które nie padają – że to nie będzie historia ze szczęśliwym zakończeniem.

Shadow Dancer nie należy do filmów, które zdradzają nam, co się dzieje w głowach ich bohaterów. Czyny i rozmowy markują kolejne przemilczenia. Wszyscy – pracownicy Służby Bezpieczeństwa, bojownicy IRA i członkowie ich rodzin – są nauczeni przez doświadczenie strzeżenia sekretów. Jeśli nie dotrzymasz tajemnicy, zginiesz. Jeśli nie dotrzymasz tajemnicy, zginie ktoś, za kogo jesteś odpowiedzialny. Jeśli nie dotrzymasz tajemnicy, zginie ktoś, kogo kochasz. Ciągłe balansowanie na cienkiej linii pomiędzy prawdą a kłamstwem. Powiedzieć prawdę czy skłamać? Co mnie zabije? Prawda? Czy kłamstwo? Paranoiczny świat, a w jego sercu codzienność – dzieci, które trzeba zaprowadzić do szkoły, obiady, które trzeba ugotować, naczynia do pozmywania, urodziny do wyprawienia.

Andrea Riseborough jako Colette przekonała mnie od pierwszych minut, ta rola jest cała jej, od początku do końca, więc z łatwością przyszło mi kibicowanie głównej bohaterce i martwienie się o jej przyszłość. Dzięki powściągliwej, stonowanej grze Riseborough, jeszcze mocnej rezonują momenty większej ekspresjii u Colette – kiedy krzyczy na „opiekującego się” nią agenta, cieszy spokojnym popołudniem z rodziną czy kiedy jej ostrożny krok kogoś pchanego do przodu przez wydarzenia zastępuje krok zdeterminowanej kobiety.

Dopiero po seansie skojarzyłam, skąd znam tę aktorkę – a później jeszcze dodatkowo sprawdziłam i okazało się, że widziałam ją już w kilku produkcjach. Cała obsada składa się z aktorów może nie będących gwiazdami wielkiego formatu (z wyjątkiem Clive'a Owena, o nim za chwilę), ale zdolnych i cenionych. Obok Riseborough zobaczymy między innymi Gillian Anderson, która w ostatnich latach kolekcjonuje dobre role drugoplanowe (Miss Havisham w Wielkich Nadziejach, Mrs Castaway w The Crimson Petal and the White, Eleonor w How to Lose Friends & Alienate People), Aidana Gillena (Petyr Baelish z Gry o tron i Tommy Carcetti z The Wire, kompletnie go tutaj nie poznałam) i Davida Wilmota (Ripper Street, Dynastia Tudorów, The Guard).

Clive Owen gra w Shadow Dancer rolę Maca, agenta, który werbuje Colette, ale przypomina tutaj raczej tatusiowatego Clive'a Owena z tytułów obyczajowych, niż bohatera akcji z wielkich sensacyjnych produkcji. Twarz wymięta tak samo, jak ubranie, niewielki brzuszek, starannie wypastowane buty, bardziej ślepiący w papiery i ekran komputera urzędnik, niż (stereotypowo postrzegany) pracownik Secret Service, chociaż oczy dalej niebieskie a głos jak zawsze głęboki. Colette ufa Macowi, bo nie ma wyboru, stawką jest jej życie – on skrewi, ona zginie. Widzowie obserwujący jego zmagania widzą jego determinację i dobrą wolę, ale już w to, że ochroni Colette, mogą powątpiewać.

Historia Colette McVeigh rozwija się niespiesznie, ale niepowstrzymanie, aż do tragicznej konkluzji, która nie jest ani zrządzeniem losu, ani udowodnieniem tezy, ani znakiem czasów (film powstrzymuje się przed pokusą uogólnienia), tylko prostą konsekwencją wyborów dokonywanych przez bohaterów od pierwszych chwil filmu. Go n-éirí an bóthar leat, Colette.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Bez spojlerów, chyba że za spojlery uznamy oględne omówienie głównych tematów filmu, bez zdradzania szczegółów fabuły – zresztą, to Wam mogę powiedzieć, jeśli skończyliście osiem lat, to oglądając Brave nie szykujcie się na zaskoczenia

Brave jest filmem dla dzieci, który nie pretenduje do bycia czymkolwiek innym. Jest baśnią z quasi-średniowiecznymi realiami, rezolutną królewną w roli głównej i błędnymi ognikami, które, wbrew folklorowi, tutaj pomagają wejść bohaterom na właściwą drogę. To jedna z rzeczy, które bardzo mi się w niej podobają.

Kiedy film miał swoją premierę w Stanach i Wielkiej Brytanii, po internetach przetoczyły się dość przewidywalne dyskusje. Obserwowałam je jednym okiem i uderzyło mnie, kiedy już obejrzałam „Brave” jakieś półtora tygodnia temu, jak niewiele miały one wspólnego z „twardą” materią filmu. W zasadzie mogłyby się w całości odbyć jeszcze przed premierą, w oparciu o same materiały promocyjne.

Znaleźli się recenzenci (panowie, jakże by inaczej, a imię ich legion), którzy spienili się i zapłakali, że „Brave” jest opowieścią o relacji dwóch kobiet. No bo gdzie mężczyźni? Jak to tak? Gdzie uniwersalizm? Ciekawe, że narracja o konflikcie oczekiwań dziecka i rodzica jest dla niektórych uniwersalna tylko wtedy, kiedy bohaterem jest chłopiec. Mam nadzieję, że panowie recenzenci się swoją pianą zadławili, krytyka filmowa na pewno od tego nie zubożeje.

Znalazł się też recenzent, który poświęcił swój cenny czas na wysmażenie tekstu o preferencjach seksualnych królewny. Tak, tak, z całą powagą zastanawia się, czy Merida może być pierwszą disnejowską królewną-lesbijką. Wprawdzie intencje wspomnianego autora są jak najlepsze (czy nie byłoby pięknie, gdyby homoseksualne nastolatki dostały od popkultury, od mainstreamu, postać, z którą mogą się identyfikować?), ale.

Brave otwartym tekstem mówi o tym, że młoda dziewczyna powinna wejść w związek z osobą, którą wybierze, na swoich warunkach i wtedy, kiedy ona sama będzie na to gotowa, a nie kiedy będzie to od niej oczekiwane. (I w filmie jest to niejako wątek poboczny wobec ponownego zbliżenia i wzajemnego zrozumienia matki i córki – i związanych z nimi kwestii odpowiedzialności, dojrzałości, zdolności do kompromisu i szukania porozumienia.) Jeśli o mnie chodzi, to fantastyczny komunikat dla oglądających dziewczynek. I dla chłopców.

Merida nie dojrzała do seksualnej/romantycznej relacji i film jej seksualnością się nie zajmuje. Natomiast tak mocna obecność w recenzjach rozważań o seksualności i rolach płciowych ujawnia, jak wciąż, hm, problematyczne są to kwestie i jak bardzo nie potrafimy (my, kultura, nowoczesne zachodnie społeczeństwo) patrzeć na dziewczyny i kobiety inaczej, niż przez pryzmat ich tradycyjnej „biologicznej” roli w społeczeństwie.

Bo jeśli to, że bohaterka nie przystaje na wtłoczenie jej w ciasne ramy matczynych oczekiwań, a jej hobby są łucznictwo i jazda konna, a nie tkactwo i plecenie wianków (innymi słowy, chce być niezależna, wiecie, niezależność, ta cecha, którą tak cenimy u męskich bohaterów, nic a nic nie podejrzewając ich przy tym o pociąg do innych mężczyzn), to, że nie jest „tradycyjnie” dziewczęca, skłania kogokolwiek do rozważań, czy przypadkiem nie jest „inna” - homoseksualna, to jest to obraźliwe dla kobiet niezależnie od ich orientacji seksualnej.

Żeby jeszcze przemycić parę słów o filmie i o tym, dlaczego warto go zobaczyć. I animacja, i tła, i ścieżka dźwiękowa (chociaż napisane specjalnie do filmu piosenki niczym się specjalnie nie wyróżniają, ot, ładne są, najlepsza chyba ta Mumford and Sons z Birdy), cała ta bardziej techniczna strona jest pierwsza klasa, ale przyjemność oglądania najbardziej podnosi aktorstwo i rewelacyjnie dobrane głosy obu głównych bohaterek. Meridę gra zadziorna Kelly MacDonald, którą uwielbiam w każdej roli od czasów Trainspotting (poważnie, gdyby nie ona, to takiego The Decoy Bride nie obejrzałabym do końca, ugh, jaki to był słaby film), a królową nienaganna Emma Thompson (która jako jedyna z całej obsady nie mówi ze szkockim akcentem, co ma ciekawe implikacje dla postaci, jeśli ktoś zechce się nad tym pozastanawiać). Nie wiem, jak wyszedł polski dubbing, ale raczej nie liczyłabym na to, że dorówna wersji oryginalnej.

Jeśli kiedyś będę miała dziecko albo jakiś nieodpowiedzialny/zdesperowany dorosły pozostawi pociechę pod moją opieką (a ja nie zdążę uciec/wyłgać się, ewentualnie uznam tę akurat pociechę za urocze stworzenie, co też mi się zdarza), to Brave będzie filmem, który chętnie mu/jej pokażę i który sama z przyjemnością ponownie obejrzę. I dla postaci, i dla przygody, i dla humoru, i dla przesłania.

niedziela, 10 czerwca 2012

Królewna Śnieżka i Łowca (2012), reż. Rupert Sanders

SPOJLERY!

Kiedy królowa zapragnęła by jej dziecko było tak silne, jak róża, która zakwitła w zimowym ogrodzie, wiedziałam, że pokocham „Królewnę Śnieżkę i Łowcę”. Kiedy Śnieżka wyszła z wody bez jednego sińca czy zadrapania, wiedziałam, że to będzie trudna miłość.

(Sporo można powiedzieć o filmie fantastycznym na podstawie tego, jak traktuje zjawiska i elementy niemagiczne natury. Jeśli skaczesz ze sporej wysokości do wody, w nieznanym sobie miejscu, pośród ostrych skał, prosto w ogromne fale, które się o te skały rozbijają, to albo od razu zabijesz się na skałach niewidocznych pod wodą albo usłużna woda rzuci cię na skały, z których właśnie skoczyłaś/eś. Efekt jest jeden – topielica/topielec i to pokiereszowana/y. Chyba że jesteś bohaterką/bohaterem filmowym i zginąć nie możesz, wtedy naturalnym jest, że wyniesie cię nieprzytomną/ego na brzeg, z gustownie zaznaczonymi obrażeniami, jakąś szramą, krwawym sińcem na skroni. Być może, kiedy odzyskasz przytomność, będziesz musiał/a trochę pokrzywić się i potrzymać za żebra, albo poutykać. A ścigająca cię reszta świata jest przekonana, że nie żyjesz.

Tymczasem Śnieżka wychodzi z tej piekielnej wody, jak ze stawu i już wiadomo, że filmowcy za każdym razem poświęcą sens dla efektu – te wielkie, głośne, spienione fale były przepiękne.

Nie mrugnęłabym okiem, gdyby Śnieżkę wyniosła na brzeg przyjazna fala - więcej Miyazakiego! – albo uratował biały narwal – jeszcze więcej jednorożców! Ale to tak na zupełnym marginesie.)

Tak jak seans był bardzo przyjemny i dla samej wizualnej doskonałości filmu jestem w stanie przymknąć oko na wiele klisz (czego absolutnie nie byłam w stanie zrobić, oglądając na przykład Avatara), tak mam z „Królewną Śnieżką i Łowcą” jeden zasadniczy problem.

Cały czas miałam wrażenie, że scenarzyści nie do końca słuchali historii, którą sami opowiadali.

Ravenna opowiada o młodych królowych zastępujących stare – ona sama była kiedyś tą młodą królową i to nie z własnej woli. Źródłem siły i magii Ravenny jest jej fizyczne piękno. A jeszcze Theron gra królową nie tylko okrutną, ale i nieszczęśliwą. Śnieżka deklaruje, że jest wszystkim, czym królowa nie jest. Siła Śnieżki ma leżeć w jej pięknym, odważnym sercu. A jednym z przejawów wyjątkowości królewny jest jej moc uzdrawiania.

Widzicie tu potencjał na wspaniałą historię? Bo ja widzę i to tę historię chciałam zobaczyć (i łudziłam się, po tym wszystkim, co zostało przez Śnieżkę i Ravennę powiedziane, że ją zobaczę) na ekranie. Tymczasem Śnieżka wbija Ravennie nóż pod żebra i patrzy jej w oczy, dopóki ta nie wyzionie ducha. Młoda królowa zastępuje starą, już bez króla, a nowa władza ufundowana jest na morderstwie dokładnie tak, jak była stara.

Czy to nie zakrawa na ironię?

(W pierwszej wersji scenariusza, która bardzo, ale to bardzo różni się od ostatecznej – i chociaż jest śmieszna i straszna, to znalazło się w niej kilka interesujących pomysłów – królem, który bierze sobie młodą Ravennę jest ojciec Śnieżki. Szkoda, że nie zostawiono tego akurat rozwiązania fabularnego, zamiast robić z Ravenny plagę niszczącą kolejne królestwa za swoje dawne krzywdy.)

(Niby wiem, że Hollywood jest bardzo zachowawczy, ale po tym, jak królewna uderzyła Łowcę i zabrała mu sztylet, a potem nakrzyczała na trolla, żeby uratować życie towarzysza, a królowa miała zaczerwienione oczy, kiedy przejmowała pełnię władzy, miałam wielkie nadzieje. I się rozczarowałam.)

czwartek, 17 maja 2012

The Avengers (2012), reż. Joss Whedon, scen. Joss Whedon, Zack Penn, wyst. Scarlett Johansson, Robert Downey Jr., Samuel L. Jackson, Tom Hiddleston, Chris Evans, Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Jeremy Renner

Miałam przeczekać, aż przewalą się przez kina pierwsze tłumy fanów i popcornowców, ale że w niedzielę moja produktywność uderzyła o glebę (połączony efekt powrotu do domu o szóstej rano i paskudnej pogody), machnęłam na wszystko ręką i poszłam na „Avengersów”.

The party won't start 'till Loki walks in.

Bardzo bym chciała rozpisać pisk szczerego entuzjazmu tak na trzy do pięciu akapitów, ale nie potrafię. I trochę się boję, że moja mniej lub bardziej krytyczna analiza wątków, które uznałam za interesujące albo problematyczne będzie sprawiała wrażenie, że „The Avengers” niekoniecznie tak mi się podobali, jak to deklaruję. Możecie mnie sobie wyobrazić mnie piszczącą entuzjastycznie przez te trzy do pięciu akapitów? Doskonale.

A, byłabym zapomniała – SPOJLERY jak stąd na Manhattan.

Can you hold? I've got some ass to kick.

Jak na „Avengersów” czekałam z niecierpliwością, tak nie liczyłam na niespodzianki, więc tym bardziej ucieszyło mnie ta jedna jedyna. Przed filmem, oglądając kolejne trailery, nabrałam przekonania, że Czarna Wdowa wystąpi w roli kwiatka w butonierce przy całej reszcie wesołej i zdecydowanie męskiej kompanii, w dodatku wyposażonej w gadżety znaczniej lepiej od niej. Jakby tego było mało, występ Scarlett Johansson w drugim Iron Manie był w najlepszym razie nijaki – a też nic specjalnie do zagrania nie dostała. Tymczasem w filmie Whedona Czarna Wdowa ma nie tylko śliczną nową fryzurę, ale i charakter.

Za każdym razem, kiedy pojawiała się na ekranie, dostawałam większy lub mniejszy powód do radości. No hej, dziewczyna najpierw pokazuje, że w jej przypadku nic nie musi być takie, jak się wydaje, kiedy z pozycji ofiary – przywiązana do krzesła – tak naprawdę kontroluje przebieg wydarzeń. Potem oszukuje samego boga Kłamstw, jakby to była dziecinna igraszka, wykorzystując do tego swoją prawdziwą, bolesną przeszłość i wyobrażenia Lokiego o niej i jej motywacji, podczas gdy koledzy superbohaterowie tylko kłócą się i napinają mięśnie. Próbuje powstrzymać transformację Bannera w Hulka (a jeśli nie jesteś nordyckim bogiem z wielkim młotem lub posiadaczem prawie niezniszczalnej „zbroi”, pozostanie przy budzącym się potworze do ostatniej chwili wymaga ogromnej odwagi) i zajmuje się „problemem” Clinta tuż po wyczerpującej ucieczce przed wspomnianym Hulkiem – i fizycznie, i empatycznie, a w końcu zamyka portal i ratuje ludzi przed kosmitami, kiedy Iron Man zajmuje się ratowaniem ludzi przed ludźmi. Byle tak dalej.

Flexible hours, he said. Chance to meet interesting people, he said.

Czarna Wdowa Czarną Wdową, ale – tutaj zero niespodzianek – pół filmu, z rękami w kieszeniach, kradnie Robert Downey Jr w roli Tony’ego Starka. Tu nie ma się nad czym zastanawiać, Joss Whedon swojego Iron Mana rozpieszcza. Dał mu wszystkie najlepsze teksty, a jak na postać nałożyła się jeszcze naturalna charyzma RDJ, to dostaliśmy idealnego bohatera letniego hitu. Przyznam się, że na nowego Iron Mana czekam z równą niecierpliwością, co na nowego Thora, chociaż szczegóły historii pewnie znów ekspresowo mi ulecą z pamięci wyparte fajnością bohaterów.

„Avengersom” z pewnością nie zaszkodziło, że Whedon przy tych wszystkich milionach wydanych na efekty specjalne, zrobił film skoncentrowany na postaciach, nawet jeśli ich jednostkowe historie skromnie się prezentują. Mamy więc odpowiednio: Tony’ego Starka i jego wielki projekt i jeszcze większe ego, Kapitana Amerykę, który musi siebie i swoje ideały dostosować do obcej rzeczywistości, Thora wciąż grającego w tragedii o dwóch braciach i władzy, Bruce’a Bannera uciekającego od zielonej połowy swojej natury, Czarną Wdowę spłacającą długi i Hawkeye, któremu Loki daje osobisty powód do zemsty (zastanawiam się, jak odebrałabym część postaci nie mając w głowie wcześniejszej wiedzy komisowo-fandomowo-filmowej, nie dowiem się tego, niestety lub stety).

Jak z takiej kolorowej zbieraniny zrobić drużynę? Wokół tego (i oczywiście bezpośredniego zagrożenia, które uosabia Loki – Tom Hiddleston za wiele się nie nagrał, chociaż jego postaci udało się spowodować niezły zamęt, nie robiąc kompletnie nic, ale przez cały film wygląda rewelacyjnie, z hełmem z rogami i bez, łapiący strzałę w locie i sponiewierany przez Hulka) wszystko się kręci i to jest ten wątek, który uznałam za najbardziej interesujący.

A god, a billionaire and a patriot walk into a bar.

Bo zobaczmy, jak został rozegrany. Zasadniczo są dwie (filmowo-sensacyjne) możliwości przeistoczenia przypadkowej lub niedopasowanej grupy w drużynę i zjednoczenia we wspólnym celu – śmierć innego bohatera, który jest ważny/poświęcił się dla nich wszystkich, albo spuszczenie im solidnego lania. Ja osobiście wolę tę drugą opcję, z bohaterami wgniecionymi w proch, pokaleczonymi i wreszcie rozumiejącymi, że w pojedynkę sobie nie poradzą, więc muszą przezwyciężyć różnice i wspólnie zaatakować wroga.

Whedon zdecydował się na pierwszą i zabił agenta Coulsona (albo i nie, cztery minuty ratujące życie itd., jak będą chcieli to go jeszcze wskrzeszą), co Nick Fury, który ewidentnie zrobił jakiś korespondencyjny kurs inżynierii społecznej, natychmiast wykorzystał, dodając sążnistą gadkę i nutę dramatyzmu w postaci zakrwawionych kart z Kapitanem Ameryką. Zmobilizowani Avengersi lecą na Manhattan, a ja, tak jak wierzę, że Fury zafundował swoim pupilom świetną podkładkę do mitu założycielskiego, tak grosza nie postawię na to, że śmierć Coulsona stworzyła drużynę. Powiedzmy sobie szczerze, ani Bannera ani Thora przy tym nie było, dla Czarnej Wdowy i Hawkeye'a Coulson był kolegą z pracy, pracy, która ma zapewne wysokie wskaźniki śmiertelności, Kapitan Ameryka Coulsona ledwo znał. W dodatku każde z nich ma silną indywidualną motywację – Kapitan patriotyzm, Hawkeye zemstę, Thor przywołanie brata do porządku etc., silniejszą, wydaje się, od tej, którą mogłaby stworzyć śmierć Coulsona.

Wygląda więc na to, że przemowa szefa SHIELD była skierowana do Tony'ego Starka, który jest w największym stopniu wolnym elektronem i którego najtrudniej skłonić do współpracy z innymi. Ale znów – Tony przyjmie zejście Coulsona raczej jako osobisty cios, a na dodatek Loki chce wykorzystać jego wieżę. I co się dzieje na Manhattanie? Iron Man sprzedaje Lokiemu ideę Avengersów, tę samą ideę, którą od początku wciska wszystkim Fury, ale wymieniając superbohaterów, nie uwzględnia tam siebie. Czyli nasz bystry Tony uznaje, że mit Avengersów może być przydatny teraz i w przyszłości, ale w swoim stylu zachowuje dystans. I tak, z jednej strony mamy świadomą konceptualizację i mit założycielski in the making w wykonaniu dwóch najinteligentniejszych chłopców z podwórka, z drugiej faktycznie zaczynającą działać współpracę, rodzącą się w ogniu bitwy. Nie wiem, jak Wam, ale mnie się to szalenie podoba.

Na koniec jeszcze dwa słowa o Lokim, poza tym, że jest piękny i uroczy. W związku z nagromadzeniem bohaterów wyszło trochę tak, że nasz cudowny łotr nie jest specjalnie zniuansowany, ale za to Hiddleston gra tak, że mój mózg uruchomił autouzupełnianie i ten cały podbój Ziemi (Manhattan? serio? przecież w skali globalnej to, czego dokonują Avengersi i jakby się przy tym nie napocili, to bardziej pest control, niż odparcie poważnej inwazji) jest dla mnie próbą załapania się na darmową podwózkę do Asgardu, a że przy tym Trikster i Niebiański Wędrowiec może posiać trochę zamętu – tym lepiej. Karą śmierci z wyroku adopcyjnego ojca będzie martwić się później.

poniedziałek, 13 lutego 2012

A Separation (2011) reż.  Asghar Farhadi

Jaki ten film jest dobry, co to jest za kino, o ja nie mogę.
Jak ta historia jest opowiedziana.
Ile tam się mieści – odpowiedzialność, miłość, religia, rodzina, podziały klasowe, wina i kara, prawda, kłamstwo, konsekwencje – i w jakich prostych ramach.
Jak to wszystko jest oszczędnie pokazane – oszczędnie, ale nie ascetycznie.
I jakie tam są dialogi, ile tych dialogów, oj mamo, jak ja uwielbiam dobre dialogi.


(Wiem, że to okropna recenzja i jakieś ćwierć notki, ale dawno nie oglądałam filmu, przy którym chciałam co chwilę wskazywać na ekran, mówiąc - łaaaa, widzisz, co się dzieje? łaaaaa, patrz, co on teraz powiedział, o rany, o rany...!)

(Widzisz tragedię na ekranie, ale jesteś w euforii, bo to, co oglądasz, jest aż tak dobre.)

 

 

(a notka o The Hunger Games się pisze i pisze i pisze)

sobota, 26 listopada 2011

Bawiłam się rewelacyjnie oglądając „Tinker Tailor Soldier Spy”. I to Wam musi wystarczyć za recenzję i rekomendację, bo poniżej jedynie kilka luźnych uwag, ze spojlerami w dodatku.

 

George Smiley będzie już zawsze miał dla mnie twarz Gary'ego Oldmana, który do książkowego opisu nie pasuje nijak, ale JEST Smileyem. Zresztą właściwie o całej obsadzie mam do powiedzenia same dobre rzeczy. Colin Firth świetny jako Bill Haydon, Tom Hardy jako Ricki Tarr, Benedict Cumberbatch jako Peter Guillam, Mark Strong jako Jim Prideaux, Toby Jones jako Percy Alleline. I dalej - cała plejada mniej znanych aktorów, wszyscy spisali się na medal.

Ponieważ jestem stuknięta, odświeżyłam sobie książkę przed pójściem do kina i mogłabym tu wyliczyć, co w filmie pozmieniano, ale mi się nie chce – no i większość zmian (Smiley odchodzący razem z Controlem, Control mówiący do Jima, jednym zdaniem, że chcą jego głowy, podczas gdy w książce był to rozwinięty wątek, Jim mówiący, że powiedział Rosjanom wszystko, przeniesienie miejsca i kontekstu śmierci Iriny, mniejszy rozmach operacji w Brnie Budapeszcie [tej zmiany na Budapeszt to im nie wybaczę, co, Czechy były mniej za żelazną kurtyną niż Węgry? Głupiemu widzowi się Brno z Bernem będzie myliło?]), jakby się nam mogły nie podobać, absolutnie można uzasadnić koniecznością ściśnięcia powieści w dwóch godzinach filmu. Jedne skróty udały się lepiej (historia Rickiego i Iriny, może dlatego, że Svetlana Khodchenkova jest zjawiskowa), inne gorzej (to, jak Guillama zostawia Camilla zostało nakręcone tak, że wygląda na to, że Peter rozstał się właśnie z facetem w średnim wieku z poprzedniej sceny. W sumie czemu by nie, ale. update: zajrzenie w scenariusz ujawniło, że tam faktycznie Guillam zostawia kochanka, co dla mnie-czytelniczki było tak konfundujące, że tego po prostu nie zobaczyłam. Szkoda, że wypadła jakaś wcześniejsza scena z Guillamem i jego partnerem. Liczę, że będzie wydana na DVD wersja reżyserska filmu i zobaczymy nieco więcej. A w takim razie, przykład gorszego skrótu - dotarcie Smileya do prawdy o tym, co wydarzyło się Prideaux i do samego Prideaux).

Czytelnika i czytelniczkę w kinie ucieszy, że scenarzyści odrobili pracę domową i mamy na ekranie nie tylko istotne szczegóły (zapalniczka Smileya), ale i drobiazgi robiące świat, a nie wnoszące nic do fabuły (miłość Mendela do pszczół).

Świetny pomysł z niepokazaniem twarzy Ann i Karli, których w książce też na dobrą sprawę nie widzimy, chociaż Karla zostaje bardzo dokładnie opisany przez Smileya, a wzmiankę o Ann mamy co kilka stron. W filmie Gary Oldman ma rewelacyjny monolog o spotkaniu Smileya z Karlą i oznajmienie, że nie pamięta, jak Karla wygląda ładnie się tam wkomponowuje, ale ogólnie uważam to za nieco zbyt dramatyczne.

A poza ekranem ubawiło mnie rozczarowanie piątkowych kinomanów, którzy przyszli na film o szpiegach i obejrzeli, uwaga, uwaga, film o szpiegach.

 
1 , 2 , 3
Napisz do mnie!