kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
niedziela, 14 października 2012

Spojler w pierwszym akapicie, jeśli ktoś nie obejrzał jeszcze świątecznego odcinka Downton Abbey

Trzeci sezon Downton Abbey póki co rozczarowuje i nie chodzi mi nawet o to, że nie dostaliśmy sceny podczas nocy poślubnej Mary i Matthew, kiedy ten ostatni wykrzykuje – Lavinia, I am so sorry! Jeśli też czujecie lekki absmak albo potrzebujecie odmiany, to poniżej kilka tytułów, którymi można oglądanie DA zastąpić.

Kryteria doboru są bardzo liberalne. Na liście znalazły się produkcje typowo kostiumowe i takie, w których kostiumografowie mieli używanie, chociaż pod kategorię costume drama już nie do końca podpadają. Czas akcji mieści się pomiędzy wiekiem osiemnastym a drugą połową lat pięćdziesiątych wieku dwudziestego. Ponadto wszystko to dość świeże miniseriale, seriale krótkie na wzór brytyjski, bądź dwuczęściowe filmy telewizyjne. I wszystkie mi się z tego czy innego powodu podobały.

(Wpis z kategorii łatwych, lekkich i przyjemnych, bo leżę chora, a w świecie bliskim i dalekim dzieją się rzeczy złe i smutne, więc trzeba mi odskoczni.)

 

Vanessa Kirby jako Estella w Great Expectations (2011)

 

Garrow's Law (2009-2011)

Już tutaj swego czasu polecałam Garrow's Law jako odtrutkę na DA (a Ninedin napisała świetną notkę – niech Was nie odstraszy „z misją” w tytule). Emitowany prze BBC One do grudnia 2011 serial o osiemnastowiecznym prawniku, który zmienił oblicze sądów, nie cieszył się dużym zainteresowaniem prasy ani nie dostał ogromnej kampanii promocyjnej, która towarzyszy DA odkąd ITV zorientowało się, że mają hit. Temat Garrow's Law może się wydawać ciężki i mało przebojowy, ale twórcom udało się zrobić serial dojrzały i wciągający na obu, przenikających się zresztą (zwłaszcza w trzecim sezonie), płaszczyznach – spraw na sali sądowej i perypetii w życiu osobistym bohaterów. Telewizja pierwszej klasy. A jeśli należycie do grupy, którą przekonują na ekranie wdzięki aktorów, to Lyndsey Marshal jest śliczna jak zwykle, a Andrew Buchan ma cudowny uśmiech i bardzo zgrabne łydki.

Bomb Girls (2012-...)

Kiedy podczas drugiej wojny światowej kanadyjscy mężczyźni walczyli na froncie, Kanadyjki wspierały walczących chociażby pracując w fabrykach broni. O załodze jednej z takich fabryk opowiada serial Global. Przez sześć odcinków śledzimy losy szorstkiej „przodowniczki pracy” Betty, przełożonej dziewcząt Lorny, bogatej i idealistycznej dziedziczki Gladys i słodkiej Kate, która uciekła od maltretującego ją ojca-pastora. Bomb Girls bardzo wiarygodnie odwzorowuje ówczesną mentalność, realia życia i problemy, z którymi się borykano. Początkowo miniserial miał być zamkniętą, sześcioczęściową całością, ale po ciepłym przyjęciu przez widownię i dobrych wynikach oglądalności został zamówiony drugi sezon, tym razem już całe dwanaście odcinków. Ja się nie mogę doczekać.

Room at the Top (2012)

Dwuczęściowa ekranizacja powieści Johna Braine'a. Joe, młody, ambitny weteran drugiej wojny światowej (w tej roli Matthew McNulty) próbuje poukładać sobie życie w powojennej Anglii. Na przeszkodzie staje mu robotnicze pochodzenie, duma, gorąca głowa i... nieumiejętność utrzymania zapiętego rozporka. Nie spojrzałam wcześniej na listę obsady, więc obecność Jenny-Louise Coleman a.k.a. nowej towarzyszki Jedenastego Doktora wzięła mnie z zaskoczenia – w każdym razie nie radzę oglądać z dziećmi. Room at the Top kończy się tam, gdzie powieść, a szkoda, po przy ostatniej scenie miałam ogromną ochotę na ciąg dalszy.

The Paradise (2012-...)

Serial który dopiero co wszedł na ekran i który luźno nawiązuje do powieści Zoli Wszystko dla pań. Bardzo luźno. Pomijając kwestie fabularne, przeniesienie akcji na brytyjską ziemię i kochanków zmieniających się w ojców, bardzo różna jest sama atmosfera i wymowa – naturalista Emile mocno by się zdziwił, oglądając taką a nie inną adaptację swojej powieści. Na razie nie jestem do końca przekonana do postaci Moray'a, bo jego uwodzicielski urok jest póki co głównie irytujący i nie kupuję tego, że panie rumienią się słysząc jego komplementy, a nie przewracają oczami. Za to bardzo podoba mi się Joanna Vanderham w roli Denise – wciąż żałuję, że to nie ona grała Valentine w Parade's End, może jej udałoby się uratować tę postać.

The Hour (2011-...)

Pierwszy sezon The Hour nieco mnie rozczarował, a miałam wobec niego bardzo duże oczekiwania. Nie dość, że ma cudowną obsadę (Ben Whishaw! Romola Garai! Dominic West!), to jeszcze prasa przed premierą pozycjonowała go jako brytyjskiego Mad Mena, którego wprawdzie już nie oglądam (nie moje klimaty, więc porzuciłam bez żalu), ale któremu nie sposób odmówić mocnych scenariuszy i świetnego aktorstwa. Tymczasem o ile aktorstwu w The Hour nie mogę nic zarzucić (m.in. świetna rola drugoplanowa Anny Chancellor), a realia dziennikarstwa i pracy w BBC w latach pięćdziesiątych ogląda się z przyjemnością, to wątek szpiegowsko-spiskowy był po prostu nudny. Także chociaż czasu spędzonego przed telewizorem nie uważam za zmarnowany, to mogło być o wiele lepiej. Drugi sezon, który ma wystartować lada moment, zapowiada duże zmiany – czekam z niecierpliwością.

Women in Love (2011)

Ekranizacja dwóch powieści D.H.Lawrence'a – The Rainbow (1915) i Women in Love (1920). Wprawdzie Lawrence już dawno nie wywołuje takich kontrowersji jak kiedyś (miewał procesy o, hm, nieobyczajność, a jego książki były obkładane zakazami publikacji w Wielkiej Brytanii) i nawet bardzo niewinny czytelnik może nie zrozumieć, co spowodowało tyle hałasu wokół Kochanka Lady Chatterley, ale to dalej jest niezła literatura. Mnie nakręcona przez BBC wersja losów sióstr Brangwen, nauczycielki i artystki, wciągnęła. Głównym tematem są oczywiście związki damsko-męskie, w tym ich aspekt erotyczny, a w roli kochanka jednej z sióstr wystąpił Joseph Mawle, czyli kolejny z zaskakująco atrakcyjnych brytyjskich aktorów z dziwnymi twarzami.

The Crimson Petal and the White (2011)

Kolejna ekranizacja (i tak będzie już do końca listy). Tym razem powieści Michela Fabera pod tym samym tytułem. Prawdziwa perełka wśród produkcji telewizyjnych, w dodatku przenosząca na ekran ile się tylko da z książkowego oryginału. Osobę odpowiadającą za zdjęcia należałoby ozłocić. I tak samo osobę odpowiedzialną za kostiumy. I tę za casting. W roli głównej, jako prostytutka Sugar, wystąpiła Romola Garai, a partnerują jej Chris O'Dowd jako William Rackham i Amanda Hale jako Alice, jego chora psychicznie żona. Jeśli jeszcze nie widzieliście, to nie wiem, co tu robicie, czytając dalej, zamiast kombinować skąd The Crimson Petal and the White wziąć.

Mildred Pierce (2011)

Kate Winslet (która – że się posłużę wyświechtanym porównaniem – jest jak wino, im starsza, tym lepsza) odchodzi od męża i zakłada własny biznes w czasach Wielkiej Depresji w Stanach Zjednoczonych. Jednocześnie próbuje ułożyć sobie życie z nowym mężczyzną (w tej roli Guy Pearce, widziałam go już w niejednej dobrej roli, ale dalej jest dla mnie zupełnie nierozpoznawalny) i zdobyć miłość i szacunek swojej rozpieszczonej i samolubnej córki (w roli młodej Vedy Morgan Turner, w roli dorosłej Evan Rachel Wood). Bardzo, bardzo dobre, chociaż nie raz i nie dwa trudno jest kibicować postaciom i ich decyzjom.

Great Expectations (2011)

Charles Dickens musi być bardzo wysoko na liście najczęściej przenoszonych na ekran, i szklany i srebrny, autorów. W pierwszej dziesiątce? W pierwszej piątce? A do ilu z tych ekranizacji przyłożyła rękę BBC (btw sądzę, że jeśli zaczęlibyście oglądać adaptacje angielskiej klasyki wyprodukowane przez BBC, to zeszłoby Wam przynajmniej do wiosny)? Trzyczęściowa ekranizacja Wielkich nadziei z zeszłego roku zgarnęła cztery Emmy i trzy Bafty, wszystkie w kategoriach technicznych i wszystkie w pełni zasłużone. Jak tam wszystko idealnie wygląda, jak wszystko jest dopracowane, po prostu miód dla oczu. Warto też wspomnieć o Gillian Anderson w roli Miss Havisham, zdecydowanie za mało jest Gillian na naszych ekranach.

Parade's End (2012)

Historia ostatniego porządnego człowieka w Anglii na krótko przed i następnie w trakcie pierwszej wojny światowej. Odchodzący świat i tak dalej. Z Parade's End jest jeden problem – Rebecca Hall jako Sylvia, żona głównego bohatera, przyćmiła tam dokładnie wszystkich i tylko Benedict Cumberbatch momentami dotrzymuje jej kroku. O absurdalnie nierealistycznym romansie-nie-romansie głównego bohatera z mdłą niewinnością uosobioną nawet nie ma co wspominać. I tak, kiedy na ekranie nie ma Sylvii, łatwo stracić zainteresowanie. Za to kiedy jest Sylvia...



czwartek, 20 września 2012

Dzisiaj będzie o dwóch książkach. Nieintencjonalny cykl okołobaśniowy kontynuują „Among Others” Jo Walton (2011) i „Some Kind of Fairy Tale” Graham Joyce (2012), w których spotkamy nastoletnie dziewczęta i wróżki. Chociaż z tymi wróżkami to nie jest tak do końca pewne.

*

„Among Others” nie jest książką o wróżkach. Jest o dorastaniu, przeżywaniu żałoby i godzeniu się ze stratą, o układaniu sobie życia na nowo, o przyjaźniach i pierwszej miłości. „Some Kind of Fairy Tale” też nie jest książką o wróżkach. Jest o dorastaniu, o życiowych wyborach, po trosze o konfrontacji z młodzieńczymi ideałami, o przeżywaniu żałoby i godzeniu się ze stratą, o przyjaźni i pierwszej miłości, o drugich szansach. I, wbrew pozorom, poza nieuchwytnymi wróżkami, bardzo niewiele obie te książki łączy.

„Among Others” zdobyła w tym roku Nebulę i Hugo, ku mojemu zdumieniu, bo nie dość, że uważam, że jest najwyżej średnia, to jeszcze w ogóle wahałabym się przed postawieniem jej na półce z fantastyką. (Może te wyróżnienia mają coś wspólnego, ze słabością, którą przejawia cześć fandomu wobec książek, które mogą "przejść" wśród tytułów mainstreamowych, ale nie jestem przekonana. Bardziej prawdopodobne, że jest to powieść, która musi czytelnika oczarować, a mnie jej czar przeleciał nad głową.)

Jest rok 1979. Mor, główna bohaterka, przy pomocy wróżek uratowała świat przed swoją matką-czarownicą, tracąc jednocześnie siostrę bliźniaczkę i sama lądując w szpitalu. Mor, główna bohaterka, straciła siostrę bliźniaczkę w wypadku samochodowym i uciekła od toksycznej matki, a teraz przepracowuje traumy wiarą w świat wróżek ze swoich dziecięcych zabaw. Która wersja jest prawdziwa, możemy zdecydować sami, bo z tekstu się tego nie dowiemy (możemy się też zdać na Word of God, ale co to za zabawa) – jeśli mamy ochotę, bo ja stwierdziłam, że nic a nic mnie to nie obchodzi po mniej więcej trzydziestu stronach i cały suspens diabli wzięli.

Jeśli odstawimy na bok wróżki i mechanikę magii w świecie przedstawionym, zostajemy z pamiętnikiem walijskiej dziewczyny, która dochodzi do siebie po ciężkich przeżyciach i przystosowuje się do realiów angielskiej szkoły z internatem. Kluczowe jest tu słowo pamiętnik – taką właśnie formę ma książka i wszystkie tego konsekwencje (pierwszoosobowe ograniczenie świata, urywana narracja, przeskoki czasowe, wgląd w przemyślenia i dylematy nastolatki, często bardzo realistycznie dla nas banalne) składają się na bardzo przekonujący obraz, niezależnie od tego, czy bohaterkę polubimy czy wręcz przeciwnie (jak ja, tak sobie teraz myślę, że dobrze, że za nastoletniości nie udało mi się wciągnąć w prowadzenie dziennika, pewnie byłby podobnie egzaltowany).

Z jednym małym ale. Mor jest fanką literatury fantastycznej, szczegółowo opisuje swoje wrażenia z kolejnych lektur (zieeew) i jakoś tam przekłada płynące z książek lekcje na otaczający ją świat. I tak, na przykład, nie potępia ani nie reaguje strachem czy odrazą na homoseksualną koleżankę, bo czytała Heinleina i Delanego, albo porównuje swoje wróżki z tymi literackimi. Natomiast ani razu nie przychodzi jej do głowy (jej, wykarmionej fantastyką, jak mało kto), że jej sytuacja ma w sobie coś z powieści fantasy albo chociaż, że skoro wróżki istnieją, to co jeszcze może być nie tylko owocem wyobraźni autora na kartach książki. Mnie brak tej refleksji irytował, chociaż może to celowy zabieg, bo „Among Others” sprawia bardzo staroświeckie wrażenie, właśnie jakby powstała te trzydzieści lat temu.

Fabuła jest tutaj pomijalna, ot, Bildungsroman z elementami paranormalnymi (albo i bez, whatever), rozpędzającą pod koniec akcją (co wypada słabo, ze względu na jednowymiarowość antagonistki i pośpiech, bo już-już trzeba kończyć) i bohaterką patrzącą jasnym wzrokiem w przyszłość. Uhg.

„Some Kind of Fairy Tale” zaczyna się sceną, w której Tara Martin staje na progu rodzinnego domu po dwudziestu latach nieobecności i oznajmia, chociaż z oporami, że została uprowadzona (a w każdym razie uwiedziona, bo uprowadzenie było po części skutkiem pomyłki) przez wróżkę. Pana wróżkę, przystojnego mężczyznę na białym koniu, który ni z tego ni z owego objawił jej się w pobliskim lesie. (Z)wrócona światu Tara wygląda, jakby nadal miała piętnaście lat, i utrzymuje, że spędziła w krainie wróżek tylko pół roku. Życie emocjonalne jej bliskich, mniej lub bardziej pogodzonych ze stratą córki/siostry/dziewczyny, wywraca się do góry nogami.

Być może Tarę porwały wróżki. Być może Tarę uprowadził i wykorzystał obcy mężczyzna. Być może po wydarzeniach krótko sprzed jej zniknięcia (w tym jednym zdecydowanie traumatycznym), Tara uciekła z domu. Być może Tara nie chce przyznać, co robiła przez dwadzieścia lat. Być może spędziła jedynie sześć miesięcy z fae. Być może jakiś psychiczny lub fizyczny uraz spowodował u niej amnezję. Być może jest schizofreniczką. Może długotrwałe stosowanie substancji odurzających pomieszało jej w głowie.

(Nie martwcie się, „Some Kind of Fairy Tale” jasno sygnalizuje status ontyczny wróżek, nie żeby to miało jakieś wielkie znaczenie. Chociaż, jakby się ktoś uparł, jest tu i miejsce na małe „ale”. Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie.)

Historię Tary, jej rodziny i byłego chłopaka poznajemy z różnych punktów widzenia – w tym z notatek psychiatry, do którego Tara zgadza się pójść, żeby uspokoić brata. Niejako równolegle toczy się wątek siostrzeńca Tary, który pakuje się w zupełnie niemagiczne i nienarkotyczne kłopoty.

„Some Kind of Fairy Tale” jest bardzo nierówne – zwłaszcza pod koniec, kiedy subtelne dłubanie przy psychologii, relacjach rodzinnych i wyborach życiowych, zastępuje akcja i zostajemy z poczuciem niedosytu. Poza tym Tara świetnie wypada jako katalizator zmian i dziewczyna, która już wcześniej miała przemożny wpływ na otoczenie, ale w jej charakterystyce są braki, właśnie dlatego, że kiedy wreszcie narrator skupia się na niej, a nie tumulcie wokół niej, akcja rusza z kopyta i dość nagle dobijamy do ostatniej strony. Kompletnie nierealistyczne wydaje mi się przemilczanie (w rozważaniach wewnętrznych, nie dziwi mnie, że nie chciała o tym rozmawiać ze światem) przez Tarę przyczyny kłótni z chłopakiem, która i była poważna, i była dla dziewczyny, bo już nie dla jej rodziny, wciąż świeżą sprawą.

Obie książki są interesujące, chociaż niedoskonałe - większą przyjemność czytania miałam przy "Some Kind of Fairy Tale", ale wiadomo, de gustibus - obie rozczarowują na finiszu i obie pokazują, że wróżki potencjału na zostanie nowymi wampirami, zombie, czy co to teraz jest na topie, raczej nie mają.

 

 

 * At rest in the wood, Kay Nielsen

wtorek, 18 września 2012

Uwaga, mógł zaplątać się spojler do Parade's End, Doctora Who, Downton Abbey, Boardwalk Empire, Elementary lub Revolution.

Powoli zaczyna się sezon serialowy i całe szczęście, bo wieczory coraz dłuższe, klony gubią liście, a aura tylko czeka, żeby się nam z zaskoczenia zwalić na głowy wietrzyskiem, pluchą i gwałtownie opadającymi słupkami w termometrach.

Pierwszego września wystartował siódmy sezon Doktora, o którym napiszę zbiorczą notkę po pożegnaniu z Pondami, bo wyjątkowo nie mam wiele do powiedzenia. Na razie Moffat spełnia swoją obietnicę o filmowości każdego odcinka, spodziewani i niespodziewani aktorzy kradną głównym bohaterom miłość widowni, a ja przypominam sobie, że kocham pióro Toby'ego Whithouse'a i nienawidzę zabawnych robotów.

Ledwo się zaczął, a już dobiega końca Parade's End z Benedictem Cumberbatchem i Rebeką Hall w rolach głównych (Adelaide Clemens? Kim jest Adelaide Clemens? Na pewno nie Joanną Vanderham, która mogłaby wykrzesać coś z roli Valentine). Miniserial ma w Wielkiej Brytanii słabe wyniki oglądalności, co po części jest winą beznadziejnego miejsca w ramówce a po części tego, że wyidealizowane wizje przeszłości ogląda się po prostu przyjemniej (ten problem może mieć też The Hour, którego drugi sezon BBC puści w listopadzie). Ja ze swojej strony szczerze polecam.

Różowa wata cukrowa wróciła na ekrany pod postacią trzeciego sezonu Downton Abbey. Wszystkie zalety i wszystkie wady tego serialu są na miejscu, gotowe nas radować i wkurzać. Jakoś się to wyrównuje, chociaż po chwilowym orbitowaniu w odcinku świątecznym, wróciliśmy do nierównego poziomu z poprzedniego sezonu. Z pierwszego odcinka płynie jedna ważna lekcja – jeśli spotkacie Matthew Crowleya, to w żadnym razie nie nawiązujcie bliższej znajomości, bo opuścicie ziemski padół w tempie ekspresowym, a on wszystko po Was odziedziczy, choćby był pięćdziesiąty trzeci w kolejce do spadku.

Tymczasem lecące na HBO Boardwalk Empire (trzeci sezon) jest tak samo wyśmienite, jak było do tej pory, a przynajmniej w mój gust trafia idealnie. Trudno pisać o problemach w raju Nucky'ego i Margaret, bo o żadnym raju nie ma już mowy, za nieszczęsną Angelą tęskni tylko Richard Harrow, a Gillian ma teraz nowego synka i... burdel. They say the old time things are the best/ That may be very good for all the rest/ But I'm goin'g let the old things be/ 'Cause they are certainly not suited for me... no co?

Skoro już jesteśmy przy serialach zza wielkiej wody, to warto wspomnieć o dwóch nowościach. Elementary, którego pilot wyciekł jakiś czas temu do sieci, wciąż wzbudza sporo emocji wśród fanów słynnego detektywa, a szczególnie jego wersji oferowanej nam obecnie przez niezawodne BBC. Fandom Sherlocka nauczyłam się omijać szerokim łukiem, zawartość Holmesa w Holmesie niespecjalnie mnie interesuje, a Lucy Liu i Jonny Lee Miller ładnie razem grają, więc dam Elementary szansę.

Z kolei Revolution, być może najbardziej wyczekiwany tytuł tej jesieni, zaczął przyzwoicie, chociaż można było odnieść wrażenie, że zobaczyliśmy ekstremalnie długą wersję trailera. Napiszę tyle, że albo to będzie moja ulubiona nowość, albo ulubiona guilty pleasure. Tak czy siak - win.

A jutro wracam na bloga z kolejną okołobaśniową notką.

sobota, 25 sierpnia 2012

Jakoś się tak baśniowo zrobiło na blogu, jak nie Śnieżka, to Merida, więc kontynuując trend -

[Иван-царевич] Собрался в дорогу, пошел; шел, шел и видит: лежит в поле рать-сила побитая. Спрашивает Иван-царевич: "Коли есть тут жив человек — отзовися! Кто побил это войско великое?" Отозвался ему жив человек: "Все это войско великое побила Марья Моревна прекрасная королевна!"

Марья Моревна”, baśń rosyjska

*

Deathless (2011), Catherynne M. Valente (książka, jak podszeptuje Internet, ukazała się także po polsku)

Nie tak dawno temu, bo zaledwie w ubiegłym wieku, i nie tak znowu daleko, bo w Petersburgu Piotrogrodzie Leningradzie, rezolutna dziewczynka Maria Morewna siadywała przy oknie i patrzyła, jak do jej długiego, wąskiego domu przychodzą magiczni kawalerowie i opuszczają go z jej starszymi siostrami. Dlatego też żyła bardzo pewna swojego przyszłego losu. Ale ten okazał się mieć w zanadrzu kilka niespodzianek.

Catherynne M. Valente wzięła na warsztat rosyjską baśń o carewiczu Iwanie, Nieśmiertelnym Kościeju i Marii Morewnie (do przeczytania po rosyjsku tutaj, a po angielsku tu, nie ma za co) i mam teraz przez nią niezłą zagwozdkę. Z jednej strony, zabawa z wyjściowym materiałem i czynienie go swoim to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Z drugiej – mam problem z głównym tematem powieści i jego rozgrywaniem w realiach świata przedstawionego. I tak na bezpośrednie pytanie – to jak, Fabulitas, podobała ci się ta książka? - odpowiadam mało elokwentnym – Eeeehm.. .

Niewiele wcześniej skończyłam lekturę „The Marriage Plot” Eugenidesa, na którą strasznie czekałam, która mnie strasznie rozczarowała, i która porusza bardzo podobne kwestie – nie pozostało to bez wpływu na mój odbiór książki Valente. Co jest głównym tematem „Deathless”? Małżeństwo. A raczej – kto będzie rządził w związku. Tylko że ten temat, ta zmieniająca się dynamika pomiędzy Marią Morewną a jej wybrankiem (słowo wybranek nie do końca jest w tym przypadku adekwatne, ale co tam), jest po części unieważniana przez fatalizm opowieści. To co się wydarzyło, wydarzyło się już wcześniej, setki razy, i wydarzać się będzie zawsze, bo baśnie żyją wiecznym powtórzeniem. Wszystko, co zrobisz, Mario Morewno, poprowadzi cię wyznaczoną – i wydeptaną – ścieżką.

Najciekawsze dla mnie, oczywiście, było to, jak Valente przetwarza i opowiada baśń na nowo – przesuwanie akcentów, zmiana wymowy wydarzeń i motywacji bohaterów, niespodziewana wierność baśni, kiedy oddaliliśmy się od oryginału tak daleko, że powrót wydaje się niemożliwy.

Inną niewątpliwą zaletą jest biegłość i talent autorki w łączeniu fragmentów realistycznych (Rosja krótko po rewolucji bolszewickiej, ale nigdy na poziomie innym niż osobisty, są czerwone chusty, praca Iwana i dokwaterowywanie rodzin, ale żadnej polityki, żadnego szerokiego planu, choć raz czy dwa jest on komentowany z perspektywy postaci magicznych) i baśniowych – przed nami, czytelnikami, rozpościera się barwny, misternie utkany gobelin tekstu, a nie zgrzebny patchwork.

Czy warto przeczytać „Deathless”? Warto. Czy spodoba Wam się ta książka? A tego to już nie wiem.



 

* Powyższa grafika, autorstwa Iwana Bilibina, jest, tak się składa, ilustracją do innej rosyjskiej baśni - "Piękna Wasylisa i Baba Jaga", ale podoba mi się wyjątkowo, bardziej niż wszystkie, które stworzył do "Marii Morewny". Do zapoznania się z twórczością Bilibina, jeśli ktoś jeszcze nie zna, szczerze zachęcam.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Bez spojlerów, chyba że za spojlery uznamy oględne omówienie głównych tematów filmu, bez zdradzania szczegółów fabuły – zresztą, to Wam mogę powiedzieć, jeśli skończyliście osiem lat, to oglądając Brave nie szykujcie się na zaskoczenia

Brave jest filmem dla dzieci, który nie pretenduje do bycia czymkolwiek innym. Jest baśnią z quasi-średniowiecznymi realiami, rezolutną królewną w roli głównej i błędnymi ognikami, które, wbrew folklorowi, tutaj pomagają wejść bohaterom na właściwą drogę. To jedna z rzeczy, które bardzo mi się w niej podobają.

Kiedy film miał swoją premierę w Stanach i Wielkiej Brytanii, po internetach przetoczyły się dość przewidywalne dyskusje. Obserwowałam je jednym okiem i uderzyło mnie, kiedy już obejrzałam „Brave” jakieś półtora tygodnia temu, jak niewiele miały one wspólnego z „twardą” materią filmu. W zasadzie mogłyby się w całości odbyć jeszcze przed premierą, w oparciu o same materiały promocyjne.

Znaleźli się recenzenci (panowie, jakże by inaczej, a imię ich legion), którzy spienili się i zapłakali, że „Brave” jest opowieścią o relacji dwóch kobiet. No bo gdzie mężczyźni? Jak to tak? Gdzie uniwersalizm? Ciekawe, że narracja o konflikcie oczekiwań dziecka i rodzica jest dla niektórych uniwersalna tylko wtedy, kiedy bohaterem jest chłopiec. Mam nadzieję, że panowie recenzenci się swoją pianą zadławili, krytyka filmowa na pewno od tego nie zubożeje.

Znalazł się też recenzent, który poświęcił swój cenny czas na wysmażenie tekstu o preferencjach seksualnych królewny. Tak, tak, z całą powagą zastanawia się, czy Merida może być pierwszą disnejowską królewną-lesbijką. Wprawdzie intencje wspomnianego autora są jak najlepsze (czy nie byłoby pięknie, gdyby homoseksualne nastolatki dostały od popkultury, od mainstreamu, postać, z którą mogą się identyfikować?), ale.

Brave otwartym tekstem mówi o tym, że młoda dziewczyna powinna wejść w związek z osobą, którą wybierze, na swoich warunkach i wtedy, kiedy ona sama będzie na to gotowa, a nie kiedy będzie to od niej oczekiwane. (I w filmie jest to niejako wątek poboczny wobec ponownego zbliżenia i wzajemnego zrozumienia matki i córki – i związanych z nimi kwestii odpowiedzialności, dojrzałości, zdolności do kompromisu i szukania porozumienia.) Jeśli o mnie chodzi, to fantastyczny komunikat dla oglądających dziewczynek. I dla chłopców.

Merida nie dojrzała do seksualnej/romantycznej relacji i film jej seksualnością się nie zajmuje. Natomiast tak mocna obecność w recenzjach rozważań o seksualności i rolach płciowych ujawnia, jak wciąż, hm, problematyczne są to kwestie i jak bardzo nie potrafimy (my, kultura, nowoczesne zachodnie społeczeństwo) patrzeć na dziewczyny i kobiety inaczej, niż przez pryzmat ich tradycyjnej „biologicznej” roli w społeczeństwie.

Bo jeśli to, że bohaterka nie przystaje na wtłoczenie jej w ciasne ramy matczynych oczekiwań, a jej hobby są łucznictwo i jazda konna, a nie tkactwo i plecenie wianków (innymi słowy, chce być niezależna, wiecie, niezależność, ta cecha, którą tak cenimy u męskich bohaterów, nic a nic nie podejrzewając ich przy tym o pociąg do innych mężczyzn), to, że nie jest „tradycyjnie” dziewczęca, skłania kogokolwiek do rozważań, czy przypadkiem nie jest „inna” - homoseksualna, to jest to obraźliwe dla kobiet niezależnie od ich orientacji seksualnej.

Żeby jeszcze przemycić parę słów o filmie i o tym, dlaczego warto go zobaczyć. I animacja, i tła, i ścieżka dźwiękowa (chociaż napisane specjalnie do filmu piosenki niczym się specjalnie nie wyróżniają, ot, ładne są, najlepsza chyba ta Mumford and Sons z Birdy), cała ta bardziej techniczna strona jest pierwsza klasa, ale przyjemność oglądania najbardziej podnosi aktorstwo i rewelacyjnie dobrane głosy obu głównych bohaterek. Meridę gra zadziorna Kelly MacDonald, którą uwielbiam w każdej roli od czasów Trainspotting (poważnie, gdyby nie ona, to takiego The Decoy Bride nie obejrzałabym do końca, ugh, jaki to był słaby film), a królową nienaganna Emma Thompson (która jako jedyna z całej obsady nie mówi ze szkockim akcentem, co ma ciekawe implikacje dla postaci, jeśli ktoś zechce się nad tym pozastanawiać). Nie wiem, jak wyszedł polski dubbing, ale raczej nie liczyłabym na to, że dorówna wersji oryginalnej.

Jeśli kiedyś będę miała dziecko albo jakiś nieodpowiedzialny/zdesperowany dorosły pozostawi pociechę pod moją opieką (a ja nie zdążę uciec/wyłgać się, ewentualnie uznam tę akurat pociechę za urocze stworzenie, co też mi się zdarza), to Brave będzie filmem, który chętnie mu/jej pokażę i który sama z przyjemnością ponownie obejrzę. I dla postaci, i dla przygody, i dla humoru, i dla przesłania.

niedziela, 10 czerwca 2012

Królewna Śnieżka i Łowca (2012), reż. Rupert Sanders

SPOJLERY!

Kiedy królowa zapragnęła by jej dziecko było tak silne, jak róża, która zakwitła w zimowym ogrodzie, wiedziałam, że pokocham „Królewnę Śnieżkę i Łowcę”. Kiedy Śnieżka wyszła z wody bez jednego sińca czy zadrapania, wiedziałam, że to będzie trudna miłość.

(Sporo można powiedzieć o filmie fantastycznym na podstawie tego, jak traktuje zjawiska i elementy niemagiczne natury. Jeśli skaczesz ze sporej wysokości do wody, w nieznanym sobie miejscu, pośród ostrych skał, prosto w ogromne fale, które się o te skały rozbijają, to albo od razu zabijesz się na skałach niewidocznych pod wodą albo usłużna woda rzuci cię na skały, z których właśnie skoczyłaś/eś. Efekt jest jeden – topielica/topielec i to pokiereszowana/y. Chyba że jesteś bohaterką/bohaterem filmowym i zginąć nie możesz, wtedy naturalnym jest, że wyniesie cię nieprzytomną/ego na brzeg, z gustownie zaznaczonymi obrażeniami, jakąś szramą, krwawym sińcem na skroni. Być może, kiedy odzyskasz przytomność, będziesz musiał/a trochę pokrzywić się i potrzymać za żebra, albo poutykać. A ścigająca cię reszta świata jest przekonana, że nie żyjesz.

Tymczasem Śnieżka wychodzi z tej piekielnej wody, jak ze stawu i już wiadomo, że filmowcy za każdym razem poświęcą sens dla efektu – te wielkie, głośne, spienione fale były przepiękne.

Nie mrugnęłabym okiem, gdyby Śnieżkę wyniosła na brzeg przyjazna fala - więcej Miyazakiego! – albo uratował biały narwal – jeszcze więcej jednorożców! Ale to tak na zupełnym marginesie.)

Tak jak seans był bardzo przyjemny i dla samej wizualnej doskonałości filmu jestem w stanie przymknąć oko na wiele klisz (czego absolutnie nie byłam w stanie zrobić, oglądając na przykład Avatara), tak mam z „Królewną Śnieżką i Łowcą” jeden zasadniczy problem.

Cały czas miałam wrażenie, że scenarzyści nie do końca słuchali historii, którą sami opowiadali.

Ravenna opowiada o młodych królowych zastępujących stare – ona sama była kiedyś tą młodą królową i to nie z własnej woli. Źródłem siły i magii Ravenny jest jej fizyczne piękno. A jeszcze Theron gra królową nie tylko okrutną, ale i nieszczęśliwą. Śnieżka deklaruje, że jest wszystkim, czym królowa nie jest. Siła Śnieżki ma leżeć w jej pięknym, odważnym sercu. A jednym z przejawów wyjątkowości królewny jest jej moc uzdrawiania.

Widzicie tu potencjał na wspaniałą historię? Bo ja widzę i to tę historię chciałam zobaczyć (i łudziłam się, po tym wszystkim, co zostało przez Śnieżkę i Ravennę powiedziane, że ją zobaczę) na ekranie. Tymczasem Śnieżka wbija Ravennie nóż pod żebra i patrzy jej w oczy, dopóki ta nie wyzionie ducha. Młoda królowa zastępuje starą, już bez króla, a nowa władza ufundowana jest na morderstwie dokładnie tak, jak była stara.

Czy to nie zakrawa na ironię?

(W pierwszej wersji scenariusza, która bardzo, ale to bardzo różni się od ostatecznej – i chociaż jest śmieszna i straszna, to znalazło się w niej kilka interesujących pomysłów – królem, który bierze sobie młodą Ravennę jest ojciec Śnieżki. Szkoda, że nie zostawiono tego akurat rozwiązania fabularnego, zamiast robić z Ravenny plagę niszczącą kolejne królestwa za swoje dawne krzywdy.)

(Niby wiem, że Hollywood jest bardzo zachowawczy, ale po tym, jak królewna uderzyła Łowcę i zabrała mu sztylet, a potem nakrzyczała na trolla, żeby uratować życie towarzysza, a królowa miała zaczerwienione oczy, kiedy przejmowała pełnię władzy, miałam wielkie nadzieje. I się rozczarowałam.)

piątek, 25 maja 2012

Mira Grant „Feed” (2010) & „Deadline” (2011)

Zombie, zombie, zombie. Nie lubię zombie. Zombie mnie nudzą. Zombie brakuje dramatycznego potencjału. Ile razy może zagrać ta smętna historia z przyjacielem czy członkiem rodziny, którego bohater/ka musi zastrzelić/zatłuc/spalić, żeby nie posilił się jego/jej słodkimi wnętrznościami/nie zamienił jego/jej w kolejnego zombiaka? Niewiele. Jak długo takie rewelacje, jak zombie-króliki czy zombie-naziści mogą podtrzymać zainteresowanie? Niedługo. Ile jeszcze AMC wydusi z The Walking Dead? A kogo to obchodzi.

Więc dlaczego pochłonęłam w tydzień dwa, a teraz z niecierpliwością czekam na trzeci i ostatni tom „Newsflash” Miry Grant? Trylogii, z której strony by na to nie patrzeć, o zombie?

 

Miałam problem z pisaniem o „Feed” (think: sf political thriller) i „Deadline” (think: sf medical thriller), bo chciałam Wam wskazać szerokim gestem - „idźcie i czytajcie!”, a czego się nie dotknęłam, groziło spojlerem. Chciałam pisać o fabule – Mira ma ciągoty do zaskakujących zwrotów akcji, spojlery się jeżą na każdym kroku. Chciałam pisać o tym czy innym aspekcie świata powieści, – ale przecież nie odbiorę potencjalnym czytającym radochy z ich samodzielnego odkrywania, a sporo jest tej radochy. Chciałam poruszyć temat narracji – narracji, of all things! - i potykałam się o potężny spojler. No żesz.

W końcu zdecydowałam, że notka będzie chwalić i ganić w możliwie ogólny sposób, a jak doczytam „Blackout” (ja na wszystkie trylogie powinnam natykać się góra na kilka tygodni przed publikacją trzeciego tomu, czasy, kiedy lubiłam oczekiwanie na książkę – oh hello, panie Sapkowski – dawno się skończyły), to napiszę drugą. I tam będzie ze szczegółami i zakazem wstępu dla niedoczytanych. Ależ mnie palce świerzbią, żeby o kilku kwestiach napisać!

Jest rok 2040. Georgia i Shaun Mason, rodzeństwo pnące się po szczeblach kariery dziennikarskiej, dostaje możliwość oficjalnego towarzyszenia kampanii republikańskiego senatora Rymana i relacjonowania jej przebiegu od wewnątrz. Kampanie polityczne to temat samograj, jeśli ktoś potrafi o tym zajmująco pisać, a kampania umieszczona w świecie po częściowo powstrzymanej zombie apokalipsie… powiem tylko, że i społeczeństwo, i dziennikarstwo (i media w ogóle), i polityka wyglądają nieco inaczej.

To, jak zombie postawiły znany nam świat i jego wartości na głowie, należy do najciekawszych wątków w książce. Grant opisuje zmiany drobne – podejście do trzymania psów, kompletne porzucenie przez filmowców horroru, modę na krótkie włosy, i systemowe – nowe metody kontroli społecznej, nowe źródła władzy i autorytetu czy przesunięcie granic wolności i praw osobistych, które składają się na uniwersalną kulturę strachu. Niektóre zmiany mogły zajść tylko w wyniku katastrofy o zasięgu globalnym, inne wydają się być możliwe w naszej rzeczywistości – rozpoznajemy je z tendencji i postulatów politycznych.

Nie wiem, jak Wam, ale mnie sprawia niesamowitą frajdę czytanie sensownie napisanego świata. A jeszcze większą – dobrze napisanych bohaterów. I Georgię i Shauna polubiłam od pierwszych chwil. Georgia jest bardzo bystra i bardzo pryncypialna, ma obsesję na punkcie prawdy i jedyne, czego chce, to pokazywać świat tak, jak naprawdę wygląda. Jakoś udaje jej się łączyć młodzieńczy idealizm, który ją w końcu zdradzi, z zawodowym stawaniem vis a vis brzydkich prawd. Nie jest najmilszą osobą na świecie i nie waha się wykorzystywać swoich przewag. Z kolei Shaun, na pierwszy rzut oka typowa figura macho, twardy facet, który śmieje się śmierci w twarz, tak naprawdę czuje się dobrze „pod dowództwem” siostry i w dużym stopniu dopasował swoje życie do jej aspiracji i ambicji. I więcej o charakterystyce bohaterów nie napiszę, żeby nie wylecieć w powietrze na jakimś spojlerze. Te książki to istne pole minowe.

Prosta konstrukcja powieści („my przeciw światu”) i koncentracja na akcji wcale „Feed” i „Deadline” nie szkodzą, zwłaszcza że to pierwsze jest dość uzasadnione i ma sens w połączeniu z zasadami rządzącymi postapokaliptyczną rzeczywistością, a to drugie… no hej, to są książki zombie! Dodatkowym smaczkiem są poutykane tu i ówdzie popkulturowe nawiązania.

Największe obiekcje podczas lektury miałam do głównego antagonisty pierwszego tomu, który jest mocno jednowymiarowy. Delikatnie mówiąc. Drugi tom nieco mi to wynagrodził, choćby rozpraszając odpowiedzialność, ale to od trzeciego zależy, jak ostatecznie ocenię „Newsflash” w tym aspekcie.

I to tyle, idźcie i czytajcie!

Co i ja zamierzam właśnie zrobić.

czwartek, 17 maja 2012

The Avengers (2012), reż. Joss Whedon, scen. Joss Whedon, Zack Penn, wyst. Scarlett Johansson, Robert Downey Jr., Samuel L. Jackson, Tom Hiddleston, Chris Evans, Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Jeremy Renner

Miałam przeczekać, aż przewalą się przez kina pierwsze tłumy fanów i popcornowców, ale że w niedzielę moja produktywność uderzyła o glebę (połączony efekt powrotu do domu o szóstej rano i paskudnej pogody), machnęłam na wszystko ręką i poszłam na „Avengersów”.

The party won't start 'till Loki walks in.

Bardzo bym chciała rozpisać pisk szczerego entuzjazmu tak na trzy do pięciu akapitów, ale nie potrafię. I trochę się boję, że moja mniej lub bardziej krytyczna analiza wątków, które uznałam za interesujące albo problematyczne będzie sprawiała wrażenie, że „The Avengers” niekoniecznie tak mi się podobali, jak to deklaruję. Możecie mnie sobie wyobrazić mnie piszczącą entuzjastycznie przez te trzy do pięciu akapitów? Doskonale.

A, byłabym zapomniała – SPOJLERY jak stąd na Manhattan.

Can you hold? I've got some ass to kick.

Jak na „Avengersów” czekałam z niecierpliwością, tak nie liczyłam na niespodzianki, więc tym bardziej ucieszyło mnie ta jedna jedyna. Przed filmem, oglądając kolejne trailery, nabrałam przekonania, że Czarna Wdowa wystąpi w roli kwiatka w butonierce przy całej reszcie wesołej i zdecydowanie męskiej kompanii, w dodatku wyposażonej w gadżety znaczniej lepiej od niej. Jakby tego było mało, występ Scarlett Johansson w drugim Iron Manie był w najlepszym razie nijaki – a też nic specjalnie do zagrania nie dostała. Tymczasem w filmie Whedona Czarna Wdowa ma nie tylko śliczną nową fryzurę, ale i charakter.

Za każdym razem, kiedy pojawiała się na ekranie, dostawałam większy lub mniejszy powód do radości. No hej, dziewczyna najpierw pokazuje, że w jej przypadku nic nie musi być takie, jak się wydaje, kiedy z pozycji ofiary – przywiązana do krzesła – tak naprawdę kontroluje przebieg wydarzeń. Potem oszukuje samego boga Kłamstw, jakby to była dziecinna igraszka, wykorzystując do tego swoją prawdziwą, bolesną przeszłość i wyobrażenia Lokiego o niej i jej motywacji, podczas gdy koledzy superbohaterowie tylko kłócą się i napinają mięśnie. Próbuje powstrzymać transformację Bannera w Hulka (a jeśli nie jesteś nordyckim bogiem z wielkim młotem lub posiadaczem prawie niezniszczalnej „zbroi”, pozostanie przy budzącym się potworze do ostatniej chwili wymaga ogromnej odwagi) i zajmuje się „problemem” Clinta tuż po wyczerpującej ucieczce przed wspomnianym Hulkiem – i fizycznie, i empatycznie, a w końcu zamyka portal i ratuje ludzi przed kosmitami, kiedy Iron Man zajmuje się ratowaniem ludzi przed ludźmi. Byle tak dalej.

Flexible hours, he said. Chance to meet interesting people, he said.

Czarna Wdowa Czarną Wdową, ale – tutaj zero niespodzianek – pół filmu, z rękami w kieszeniach, kradnie Robert Downey Jr w roli Tony’ego Starka. Tu nie ma się nad czym zastanawiać, Joss Whedon swojego Iron Mana rozpieszcza. Dał mu wszystkie najlepsze teksty, a jak na postać nałożyła się jeszcze naturalna charyzma RDJ, to dostaliśmy idealnego bohatera letniego hitu. Przyznam się, że na nowego Iron Mana czekam z równą niecierpliwością, co na nowego Thora, chociaż szczegóły historii pewnie znów ekspresowo mi ulecą z pamięci wyparte fajnością bohaterów.

„Avengersom” z pewnością nie zaszkodziło, że Whedon przy tych wszystkich milionach wydanych na efekty specjalne, zrobił film skoncentrowany na postaciach, nawet jeśli ich jednostkowe historie skromnie się prezentują. Mamy więc odpowiednio: Tony’ego Starka i jego wielki projekt i jeszcze większe ego, Kapitana Amerykę, który musi siebie i swoje ideały dostosować do obcej rzeczywistości, Thora wciąż grającego w tragedii o dwóch braciach i władzy, Bruce’a Bannera uciekającego od zielonej połowy swojej natury, Czarną Wdowę spłacającą długi i Hawkeye, któremu Loki daje osobisty powód do zemsty (zastanawiam się, jak odebrałabym część postaci nie mając w głowie wcześniejszej wiedzy komisowo-fandomowo-filmowej, nie dowiem się tego, niestety lub stety).

Jak z takiej kolorowej zbieraniny zrobić drużynę? Wokół tego (i oczywiście bezpośredniego zagrożenia, które uosabia Loki – Tom Hiddleston za wiele się nie nagrał, chociaż jego postaci udało się spowodować niezły zamęt, nie robiąc kompletnie nic, ale przez cały film wygląda rewelacyjnie, z hełmem z rogami i bez, łapiący strzałę w locie i sponiewierany przez Hulka) wszystko się kręci i to jest ten wątek, który uznałam za najbardziej interesujący.

A god, a billionaire and a patriot walk into a bar.

Bo zobaczmy, jak został rozegrany. Zasadniczo są dwie (filmowo-sensacyjne) możliwości przeistoczenia przypadkowej lub niedopasowanej grupy w drużynę i zjednoczenia we wspólnym celu – śmierć innego bohatera, który jest ważny/poświęcił się dla nich wszystkich, albo spuszczenie im solidnego lania. Ja osobiście wolę tę drugą opcję, z bohaterami wgniecionymi w proch, pokaleczonymi i wreszcie rozumiejącymi, że w pojedynkę sobie nie poradzą, więc muszą przezwyciężyć różnice i wspólnie zaatakować wroga.

Whedon zdecydował się na pierwszą i zabił agenta Coulsona (albo i nie, cztery minuty ratujące życie itd., jak będą chcieli to go jeszcze wskrzeszą), co Nick Fury, który ewidentnie zrobił jakiś korespondencyjny kurs inżynierii społecznej, natychmiast wykorzystał, dodając sążnistą gadkę i nutę dramatyzmu w postaci zakrwawionych kart z Kapitanem Ameryką. Zmobilizowani Avengersi lecą na Manhattan, a ja, tak jak wierzę, że Fury zafundował swoim pupilom świetną podkładkę do mitu założycielskiego, tak grosza nie postawię na to, że śmierć Coulsona stworzyła drużynę. Powiedzmy sobie szczerze, ani Bannera ani Thora przy tym nie było, dla Czarnej Wdowy i Hawkeye'a Coulson był kolegą z pracy, pracy, która ma zapewne wysokie wskaźniki śmiertelności, Kapitan Ameryka Coulsona ledwo znał. W dodatku każde z nich ma silną indywidualną motywację – Kapitan patriotyzm, Hawkeye zemstę, Thor przywołanie brata do porządku etc., silniejszą, wydaje się, od tej, którą mogłaby stworzyć śmierć Coulsona.

Wygląda więc na to, że przemowa szefa SHIELD była skierowana do Tony'ego Starka, który jest w największym stopniu wolnym elektronem i którego najtrudniej skłonić do współpracy z innymi. Ale znów – Tony przyjmie zejście Coulsona raczej jako osobisty cios, a na dodatek Loki chce wykorzystać jego wieżę. I co się dzieje na Manhattanie? Iron Man sprzedaje Lokiemu ideę Avengersów, tę samą ideę, którą od początku wciska wszystkim Fury, ale wymieniając superbohaterów, nie uwzględnia tam siebie. Czyli nasz bystry Tony uznaje, że mit Avengersów może być przydatny teraz i w przyszłości, ale w swoim stylu zachowuje dystans. I tak, z jednej strony mamy świadomą konceptualizację i mit założycielski in the making w wykonaniu dwóch najinteligentniejszych chłopców z podwórka, z drugiej faktycznie zaczynającą działać współpracę, rodzącą się w ogniu bitwy. Nie wiem, jak Wam, ale mnie się to szalenie podoba.

Na koniec jeszcze dwa słowa o Lokim, poza tym, że jest piękny i uroczy. W związku z nagromadzeniem bohaterów wyszło trochę tak, że nasz cudowny łotr nie jest specjalnie zniuansowany, ale za to Hiddleston gra tak, że mój mózg uruchomił autouzupełnianie i ten cały podbój Ziemi (Manhattan? serio? przecież w skali globalnej to, czego dokonują Avengersi i jakby się przy tym nie napocili, to bardziej pest control, niż odparcie poważnej inwazji) jest dla mnie próbą załapania się na darmową podwózkę do Asgardu, a że przy tym Trikster i Niebiański Wędrowiec może posiać trochę zamętu – tym lepiej. Karą śmierci z wyroku adopcyjnego ojca będzie martwić się później.

sobota, 12 maja 2012

W karczmie, której klientelą są głównie okoliczni chłopi, słynny Kronikarz niespodziewanie odnajduje osobę, której od pewnego czasu wytrwale poszukiwał. Przez trzy dni i trzy noce mężczyzna przedstawiający się imieniem Kote będzie opowiadał o wydarzeniach, które zawiodły go aż na koniec drogi, do tego zapomnianego przez bogów i ludzi miejsca, za słuchaczy mając jedynie spisującego każde słowo Kronikarza, tajemniczego młodzieńca Basta i wiatr w kominie, wiatr, którego imię było mu niegdyś znane. Posłuchajcie historii człowieka, który czeka na śmierć…


Być może zaplątał się jakiś SPOILER, mimo moich starań.

Patrick Rothfuss "The Name of the Wind" & "Wise Man's Fear"

Z pewnym zdziwieniem odkryłam, że „The Name of the Wind” i „The Wise Man’s Fear” Patricka Rothfussa to książki, które wszyscy przeczytali przede mną. Jakieś nagrody podostawały, zajmują wysokie miejsca w różnych rankingach… dobrze, że wylazłam spod mojego kamienia na dostatecznie długo, żeby tytuł „The Wise Man’s Fear” przyciągnął moją uwagę. Lektura sprawiła mi sporo radości i bardzo jestem ciekawa trzeciego i ostatniego tomu przygód Kvothe (ptaszki ćwierkają, że ma on wyjść w przyszłym roku), ale mam z tymi książkami pewien problem. Także zacznijmy od beczki miodu, a potem domieszam łyżkę dziegciu.

Uwielbiam opowieści o opowieściach, a jeśli w tych drugich są poukrywane kolejne opowieści, to tym lepiej. Trylogia Rothfussa jest w równym stopniu o wzlocie i upadku Edema Ruh Kvothe (czego my tu nie mamy, klasyczne motywy fantasy – wyjątkowy bohater, magia krwi, magia imion, dziedzina fae – motywy z powieści formacyjnej, motywy z powieści łotrzykowskiej, fun, fun, chcę więcej), co o powstawaniu opowieści. Nie wiemy, czy i/lub kiedy Kvothe kłamie, opowiadając Kronikarzowi swoje życie, wiemy, że nie wahał się kłamać w przeszłości, że pewne rzeczy pomija, że jego czyny i słowa nie zawsze idą w parze, a wreszcie, że bardzo ceni właściwy kształt opowieści, ale możemy tylko zgadywać, czy na tyle, żeby poświęcić prawdę w imię dramaturgii i swojego kunsztu gawędziarza.

Równie dużo przyjemności, co zanurzenie się w nurt opowieści daje śledzenie szczegółów – każda niby przypadkowa wzmianka, słowa rzucone mimochodem, każdy drobiazg, czy to z opowieści czy opowieści-w-opowieści, mogą wrócić i wracają, jako elementy istotne dla fabuły. W niektórych przypadkach łatwo zgadnąć, że coś później będzie miało znaczenie, w innych czytelnik jest mile zaskakiwany. I tak ja teraz, pamiętając pewną rozmowę Kvothe z Mistrzem Imion i pewne szczegóły jego zachowania w karczmie, domyślam się, co zrobi/ł Kvothe w kolejnej odsłonie swoich przygód, ale nie wiem, dlaczego i jak tego dokona/ł. Poznawanie rozwiązań kolejnych zagadek u Rothfussa daje, póki co, szaloną satysfakcję, a zgadywanie jest samo w sobie ekscytujące.

Świat, w którym cała rzecz się dzieje, nie jest jakoś specjalnie oryginalny (tak jak nie są w gruncie rzeczy oryginalne początki Kvothe), ale opisany został bardzo wiarygodnie - mechanika działa, ja jestem ukontentowana. Wyjątkowo podoba mi się to, jak potraktowana została kwestia istnienia nie-istnienia fae i wiedzy, która jest dostępna różnym ludziom.

Spotkałam się z opiniami, że główny bohater jest irytujący – chełpliwy i nierozważny, arogancki i bezczelny, a w dodatku przeważnie ma rację i wiele rzeczy udaje mu się zbyt łatwo. Przyznaję, mnie on też miejscami strasznie irytował, ale autor dopilnował, żeby Kvothe płacił słono za swoje pomyłki i żeby jego błędy i bezmyślność miały odpowiednie konsekwencje, choćby w postaci blizn, połamanych kości i wyrzutów sumienia. Poza tym, jestem skłonna Kvothe wiele wybaczyć, wiedząc od początku, gdzie i jaki jest (póki co, chłopak jeszcze oddycha) koniec jego opowieści, a o szelmach i narwańcach w ogóle lubię czytać, chociaż z żywym egzemplarzem mogłabym kwadransa w jednym pomieszczeniu nie wytrzymać.

A teraz przejdźmy do negatywów. Kvothe jako narrator większej części opowieści to zarówno zaleta (patrz wyżej), jak i wada – patrz standardowe ograniczenia narracji pierwszoosobowej, ze szczególnym uwzględnieniem jednowymiarowości bohaterów drugoplanowych. Objętość obu tomów (ponad tysiąc sześćset stron) nie jest wadą sama w sobie, ale już przypominanie pewnych wcześniejszych wydarzeń bywa momentami nużące – nie wiem, czy to autor, czy redaktor założył, że czytelnicy mają krótką pamięć, czy to już niepisane prawo książkowych serii, te nieszczęsne streszczenia.

Kiedy mówimy o Kvothe nie sposób nie wspomnieć o Dennie. Z jednej strony można na nią patrzeć, jak na jeden z „tematów” życia Kvothe – jest miejsce dla prób wyjaśnienie osobistej tragedii z przeszłości i dokonania zemsty, jest miejsce dla rozmaicie rozumianej edukacji bohatera, jest dla transgresji związanych z jego dziedzictwem i wyjątkowością, dlaczego miałoby go zabraknąć dla idealizowanej ukochanej? Na szczęście na tym się Denna nie kończy. Osierocona (zapewne) dziewczyna, radząca sobie sama w życiu, bez pieniędzy, z bardzo niską pozycją i mogąca liczyć tylko na swój rozum i talenty – przecież to lustrzane odbicie Kvothe! Tylko ze społecznie nałożonymi na nią ograniczeniami, związanymi z jej płcią.

Innymi słowy Denna to udany przykład komentarza społecznego o charakterze feministycznym, który Rothfuss próbuje wplatać w swoją opowieść. Inne nie są tak udane - „rycerskość” Kvothe wobec kobiet i różne damsels in distress skutkują czasem spektakularnymi failami w tym obszarze. I tak jak Dennę kocham, tak mając w pamięci matriarchalną społeczność Ademów, której opisy można wskazywać palcem z komentarzem „patrzcie, drogie dzieci, tak wygląda orientalizacja” czy różne wpadki w rodzaju porównywania kobiet do instrumentów muzycznych i natychmiastowego mansplainingu, jak to wcale w wykonaniu Kvothe nie jest seksistowskie, strasznie się o nią boję. Tak, znając część historii i domyślając niektórych wydarzeń, o których Kvothe jeszcze nie opowiedział, boję się, że Denna skończy w roli Woman in Refrigerator, a wtedy łyżka dziegciu zepsuje mi smak całej beczki miodu.



***

A tak na marginesie, nakarmiłam Kundelka i nie wiem, od czego by tu zacząć, więc mam pytanie do zaglądających na bloga. O której książce chcielibyście (najpierw) przeczytać?:

Russell Banks "Lost Memory of Skin"

Jo Walton "Among Others"

Eleanor Henderson "Ten Thousand Saints"

Catherynne Valente "Deathless"

Erin Morgenstern "The Night Circus"

Paul McAuley "In the Mouth of the Whale"

Ernest Cline "Ready Player One"

Nnedi Okorafor "Akata Witch"

sobota, 18 lutego 2012

Suzanne Collins – The Hunger Games trilogy

(The Hunger Games, Catching Fire, Mockingjay)


Wielkimi krokami zbliża się premiera filmowej adaptacji „The Hunger Games” (tak, oczywiście, że ignoruję polskie tłumaczenie tytułu) i w związku z tym co i raz trafiam w sieci na jakieś materiały promocyjne, wywiady z aktorami i radosną twórczość własną fanów, i przypominam sobie, że chciałam napisać parę słów o trylogii Suzanne Collins.

To nie jest tak, że „The Hunger Games” są bez wad, ale czytało mi się je wyśmienicie - a trzeba pamiętać, że nie mieszczę się w podstawowej grupie docelowej, więc pewnie przeszkadzało mi więcej rzeczy niż modelowemu czytelnikowi/czytelniczce.

Poniższy tekst to nie recenzja, tylko luźne rozważania o kilku kwestiach. Uwaga: spojleruję bez opamiętania wszystkie trzy tomy, także jeśli ktoś nie czytał, a nie lubi poznawać szczegółów fabularnych przed lekturą, to powinien odpuścić sobie dalsze części notki, może poza pierwszą, która jest około-książkowa i zdradza tyle, co opis z okładki.

 

May the odds be ever in your favour

W grudniowym karnawale blogowym Rusty zalinkowała recenzję „Mockingjaya”, której autorka napisała rzecz dla mnie dość zdumiewającą, a mianowicie, że jest jej przykro, że kręcąc ekranizację „z książki, krytykującej pornograficzność mediów, robi się po prostu kolejny przypadek tej medialnej pornografii”, pokazując na ekranie kolejne śmierci.

Collins pokazuje zły, okrutny system, w którym dzieci zabijają dzieci i jest to telewizyjną rozrywką. Robi to opisując ze szczegółami kolejne krwawe zgony – uczestnicy Głodowych Igrzysk nie giną w książkach poza zasięgiem pióra. A czytelnicy, trzymający oczywiście kciuki za Katniss, są ciekawi, co też wydarzy się na arenie. Czytelnicy są kolejnymi widzami Hunger Games i uświadomieniu sobie tego towarzyszy bardzo właściwe, nieprzyjemne uczucie.

Jak sądzę, twórcy filmu nie wypaczą ani nie złagodzą treści książki (na razie film jest promowany jako historia dziewczyny zmuszonej do udziału w okrutnym widowisku i jako historia miłosna – nacisk w kampanii promocyjnej na wątek romantyczny już spotkał się z negatywną reakcją części fanów – na tym froncie, jak widać, wszystko w porządku), więc dlaczego ma być to nagle „medialna pornografia”? Bo zarobią o wiele większe pieniądze, niż autorka? Bo ludzie, którzy przeczytali, będą chcieli zobaczyć tę historię przełożoną na język obrazów? Bo weekendowi konsumenci kultury wybiorą się w sobotnie popołudnie do kina na „The Hunger Games”? Does not compute.

Jakiś czas później sama natrafiłam na coś, co może mieć związek z odczuciami autorki recenzji. Po wypuszczeniu kolejnego trailera „The Hunger Games” w pewnych rejonach sieci zaroiło się od bazujących na nim fanartów i fotomontaży, i nie na jednym, i nie na dwóch pojawiło się „motto” Głodowych Igrzysk –„May the odds be ever in your favour”, motto, które wydaje się w najlepszym razie okrutnym żartem.

Gdyby los (okoliczności) był po stronie Katniss, to jej siostra nie zostałyby wylosowana. Gdyby któremukolwiek z trybutów los sprzyjał, to urodziliby się w lepszym świecie, gdzie dzieci nie są zmuszane do mordowania dzieci na oczach rozentuzjazmowanych tłumów. W jakim języku to, że rodzice i dystrykt wychowują cię na mordercę, jak to ma miejsce w przypadku „zawodowców” („careers”), oznacza „pomyślność losu”? Collins dobitnie pokazuje, że nawet zwycięzcy Głodowych Igrzysk, nie są żadnymi zwycięzcami, a ocalałymi, pozostałymi przy życiu, którzy zapłacili za to ogromną cenę.

Zdaje się w trzecim tomie jest ten moment, że w rozmowie pomiędzy Katniss i Peetą pada gorzkie „May the odds…” jako znak radzenia sobie z traumą, ale i potwierdzenie świadomości, że chociaż są poza areną, to wciąż jedynym wyborem, jaki mają, jest zabić albo zginąć. Dla mnie była to bardzo uderzająca scena, podobnie jak ta, w której „sztab generalny” zastanawia się, jak wyciągnąć z Katniss, fatalnie wypadającej w inscenizowanych sytuacjach przed kamerą, Mockingjaya i kolejne osoby zaczynają wymieniać swoje ulubione momenty „show”.

A tymczasem fan jeden z drugim pracowicie dopieszcza grafikę w Photoshopie, przyjmując bezrefleksyjnie język, którym o Głodowych Igrzyskach mówi Kapitol. I mnie to trochę kopnęło, chociaż wiem, że oni wszyscy zasadniczo patrzą na Panem z perspektywy Katniss, gdzie główny konflikt przebiega nie na linii trybut-trybut, a ludność dystryktów-Kapitol, czy bardziej konkretnie ludzie uciskani (traktowani okrutnie) a ludzie okrutni (bądź pozwalający na okrucieństwo) dla własnej wygody, bezpieczeństwa, rozrywki.

 

Raz, dwa, trzy, umrzesz ty

Ponieważ ja wciąż dziwię się światu, zdziwiłam się reakcją dużej części czytelników kręcących oczytanymi nosami na zakończenie trylogii. Dla mnie było idealne.

To, że Katniss zwiąże się w końcu z Peetą było dla mnie oczywiste (więc kolejno: kibicowałam Gale’owi, życzyłam Peecie gwałtownej śmierci, krzywiłam się na to, że Katniss nie ma żadnej trzeciej opcji, tylko jeden albo drugi i true love aż po grób, ale łaskawie przyznawałam, że pokancerowanej dziewczynie trudno byłoby związać się z kimś „normalnym”, i machnęłam na „romantyczne” perypetie ręką), sposób w jaki do tego doszło wydawał mi się dostatecznie wiarygodny. I tyle.

Natomiast śmierć Prim, w dodatku z rąk sprzymierzeńców, jest według mnie rozwiązaniem fabularnym ocierającym się o genialność. Miłość Katniss do młodszej siostry i złożona dziewczynce obietnica doprowadziła do rewolucji. Alma Coin jednym posunięciem zniszczyła resztki lojalności wobec prezydenta Snowa i Katniss Everdeen, dziewczynę, która uosabiała wartości rewolucji i która mogła sprzeciwić się polityce prezydent 13 Dystryktu.

Gdyby Paylor (oj, jak ładnie zaznaczona jest różnica między Coin a Paylor - pierwsza traktuje Katniss jak pionka w grze, druga jak człowieka – i dlatego, kiedy dowiadujemy się, że na czele rządu po śmierci Coin stanęła Paylor, wiemy, że doczekaliśmy się jakiegoś happy endu), przywódczyni rebelii z Ósemki, nie pozwoliła Katniss spotkać się ze Snowem, a łatwo można to sobie wyobrazić, Coin miałaby upragnioną władzę, a chora z żałoby Mockingjay pewnie wróciłaby na ruiny swojego dystryktu, żeby wieść życie ocalałej z masakry. U podstaw nowych rządów ległaby zbrodnia (z punktu widzenia ich twórców – zbrodnia konieczna), dzieci Kapitolu zabijałyby się w Głodowych Igrzyskach.

(A czy nie znakomite jest to, że pozostałe dystrykty patrzyły na niemalże mityczną Trzynastkę, jak na wybawcę, podczas gdy każdy czytelnik, który liznął historii w podstawówce, musiał patrzyć na wojskowy reżim przynajmniej z nutą nieufności?)

 

Dziewczyna w płomieniach

Katniss Everdeen wydaje mi się postacią trudną do polubienia, ale ja zdecydowanie ją lubię i to nie tylko dlatego, że stoi w opozycji do dzielnych heroin, którym obecność chłopaka czy dwóch zwykle ujmuje rozsądku a podnosi współczynnik głębokich westchnień. Myślę, że to, że Katniss wydaje nam się taka chłodna, ma sporo do czynienia z ograniczeniami narracji pierwszoosobowej. Katniss widzimy oczami Katniss, a ona ocenia się surowo i wydaje się bardzo dojrzała.

Sama złapałam się na tym, że kiedy któryś raz rozmyślała o Peecie i Gale’u, w swoim stylu, który scharakteryzowałabym słowami „no bullshit”, pomyślałam – daj wreszcie spokój dziewczyno, bierz któregoś albo rzuć obu w cholerę, jak ci tak średnio zależy. I musiałam się upomnieć, hej, Fabulitas, ogarnij się, przecież czytasz historię dziewczyny, którą życie zmusiło, żeby była dorosła, ale to wcale nie znaczy, że jest dojrzała – a przecież nie miała kiedy i jak dojrzeć uczuciowo, dojrzeć do relacji romantycznej i erotycznej (przyznam się, że wciąż z niechęcią myślę o tym, jak Peeta zrzucił Katniss na głowę swoją miłość, nawet jeśli miało to na celu poprawienie jej szans na przeżycie). Poza oczywistymi momentami (Katniss w pierwszym tomie podejrzewająca Peetę o nie wiedzieć jaką przebiegłość), kiedy autorka pokazuje nam, że świat może nie do końca wyglądać tak, jak Katniss go widzi, mamy jednoznaczną, zdecydowaną perspektywę. I mnie brakowało takiego spojrzenia z zewnątrz – hej, to przecież młoda dziewczyna, dziecko okradzione z dzieciństwa, rzucone w wir wydarzeń, które je przerastają.

Zastanawiając się, co właściwie chcę napisać w tej notce, zaczęłam myśleć co-by-było-gdyby. W jaki sposób Katniss – która potępia się za to, że nie nadaje się na uzdrowicielkę i uciekała z domu, kiedy do jej matki przynoszono chorych, a przecież opiekowała się przez lata swoją małą rodziną (przynosząc pożywienie, a więc i troszcząc się o ich ciała) i kiedy odnalazła rannego Peetę ani przez moment nie zawahała się przed tym co musiała zrobić, niezależnie od własnych lęków i odczuć – można było przedstawić w łagodniejszym świetle?

I tak sobie pomyślałam, czy nie było by pięknie, gdyby w pierwszym tomie narratorką była Katniss, ale w drugim i trzecim już kto inny? Do drugiego tomu oczywistym wyborem byłby Peeta, chociaż ja (ponieważ Peetę lubiłam gdzieś do momentu, kiedy udało mu się przeżyć, aż Katniss po niego przyszła, potem zrobił się na moment interesujący dopiero po praniu mózgu) wolałabym Finnicka. Do trzeciego Prim, Haymitch albo Boggs (Prim i Boggs musieliby w pewnym momencie „oddać narrację”, ale znowu – wydaje mi się właściwe, żeby Katniss mogła zakończyć własnym głosem swoją historię). Dzięki temu zobaczylibyśmy Katniss oczyma innych (także jako Katniss-dziecko-na-arenie), zamiast tylko podejrzewać, czym jest ten sławny „wpływ”, z którego ona nie do końca zdaje sobie sprawę, uniknęlibyśmy niektórych przydługich fragmentów, kiedy Katniss trzeba było coś zrelacjonować/wytłumaczyć i pewnie mielibyśmy szansę poznać lepiej Panem (a to, czym jest Panem i kto w nim żyje należy do najbardziej interesujących aspektów „The Hunger Games”).

Żeby nie było – dostaliśmy, co dostaliśmy, i było to dobre.

(Zwróciliście uwagę, że Katniss ma też cechę każdego Bohatera Powieści Młodzieżowej TM? Przy całej swojej odwadze i bystrości, wykazuje się czasami świętą naiwnością pierwszej wody.)

(Nie zgadzam się też z dość powszechną opinią, że „Catching Fire” jest najsłabszym tomem z trylogii, i po co on w ogóle, i jakoś tak bez pomysłu – owszem, na poziomie wydarzeń rzecz momentami kuleje, ale poza wprowadzeniem nowych bohaterów, w „Catching Fire” mamy właściwie cały rozwój „polityczny” Katniss, nie oddałabym tego za żadne skarby.)

 

If you want a picture of the future, imagine a boot stamping on a human face — forever.

Można bez większej przesady napisać, że „The Hunger Games” to klasyczna antyutopia – a to, że to wszystko w literaturze już było (i nie, nie chodzi mi o „Battle Royale” Takamiego, raczej o właściwie każdą dwudziestowieczną wizję dystopicznej przyszłości), wcale nie umniejsza dokonań Collins w tej materii. Nie chcę się tutaj rozwodzić nad jej krytyką tradycyjnych mediów i mechanizmów, które dobrze znamy z naszej rzeczywistości (nie trzeba daleko guglać, żeby znaleźć takie analizy), a raczej zwrócić uwagę na niezwykłą przenikliwość Collins w tworzeniu Panem i zasad jego funkcjonowania, na te wszystkie szczegóły zachowań ludzkich, które są tak boleśnie wiarygodne. O sile jej wizji świadczą różne “drobiazgi” - Pierwszy i Drugi Dystrykt, które chcą „przypodobać” się opresorowi i w pewien sposób próbują przemienić swoją opresję w „chlubę”, Katniss sparaliżowana niemocą i z obawy o swoich najbliższych gotowa zrobić wszystko, czego Snow od niej zażąda, ignorancja bądź wyuczone „niewidzenie” u części mieszkańców Kapitolu, różne interesy wśród rebeliantów, siła symboli (Katniss może zginąć, walczącym wystarczy sama jej twarz), tyran tak przekonany o swojej sile, że ogranicza to jego perspektywę (kto inny by uznał, że ponowne rzucenie Katniss na arenę załatwi sprawę, a nie odniesie skutek przeciwny – a ten odniosłoby prawdopodobnie nawet wtedy, gdyby dziewczyna tam zginęła) itd. itp.

(Duży, duży plus za to, że Collins nie starała się niczego łagodzić, mimo że pisała (w zamyśle) dla starszej młodzieży, a dodatkowo jej brutalny realizm nie został podlany dydaktycznym sosem. To jest w sumie bardzo prosta bajka - u podstaw rewolucji w Panem legły dwa gesty – miłości i poświęcenia, kiedy Katniss zgłosiła się jako ochotniczka w miejsce Prim, i buntu, kiedy przestała grać według reguł gry ustalonych przez władców Kapitolu – ale trzeba to sobie samemu wyczytać.)

 

No, to wyrzuciłam z siebie, co mi chodziło po głowie, mogę wrócić do Hollinghursta. Serdeczne gratulacje dla wszystkich, którzy doczytali do tego momentu.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Napisz do mnie!