kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
poniedziałek, 13 lutego 2012

A Separation (2011) reż.  Asghar Farhadi

Jaki ten film jest dobry, co to jest za kino, o ja nie mogę.
Jak ta historia jest opowiedziana.
Ile tam się mieści – odpowiedzialność, miłość, religia, rodzina, podziały klasowe, wina i kara, prawda, kłamstwo, konsekwencje – i w jakich prostych ramach.
Jak to wszystko jest oszczędnie pokazane – oszczędnie, ale nie ascetycznie.
I jakie tam są dialogi, ile tych dialogów, oj mamo, jak ja uwielbiam dobre dialogi.


(Wiem, że to okropna recenzja i jakieś ćwierć notki, ale dawno nie oglądałam filmu, przy którym chciałam co chwilę wskazywać na ekran, mówiąc - łaaaa, widzisz, co się dzieje? łaaaaa, patrz, co on teraz powiedział, o rany, o rany...!)

(Widzisz tragedię na ekranie, ale jesteś w euforii, bo to, co oglądasz, jest aż tak dobre.)

 

 

(a notka o The Hunger Games się pisze i pisze i pisze)

niedziela, 08 stycznia 2012

SPOJLERY. Wszyscy, którzy nie widzieli „A Scandal in Belgravia”, sio i wrócić, jak nadrobicie.

 

Ok, czyli po półtora roku, które fandom spędził z zapartym tchem na basenie, Jim Moriarty wyszedł, bo dostał ofertę ciekawszą niż zostanie rozerwanym na kawałeczki przez swoją bombę? Thanks for nothing, Moffat.

Ninedin napisała absolutnie piękną notkę o Irene Adler i wobec tego jest mi troszkę smutno, bo miałam zamiar pisać na dokładnie ten sam temat, ale zbierałam się jak sójka za morze (jak zwykle). Typowej recenzji też nie napiszę (fantastyczny odcinek, warto było czekać, kropka), więc co mi pozostaje? Spojrzeć pod trochę innym kątem, a więc będzie o Irene, ale głównie o Sherlocku.

Pamiętacie, jak po pierwszym sezonie rozmawialiśmy o seksizmie? Miałam poważne obawy, kiedy dowiedziałam się, że Moffat wziął na warsztat Irene i zrobił z niej dominę, bo przecież nic prostszego niż skręcić w ślepą uliczkę „kobieta, która używa swojej seksualności jest niebezpieczna dla mężczyzn i musi zostać poskromiona”. Na szczęście tak się nie stało - Irene jest dla Sherlocka niebezpieczna dlatego, że dorównuje mu intelektualnie, a wszystko inne m.in. to, że wykorzystuje seks, żeby zdobyć kolejne kilka punktów przewagi nad Sherlockiem, to tylko pochodne.

Tak jak napisała Nindin, Irene jest portretem Sherlocka w negatywie, i tak jak przy każdym obrazie w negatywie mamy wartości przeciwstawne (kolory – Irene po stronie cienia, Sherlock po stronie, ekhm, światła, Sherlock aseksualny, Irene drapieżnie seksualna) i takie, które pozostają bez zmiany (kształty – oboje są bardzo inteligentni, amoralni, patrzą z wyższością na innych). Dlatego, kiedy Sherlock mówi o uczuciu jako słabości Irene, mówi też o tym, co uważa u siebie za słabość.

I tu przechodzimy do Sherlocka i tego, co, jak sądzę, będzie tematem drugiego sezonu, a ma wiele wspólnego z wymianą zdań z pamiętnego basenu:

Jim Moriarty: If you don't stop prying I will burn you. I will burn the heart out of you.
Sherlock: I have been reliably informed that I don't have one.
Jim Moriarty: But we both know that's not quite true.

W „A Study in Pink” poznaliśmy Sherlocka Holmsa, jako błyskotliwego dziwaka i samotnika, który spędza wolny czas bijąc nieboszczyków w kostnicy. I który skwapliwie przedstawia swojego nowego (i zapewne pierwszego ever, który nie uciekł po 24h) współlokatora, jako przyjaciela. Na początku drugiego sezonu wokół Sherlocka jest już mała rodzina – John, Sherlock, Lestrade, Molly i pani Hudson spędzają razem święta, John i Mycroft dbają o to, żeby Sherlock nie wrócił do nałogu etc.

Irene jest dla Sherlocka słabością (i nie będę tutaj dyskutowała o rodzaju czy sile uczucia, które w nim wywołała), tak jak słabością okazał się John, kiedy Moriarty zdecydował się zaatakować. Stąd tyrada o miłości. I stąd ostatnia scena, która nie jest o bezsilnej Irene Adler, potrzebującej wybawcy, ale o Sherlocku, który mimo że został wielokrotnie upokorzony przez Irene i tak nie potrafi postąpić wobec niej tak obojętnie i bezwzględnie, jak to gra przed Mycroftem („If you're feeling kind, lock her up. Otherwise let her go. I doubt she'll survive long without her protection.”).

Dzisiaj Mark Gatiss bierze na warsztat „Psa Baskerville'ów” i z ust Sherlocka pada takie zdanie: „Friends? I don't have friends!”. A przecież wszyscy wiemy, że to nieprawda.

wtorek, 27 grudnia 2011

Między galą ponownego otwarcia teatru Bolszoj a „Dziadkiem do Orzechów” Staatsoper Unter den Linden (o dziwo nikt nie próbował odebrać mi pilota – być może rodzina współczuje mi braku telewizora na co dzień) obejrzałam świąteczne odcinki Doctora Who i Downton Abbey. I było słodko-gorzko, bo o ile moja wiara w Downton Abbey została odbudowana po rozczarowaniu drugim sezonem, to Doktor w Narnii mnie znudził.

Moffat zafundował nam trącącą esencjalizmem historyjkę o macierzyństwie (która na szczęście jest też opowieścią o silnej kobiecie) ze lukrowanym zakończeniem, ugh. Nie żebym się spodziewała innego zakończenia po człowieku od everybody lives, i to w święta, ale historia o godzeniu się ze stratą mogłaby być zwyczajnie lepsza. Nie wspominając już o historii, która się rozwija w następstwie decyzji podejmowanych przez bohaterów, a nie taka, w której różne rzeczy bohaterom się przytrafiają (i nie ma to na nich większego wpływu – ani Madge ani dzieci przygoda w Narni nie zmienia w żaden sposób), a Doktor prowadzi widza za rączkę. Chyba na pocieszenie obejrzę sobie „A Christmas Carol”.

Za to w Downton Abbey wszystko było piękne i nic nie bolało, chociaż wolałabym, żeby Mary poślubiła Carlisle’a albo wyjechała do Ameryki.

Doctorowi Who życzę, żeby w nowym roku Moffat dobrze wykorzystał dodatkowy czas i stworzył interesujących nowych bohaterów z nowym towarzyszem/towarzyszką na czele, historie efektowne, ale nie efekciarskie, niezwykłe światy i obcych, oraz ograniczył używanie catchphrases i recycling idei. A Downton Abbey, żeby Fellowes dał wreszcie spokój Annie i Batesowi (naprawdę, ich codzienne życie małżeńskie będzie ciekawsze niż te ciągłe dramy, kocham Annę, proszę mi jej nie psuć), napisał Edith porządny wątek, postawił przed Mary i Matthew inne dylematy niż matrymonialne i pokazał nam dużo nowego życia Sybil.

(BTW jeśli kochacie, ale i zasmuca Was Downton Abbey, to obejrzyjcie Garrow's Law, które choć o wiele skromniejsze IMO bije Downton na głowę)

sobota, 26 listopada 2011

Bawiłam się rewelacyjnie oglądając „Tinker Tailor Soldier Spy”. I to Wam musi wystarczyć za recenzję i rekomendację, bo poniżej jedynie kilka luźnych uwag, ze spojlerami w dodatku.

 

George Smiley będzie już zawsze miał dla mnie twarz Gary'ego Oldmana, który do książkowego opisu nie pasuje nijak, ale JEST Smileyem. Zresztą właściwie o całej obsadzie mam do powiedzenia same dobre rzeczy. Colin Firth świetny jako Bill Haydon, Tom Hardy jako Ricki Tarr, Benedict Cumberbatch jako Peter Guillam, Mark Strong jako Jim Prideaux, Toby Jones jako Percy Alleline. I dalej - cała plejada mniej znanych aktorów, wszyscy spisali się na medal.

Ponieważ jestem stuknięta, odświeżyłam sobie książkę przed pójściem do kina i mogłabym tu wyliczyć, co w filmie pozmieniano, ale mi się nie chce – no i większość zmian (Smiley odchodzący razem z Controlem, Control mówiący do Jima, jednym zdaniem, że chcą jego głowy, podczas gdy w książce był to rozwinięty wątek, Jim mówiący, że powiedział Rosjanom wszystko, przeniesienie miejsca i kontekstu śmierci Iriny, mniejszy rozmach operacji w Brnie Budapeszcie [tej zmiany na Budapeszt to im nie wybaczę, co, Czechy były mniej za żelazną kurtyną niż Węgry? Głupiemu widzowi się Brno z Bernem będzie myliło?]), jakby się nam mogły nie podobać, absolutnie można uzasadnić koniecznością ściśnięcia powieści w dwóch godzinach filmu. Jedne skróty udały się lepiej (historia Rickiego i Iriny, może dlatego, że Svetlana Khodchenkova jest zjawiskowa), inne gorzej (to, jak Guillama zostawia Camilla zostało nakręcone tak, że wygląda na to, że Peter rozstał się właśnie z facetem w średnim wieku z poprzedniej sceny. W sumie czemu by nie, ale. update: zajrzenie w scenariusz ujawniło, że tam faktycznie Guillam zostawia kochanka, co dla mnie-czytelniczki było tak konfundujące, że tego po prostu nie zobaczyłam. Szkoda, że wypadła jakaś wcześniejsza scena z Guillamem i jego partnerem. Liczę, że będzie wydana na DVD wersja reżyserska filmu i zobaczymy nieco więcej. A w takim razie, przykład gorszego skrótu - dotarcie Smileya do prawdy o tym, co wydarzyło się Prideaux i do samego Prideaux).

Czytelnika i czytelniczkę w kinie ucieszy, że scenarzyści odrobili pracę domową i mamy na ekranie nie tylko istotne szczegóły (zapalniczka Smileya), ale i drobiazgi robiące świat, a nie wnoszące nic do fabuły (miłość Mendela do pszczół).

Świetny pomysł z niepokazaniem twarzy Ann i Karli, których w książce też na dobrą sprawę nie widzimy, chociaż Karla zostaje bardzo dokładnie opisany przez Smileya, a wzmiankę o Ann mamy co kilka stron. W filmie Gary Oldman ma rewelacyjny monolog o spotkaniu Smileya z Karlą i oznajmienie, że nie pamięta, jak Karla wygląda ładnie się tam wkomponowuje, ale ogólnie uważam to za nieco zbyt dramatyczne.

A poza ekranem ubawiło mnie rozczarowanie piątkowych kinomanów, którzy przyszli na film o szpiegach i obejrzeli, uwaga, uwaga, film o szpiegach.

poniedziałek, 31 października 2011

Jonathan Franzen „Wolność”, wyd. Sonia Draga 2011


Ta proza ma to do siebie, że wciąga. Franzena się nie odkłada, Franzena się czyta do końca, nawet, jeśli pieką oczy i jaśnieje świat za oknem. Całe sześćset stron. Niemniej jednak jestem „Wolnością” nieco rozczarowana*. To nie jest tak, że mi się nie podobała. To „Korekty” podobały mi się o wiele bardziej.

„Korekty” były powieścią o rodzinie i o ludziach w rodzinie, „Wolność” jest powieścią o ludziach zmagających się ze światem, ludziach, których przypadkiem łączą relacje osobiste/pokrewieństwa. Z ważnego bohatera drugoplanowego w „Korektach” Ameryka staje się bohaterem pierwszoplanowym w „Wolności”. Cierpią na tym, przynajmniej w moim odczuciu, postacie.

„Wolność” ma czterech głównych bohaterów – Richarda Katza i trójkę Berglundów – Patty, Waltera i Joeya, ich syna. Katz jest muzykiem, bohaterem najbardziej w zgodzie ze sobą, ale i tak nieszczęśliwym, i katalizatorem związku Patty i Waltera. Walter działa na rzecz ochrony środowiska, stopniowo rozmienia na drobne swoje ideały i w ramach kryzysu wieku średniego™ wikła się w romans z asystentką. Patty całe życie ucieka od swojej rodziny. Joey robi podobnie, ale nieudany flirt z republikanami i miłość do przyjaciółki z dzieciństwa każe mu przewartościować życiowe wybory.

Katz jest wiarygodny, ale nudny. Walter jest przez większość czasu żałosny bez żadnego dobrego uzasadnienia, a jego związek z dużo młodszą kobietą jest przedstawiony bardzo sztampowo, bardzo, bardzo, ot, ilustracja tezy. Do Patty i Joeya szarpiących się ze swoimi uczuciami i ambicjami nie mam zastrzeżeń.

Brakuje mi też dobrego drugiego planu. Córki Patty i Waltera właściwie nie poznajemy, a to tej postaci byłam najbardziej ciekawa. Lalitha, kochanka Waltera, jest papierowa od początku do końca, a to, jakim cudem zakochuje się w starszym Berglundzie, pozostaje bez wyjaśnienia. To znaczy, jeśli litościwie wykluczymy narracyjną konieczność. Connie, dziewczyna Joeya, jest zupełnie niemożliwa i jakby z innej bajki, innego wieku, innej powieści, innej planety. I też nie wiemy - dlaczego. O siostrach Patty i absurdalnej psychopatycznej przyjaciółce nawet szkoda wspominać.

Franzen ze swadą i talentem rysuje portret zmieniających się Stanów, i ze swadą i talentem kreśli przed nami perypetie, głównie gorzkie, swoich bohaterów, ale ci bohaterowie zbyt są powiązani z krzyżującymi się we współczesnej Ameryce ideami i powiązanymi z nimi stylami życia, żebyśmy mogli im porządnie współczuć. Zbyt wiele jest Patty wybierającej kształt swojego życia w decyzji, czy związać się z Walterem czy z Richardem, zbyt mało Patty odkrywającej, że uprawianie ogródka jest bezpiecznym tematem do rozmowy z matką. Zbyt dużo jest Waltera usprawiedliwiającego moralnie swoje działania i próbującego postępować właściwie, zbyt mało mężczyzny, który po pracy wraca zmęczony do domu.

 

 

*To może być morał tej powieści – wolność rozczarowuje.





niedziela, 16 października 2011

Motto dzisiejszej notki brzmi: „What's the point of two hearts if you can't be a bit forgiving now and then.”

(Ile ja jestem w stanie wybaczyć temu serialowi, to nie macie pojęcia. No, może trochę macie.)

(Pozwólcie, że nie będę przytaczała epitetów, którymi obrzucałam Doktora bardzo hojnie, oglądając odcinek. Niech Wam wystarczy, że były barwne, ale niezbyt oryginalne.)

Spoilers! mówię ja, a River siedzi w kącie i płacze, bo zamieniła bajeczne buty na dożywocie. Za to Amy wreszcie spróbowała zamordować kogoś, kto nie jest jej córką, Rory dowiedział się, że jego szefowa chciałaby zabrać go na babeczki, a pterodaktyle zeżarły dzieci w parku. Profit.

 

Doctor Who S06E13 The Wedding of River Song

Chciałam napisać o tym odcinku wszystko-wszystko, ale przy piątej stronie dałam sobie spokój, zwłaszcza że nie dotarłam nawet do połowy, a zaczęłam coraz bardziej wchodzić w rozważania ogólnosezonowe. Także będzie tematycznie, a wątkiem śmierci Doktora i związku Doktora i River zajmę się trochę szerzej. Trochę.

Na przystawkę czyste piękno i dobro. Dwie sceny z minimalnym komentarzem.

The Doctor: Imagine you were dying. Imagine you were afraid and a long way from home in terrible pain. Just when you thought it couldn't get worse, you looked up and saw the face of the Devil himself. Hello, Dalek.

Ha. Ha. W ogóle, Doktor z tym łagodnym uśmiechem i nieziemskim spokojem, szukający odpowiedzi, dlaczego musi umrzeć, to jest coś, co mogę oglądać.

 

Dorium: Time catches up with us all, Doctor!
The Doctor: Well it has never laid a glove on me!

...

The Doctor: Hello.
Nurse: Doctor, I'm so sorry. We didn't know how to contact you. I'm afraid Brigadier Lethbridge-Stewart passed away a few months ago. Doctor?
The Doctor: Ah... Yes, yes.
Nurse: It was very peaceful. Talked a lot about you if that's any comfort. Always made us pour an extra brandy in case you came 'round one of these days.

O-o, czas właśnie kogoś dogonił. Hołd dla Brygadiera (Nicholasa Courtney'a, zmarłego w lutym tego roku) to piękny, smutny moment, ale na samym początku tej sceny i tak miałam nieprzyzwoitą wręcz radochę, że czas wymierzył Doktorowi bolesny policzek. Ha.

Amy & Rory

„A wszystko to, bo ciebie kocham, nie wiem jak bez ciebie mógłbym żyć, chodź, pokażę ci, czym moja miłość jest, dla ciebie zabiję się...” (Lubię Amy i Rory'ego jako parę, ale w tym sezonie scenarzyści ustawili ich związek loop, co jest odrobinę nużące. I nawet karabin szturmowy nie jest w stanie tego zmienić. Nie.)

Churchill & co

Przez pierwszą połowę odcinka prowadzą nas za rękę rozmowy Churchilla z Malokehem i Doktora z Churchillem. Trzeba być Anglikiem albo cierpieć na ciężką anglofilię, żeby mieć emo na Churchilla w kinie/tv. Mnie ta postać nie rusza, za rękę też nie lubię być prowadzona, ale w sumie nie najgorzej się to ogląda. A ta alternatywna rzeczywistość jest bardzo atrakcyjna i konceptualnie i wizualnie. Szczerze mówiąc, to poświęciłabym Night Terrors albo The Curse of the Black Spot, żeby zobaczyć więcej tego świata i rozpadającego się czasu w dwuczęściowym finale.

Amy & Kovarian

Wreszcie. WRESZCIE. Chociaż to dosyć niespodziewany, mroczny twist dla charakteru Amy. I jak to jest, że alternatywne Amelie Pond są zawsze bardziej interesujące od tej zwykłej?

(Czy tylko ja mam takie wrażenie, czy Madame Kovarian jest póki co strasznie papierowym czarnym charakterem? Służenie Ciszom to jedno, ale przydałby się jakiś wgląd w jej motywy, jakieś minimalne uzasadnienie, dlaczego jest tak strasznie zła i nikczemna. A tu przez cały sezon ani okruszka.)

Mr & Mrs Doctor

Podczas sceny nad jeziorem w pełni wykorzystałam swój dość skromny arsenał przekleństw. Poważnie, Doktorze? Skazujesz River na życie ze świadomością, że cię zamordowała (nie wspominając o więzieniu), co jest wielkim kłamstwem, i jedyne co masz do zaoferowania to „zawsze i kompletnie jest ci wybaczone”?! What the hell, hero?! Żeby nie było, generalnie podobała mi się wiwisekcja gorszej strony Doktora w szóstym sezonie, tylko że angażuję się emocjonalnie przy oglądaniu. No i dostał za swoje.

River Song: Fixed points can be rewritten.
The Doctor: No they can't, of course they can't! Who told you—

 

Och, ups. River pilnie słuchała i studiowała Doktora.

River na brzegu Lake Silencio odmawia zabicia Doktora. Konieczność, o której mówi on, nic dla niej nie znaczy, bo i niby dlaczego. Doktor nie raczy porządnie wyjaśnić, a River nie jest odpowiedzialna za czas, przestrzeń, rzeczywistość – nie jest Doktorem, jest odpowiedzialna tylko za swoje wybory, za swoje serce i swoje, hm, sumienie.

Poprzednim razem River i Doktor spotkali się w Berlinie. Z jej punktu widzenia to ich czwarte spotkanie – a dwóch pierwszych, kiedy była niemowlęciem (a dokładniej Ganger!Baby!Melody) i kiedy była dziewczynką w skafandrze, można właściwie nie liczyć.

W Let's Kill Hitler* Doktor zamienił zaprogramowaną nienawiść River do siebie w miłość, egoistycznie, walcząc o własne życie. I ja mu się nie dziwię. Ale nie pochwalam. Miłość nie jest przeciwieństwem nienawiści, a nienawiść nie jest przeciwieństwem miłości. Przeciwieństwem obydwu jest obojętność. Tak to działa, uczucie – brak uczucia. Doktor, żeby naprawdę uwolnić/uratować River, powinien był pozwolić jej na obojętność wobec siebie. Czego nie mógł/nie chciał/nie potrafił zrobić, bo/a stawką było jego życie. I nad głupim jeziorem w Utah to się na nim mści, a ja mam satysfakcję. Ha.

Ponownie River i Doktor spotykają się w piramidzie. Mamy ładną analogię z finałem poprzedniego sezonu. Wtedy Amy z głową pełną historii o Doktorze ocaliła go, robiąc dokładnie to, czego od niej oczekiwał. Teraz River z głową pełną historii o Doktorze jest gotowa posłać Wszechświat do diabła, postępując wprost przeciwnie. Tylko, że wcale nie.

Czas się rozpada i nie ma co się zastanawiać, ile go River spędziła, próbując znaleźć sposób na uratowanie Doktora – biorąc pod uwagę rozmiary przedsięwzięcia, zakładam, że sporo. River rozumie, lepiej niż Amy, że nie mogą pozostać w alternatywnym świecie. Poza tym wydaje się pewna, że nie potrafi uratować Doktora. Jak ktoś nie wierzy, sugeruję uważnie prześledzić słowa panny Pond.

Och, interesujące, myślałam, oglądając. River wie, że nie ma innej możliwości. Amy też wie co nieco. Doktor za bardzo się ciska, żeby zwrócić uwagę na to, co się właściwie dzieje. Kładę to na karb ego, poczucia winy i potężnego bólu głowy, który takie zaburzenie czasu musi wywoływać u Time Lorda.

River w The Wedding of River Song konsekwentnie odmawia bycia narzędziem w rękach innych – czy to będą Cisze, czy jej ukochany Doktor. Nie daje się sprowadzić do roli pionka Ciszów/czasu, ani do roli towarzyszki Doktora, która prędzej czy później podporządkowałaby się jego woli**. I to jest wspaniałe.*** Co River robi? Odmawia zabicia Doktora. W alternatywnym świecie rozpracowuje, co się właściwie stało i dlaczego. Próbuje znaleźć sposób na uratowanie Doktora. Kiedy odkrywa, że to niemożliwe, chce albo nakłonić Doktora, żeby spróbował coś wymyślić, albo przynajmniej nie dać mu umrzeć w przekonaniu, że Wszechświat będzie miał się lepiej bez niego. A potem odstępuje i pozwala mu podjąć własną decyzję.

Jeśli prześledzimy poprzednie (z punktu widzenia Doktora) spotkania Doktora i River, to zauważymy, że pomiędzy tych dwojgiem panowała zawsze pewna, hm, równowaga władzy. Kiedy Doktor miał przewagę „siły” (z braku lepszego słowa, - żeby uratować ludzi w Bibliotece, - żeby naprawić Wszechświat etc.), River miała przewagę „wiedzy” (o Doktorze, jego mocno prywatnych sprawach i jego przyszłości, co wykorzystywała praktycznie, żeby robił to, czego od niego chciała). Jeszcze w A Good Man Goes to War na początku Doktor ma „siłę” a pozostająca w Stormcage River „wiedzę”, potem, kiedy Doktor przegrywa bitwę, przez moment River ma i „wiedzę” i „siłę” i oboma dzieli się z Doktorem. W Let's Kill Hitler sytuacja jest zupełnie odwrócona, to River ma „siłę” (- żeby zabić Doktora, - żeby uratować Doktora), a Doktor „wiedzę” (wiedzę o River-w-przyszłości, dzięki której może wpłynąć na Killer!Melody!River i uratować siebie). W The Wedding of River Song podobnie – Doktor ma „wiedzę” ( - nie umrze na brzegu Lake Silencio), a River „siłę” ( - żeby pokrzyżować plan uśmiercenia Doktora, - żeby przeprowadzić wszystko, czego chciała, w alternatywnym świecie).

I w Wedding of River Song Doktor zostaje wreszcie przekonany (nie bez oporów, próbuje przecież wymusić na River uznanie jego wyższości, wścieka się na Pondów etc.), żeby uznać tę ich równość – w wymiarze symbolicznym wyraża to uznanie ceremonia ślubna, w wymiarze praktycznym dopuszczenie River do tajemnicy.

Waham się, czy można nazwać scenę ślubu romantyczną. Bo z jednej strony jest Doktor, który bierze za żonę River, która jeszcze nie jest tą River, którą on kocha (tą z AGMGTW powiedziałabym) i która za bardzo jest podobna do niego z czasów, kiedy ją poznał (River to tutaj taka mała Time Lady Victorious). A z drugiej strony jest River, która właśnie porządnie stanęła twarzą twarz z Doktorem trzeci raz w życiu, i która tak naprawdę, póki co, zakochana jest w opowieści o Doktorze, opowieści, którą pilnie studiowała przez lata na księżycowym uniwersytecie. Romantycznie?

The Trickster

Wydaje mi się, że duża część niezadowolonych głosów po finale wzięła się z tego, że naprawdę chcieliśmy zobaczyć śmierć Doktora. Chcieliśmy też zobaczyć, jak przeżyje, ale to mniej istotne. Ten sezon przekonywał nas konsekwentnie, że byliśmy/będziemy świadkami śmierci. Mówili nam o tym świadkowie (River, Canton), mówiły archiwa, przekazy historyczne i dziecięce rymowanki, mówili wrogowie, mówiła coraz bardziej udręczona mina Doktora. Rzeczywistość jest w oku patrzącego. Widzieliśmy umierającego Doktora. Umarł dla Wszechświata i umarł dla nas. Nawet jeśli nie opłakaliśmy go razem z Amy Pond, to z każdym odcinkiem martwiliśmy się o niego coraz bardziej. Z tej perspektywy prosta sztuczka, którą nie oszukał śmierci, bo wcale tam na niego nie czekała, ale oszukał wszystkich dookoła, musi być pewnym zawodem.

Poza tym, musimy wierzyć, że Doktor na pomysł z Tessalectą wpadł dopiero, kiedy wychodził z baru i kapitan zapytał go, czy mogą mu jeszcze jakoś pomóc. Z narracyjnego punktu widzenia jest to dość oczywiste – inaczej wcześniejsze przygnębienie Doktora, dwieście lat uciekania i wreszcie decyzja, żeby iść na spotkanie ze śmiercią z godnością, byłyby nie miałyby żadnego znaczenia dla postaci Doktora i zmian, które przechodziła i byłyby tylko kolejną warstwą wielkiego oszustwa. Ani przez moment nie widzimy Doktora próbującego szukać jakiegoś wyjścia z sytuacji (chce tylko poznać przyczyny) i tylko słyszymy o jego unikaniu losu. Do not go gentle into that good night. Implied. Niestety, takie a nie inne rozwiązanie pozostawia niedosyt.

Bardzo jestem ciekawa Doktora w następnym sezonie. To kiedy te święta?

 

 

* Jak ja nienawidzę tego odcinka. Brrr.

** Najbliżej wyłamania się z roli była Rose w finale pierwszego sezonu, ale ostatecznie zadziałała tam „wyższa sprawiedliwość” poprzez serce TARDIS/matrix czasu. Martha robiła, co jej kazano. Przy Donnie znów zainterweniował Wszechświat. Amy zrobiła dokładnie to, czego oczekiwał od niej Doktor i ostatecznie została odstawiona do domu dla swojego bezpieczeństwa i spokoju jego sumienia. Wszyscy one-off towarzysze i towarzyszki robili, co im kazano, ewentualnie poświęcali się heroicznie.

*** Brzydko podejrzewam, że ten fragment historii River wyszedł Moffatowi tak dobrze, bo nasz ulubiony showrunner był mocno zajęty kończeniem dekonstrukcji i rekonstrukcji Doktora. A o River będę jeszcze pisać.

 



sobota, 01 października 2011

Od mniej więcej tygodnia zbierałam się, żeby napisać o Drive. Dlaczego i chciałam i nie mogłam, uświadomił mi dopiero tekst Jakuba Majmurka. Otóż Drive bardzo łatwo skrzywdzić, pisząc o nim, bo właściwie nie sposób uniknąć nadpisywania treści.

Majmurek pisze o „bezimienny[m] Bohater[ze] – prawy[m] i szlachetny[m] twardziel[u] o czułym sercu – [który] dla ocalenia ukochanej kobiety wypowiada prywatną, samotną wojnę całemu przestępczemu podziemiu Los Angeles*”.  Im dalej w recenzję, tym bardziej zabawnie. Przy fragmentach o komiksowości i o kruchości, podatności na zranienie i bezbronności Irene zaczęłam bardzo mocno przewracać oczami.

Ja mogłabym napisać o lekko wycofanym chłopaku (Ryan Gosling, patrz: Blue Valentine, The Believer), który spotyka nieco samotną dziewczynę (Carey Mulligan), ale małe, brudne życie wokół nich nie przestaje się dziać. Przemoc jest naturalna. Samotność jest naturalna. I dlatego dwa najmocniejsze momenty, to chwila, kiedy kierowcy zadrży ręka przed zadaniem ciosu, i chwila, kiedy odsunie Irene, zanim zajmie się nasłanym bandytą**.

Od strony wizualnej film jest piękny, a z tym, co widzimy, niesamowicie gra soundtrack. Prawdopodobnie nigdy nie podejrzewaliście, że kupi was taka muzyka, z przyczyn innych niż sentyment to lat osiemdziesiątych.

Idźcie. Obejrzyjcie.

Przepraszam, że napisałam tak dużo.

*jakie znowu całe przestępcze podziemie dkn?

**Urbane obejrzał Drive podobny do tego, który widziałam ja. Niemajmurkowy.



21:18, fabulitas , Filmowo
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 26 września 2011

Zwierz rzuciła pomysłem, Ninedin, Rusty i ja podchwyciłyśmy. Ale moja lista top ten pojawia się z opóźnieniem, bo w weekend balowałam i nawet Closing Time obejrzałam dopiero dzisiaj. Krótkie podsumowanie: trzy razy Jedenasty, siedem razy Dziesiąty, Dziewiąty się nie załapał (The Doctor Dances i Rose są zaraz pod kreską), dwa razy Donna, raz Rose (+ come back w Turn Left), trzy razy Martha, trzy razy Amy, dziesięć razy TARDIS.

Niezainteresowanych Doktorem zapraszam jutro na notkę filmową.

1. The Waters of Mars

The Waters of Mars opowiada o epizodzie z początków ery kosmicznej ludzkości. Na Marsie powstaje pierwsza stała baza – Bowie Base One, którą dowodzi kapitan Adeleide Brooke. 21 listopada 2059 roku w niewyjaśnionych okolicznościach baza zostaje zniszczona, a cała załoga ginie. Pech chce, że 21 listopada 2059 na Marsie ląduje Doktor, który po wydarzeniach z The Journey's End samotnie przemierza czas i przestrzeń. I kiedy dowiaduje się, gdzie i kiedy się znalazł, to nie chce niczego więcej, niż wrócić do TARDIS i odlecieć. Katastrofa na Marsie jest stałym punktem w czasie – to, co się wtedy wydarza, musi się wydarzyć. Nawet Władca Czasu nie może interweniować. Ale czy będzie potrafił zostawić tych odważnych, błyskotliwych, zdeterminowanych ludzi? The Waters of Mars to Demons Run Dziesiątego Doktora. David Tennant błyszczy w swoje roli jak nigdy, a widzowie zagryzają wargi, kiedy jego Doktor łamie prawa czasu i na te kilka strasznych chwil bierze w nim górę pycha, zanim Adeleide nie sprowadzi go na ziemię. Mój absolutnie ukochany odcinek, chociaż serce mnie boli, za każdym razem, kiedy go oglądam.

2. Human Nature/The Family of Blood

Spokojne angielskie miasteczko na krótko przed wybuchem pierwszej wojny światowej. Nie ma Doktora, jest John Smith – nauczyciel, człowiek, z jednym, ludzkim sercem. I jest Martha, służąca, na której barkach spoczywa czuwanie nad panem Smithem do momentu, kiedy Doktor będzie mógł powrócić. Niestety, nie wszystko idzie zgodnie z planem - Rodzina Krwi odnajduje Marthę i Smitha, ginie pewien bardzo ważny zegarek, a sam Smith nie pozostaje obojętny wobec uroku szkolnej pielęgniarki Joan Redfern – takiej sytuacji Doktor w instrukcjach dla Marthy nie uwzględnił. Jedna z tych historii Doctora Who, którą bez problemu mogę sobie wyobrazić jako pełnometrażowy film kinowy.

3. Silence in the Library/Forest of the Dead

Doktor, Donna (kocham Donnę) i największa biblioteka we Wszechświecie. Czego chcieć więcej? Hm, a co powiecie, na zagrożenie, przed którym można tylko uciekać? A na niewielką ekspedycję badawczą, która ląduje na „zamkniętej” od stu lat planecie? A na kobietę, która bardzo dobrze zna Doktora... w przyszłości (kocham River Song i bardzo mi się nie podoba to, co ostatnio zrobił z tą postacią Moffat)? W tej opowieści nie ma ani jednej zbędnej sceny.

4. The Impossible Planet/The Satan Pit

Och, Ido Scott, byłabyś wspaniałą towarzyszką dla Doktora! W ogóle uwielbiam wszystkich bohaterów tego odcinka – i cały ich ziemski bagaż (puszczanie muzyki klasycznej na początku zmiany, Jefferson cytujący lorda Macaulaya etc.). Podoba mi się to, co mówi w tym odcinku Doktor o ludzkości i o pragnieniu skoku/upadku. Podoba mi się pomysł niemożliwej planety i zmierzenie się twórców serialu z tematem religii i wiary. Podoba mi się Rose, która rozdzielona z Doktorem musi przyjąć na siebie jego rolę i jest w tym absolutnie wspaniała. Właściwie to nawet głupia morda Bestii mi się podoba.

5. The Doctor's Wife

Neil Gaiman napisał odcinek, o którym w skrytości ducha marzył każdy fan i scenarzysta Doktora. Paskudna planetoida zwabia do siebie Doktora, żeby „pożreć” TARDIS, ale musi najpierw umieścić matrix TARDIS w ludzkim ciele, ponieważ jej nie jest w stanie pochłonąć. Tym sposobem Doktor staje twarzą w twarz, ze swoim ukochanym statkiem, a pewne elementy historii/mitologii Doctora Who zostają przepisane na nowo. Genialne, proste i genialne.

6. The Pandorica Opens/The Big Bang

Pierwszy finał sezonu od czasu łabędziej pieśni Christophera Ecclestona (której clou leżało w Rose ex machina, więc nie była zbyt imponująca), podczas którego nie miałam ochoty krzyczeć i ciskać ciężkimi przedmiotami w ekran. Nie przeszkadzał mi nawet magiczny przycisk reset w kształcie Pandoriki i magiczna głowa Amy Pond, która przypomniała Doktora z powrotem do rzeczywistości. A już na pewno nie przeszkadzało mi to, że Doktor trochę oszukiwał. Powrót małej Amelii, alternatywna historia Ziemi, doktor Indiana Song, wybuchająca TARDIS, coś nowego, coś starego, coś pożyczonego i coś niebieskiego. Amy Pond wyruszająca w niebieskiej policyjnej budce na poszukiwanie nowych przygód, bo dorosnąć nie musi oznaczać rezygnacji z magii, niezwykłości, przygody i ratowania Wszechświata pomiędzy śniadaniem a zwiedzaniem (tak, następny sezon poczynił ogromne szkody w tej Amy, ale o tym będzie w tej innej notce).

7. Turn Left

Co by było, gdyby Donna Noble, najważniejsza kobieta we Wszechświecie, skręciła w lewo i nigdy nie spotkała Doktora? Otóż nie wiem, jak z resztą Wszechświata, ale Ziemia z pewnością nie byłaby wtedy najlepszym miejscem do mieszkania. To w tym odcinku Donna, sto procent Donny, bez żadnego dodatku Władcy Czasu, pokazuje, że jest prawdziwą bohaterką, i to tę Donnę będziemy opłakiwać w finale czwartego sezonu.

8. Blink

Sally Sparrow na krótko pojawia się w życiu Doktora. Doktor pojawia się w życiu Sally Sparrow na nieco dłużej i zupełnie niespodziewanie możemy mieć nadzieję, że to nie będzie najważniejsza rzecz, która się jej przydarzy (właśnie to bardzo lubię w Sally, że jest swoją własną osobą – i wraca do swojego własnego życia, chociaż ciągnie ją do Doktora, a Doktora do niej. Nie wątpię, że lubiłabym Sally w TARDIS, ale Sally robiącą krok do tyłu lubię jeszcze bardziej). Czy wspomniałam o Płaczących Aniołach? Z potworów tylko Vashta Neradę lubię bardziej.

9. The Girl Who Waited

Bardzo chciałabym kochać Amy Pond, ale scenarzyści uparcie odmawiają mi tej możliwości. Więc pokochałam Amy, której sam Doktor odmówił prawa do istnienia po tym, jak on i Rory spartolili misję ratunkową to przyspieszonego strumienia czasu. Amy, która nigdy nie istniałaś, jesteś wspaniałą, dzielną kobietą. Pomijając to, że odcinek był trochę zawieszony w próżni (wydaje się nie mieć żadnych konsekwencji dla relacji Amy i Roryego oraz Pondów i Doktora), a cały wszystkie nieszczęścia spowodowała bezmyślność naszych bohaterów, nie widzę tu większych wad. Świetny pomysł, rewelacyjne wykonanie.

10. Smith and Jones

Mam sentyment do wszystkich odcinków, w których pojawia się nowy Doktor albo nowa towarzyszka, ale szczególną sympatią darzę pierwszy występ Marthy Jones, chociaż w trakcie trzeciego sezonu szczerze Marthę znielubiłam. Udający pacjenta Doktor i studentka medycyny ratują tym razem nie świat, ale miejski szpital, który ni z tego ni z owego znalazł się na księżycu.

środa, 21 września 2011

Same dziewczyny się porodziły. To znaczy, wojny nie będzie. - powiedziała moja babcia, przeglądając lokalny dodatek do Dziennika Zachodniego, w którym zawsze jest strona z nowo urodzonymi w powiecie dziećmi*. Babcia wojnę przeżyła.

Dla mnie wojna to słowo, abstrakcja, a jeśli rzeczywistość, to rzeczywistość daleka, poza codziennym zasięgiem myśli. Smutne obrazki w telewizji. Smutne statystyki na kartach książek. Zakłamany język „działań pokojowych”. Tak na dobrą sprawę nie potrafię wyobrazić sobie wojny. Potrafię przywołać wojenne obrazy – gruzy i pogorzeliska, maszerujące oddziały, trupy, bombardowania, ale nie potrafię wyobrazić sobie, co to znaczy żyć w czasie wojny, jak to jest wtedy żyć. Jak to jest budzić się rano ze świadomością, że jest wojna.

Nie dowiem się tego z książki „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” Swietłany Aleksijewicz, bo dla jej bohaterek wojna to oczywistość, stan normalny, chociaż straszny, a czasem też najważniejszy punkt odniesienia w ich życiu.

W czasie drugiej wojny światowej w szeregach Armii Radzieckiej walczyło ponad milion kobiet. Ponad milion kobiet, które prały zakrwawione mundury, opatrywały rannych, leczyły, strzelały, pilotowały bombowce, obsługiwały cekaemy, rozminowywały pola, i które wraz ze Zwycięstwem i końcem wojny zostały zapomniane.

Aleksijewicz, sama nauczona męskiej historii wojny, rozmawiała z byłymi żołnierkami, sanitariuszkami, telegrafistkami, snajperkami i również dla siebie odkryła kobiecą historię wojny, historię, która nie znalazła się w podręcznikach, której nie fetowano podczas uroczystości państwowych. W opowieściach kobiet znajdziemy elementy znajome – rodzinną tradycję walki, sytuacje graniczne wyzwalające w człowieku to, co najpiękniejsze, i to, co najstraszniejsze, zapał, gorące głowy, utraconych towarzyszy broni etc., i takie, które dotychczas były pomijane w narracji o wojnie – jak choćby to, że dla wielu dziewczyn wojna wiązała się nieodłącznie z wyrzeczeniem się, zawieszeniem kobiecości (no bo: jakich znowu dziewczyn?).

Po kilkudziesięciu stronach zaczyna mi się wydawać, że czytam warianty jednego życiorysu. Oto młoda dziewczyna, dziecko prawie, lat trzynaście, piętnaście, szesnaście, wychowywana na pionierkę, dziewczęca, niewinna (bohaterki bardzo to podkreślają), rwie się do walki – robi kurs sanitariuszki, chodzi prosić do komendy uzupełnień, ucieka z domu, żeby się zaciągnąć. Po latach te kobiety, nierzadko mające już dorosłe dzieci, mówią z dumą o swoim uczestnictwie, o tym, że przyczyniły się do Zwycięstwa. Ale historie, które opowiadają, rzadko są heroiczne (nie takiego materiału szuka Aleksijewicz) – mówią o ścinaniu włosów, braku mundurów dla kobiet, frontowych przyjaźniach, żołnierskich miłościach, koleżankach, które nie wróciły albo wróciły okaleczone, o głodzie, o strachu, o dopasowaniu się do „męskich”, wojennych obyczajów.

Poza świadectwami kobiet Aleksijewicz umieściła w książce własne refleksje – przed wszystkim opis procesu poznawania kobiecej historii wojny i prób zrozumienia jej bohaterek oraz szukanie właściwych środków wyrazu dla jej przekazania. Jak to opisać? Jak to zrozumieć? – pyta samą siebie, i po pewnym czasie sama sobie zaczyna udzielać odpowiedzi. Nie są to odpowiedzi definitywne, ale muszą wystarczyć. Ach, więc to tak, chyba zaczynam rozumieć – notuje po dziesiątej, pięćdziesiątej, setnej rozmowie.

Czytałam „Wojna nie ma sobie nic z kobiety” ze łzami w oczach, a ja rzadko wzruszam się podczas lektury. I nie mogę powiedzieć, jak autorka, że tak, teraz rozumiem – nie, wciąż nie rozumiem, mam to szczęście. Ale współczuję.

Ważna, mądra książka.

 

 

* Naprawdę. Aż się chciałam zapytać - Babciu, babciu, skąd wiesz, że piszę notkę?

wtorek, 20 września 2011

Doctor Who 06x09, 06x10, 06x11

Luźne uwagi.

River says: Spoilers!

 

06x09 Night Terrors

Nad Night Terrors nie ma co się rozwodzić. Ja naprawdę mam dużo sympatii dla Marka Gatissa, ale ładnie proszę, niech on już nie pisze odcinków Doctora Who. Wprawdzie Night Terrors nie jest tak okropny jak The Idiot's Lantern czy Victory of the Daleks, ale to, obok The Curse of The Black Spot, najsłabszy odcinek szóstej serii. Do obejrzenia i zapomnienia. W dodatku został przesunięty z pierwszej połowy sezonu do drugiej, co sprawia, że i zachowanie i emocjonalne reakcje głównych bohaterów na wydarzenia są trochę od czapy.

Po Night Terrors dostaliśmy pod rząd dwa mocne i ciekawe odcinki. I nieco problematyczne. No bo tak...

 

06x10 The Girl Who Waited

Doktor nie raczył sprawdzić, kiedy wylądował na planecie o urokliwej nazwie Appalapachia, i w efekcie nasi dzielni podróżnicy zamiast podziwiać widoki, trafiają do centrum dla ofiar choroby jednodniowej – cała planeta objęta jest kwarantanną. Żeby było jeszcze mniej przyjemnie, Amy, perełka nasza kochana, pakuje się do części przeznaczonej dla chorych, gdzie czas płynie dużo szybciej (całe życie w przyspieszonym strumieniu czasu to doba w zwykłym), więc Rory i Doktor muszą przebić się do niej w TARDIS. Ponieważ w tym odcinku wszystkie nieszczęścia są efektem głupich zachowań bohaterów, Doktor lądując w przyspieszonym strumieniu po raz kolejny nie sprawdza, czy dobrze wylądował, i Rory w ciągu kilku minut znajduje Amy... która czekała na ratunek przez trzydzieści sześć lat.

The Girl Who Waited sprawiła, że znowu zakochałam się w Amy Pond, szkoda, że w tej, która pod koniec odcinka nigdy nie istniała (Oh! Tenses are difficult, aren't they?). Starsza Amy jest wspaniała. Jest wszystkim, czym Amy, mogłaby być, gdyby nie opierała się zawsze i wszędzie na Doktorze, tym Doktorze, którego wymyśliła sobie jeszcze mała Amelia (powiedziałabym, że w Amy ciekawe jest połączenie idealizowania Doktora z nieufnością i oczekiwaniem, że znowu ją zawiedzie, ale obawiam się, że to nie intrygujący pomysł scenarzystów, tylko kolejny przejaw schizofrenicznego pisania tej postaci), albo na Rorym. Jest bystra, silna i samodzielna. Jest odważna, ale nie lekkomyślnie brawurowa, jak młodsza Amy. Jest też zgorzkniała i nieufna, ale trzydzieści sześć lat w samotności i w ciągłym zagrożeniu życia zniosła wyjątkowo dobrze. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby to ona odleciała w TARDIS, ale od początku było wiadomo, że nie ma na to szans, prawda?

Starsza Amy nie wierzy Doktorowi, starsza Amy nienawidzi Doktora za to, że po raz kolejny złamał jej życie i spóźnił się z ratunkiem o cztery dekady. On przemierzał czas i przestrzeń wiedziony kaprysem, ona dostała trzydzieści sześć lat zimnej, twardej rzeczywistości. Byłoby fantastycznie, gdyby ten odcinek był o relacji Amy i Doktora, relacji, która musiała się zmienić po wydarzeniach z A Good Man Goes to War, z Let's Kill Hitler, po latach czekania i ostatecznej utracie wiary w Raggedy Doctora. Ale nie, ten odcinek jest o tym, że Amy kocha Roryego (tak jak w tym sezonie: Day of the Moon, The Curse of the Black Spot, The Doctor's Wife, The Almost People, The Rebel Flesh, A Good Man Goes to War).

Nie zrozumcie mnie źle, sceny pomiędzy Amy i starszą Amy, czy którąś Amy i Rorym są wzruszające i rewelacyjnie napisane. Nic by mnie nie przekonało tak, jak ten odcinek, że Amy, która w Eleventh Hour ze względu na swoje problemy emocjonalne miała opory nawet przyznać, że Rory jest jej chłopakiem, szczerze kocha swojego nieco niewydarzonego (jeśli akurat nie jest w Last Centurion mode, ekhm) męża. Ale ja już zostałam przekonana, jakieś tysiąc razy, zaczynając od tego kretyńskiego samobójstwa w Amy's Choice.

Życie starszej Amy było samotnym piekłem, ale należało do niej i zakochałam się w niej bez pamięci, kiedy na początku odrzuciła „pomoc” Doktora. Tymczasem Doktor konsekwentnie (i egoistycznie) dąży do naprawienia swoje błędu i przywrócenia stanu, kiedy Amy w niego wierzyła (do odzyskania „naszej Amy”) – dlatego kłamie, że TARDIS będzie mogła podtrzymać paradoks i dlatego bez wahania zamyka przed starszą Amy drzwi.

Fantastyczna jest scena, w której Doktor kładzie rękę Rorego na klamce i każe mu zdecydować, a Rory zarzuca mu, że to nie fair i że Doktor chce go zmienić w siebie. Gdyby Doktor nie przekazał Roryemu wyboru, ten by go znienawidził, a Doktor nie zniósłby nienawiści ze strony kogoś, kogo kocha. Ale jednocześnie było to okrutne. I był to ten rodzaj niemożliwego wyboru, przed którym Doktor staje raz po raz. Dlaczego musi to być tylko jego odpowiedzialność? Taka krótka scena i tyle treści, ach.

Ostatecznie, „winę” i z Doktora i z Roryego zdjęła starsza Amy, prosząc Roryego, żeby jej nie wpuszczał. Tak naprawdę, poświęcenie swojego istnienia przez starszą Amy było jej wyborem tylko iluzorycznie, ale pozwoliło wyplątać się scenarzyście z nielichego dylematu.

 

06x11 The God Complex

Na początku The God Complex Pondowie ani słóweczkiem nie zająkują się o chęci powrotu do Leadworth, mimo że jeszcze niedawno Rory krzyczał, że nie chce podróżować z Doktorem, a Amy off screen, po pytaniu o swoją starszą wersję, zapewne dowiedziała się, że Rory z Doktorem wymazali jej istnienie, bo, cóż, inaczej się nie dało, tak nam przykro. Prawdę mówiąc, to byłam zdziwiona, że Amy i Rory nie trzasnęli drzwiami od TARDIS już na końcu Let's Kill Hitler, ale cóż. Wszystko wskazuje na to, że niedługo dorosną do tej decyzji, tak? Nie. Ale po kolei.

TARDIS wylądowała w miejscu, które nie jest obiecywaną przez Doktora planetą olbrzymów. W miejscu, które wygląda jak podrzędny hotel z lat osiemdziesiątych. Doktor jest wniebowzięty i podekscytowany, i liże monsterę dziurawą, bo to nie prawdziwy hotel tylko jego wierna, kosmiczna replika. Niebawem okazuje się, że w hotelu są też inni ludzie (i kosmita), którzy wcale nie chcieli tutaj trafić, korytarze zachowują się, jak te w Hogwarcie, w pokojach czekają strachy, a ludzie, kiedy znajdą pokój ze swoim strachem, wariują, a ich szaleństwo przybiera postać religijną – modlą się do Minotaura, który ma ich pożreć.

[Doktor zjada jabłko. Doktor nie lubi jabłek. To może mieć jakieś znaczenie. Albo nie.]

Doktor zakasuje rękawy i zabiera się do ratowania sytuacji, i, jak wielokrotnie widzieliśmy w tym sezonie, marnie mu idzie. Robi się bardzo smutno, kiedy umiera Rita, która była dzielna i mądra, i nawet idąc na śmierć starała się odciągnąć potwora od towarzyszy niedoli. Rita, której Doktor zaproponował all of time and space, chociaż chwilę wcześniej przyznał, że to, co robi – co zrobił Amy i Roryemu – oferując im dołączenie do niego w TARDIS, jest nie fair, bo to wybór, który nie jest wyborem, nie można się oprzeć wszystkim wspaniałościom wszechświata.

[Bardzo jestem ciekawa, czy gdyby Doktor wcześniej domyślił się, jak naprawdę działa Minotaur, to popędziłby ratować Ritę – pozbawiając ją jej wiary. Ale nie, Doctor Who nie pójdzie w takim interesującym i ryzykownym kierunku.]

[Doktor od niechcenia układa kostkę Rubika. Doktor nie potrafi układać kostek Rubika. To może mieć jakieś znaczenie. Albo nie.]

[Rory nie ma swojego pokoju. I widzi wyjście. Doktor nie jest zaskoczony tym, co widzi w swoim pokoju. Oczywiście, któż inny, mówi do siebie z takim smutnym, pogodzonym półuśmiechem.]

Doktor, analizując śmierć Rity, dochodzi do wniosku, że Minotaur nie karmi się strachem, tylko wiarą. Amy zaczyna modlić się do bestii i podczas chaotycznej ucieczki Doktor, Amy i Rory trafiają do pokoju z małą Amy. Czego Amy boi się najbardziej? Tego, że zostanie porzucona, że któregoś dnia Doktor po nią nie wróci (o, to dokładnie tak, jak się zdarzyło w poprzednim odcinku). W co wierzy? W Doktora.

Poważnie? Po raz kolejny The Moffat Show bierze wybraną linię fabularną i przepisuje ją od początku. Tym razem jest to relacja pomiędzy Amy i Doktorem. Czy ja marudziłam przy poprzednim odcinku, że zmarnowano cudowną okazję do przyjrzenia się relacji Amy i Doktora? PRZEPRASZAM. WIĘCEJ NIE BĘDĘ.

Stosunków pomiędzy Amy i Doktorem nigdy nie cechowało „zbyt dużo wiary”, jak ni z tego, ni z owego chce ten odcinek. W Eleventh Hour Amy decyduje się zaufać Doktorowi na dwadzieścia minut. Potem nie ufa jego motywom, kiedy zaprasza ją do TARDIS. W The Beast Below kwestionuje wybór, który widzi Doktor, i działa wbrew niemu w efekcie ratując Gwiezdnego Wieloryba. We Flesh and Stone, kiedy Doktor prosi, żeby mu zaufała, odpowiada wątpliwością – jak mam ci zaufać, skoro nie zawsze mówisz mi prawdę? W Vincent and the Doctor uważa za podejrzane, że Doktor jest dla nie wyjątkowo miły i zabiera ją w same piękne miejsca. W A Good Man Goes to War pyta Doktora, czy jest coś, o czym jej i Roryemu nie mówi, a potem wini Doktora za porwanie Melody i do tego stopnia nie wierzy jego zapewnieniom, że znajdzie jej córkę, że grozi River bronią.

Do licha, nawet jeśli Amy na początku miałaby za dużo wiary/zaufania, to postępowanie Doktora powinno skutecznie nimi zachwiać. Pozwolił, żeby porwaną Amy przetrzymywano miesiącami, nie wiadomo gdzie, i robiono z nią nie wiadomo co, i nie raczył nikogo o tym poinformować aż do końca The Almost People (Dlaczego nic nie powiedział? Bo ktoś mógł słuchać. To żadne usprawiedliwienie. Żadne. Jakim prawem?). Wyruszył na poszukiwanie córki Amy, zostawiając Amy (dlaczego dkn?!). Odniósł totalną porażkę w znalezieniu małej Melody i zabraniu jej z powrotem do matki. Nawet nie próbował ocalić starszej Amy i nie miał żadnego szacunku dla jej życzeń, a przecież starsza Amy też była Amy. Nic z tego nie złamało Amy wiary w Doktora? A to, że powiedział, że zabrał ją ze sobą, bo jest próżny i potrzebuje adoracji, tak? W ciągu pięciu minut? Co za piramidalna bzdura.

[O Amy Williams będzie innym razem. W notce o postaciach kobiecych Moffata w Doctorze Who, która powstanie po finale serii.]

Minotaur pozbawiony na chwilę pożywienia może umrzeć. Minotaur jest metaforą Doktora. Przyznam, niezgorszą. Amy i Rory dalej nie wyrażają najmniejszej chęci na trzaśnięcie drzwiami TARDIS (taaak, Doktor złamał tę nieistniejącą wiarę Amy baaaardzo skutecznie), za to Doktor doznaje epifanii i odstawia Pondów do (nowego) domu. I następuje scena pożegnania Doktora i Amy, która z jednej strony jest bardzo dobra – jeśli przyjrzymy się jej implikacjom dla Doktora, a z drugiej bardzo zła – jeśli przyjrzymy się jej implikacjom dla Amy. Jak ostateczne jest to pożegnanie, dowiemy się w finale.

Napisz do mnie!