kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
poniedziałek, 18 lutego 2013

„The Song of Achilles” (2011) Madeline Miller

W tym przypadku będę się upierała, że nie ma spojlerów, bo tak, jak w powszechne czytanie Iliady w narodzie nie wierzę, tak jestem przekonana, że tę czy inną popularną wersję historii wojny trojańskiej wszyscy znają. Prawda?

 

Madeline Miller narratorem swojej powieści czyni Patroklesa, który w Iliadzie jest postacią kluczową, ale zdecydowanie drugoplanową. Patrokles, po tym, jak przypadkowo doprowadza do śmierci innego chłopca, zostaje wygnany z Opusu i wychowuje się na dworze Peleusa, gdzie Achilles wyróżnia go spośród pozostałych i czyni swoim towarzyszem. Fabularnie Miller specjalnie od znanych wariacji mitu Achillesa nie zbacza, więc mamy i naukę u Chirona, i ukrywanie się na dworze Likomedesa i wreszcie dziesięć długich lat pod murami Troi.

W pierwszej części książki – umownie, przed Troją – mamy zarysowany rozwój relacji Patroklesa i Achillesa. Ten pierwszy jest początkowo zazdrosny i niechętny Achillesowi, widząc u niego wszystkie zalety przyszłego władcy, których sam w swoim mniemaniu nie posiada – charyzmę, łatwość w obejściu, autorytet, talenty i wreszcie fizyczne piękno. Czym kieruje się ten drugi, w czepku urodzony, syn pomniejszej bogini i śmiertelnika, kiedy decyduje się zaprzyjaźnić z księciem-wygnańcem, na dobrą sprawę nigdy się nie dowiemy. Później ta przyjaźń przerodzi się w obopólną miłość, taką wbrew wszystkim przeciwnościom i do końca życia.

Muszę z przykrością stwierdzić, że związek Achillesa i Patroklesa jest najnudniejszym wątkiem powieści, bo o ile historia młodzieńczego zauroczenia, chociaż w żadnym razie nie oryginalna, jest przyjemna w lekturze i dostatecznie realistyczna psychologicznie, to później ich miłość jest tą skałą niezłomną i nie dzieje się w niej zupełnie nic. A wielu więcej pogłębionych relacji w powieści nie znajdziemy – Briseis i Patroklesa łączy przyjaźń i szacunek, Tetyda Patroklesa szczerze nienawidzi (bo ciągnie Achillesa ku „ludzkiemu”), niejednoznaczna relacja Achillesa z matką rozwija się głównie w ukryciu przed oczami czytelnika, a mój ulubieniec Odyseusz trzyma dystans wobec reszty władców i wojowników i trudno mu się dziwić.

Ciekawiej robi się, kiedy spojrzymy na Achillesa i Patroklesa nie jako na kochanków, ale na boga i człowieka. W powieści półboskie pochodzenie Achillesa jest cały czas podkreślane, a główną ambicją Tetydy jest uczynienie syna bogiem i zapewnienie mu miejsca wśród nieśmiertelnych. Achilles jest piękniejszy, silniejszy, zdolniejszy, czy to w walce czy w grze na lirze, od innych ludzi. Od kołyski ma obiecane zostanie najpotężniejszym wojownikiem Achajów, od kołyski jest ponad wszystkimi. Patrokles urodę ma przeciętną, jeszcze przed wygnaniem własny ojciec uważał go za nieudanego syna, nie wykazuje żadnych inklinacji do wojaczki, w polowym szpitalu zaczyna pomagać z nudów i najszczęśliwszy byłby gdzieś daleko od wojny, polityki i boskich planów, byle z Achillesem. Obu zmienia uczucie, ale wciąż w kluczowych momentach Achilles zachowa się jak gniewny bóg, a Patrokles jak współczujący człowiek.

„The Song of Achilles” jest powieściowym debiutem Miller i to widać. Po szwach. Czytelnik zupełnie nie znający Iliady i tak zobaczy, że Achillesa czeka potężny konflikt z Agamemnonem, zanim jeszcze w ogóle się spotkają; popychające akcję do przodu przepowiednie pojawiają się zawsze w odpowiednim momencie; a o ile doceniam komentarz autorki, przemawiającej ustami Patroklesa, odnośnie sytuacji kobiet, zwłaszcza że to jeden z wątków przewijających się przez całą książkę (Tetyda - matka Patroklesa - Deidamea - Ifigenia - Briseis), mniej lub bardziej subtelnie i udanie, to już niektóre mrugnięcia w stronę czytelników są nieco zbyt bezpośrednie, jak w scenie, gdzie Parys pyta Apolla, gdzie ma celować*.

Ale są też elementy, które wyszły Miller bardzo dobrze. Przede wszystkim, powieść jest bardzo zgrabnie napisana, bardzo przyjemnie płyną w niej zdania, i mimo bardzo osobistego tonu pierwszoosobowego narratora, cały czas widzimy, że oto przed nami rozwija się historia większa niż Patrokles i większa niż Achilles. Autorka poradziła sobie z problemem śmierci narratora (och!) przed końcem opowieści, a od pierwszej strony zastanawiałam się, jak z tego wybrnie. Rozwiązanie jest proste i satysfakcjonujące, sprawdźcie sami.

Dodatkowo, mimo tabunu pojawiających się na chwilę i znikających, często w krwawych okolicznościach, postaci, Miller udało się nadać wielu z nich, jakiś indywidualny rys, który wzbudza w czytelniku sympatię, współczucie bądź niechęć (z drugiej strony – często owe postacie poza ten rys nie wychodzą, a jednak nie ma to jak postacie mocno zniuansowane). Moim ulubieńcem jest Odyseusz, po którym widać, że jest najbystrzejszy spośród wszystkich Achajów i w sumie porządny z niego człowiek, a jednocześnie nie do końca da się lubić i jest, z perspektywy Patroklesa, odrobinę zbyt serwilistyczny wobec Agamemnona. Na ostatnich stronach „The Song of Achilles” Odyseusz tak, jak być powinno, wyrusza w powrotną podróż do Itaki, i chętnie bym przeczytała retelling Miller także tego eposu.

 

 

 

*Nie, nie w piętę, don't be stupid.



poniedziałek, 04 lutego 2013

Ora pro nobis / I za nasz snobizm! westchnęłam sobie za Tuwimem, czytając tekst Pauliny Małochleb „Blogi. Korupcja, kompleksy i partyzanci. I to by wystarczyło za komentarz, ale że odznaka miłej blogerki* i tak nie pasuje mi dzisiaj do bluzki, będzie cała notka. Zwłaszcza że okazja nie byle jaka, bo nie sądziłam, że kiedykolwiek stanę po stronie kiepskiej interpunkcji i aberracji frazeologicznych. A oto jestem.

Tekst Małochleb bardzo łatwo wyśmiać**, ale z początku nie wiedziałam, jak zabrać się do polemiki. Nie ze względu na siłę przedstawionych argumentów, bynajmniej. Otóż autorka skręca jakieś straszliwe chochoły, po czym się z nimi rozprawia. Pierwszym odruchem polemisty jest podjęcie dyskusji na gruncie wyznaczonym przez autora, tak? It’s a trap. Z równym powodzeniem można spróbować zamieszkać zamku na chmurze albo skruszyć kopię o powietrze.

Pozwólcie, że podzielę się z Wami bardziej ogólną refleksją. Podczytuję sobie czasami rożne artykuły teoretyczne czy felietony poświęcone polskim blogom i uderza mnie w nich pewien trend. Z jednej strony chwali się blogosferę jako egalitarną przestrzeń (w przypadku blogosfery literackiej/krytycznej – także przestrzeń znoszącą ograniczenia tradycyjnych mediów), z drugiej chce się ją wpisać w różne projekty krytyczne, kulturalne czy ideologiczne – projekty, siłą rzeczy, w ten czy inny sposób wykluczające.

Przyjrzyjmy się wcielonej wizji Pauliny Małochleb. Blogerzy krytyczni publikują pogłębione analizy dzieł literackich, dzieł wartych krytycznej uwagi, a nie nowości podsuwanych przez rynek wydawniczy. Kiedy nie publikują, dyskutują o wpisach swoich i innych albo pogrążają się w rozmyślaniach nad własną polityką krytyczną, dyktują blogosferze jej kształt i cele. Czytający przyklaskują, sięgają po polecane tytuły, gust im się sublimuje, sielanka. Tymczasem blogerzy stosikowi piszą sobie, bo przecież nikt im nie zabroni, nie w internecie, stawiają te swoje przecinki, gdzie im pasuje, a ich opinie i wybory czytelnicze nie są w blogosferze słyszalne. I całe szczęście, bo o takim Szekspirze w ogóle nie powinni się wypowiadać!

(Śliczny, tak na marginesie, jest tutaj wybór akurat Szekspira, jako wymienianego w jednym rzędzie z Norą Roberts. Kochani, on tych wszystkich sprośnych żartów nie pisał dla przyszłych szekspirologów! Te przebrania, namiętności, czary i absurdalne pomyłki nie były dla intelektualnych elit! Wcale, ale to wcale nie jest mi przykro, że akademikom wciąż nie udało się zawłaszczyć Willa tylko dla siebie. Oczywiście, że popularna recepcja będzie inna niż „profesjonalna”. I co z tego? Zwykły czytelnik, czytelnik-amator, przykłada do wszystkich tekstów taki aparat krytyczny, jaki ma. To czytelnik-krytyk ma mieć ten aparat krytyczny rozwinięty i korzystać z różnych narzędzi do analizy różnych tekstów kultury.)

(Blogosfera jest masowa, ze wszystkimi tego konsekwencjami – od prymatu konsumpcjonizmu po bolesną składnię. Ale już w diagnozie, że ludzie wybierają książki w Empiku „na ślepo”, ich sądy są prymitywne, a w ogóle to nie umieją pisać, jest spora doza pogardy. Pogardy biorącej się, jak zawsze, z poczucia wyższości. Tak naprawdę autorka w sposób bardziej oględny powiedziała, że plebs jest tępy, nie zna się i nie potrafi. I tu jest ten moment, kiedy mówię autorce spierdalaj kiedy bronię byków, przecinkozy i wypracowań ze szkolnej sztancy.

Nie ma innego sposobu, żeby nauczyć się pisania, niż czytanie rzeczy napisanych dobrze i pisanie, pisanie, pisanie. Z czasem wyrabia się styl, pióro sprawniej notuje, co pomyśli głowa, zmniejsza się ilość błędów – nie jedną taką ewolucję widziałam i zawsze patrzę na nią z przyjemnością, nawet jeśli to nie przemiana z dziewczyny z maturą na trzy w Alice Munro. Piszcie blogerzy! I pisz, autorko, może masz wszystkie przecinki na swoim miejscu, ale nad wyrugowaniem pretensjonalnych fraz musisz jeszcze trochę popracować. I nad zmianą myślenia.)

Jeśli wytkniemy autorce, że jej wizja jest bardzo elitarna, pewnie się z nami nie zgodzi. Przecież wszyscy mogą pisać, każdy może wyrazić swoje zdanie. Ale czy głos programowo nie słyszany jest jeszcze głosem?

Zostawmy teraz mrzonki i wróćmy na ziemię. „Zabawnego” (cokolwiek to miało znaczyć) podziału na blogerów krytycznych i stosikowych nie ma, a wiązanie stosików z jakością pisania i aparatu krytycznego jest nieuprawnione. Blogera, który kręci nosem na stosiki nie powinno się nazywać krytycznym, tylko zwyczajnym snobem. Gdybym miała zaproponować w ogóle jakiś podział, to byłby to podział na nielicznych blogerów, którzy z blogowania chcą uczynić profesję i czerpać z niej zyski, i na całą resztę. Resztę, dla której blogowanie jest przyjemnością.

Niezależnie od przyjętej w sposób uświadomiony bądź nie strategii pisarskiej czy krytycznej. Niezależnie od tego, czy korzystają z pierwszego lepszego szablonu udostępnionego przez platformę blogową, czy dopieszczali godzinami wygląd bloga. Niezależnie od tego, czy cieszy ich dostawanie książek od wydawnictwa, czy nie interesuje ich taka współpraca. Niezależnie od tego, czy publikują w sieci solidne i błyskotliwe analizy, jak ubóstwiane przeze mnie Dwie poważne damy, czy zwierzają się, że płakali podczas lektury najnowszej książki Jodi Picoult i kończą każdy wpis zdjęciem swoich kotów, czy są głosem zaangażowanym i piszą o popkulturze z pozycji anarchistycznych/neomarksistowskich/fundamentalizmu katolickiego. Blogowanie. Jest. Przyjemnością. A w blogosferze dla wszystkich starczy miejsca – dla mnie, dla której czytanie, leżenie pod kocem i picie gorącej herbaty to ulubione rozrywki,*** i dla doktorantki z jej Mickiewiczami.

Bezpośrednią konsekwencją jest to, że nie ma wojny blogerów z papierem, ani żadnych kompleksów blogerów w stosunku do profesjonalnych krytyków. Nie wiem, co mówiono na targach w Krakowie, że ten upiór znowu odwalił mogiłę i dąży między ludzi (przypuszczam, że mógł zadziałać tu mechanizm – pytają nas o to, więc, eeee, coś trzeba powiedzieć?), ale ja sama, o ile znam głosy papierowych krytyków deprecjonujących krytykę blogową, to z przeciwnym zjawiskiem się nie spotkałam. Szanowni profesjonalni krytycy, blogosfera ma Was gdzieś. Pośmiejemy się z Waszych diagnoz i wrócimy do swoich zajęć.

Autorko, chcesz być partyzantem? Bądź. Chcesz zmieniać blogosferę? Pisz, promuj dobre wpisy, angażuj ludzi w dyskusje. Tylko nam tu nie płacz, bo jedyna reakcja jaką dostaniesz, to parę wyzłośliwiających się notek i wzruszenie ramion.





*pardon, hermetyczne
**check it out
*** sprawdziłam, koc wcale nie przeszkadza w feministycznej analizie, teraz testuję herbatę

piątek, 25 stycznia 2013

Notka courtsey of Szprota, która zabrała mnie we wtorek do kina

Nędznicy, reż Tom Hooper, scen. William Nicholson, wyst. Hugh Jackman, Russell Crowe, Anne Hathaway, Helena Bonham Carter, Sascha Baron Cohen, Amanda Seyfried, Eddie Redmayne i inni

 

Ja wiem, że musicalowa wersja Nędzników jest sławna na cały świat i pewnie, gdybym się skupiła, sama potrafiłabym powtórzyć z pamięci słowa I Dreamed a Dream, ale i tak jakoś nie mogę potraktować jej inaczej niż jako kolorowej ilustracji do książki, igraszki-addendy, rozrzuconych wśród morza tekstu stron z grafikami Bayarda*. Paradoksalnie, to dobrze, bo nie przejmuję się ani cięciami fabuły, ani dopasowaniem jej do musicalowego formatu, ani przesunięciem akcentów.

Obsada nie rozczarowuje, nawet Russell Crowe, co do którego występu miałam największe obawy (bardzo mi ten casting na Javerta nie pasował, a tu niespodzianka – jego interpretacja Javerta dalej się rozjeżdża z moimi wyobrażeniami i oczekiwaniami, ale ładnie wyszło i wokalnie też przyzwoicie). Może nie wszystkie wykonania rzucają na kolana, ale wszyscy potrafią śpiewać**, tutaj kudos szczególnie dla Hugh Jackmana, Anne Hathaway i Eddiego Redmayne’a.

Wizualnie nie ma się do czego przyczepić***, ba, bardzo dobrym pomysłem było zachowanie pewnej teatralności scenerii i wnętrz, przy jednoczesnym ograniczeniu musicalowej maniery w grze aktorskiej – na tyle, na ile się dało, z takim solilokwium Valjeana niewiele można zrobić. Nie mogę tutaj nie przyklasnąć decyzji reżysera, żeby aktorzy śpiewali na planie w trakcie gry, zamiast dogrywać partie wokalne w studio, jak to się robi normalnie. Może ten czy inny dźwięk brzmi bardziej chwiejnie, ale wiarygodności interpretacji wyszło to na dobre.

Przyznaję, seans trochę mnie zmęczył, nie wiem, czy dlatego, że utrzymana została formuła oryginału (sing-through), a w kinie nie ma co liczyć na antrakt, czy dlatego, że weszłyśmy dość późno na salę i wylądowałyśmy prawie pod samym ekranem, ale chętnie zobaczę wersję Hoopera jeszcze raz czy dwa. Póki co, zapałałam chęcią ponownej lektury powieści Hugo i zajmując się domowymi obowiązkami pogwizduję sobie Do you hear the people sing, bo co innego ja bym mogła pogwizdywać.

A na koniec trzy rodzynki -

Mała Cosette z miotłą. Żadna adaptacja Nędzników bez tego obrazka, nie powinna uczciwie nazywać się adaptacją Nędzników. A jeśli już jesteśmy przy Cosette, to będę wyglądać w najbliższych latach twarzy Isabelle Allen i Daniela Huttlestone'a na srebrnym ekranie, bo oboje debiutanckim występem w filmie Hoopera weszli do oficjalnego grona najbardziej utalentowanych aktorów dziecięcych.

Javert pewnie spacerujący na wysokości przy samych krawędziach (i szerzej – w ogóle ustawianie Javerta wysoko, nad innymi postaciami, szczególnie Valjeanem). Metafora moralnej nieskazitelności i, oczywiście, wyższości (a tak się przecież widzi królewski inspektor) przełożona na obraz. Prosty, błyskotliwy pomysł.

Długie zbliżenia na twarze aktorów w trakcie śpiewu. Musical Nędznicy to epickie widowisko. Epickie. Widowisko. Tymczasem ten prosty zabieg – chwilowe odcięcie świata, wręcz wyjęcie aktorów z jakiegokolwiek tła, i skutkujące skupienie tylko i wyłącznie na pojedynczych bohaterach i ich emocjach – nadał mu wymiaru kameralnego i osobistego. Znowu, posunięcie genialne w swojej prostocie.

 

 

* Inaczej jest w przypadku musicalu NMDP, który traktuję śmiertelnie poważnie.

** Co w przypadku wysokobudżetowych adaptacji musicali wcale nie jest takie oczywiste, a że nie każdy może być Mamma Mią...

*** Coś czuję, że tutaj nominacje zamienią się w Oskary.



sobota, 12 stycznia 2013

o książkach wartych mniejszej czy większej uwagi, ale które nie załapały się na tłuściutką, pełną recenzję. Zobaczymy, jak wyjdzie, ale bardzo możliwe, że to będzie rzecz cykliczna. Stąd jedynka w tytule.

 

Winslow Homer, The new novel (1877)

My Life as White Trash Zombie, Diana Rowland (2011)

My Life as White Trash Zombie to idealna książka do pociągu, pod warunkiem, że podróż nie będzie zbyt długa, bo na więcej niż dwie-trzy godziny, wliczając okazjonalne wyglądanie przez okno, nie starczy. Angel, na której życie składały się imprezy, narkotyki, kłótnie z ojcem alkoholikiem i spędzanie czasu ze swoim beznadziejnym nie-do-końca chłopakiem, budzi się w szpitalu, nie pamiętając, co wydarzyło się wcześniej i jak się tam znalazła. Teraz będzie musiała rozwikłać tę zagadkę, zwłaszcza, że okazuje się mieć tajemniczego dobroczyńcę, a z jej ciałem zaczynają dziać się dziwne rzeczy. W sumie nie wiem, czemu tak piszę opłotkami, skoro macie spojler spojlerów już w tytule.

NW, Zadie Smith (2012)

Bardzo chciałabym usiąść kiedyś z Zadie Smith przy kawie, najlepiej na słonecznym tarasie jakiejś przytulnej kawiarenki, i pogadać o książkach, autorach, filmach, kulturze – to pragnienie towarzyszy mi nieodmiennie podczas lektury jej esejów i artykułów, które są inteligentne, pełne poczucia humoriu i ewidentnie pisane przez osobę mającą wiele interesującego do powiedzenia. Natomiast kiedy czytam powieści Smith, czegoś mi zawsze brakuje. Tak też było w przypadku NW, portretu trójki Londyńczyków i dzielnicy, z której pochodzą. NW jest najbardziej dopracowaną formalnie powieścią Zadie Smith i chyba najbardziej chłodną. I chociaż mogę ją spokojnie polecić, bo jest zwyczajnie dobra, to sama wciąż czekam, aż Zadie napisze tę doskonałą.

Redshirts, John Scalzi (2012)

Jeśli ktoś zetknął się już z książkami Johna Scalziego, króla geeków, to wie, że opierają się one na jakimś prostym, ale oryginalnym i efektownym pomyśle, że nie są najlepiej napisane (trochę mi zajęło przyzwyczajenie się do dialogów i powtarzanego w kółko "powiedział/a", poważnie, to jedyne określenie, którego Scalzi używa) i chociaż są zabawne, to nieco mniej, niż wydaje się autorowi. Redshirts to kolejna lektura lekka, przyjemna i nie zabierająca dużo czasu. Wyobraźcie sobie, że zaciągnęliście się na statek kosmiczny, wyobraźcie sobie, że odkrywacie, że szeregowi załoganci, tacy jak wy, giną w zastraszających ilościach podczas misji na obcych planetach, podczas gdy kapitanowi i jego najbliższym ludziom nawet włos z głowy nie spada... brzmi znajomo?

Lars Iyer, Spurious (2011)

Dwóch zaprzyjaźnionych brytyjskich akademików, Lars i W., rozmawia o... wszystkim. Ale głównie o swojej przyjaźni, nadchodzącej apokalipsie, nieustających naukowych porażkach, mesjanizmie, poszukiwaniu mistrzów, Kafce, o, dużo-mnóstwo o Kafce, o pijaństwie i tyciu, o Rosenzweigu, Bernhardzie i sztuce Beli Tarra. Jeden z nich jest wiecznie chory, ale nie dość chory, drugi toczy beznadziejną walkę z grzybem i wilgocią w mieszkaniu. Spurious, debiut literacki filozofa Larsa Iyera, jest zabawny, inteligentny i świeży, nawet jeśli nieco klaustrofobiczny, bo ja-ja-ja i my-my-my bohaterów nie milknie nawet na chwilę. Na pewno przeczytam kontynuację.

Skios, Michael Frayn (2012)

Frayna najbardziej cenię jako dramatopisarza (Kopenhaga! Demokracja! Noises off!), ale przecież, jeśli mi wpadnie w ręce jego powieść, to też nie odłożę jej ze wstrętem. Skios to czystej wody farsa, bardzo klasyczna w warstwie fabularnej (nie, to nie jest wada), z zamianą tożsamości, piętrzącymi się coraz bardziej absurdalnymi pomyłkami i paradą bardzo brytyjskich postaci, a to wszystko w sielankowych krajobrazach greckiej wyspy i gościnnych progach nobliwej fundacji promującej kulturę i cywilizację europejską. Powieść rozkręca się dosyć powoli, ale jak już ruszy, to z kopyta. Poleca się czytać w tramwajach i innych środkach transportu miejskiego, bo zdegustowane spojrzenia współpasażerów tylko wzmagają wesołość czytelnika, a powstające od radosnego chichotu zmarszczki są przecież najładniejsze.



piątek, 11 stycznia 2013

[Notki 1 stycznia nie było, bo się rozchorowałam i odjęło mi zdolność składania literek.]

Zastanawiałam się, jak by tu napisać notkę podsumowującą i wyszło mi, że 2012 nie był dla mnie rokiem odkryć i olśnień kulturalnych, a rokiem drobnych przyjemności. I o niektórych z tych przyjemności będzie poniżej. Kolejność przypadkowa, media najróżniejsze, z książek – same debiuty.

The Snow Child, Eovyn Ivey – historia bezdzietnej pary, Mabel i Jacka, która przeprowadza się na Alaskę i próbuje ułożyć tam sobie życie na nowo. Niespodziewanie los zsyła im pod opiekę jasnowłose dziecko, którego pojawienie się i zachowanie przywodzi Mabel na myśl starą rosyjską baśń. Jest tylko jeden problem, ta baśń nie ma szczęśliwego zakończenia.

Bomb Girls – o Bomb Girls już pisałam. Tydzień temu zaczęła się emisja drugiego sezonu i powiem Wam, że jest dobrze.

Zoe Keating - kanadyjska wiolonczelistka i kompozytorka. Pewnie bym o niej nie usłyszała, gdyby nie to, że w Elementary pojawiają się czasem jej utwory i jeden z nich przykuł moją uwagę. Do posłuchania poniżej.

The Night Circus, Erin Morgenstern – opowieść o niezwykłym cyrku i narastającym wokół niego micie, o magicznym pojedynku na talenty i miłosnym trójkącie. Właściwie nie tak znowu wiele się w tej powieści dzieje, a już na pewno nie spiesznie, ale Nocny Cyrk to przede wszystkim atmosfera i coraz pełniejsze zanurzenie się w świat opowieści. Bardzo długo nie czułam sympatii do żadnego z głównych bohaterów, więc tym większe było moje zaskoczenie, kiedy pod koniec zaczęłam im gorliwie kibicować.

Being Human – oglądam wiernie od pierwszego sezonu, ale rok 2012 był kluczowy, bo w sezonie czwartym wymieniona została praktycznie cała obsada. Muszę z przyjemnością stwierdzić, że to się udało i chociaż, jak każda dobra fanka, będę tęskniła za Annie, Georgem i Mitchellem, to nie mogę się doczekać kolejnych przygód nowego tria. W sezonie czwartym wróciło nieco z lżejszej atmosfery sezonu pierwszego, co było ogromnym plusem, a głównego złego zagrał Mark Gatiss, którego zdecydowanie wolę po tej stronie kamery.

The Panopticon, Jenni Fagan – piętnastoletnia Anais jest „w systemie” od zawsze, matka urodziła ją w szpitalu psychiatrycznym i uciekła. Anais ma za sobą cały szereg domów dziecka i rodzin zastępczych i brała już wszystkie psychodeliki, które można dostać od ulicznych dealerów, kiedy ląduje w kolejnej placówce dla trudnej młodzieży, Panoptikonie, podejrzana o napaść na policjantkę, po której ta wylądowała w śpiączce. Powieść napisana żywym językiem, w dodatku w szkockiej odmianie, z nietuzinkową bohaterką i brudnym realizmem, o młodzieży, ale niekoniecznie dla młodzieży, bo to nie jest typowa young-adult fiction.

Nimona - sieciowy komiks Noelle Stevenson. Na Noelle trafiłam na Tumblrze i zaczęłam obserwować jej profil, bo jej autorką świetnych fanartów i ma cudowne poczucie humoru. Siedem miesięcy temu zaczęła publikować Nimonę, a Nimony nie można nie kochać.

Scott and Bailey – w 2012 moje ulubione policjantki z Manchesteru, Rachel Bailey (Suranne Jones) i Janet Scott (Lesley Sharp), wróciły z drugim sezonem. Tym razem większą rolę dostała też ich przełożona, DCI Gill Murray (rewelacyjna Amelia Bullmore), która nieco mentoruje teraz Rachel. Ponieważ mamy do czynienia z serialem brytyjskim, jeśli coś wygląda na zabójstwo z powodu nienawiści rasowej, to okazuje się zabójstwem z powodu nienawiści rasowej, odsłaniając całą nędzę rodzaju ludzkiego.

King – w 2012 opłakiwałam nie tylko skasowanie Garrow's Law, w lutym miał premierę drugi i ostatni sezon King, bo Showcase postanowił wykończyć swój serial zerową promocją i paskudnym miejscem w ramówce. King to proceduralny serial policyjny, w którym, jeśli coś wygląda na zabójstwo z powodu nienawiści rasowej, to okazuje się czymś zupełnie innym, bo Kanada jest zdecydowanie za blisko USA. Niemniej sprawy są interesujące, podejmowane są kwestie społeczne, główna bohaterka nie chodzi po miejscu zbrodni w szpilkach, chociaż kocha szpilki, a na deser dostajemy trójkąt miłosny w formacie ona jedna ich dwóch, przy czym ona, tytułowa Jessica King, jest dwukrotną rozwódką, on numer jeden jej wyraźnie młodszym, trzecim mężem, a on numer dwa jej problemowym podwładnym. I mają chemię, jak jasna cholera, wszyscy troje.

Bletchley Circle – trzyodcinkowa (nie tylko BBC nas krzywdzi, ITV wcale nie jest lepsze) historia czterech przyjaciółek, które podczas wojny pracowały w Bletchley, a w roku 1952 spotykają się znowu i próbują rozwiązać sprawę zabójstw młodych kobiet, wobec której policja jest zupełnie bezradna. Solidna intryga, bohaterki, które bardzo łatwo polubić i obyczajowe tło początku lat pięćdziesiątych, no jak to się może nie spodobać?

Tingvall Trio - trio jazzowe w międzynarodowym składzie, które gra tak, że jeśli moje życie miałoby mieć oficjalny soundtrack, to poprosiłabym właśnie taki. Utwory z ich najnowszej płyty, Vägen, absolutnie zdominowały moją playlistę w tym roku.

Lizzie Bennet Diaries - współczesna adaptacja "Dumy i uprzedzenia" w postaci kilkuminutowych filmików, udających vloga Elizabeth Bennet i publikowanych na Youtube dwa razy w tygodniu, stworzona przez Hanka Greena (młodszego z tych braci Green) i Berniego Stu, mająca doborową obsadę i utalentowanych scenarzystów. Oglądam regularnie i zawsze doskonale się przy tym bawię.

Beyond the Black Rainbow – kanadyjski thriller science fiction z 2010 roku, ale w Polsce można go było zobaczyć dopiero w tym roku i to też tylko w dystrybucji festiwalowej. Historia dziewczyny, która próbuje uciec z futurystycznej komuny, i list miłosny do lat osiemdziesiątych. Tego filmu nie ogląda się dla fabuły, tylko dla dopracowanych, zakręconych obrazów i dusznej atmosfery.

Frankenweenie – prosta historyjka o chłopcu i jego (zdechłym) psie. Takiego Tima Burtona lubię.

A Royal Affair – szwedzko-czesko-duńska koprodukcja, film kostiumowy o romansie Caroline Mathilde, żony chorego psychicznie Christiana VII, i Johanna Friedricha Struensee, któlewskiego medyka, z oświeceniem w tle i próbami zreformowania państwa duńskiego, w którym źle się dzieje. Z radością przywitałam informację o nominowaniu Kochanka królowej, bo tak brzmi polski tytuł, do Oskara w kategorii najlepszego filmu nieangielskojęzycznego.

Psycho-Pass - 2012 był kiepskim rokiem dla anime. Już myślałam, po okropnym rozczarowaniu K, że tytuł najlepszej serii 2012 przypadnie Another, które jest ładne i zgrabne, ale ma problemy z utrzymaniem napięcia. Tymczasem sezon jesienny zaskoczył mnie dystopijnym anime policyjnym, które zaczęło się dosyć standardowo i powoli nabierało rozpędu, żeby w połowie sezonu zostawić widzów zbierających szczęki z podłogi. To lubię i z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki.

 



Tagi: miszmasz
20:53, fabulitas , Mix
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 31 grudnia 2012

Doctor Who Christmas Special 2012 "The Snowmen", scen. Steven Moffat, reż. Saul Metzstein

 

Jeśli to w ogóle możliwe, zimowe święta rozleniwiły mnie jeszcze bardziej, wobec czego, objedzona sernikiem, tortem galicyjskim, pomarańczami i wędlinami domowego wyrobu, nie miałam ochoty na pisanie porządnej recenzji ani na spekulacje dotyczące Clary. Dlatego ostatecznie „The Snowmen” dostał swój alfabet. Z góry zastrzegam, że część literek wzięła wolne – niemniej, jak ktoś ma pomysł na przykład na Ą, to zapraszam z propozycjami.

SPOJLERY od A do Z


A – jak Ależ mi się podobało!  To nie jest tak, że umknęły mi niedoskonałości tego odcinka, ale było ich niewiele i nie wpłynęły na przyjemność oglądania. Byle tak dalej.

B – jak Bałwany. Śniegowe potwory najgroźniej wyglądały na trailerze i w sumie dobrze, co to by był za świat, w którym milusińscy musieliby obok posągów i cieni bać się też śniegu. Acha, i jeszcze to, że ludźmi-ze-śniegu byli w tym odcinku Simeon i Doktor, tak.

C – jak Clara. O, to była łatwa literka. Clarę pokochałam, kiedy jeszcze była Oswin – tak samo zadziorną, rezolutną i charakterną. Tak trzymać! Z Jenny-Louise Coleman doskonały dodatek do Doctora Who.

D – jak Doyle, Artur Conan. Najpierw dowiedzieliśmy się, na kim pan Doyle wzorował swoje postacie, a potem Doktor udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że kto, jak kto, ale on mistrzem dedukcji nie zostanie. Dodatkowo wygłodzeni fani wiadomego serialu BBC mogli zapiszczeć z zadowolenia, słysząc melodię, która towarzyszyła „odwiedzinom” Doktora w kwaterach Simeona.

E – jak Edukacja. Ze świątecznego odcinka, drogie dziatki, dowiedzieliśmy się, że warto czasami bawić się ładnie z innymi, że miłość jest niezależna od płci, że do wychowywania własnych dzieci też trzeba dorosnąć i że stanie w miejscu to zawsze gorszy wybór, niezależnie od tego, co przyniesie nam bieg do przodu. Ja tam jestem zadowolona z takiej lekcji.

F – jak Famous Last Words, które już raz słyszeliśmy. Run, you clever boy. And remember.

G – jak Gwiazdka. „The Snowmen” to idealny świąteczny odcinek, nawet bez morderczej choinki. Były łzy, był śmiech, święta zostały uratowane, a zakończyło się literką N, tak jak każdy świąteczny odcinek powinien się kończyć.

H – jak Humor. Pomimo pogrążonego w żałobie Doktora, utopionej guwernantki, koszmarów sennych, nadchodzącego końca ludzkości i dwóch śmierci, w tym jednej finalnej, to był bardzo zabawny i lekki w tonie odcinek. W sam raz na okazję.

I – jak Ile mamy czekać na następny odcinek?! Nie no, ale poważnie, ile?!

J – jak Jeż Sebastian. A, nie, nie ta bajka. No dobrze, w takim razie, J jak Jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie mi do głowy napisać taki alfabet, uprzejmie proszę o odwiedzenie mnie od tego pomysłu.

K – jak Kłamstwo. Rozmowa pomiędzy madame Vastrą a Clarą była absolutnie mistrzowska, z kulminacją w momencie, kiedy Clara zarzuciła Siluriance kłamstwo. Dla takich momentów jestem w stanie bardzo wiele wybaczyć Stevenowi Moffatowi. Słowo przekazane przez Vastrę Doktorowi trochę już rozczarowywało, ale cóż, nie można powiedzieć, że nie było uzasadnione fabularnie. Magiczno-fabularnie.

L – jak Londyn, który zobaczyliśmy o tyle o ile, ale dla samego zimowego parku i widoku ze schodów było warto. Jak to dobrze, że nie jesteśmy już w Leadworth!

M – jak Melancholia Jedenastego Doktora. 'Nuff said.

N – jak Nadzieja. Na przyszłość. Czy „The Snowmen” mógł mieć lepsze zakończnie?

O – jak Opowieści panny Clary. Bardzo proszę, niech ktoś napisze fanfik o tym, jak Clara przyszła na świat za tarczą Big Bena i jak wymyśliła ryby, bo nie chciała pływać samotnie! To był moment, który wywołał chyba najszerszy uśmiech na mojej twarzy przez cały odcinek, no mała rzecz, a jak cieszy.

P – jak Podwójna tożsamość. Clara jest barmanką i guwernantką (mówiącą biegle po angielsku i angielsku, jeśli już jesteśmy przy rzeczach, co cieszą), Jedenasty jest Ebenezerem Scroogem, ale wciąż jest Doktorem, który, cóż, nie może się powstrzymać, a madame Vastra jest zdecydowanie nie tylko sławnym detektywem…

R – jak Rewelacyjnych Aktorów Marnowanie. Miło było zobaczyć Richarda E. Granta i usłyszeć Iana McKellena, ale nie da się ukryć, że ich potencjał został karygodnie niewykorzystany. Na szczęście, w przypadku Wielkiej Inteligencji możemy mieć nadzieję na comeback.

S – jak komandor Strax, czyli nasz ulubiony Sontarianin i najzabawniejsza postać odcinka. Miło wiedzieć, że jednak wrócił do życia po tym, jak umarł na ołtarzu rozwoju postaci Roryego, bo byłaby straszna szkoda.

T – jak TARDIS na chmurze.  Nie ma się co rozwodzić nad tym, jak bardzo Doctor Who poprawił się wizualnie w erze Moffata. I jakby kręconych schodów prowadzących prosto na chmurę i migoczącego w dole zimowego miasta było mało, dostaliśmy jeszcze przepiękne zdjęcia zaniedbanej TARDIS wśród białych kłębów pary wodnej i zupełnie fantastyczne wejście do jej nowego wnętrza. Nie wgłębiając się w szczegóły klasycznych nawiązań, bardzo mi przypadł do gustu nowy wystrój. Bardzo.

U – jak Udane wprowadzenie nowej towarzyszki. Dawno, dawno temu, w roku 2005, może i groziły nam okropne efekty specjalne, ale te pierwsze minuty, kiedy została nam przedstawiona Rose w „Rose” były absolutnie mistrzowskie. Podobnie było z Marthą, z którą po „Smith and Jones” wiązałam wielkie nadzieje, srodze zawiedzione przez RTD. Donna na scenę wkroczyła dwa razy, oba z odpowiednim impetem i pokazując jasno, że Catherine Tate i David Tennant jako duet mają niezmierzony komediowy potencjał – nie trzeba było czekać na „Much Ado About Nothing”, chociaż oczywiście było warto. „The Eleventh Hour” przedstawiła nam nowego Doktora, nową towarzyszkę i nową TARDIS i określiła kierunek, w którym pójdzie DW w rozpoczynającej się erze Moffa – a to wszystko udanie i w niecałą godzinę. „The Snowmen” jako odcinek wprowadzający i ustawiający dynamikę pomiędzy Doktorem i towarzyszką również sprawdził się świetnie.  

V – jak Vastra i Jenny. Wróciły, w dodatku w zmienionym stanie cywilnym. Vastra ze swoim ciętym językiem, jaszczurzą drapieżnością i bezpośrednim podejściem wyrasta na jedną z moich ulubionych postaci powracających, Jenny jest na razie mniej interesującą połówką tej pary, ale że obie mają jeszcze wrócić, to mogę spokojnie poczekać i zobaczyć, jak też zostanie ich wątek poprowadzony.

W – jak Wiktorianie. Ach, no tak, dla kogo innego największym problemem z Vastrą byłoby to, że jest kobietą i to, ach, w związku z kobietą!? (chociaż co do tej drugiej części, to może powinien wypowiedzieć się ktoś, kto wie więcej o kobiecych przyjaźniach w dziewiętnastowiecznej Anglii, bo temat wcale nie jest taki oczywisty) I gdzie znajdziemy ojców, którzy nie znają swoich dzieci, polegają w pełni na guwernantce i jeszcze z całego kosmicznego bałaganu, który zwala im się na głowę, najbardziej szokuje ich to, że wspomniana guwernantka ma przyjaciela płci męskiej?!

Y – jak Yeti, którego zabrakło w odcinku. Serio.

Z – jak Zobaczmy to jeszcze raz! Nic tyle nie mówi o odcinku, jak to, czy chcemy go obejrzeć ponownie i dlaczego. Tak więc – zobaczmy to jeszcze raz, bo było dobre.

 

PS. A jutro, być może, podsumowanie roku 2012, czyli o wszystkim, o czym nie pisałam na blogu, i trochę o tym, o czym nawet udało mi się napisać. Oczywiście, jeśli wrócę do żywych o jakiejś przyzwoitej porze. W kolejce czeka jeszcze recenzja pierwszej części filmowego „Hobbita”, a potem możemy już zaczynać 2013.

 



piątek, 21 grudnia 2012

Nick Harkaway "Angelmaker" (2012)

W dzień kolejnego planowanego końca świata, zamiast skompilować listę dziesięciu najgorszych filmów o apokalipsie albo cytować Miłosza in extenso*, postanowiłam podzielić się z Wami książką, której dzielni bohaterowie prężą mięśnie i nadwyrężają szare komórki, próbując koniec świata powstrzymać. O ratowaniu świata i durnego gatunku ludzkiego książek jest multum, wszelkiego formatu, więc wybrałam niegłupią i zabawną.

Miałam w tym roku szczęście do książek napisanych z humorem – niektóre wybierałam intencjonalnie (jak „Bossypants” fenomenalnej Tiny Fey czy „Spurious” filozofa Larsa Iyera), na inne trafiałam kompletnym przypadkiem. „Angelmaker” Nicka Harkawaya podpada pod tę drugą kategorię. Liczyłam na powieść przygodową w estetyce noir i może z lekką nutką steampunka, a dostałam to i wiele więcej, bo Harkaway ma nie tylko rozbuchaną, oryginalną wyobraźnię, ale też nieokiełznane poczucie humoru.

 

 

Kiedy zegarmistrz Joe Spork wstał pewnego ranka gotowy na kolejny rozdział wojny podjazdowej z kotem, nie spodziewał się apokalipsy, a już tym bardziej tego, że sam ją uruchomi. Eddie Banister mogłaby mu coś na ten temat powiedzieć, ale Eddie, leciwa właścicielka koszmarnie brzydkiego psa, jest bardzo dobra w strzeżeniu tajemnic A wszystko zaczęło się od genialnej Frankie, która nie chciała stworzyć nowego człowieka, jak panowie Wagner i Frankenstein**, o nie, ona chciała zastanych ludzi zamienić w aniołów i prawie jej się udało…

Na pierwszy rzut oka „Anglemaker” ma fabułę, którą zajeździło na śmierć już setki pisarzy, w dużej mierze marnych. Oto spokojny przeciętniak, który ma wieczne problemy finansowe i patentowo nieudane życie miłosne, zostaje wplątany w tajemniczą i niebezpieczną aferę i zupełnie nieoczekiwanie na jego barki spada odpowiedzialność za losy świata. Gdzieś po drodze pojawia się też piękna i silna kobieta, która wcale nie uważa, że nasz bohater jest życiową niedojdą.***

Jeśli po takim opisie, nie mielibyście ochoty dotknąć tej książki nawet kijem, wcale bym się nie zdziwiła. Sama bym jej na pewno nie ruszyła. Na szczęście Harkaway bardzo klasyczny szkielet fabularny obudowuje treścią zdecydowanie oryginalną i powycierane, rozłażące się w szwach motywy powieści szpiegowskiej i, hm, gangsterskiej, bierze pod lupę i wyśmiewa, demitologizuje****, odnawia, przekręca i odwraca w szalenie atrakcyjny sposób. Raz czy drugi zachłystuje się nieco swoją błyskotliwością, ale w drugiej po debiucie książce można to jeszcze wybaczyć, zwłaszcza że przez resztę czasu bawimy się co najmniej tak dobrze, jak autor.

Najciekawszym pomysłem w „Angelmakerze” jest sam mechanizm końca świata, którego działanie i genezę poznajemy stopniowo wraz z bohaterami. Nie chcę zdradzać tutaj szczegółów, więc napiszę tylko, że bardzo ciekawe rzeczy dzieją się na styku geniuszu (napisałabym matematyki, ale że pojawia się tylko z nazwy i autor nawet nie próbuje nas czarować wymyślonymi matematycznymi formułami), mechaniki, filozofii i poplątanych przez historię i uczucia biografii.

„Angelmaker” to bardzo satysfakcjonująca lektura rozrywkowa i jeśli mogę autorowi czegoś życzyć na trzecią powieść, to większego luzu i kolorowego inkaustu przy tworzeniu postaci, żeby bardziej żyły na kartach książki, a nie „spełniały funkcje,” co im się niefortunnie czasami przydarza. Jeśli zaś mogę czegoś życzyć sobie, to żeby ta nowa powieść pojawiła się na mojej półce jeszcze przed następnym końcem świata, który, jeśli się nie mylę, jest zaplanowany na luty 2016.

 

 

 

*  Totalnie mogę wyobrazić sobie siebie robiącą jedną z tych rzeczy, zgadnijcie, którą.

**  Tak, jeszcze nie porzuciłam recenzji Frankensteina, chociaż ona już coraz mniej recenzję Frankensteina przypomina, wkrótce...

*** Możecie sobie wyobrazić moją minę, kiedy doczytałam do tego momentu. A już było tak pięknie! Wątek z Polly faktycznie trochę zgrzyta, chociaż autor bardzo się stara zrobić z niej niezależną bohaterkę (aż chwilami na siłę), a cały myk polega na tym, że Joe faktycznie nie jest niedojdą, jaką się sobie z pewnych względów wydaje (i ten wątek psychologiczny jest poprowadzony całkiem przekonująco). No cóż, na pocieszenie mamy Eddie, Frankie i Helen.

**** Czy to jest ten moment, kiedy warto wspomnieć, że Nick Harkaway jest synem Johna Le Carre’a?

 



niedziela, 09 grudnia 2012

„The Cloud Roads” (2011), „The Serpent Sea” (2012), „The Siren Depths” (2012) Martha Wells

Notka bez spojlerów – i żałujcie, bo byłyby smakowite.


Stałe miejsce na mojej nieoficjalnej* liście ulubionych powieści science fiction zajmuje „Przybysz” C.J.Cherryh. Jest to sprawnie napisana historia pierwszego kontaktu (dziejąca się na dobrą sprawę dwieście lat po pierwszym kontakcie, ale uwierzcie, to tutaj bez znaczenia) – a tych nigdy mi nie dość, łykam jak gęś w każdej postaci**, od oldschoolowych „Słuchaczy” Jamesa E. Gunna, po „Ślepowidzenie” Petera Wattsa – zawierająca w dodatku elementy, których obecność cieszy mnie zawsze. Narrację z punktu widzenia bohatera, któremu brakuje kompetencji, żeby zrozumieć i wyjaśnić to, co się wokół niego dzieje, chociaż bardzo się stara, spójny i szczegółowy opis obcego gatunku i jego kultury, i problemów z ich zrozumieniem i opisaniem w naszych kategoriach (a Atevi z „Przybysza” nie są nawet tak bardzo różni od nas), realistyczną politykę i knucie zamiast ratowania świata. Mniam.

I teraz Bren z „Przybysza”, przyszedł mi do głowy, kiedy zastanawiałam się, do kogo można by porównać Moona i do czego trylogię o Raksura Marthy Wells, której Moon jest głównym bohaterem. Różnice między tymi dwoma seriami są dosyć oczywiste. Książki Cherryh to science fiction, Wells – high fantasy. Bren jest ambasadorem ludzi wśród Atevi, z którymi rozbitkowie ze statku kosmicznego dzielą planetę. Próbuje zrozumieć obcy gatunek, prowadzić politykę swojego rządu i nie zginąć. Dla Moona „obcy”, do których trafia, to jego własny gatunek, z którym nie miał nic wspólnego, od kiedy został osierocony we wczesnym dzieciństwie. Bren opuszcza „swoich” i próbuje przystosować się do życia i nawiązać osobiste relacje w zupełnie odmiennym społeczeństwie. Moon nigdy nie przynależał – najpierw był obcym, udającym swojego wśród różnych gatunków myślących istot naziemnych*** ze zmiennym powodzeniem, potem okazuje się obcym dla swoich. Jego pierwszym odruchem, kiedy coś idzie nie tak (a wszystko idzie nie tak, zupełnie jak w „Przybyszu”), jest zwinąć manatki i zacząć od nowa gdzie indziej. Piszę o różnicach, ale chyba łatwo zobaczyć tutaj analogie?

Raksura, gatunek Moona, widzimy jego oczami – i nie spotykamy się bynajmniej z sytuacją, kiedy dla bohatera wszystko magicznie nabiera sensu, bo z miejsca zaczyna rozumieć swoją naturę. Wręcz przeciwnie, Moon musi pytać się o najprostsze rzeczy i z jednej strony chciałby wreszcie pasować i przynależeć, a z drugiej ma świadomość, że nigdy nie będzie taki, jak Raksura wychowany w kolonii i że nie może i nie chce nagiąć się tak, że przestałby być sobą. „Obcość” Moona utrudnia mu zadomowienie się w nowym, docelowo „swojskim” kontekście, ale bywa też atutem - wcześniejsze doświadczenia i odmienny sposób widzenia rzeczywistości nie pomogą mu odnaleźć się w skonfliktowanej kolonii, ale za to będą bezcenne, kiedy Raksura przyjdzie zewrzeć szeregi i zmierzyć się z zewnętrznym zagrożeniem. Doskonałą decyzją Wells było uczynienie Moona dorosłym mężczyzną, który swoje przeżył i ma ukształtowany charakter, a nie nastolatkiem.

Nie będę tutaj opisywała, kim są Raksura i jakie zasady rządzą ich społecznościami – w tego typu książkach (antropologicznym fantasy – jak określa się czasem książki Cherryh, moim zdaniem całkiem trafnie, yay dla antropologii!) duża część przyjemności to poznawanie tych informacji i tworzenie sobie obrazu Raksura równocześnie z bohaterem. Napiszę tylko, że autorka włożyła w ich kreację dużo pracy i efekty są bardzo satysfakcjonujące. Podobnie rzecz ma się z zamieszkiwanym przez Raksura ginącym światem, pełnym odwiecznych i nowych niebezpieczeństw, ruin po upadłych wielkich cywilizacjach i niezrozumiałej starej magii, który dzielą z wieloma innymi inteligentnymi lądowymi, powietrznymi i podwodnymi gatunkami.

Trylogia, którą rozpoczęły w ubiegłym roku „The Cloud Roads”, a już w tym, kończą wydane zaledwie pod koniec listopada „The Siren Depths” dosyć niespodziewanie stała się moim ulubionym tytułem z półki z fantastyką w tym roku – jak się okazuje, wystarczyło, że ma dające się lubić, bardzo żywe**** i wielowymiarowe postacie, odrobinę humoru, ciekawie skonstruowany świat, fabułę podzieloną w dobrych proporcjach pomiędzy osobiste perypetie i napisaną z rozmachem przygodę, żeby była bardzo odświeżającą propozycją po niekończącej się paradzie anty-bohaterów, po tych wszystkich paranormal romances i młodzieżowych dystopiach wydawanych obecnie na fali popularności „Hunger Games” Suzanne Collins. Nie są to może wybitne książki, które zmienią patrzenie na literaturę fantasy, ale jest to pierwszorzędna rozrywka, która utrzymała moje zainteresowanie przez w sumie dziewięćset stron i te sześć dni, które zajęło mi przeczytanie wszystkich trzech tomów. A pomyśleć, że podchodziłam do "The Cloud Roads" bez oczekiwań, ba, nawet z lekką rezerwą po przeczytaniu opisu z okładki.

 

 

*jakby była oficjalna, musiałabym ją ułożyć, więc.

** nie macie pojęcia, ile ja złych książek przez to przeczytałam, cóż, coś za coś

*** groundlings, ech, języku polski

**** chciałam napisać ludzkie, ale przecież nie

niedziela, 04 listopada 2012

Shadow Dancer, reż. James Marsh, wyst. Andrea Riseborough, Clive Owen, Gillian Anderson, David Wilmot, Aidan Gillen

W środę przed Skyfall Multikino wyświetliło nam standardowe pół godziny reklam i garść trailerów. Było to jak zwykle bardzo pouczające. Dodzieliśmy się, że Artur Żmijewski jest jednak aktorem, a nie prowincjonalnym księdzem; że na froncie polskich komedii bez zmian (wciąż srogo, nie pytajcie); i że istnieje taki film jak Shadow Dancer. Shadow Dancer... Shadow Dancer... czy ja gdzieś o tym nie czytałam? Czy nie przypadkiem w sierpniowym Empire? I czy autor recenzji o mało co się tam nie zachłysnął z zachwytu?

Przypomniałam sobie kilka z tych zachwytów i wyszło mi, że to film jakby skrojony pod mój gust. Może pamiętacie, zdaje się coś w ten deseń mówiłam ostatnio o Tinker Tailor Soldier Spy. Jest więc Shadow Dancer kameralnym filmem szpiegowskim, gdzie zamiast ekscytującej pogoni po dachach Wielkiego Bazaru w Stambule serwuje się nam na przystawkę, danie główne i deser rzeczywistość przyziemną i brzydką (ale pięknie sfilmowaną). Tak, oczywiście, że poszłam do kina.

 

 

Jest rok 1993, IRA podkłada bomby, organizuje zamachy, przeprowadza egzekucje, równocześnie trwają rozmowy o zawieszeniu broni pomiędzy Sinn Féin i przedstawicielami brytyjskich władz. Colette McVeigh, bojowniczka IRA i, czy może – a przede wszystkim córka, siostra i (samotna) matka, zostaje zmuszona do współpracy z MI5. Mija pierwsze dziesięć minut filmu, może kwadrans, i już wiemy – z ruchu kamery, palety kolorów i natężenia światła, z słów, które nie padają – że to nie będzie historia ze szczęśliwym zakończeniem.

Shadow Dancer nie należy do filmów, które zdradzają nam, co się dzieje w głowach ich bohaterów. Czyny i rozmowy markują kolejne przemilczenia. Wszyscy – pracownicy Służby Bezpieczeństwa, bojownicy IRA i członkowie ich rodzin – są nauczeni przez doświadczenie strzeżenia sekretów. Jeśli nie dotrzymasz tajemnicy, zginiesz. Jeśli nie dotrzymasz tajemnicy, zginie ktoś, za kogo jesteś odpowiedzialny. Jeśli nie dotrzymasz tajemnicy, zginie ktoś, kogo kochasz. Ciągłe balansowanie na cienkiej linii pomiędzy prawdą a kłamstwem. Powiedzieć prawdę czy skłamać? Co mnie zabije? Prawda? Czy kłamstwo? Paranoiczny świat, a w jego sercu codzienność – dzieci, które trzeba zaprowadzić do szkoły, obiady, które trzeba ugotować, naczynia do pozmywania, urodziny do wyprawienia.

Andrea Riseborough jako Colette przekonała mnie od pierwszych minut, ta rola jest cała jej, od początku do końca, więc z łatwością przyszło mi kibicowanie głównej bohaterce i martwienie się o jej przyszłość. Dzięki powściągliwej, stonowanej grze Riseborough, jeszcze mocnej rezonują momenty większej ekspresjii u Colette – kiedy krzyczy na „opiekującego się” nią agenta, cieszy spokojnym popołudniem z rodziną czy kiedy jej ostrożny krok kogoś pchanego do przodu przez wydarzenia zastępuje krok zdeterminowanej kobiety.

Dopiero po seansie skojarzyłam, skąd znam tę aktorkę – a później jeszcze dodatkowo sprawdziłam i okazało się, że widziałam ją już w kilku produkcjach. Cała obsada składa się z aktorów może nie będących gwiazdami wielkiego formatu (z wyjątkiem Clive'a Owena, o nim za chwilę), ale zdolnych i cenionych. Obok Riseborough zobaczymy między innymi Gillian Anderson, która w ostatnich latach kolekcjonuje dobre role drugoplanowe (Miss Havisham w Wielkich Nadziejach, Mrs Castaway w The Crimson Petal and the White, Eleonor w How to Lose Friends & Alienate People), Aidana Gillena (Petyr Baelish z Gry o tron i Tommy Carcetti z The Wire, kompletnie go tutaj nie poznałam) i Davida Wilmota (Ripper Street, Dynastia Tudorów, The Guard).

Clive Owen gra w Shadow Dancer rolę Maca, agenta, który werbuje Colette, ale przypomina tutaj raczej tatusiowatego Clive'a Owena z tytułów obyczajowych, niż bohatera akcji z wielkich sensacyjnych produkcji. Twarz wymięta tak samo, jak ubranie, niewielki brzuszek, starannie wypastowane buty, bardziej ślepiący w papiery i ekran komputera urzędnik, niż (stereotypowo postrzegany) pracownik Secret Service, chociaż oczy dalej niebieskie a głos jak zawsze głęboki. Colette ufa Macowi, bo nie ma wyboru, stawką jest jej życie – on skrewi, ona zginie. Widzowie obserwujący jego zmagania widzą jego determinację i dobrą wolę, ale już w to, że ochroni Colette, mogą powątpiewać.

Historia Colette McVeigh rozwija się niespiesznie, ale niepowstrzymanie, aż do tragicznej konkluzji, która nie jest ani zrządzeniem losu, ani udowodnieniem tezy, ani znakiem czasów (film powstrzymuje się przed pokusą uogólnienia), tylko prostą konsekwencją wyborów dokonywanych przez bohaterów od pierwszych chwil filmu. Go n-éirí an bóthar leat, Colette.

niedziela, 28 października 2012

The Stranger's Child, Alan Hollinghurst (2011, wyd. polskie wrzesień 2012)

Na niespełna rok przed wybuchem pierwszej wojny światowej młody dziedzic i poeta Cecil Valance odwiedza uniwesyteckiego kolegę George'a Sawle'a w jego rodzinnym domu, Dwóch Akrach. Reszta jest – historią, życiem, poezją, milczeniem, tekstem, zbiegiem okoliczności, pamięcią, plotką, plikiem pożółkłych papierów, skandalem, opowieścią, ciekawostką, zapominaniem...

Z miejsca napiszę, że The Stranger’s Child to jedna z najlepszych powieści wydanych w zeszłym roku i uznaniem krytyków cieszy się w pełni zasłużenie. Tak, żeby nie było wątpliwości. Może to jeszcze powtórzę na końcu notki, przecież ważne rzeczy dwa razy. Żadnych szczegółów fabuły nie zdradzę - bo też do niewątpliwych walorów tej książki należą właśnie różne fabularne niespodzianki, rodzynki na zaledwie kilka akapitów i przepyszne drobiazgi - więc jeśli potrzebujecie więcej przekonywania niż tylko moje słowo, czytajcie śmiało dalej.

Hollinghurst, którego na zachód od Odry znajdziemy przede wszystkim na półkach z literaturą queer (przede wszystkim, bo także po prostu wśród literatury współczesnej i wśród bestsellerów, czego to nie robi nagroda Bookera – tę Hollinghurst dostał w 2004 roku za Linię piękna, również polecam), tym razem opuścił swoje zwykłe tematyczne poletko, chociaż kwestie seksu i seksualności wciąż grają u niego prominentną rolę, a przez karty powieści, między innymi subtelnie rekonstruującej stosunki klasowe, przewija się wątek traktowania i mówienia (przez społeczeństwo, przez prawo i przez samych najbardziej zainteresowanych) o homoseksualizmie w Anglii pomiędzy rokiem 1913 a 2008.

W The Stranger’s Child nie znajdziemy obrazowych i szczegółowych scen erotycznych (do tej pory poniekąd znaku firmowego angielskiego pisarza). To nie znaczy, że scen erotycznych nie ma w ogóle, ale te, które są, mają raczej kształt sugestii, zarysu, fragmentu alkowy, którą czytelnik-voyeur widzi przez dziurkę od klucza. Kwestie tego, co odsłonięte i zasłonięte, co ukryte, a co wiadome, co jest fantazją pyszałkowatego biografa, a co niespodziewaną prawdą, grają w książce, obok losów Cecila, rolę pierwszoplanową.

Czytelnik czasami wie więcej niż niektóre postacie, ale często jest pozostawiony własnym domysłom, bezradny wobec kłamstw, półprawd i plotek – niektóre drzwi (jak drzwi pamięci Daphne Sawle) są dla niego na zawsze zamknięte (a zgnieciony świstek papieru perfidnie blokuje widok przez dziurkę od klucza), na niektóre pytania nigdy nie dostanie odpowiedzi (co zaszło w Londynie?), w niektóre miejsca zawsze dotrze w towarzystwie bohaterów The Stranger's Child kilka chwil za późno (i zamiast odkrycia, zamiast cennego zapisu przeszłości, zastanie popiół i żar, rozwiewane powoli na cztery strony świata).

Przez powieść przewija się cała plejada bohaterów, w różnym wieku, z różnych czasów (jak się okazuje, w tych stu latach mieści się niejedna epoka) i z różnych miejsc na drabinie społecznej, ale na pierwszy plan wysuwają się Paul Bryant, ambitny pracownik banku i nie tylko, ale o tym sza, oraz Daphne Sawle, siostra George'a, którą poznajemy jako trzpiotowatą, czytującą wiersze panienkę na progu dorosłości i którą pożegnamy jako leciwą staruszkę. Daphne, dziewczyna, a następnie kobieta, jakich wiele, z jednej strony dopasowująca się do panujących konwenansów społecznych, z drugiej wytrwale szukająca własnego szczęścia i w jego imię gotowa owe konwenanse łamać, z równym przydziałem wad i zalet, jest postacią świetnie skonstruowaną i bardzo wiarygodną, co warte wspomnienia, bo to pierwszy raz, kiedy Hollinghurst zrobił kobietę główną bohaterką swojej książki.

Początek powieści – wizyta pełnego joie de vivre poety w Two Acres – bardzo mocno sprawia wrażenie czegoś, co już czytaliśmy, ba, potrafimy wręcz powiedzieć, co wydarzy się dalej. Dlaczego? Bo jest finezyjnym pastiszem historii obyczajowej powstałej lub umieszczonej w epoce edwardiańskiej. W The Stranger’s Child jest więcej podobnych literackich smaczków – pojawiają się echa Brideshead Revisited, sama historia Cecila i jego skromnej spuścizny oparta jest w zarysie na losach Ruperta Brooke’a, tytuł został zaczerpnięty z elegii Tennysona, a fikcyjni bohaterowie obracają się w tak zwanym towarzystwie, więc chociaż postacie historyczne nie pojawiają się na kartach powieści we własnej osobie, to nie brakuje o nich wzmianek (jak Strachey i Holroyd, blink and you’ll miss them, a są ważnym punktem odniesienia dla większej części fabuły).

The Stranger's Child jest książką o literaturze i o historii, o tym, jak zdobywamy i tracimy wiedzę o nich, o tym, jak zmieniają się, przyjmując coraz to inne kształty, zależnie od tego kto i skąd na nie spogląda. Tyczy się to także czytelnika. Ja roześmiałam się w głos, kiedy Daphne rozmyślała o miejscu Cecila w jej życiu, bo przypomniała mi się Fanny Brawne pisząca do Charlesa Browna „I should be glad if you could disprove I was a very poor judge of character ten years ago and probably overrated every good quality he had” o Keatsie. U kogo innego książka przywoła inne skojarzenia, innymi momentami przyciągnie lub odrzuci i w efekcie inne będzie całe doświadczenie czytelnicze. The Stranger's Child to także powieść bardzo elegancka, doskonała literacko, więc jeśli nie dla czegokolwiek innego, można ją czytać dla samej urody zdań (za przekład polski, jak zwykle, poręczyć nie mogę).

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Napisz do mnie!