kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
czwartek, 22 sierpnia 2013

Lauren Beukes „The Shining Girls” (2013)


W rozmowie o “The Fall” – niedawno wyemitowanym miniserialu kryminalnym BBC z Gillian Anderson w roli bezkompromisowej pani inspektor (zajrzyjcie po notkę do Noidy) – znajoma poskarżyła mi się, że po raz kolejny zbyt wiele uwagi poświęca się zabójcy. Scenarzyści pieszczą się z jego przeszłością, frustracjami czy życiem rodzinnym, kontekstualizują i wyjaśniają zbrodnie, podczas gdy zabijane kobiety sprowadzane są do roli ofiary, tylko i wyłącznie, i pojawiają się w jednej-dwóch scenach, żeby w końcu zostać nazwiskiem i zdjęciem na policyjnej tablicy. To nie w porządku, żeby morderca był główną postacią, bohaterem historii.

Z podobnego założenia wyszła Lauren Beukes, autorka „Zoo City,” w swojej nowej powieści. „The Shining Girls” jest historią o podróżującym w czasie seryjnym mordercy i tytułowych dziewczynach, które miały nieszczęście go spotkać – w tym o Kirby Mazarachi, jedynej ocalałej, która postanawia sama wyjaśnić zagadkę swojego „morderstwa.” Mam nadzieję, że nie odstraszy Was taki zarys fabuły, bo, jak rozumiem, hasło „podróżujący w czasie seryjny morderca” nie u wszystkich wywołuje podobną reakcję, jak u mnie („hm, tak, interesujące”).

The Shining Girls” są bardzo wciągające. Na początku chcemy się zorientować, czego właściwie jesteśmy świadkami, później chcemy dowiedzieć się, jak się dzieje to, co się dzieje, ale im dalej w książkę, tym bardziej obchodzi nas jedno – żeby Kirby znalazła sprawiedliwość. Dla siebie i wszystkich innych kobiet – Alice, Zory, Willie, Margot, Catherine, Jin-Sook, Jeanette, a nawet Etty. Krótkie rozdziały oraz przeskoki w czasie (akcja rozgrywa się w Chicago – drugim obok jaśniejących dziewczyn bohaterze powieści – na przestrzeni lat pomiędzy Wielkim Kryzysem a początkiem lat dziewięćdziesiątych i zdecydowanie powinniśmy zapomnieć o chronologii podczas lektury) i pomiędzy perspektywami różnych postaci przydają narracji dynamiki.

Beukes postawiła na brutalny realizm, nic nie zostaje nam oszczędzone, a dodatkowym ciosem w czytelniczy splot słoneczny jest to, że po poznaniu kolejnej interesującej dziewczyny, jej marzeń, problemów, ambicji i planów (autorka powiedziała w którymś wywiadzie, że mogłaby napisać osobną książkę o każdej ze swoich bohaterek – i mogłaby), zostajemy świadkami jej śmierci, świadkami zmuszonymi patrzeć na nadchodzący koniec jej oczami. Ten zdecydowanie udany zabieg – szkicowanie bohaterek jeśli jeszcze nie pełnokrwistych, to z ogromnym potencjałem, i przyjmowanie perspektywy ofiary w scenach przemocy – przewraca do góry nogami typowy schemat z kryminałów, gdzie ofiara jest niewiele więcej niż pretekstem, który umożliwia pisarzowi czy pisarce grzebanie w bebechach człowieczeństwa, stawianie diagnoz o stanie społeczności i państwa albo po prostu pokazanie wrażliwości i determinacji bohatera.

Tymczasem na antagoniście Beukes dokonuje zabiegu odwrotnego. Harper Curtis jest nikim. Ot, jednym z wielu mężczyzn, których wojna wypluła z powrotem i których Wielki Kryzys wyrzucił na ulicę. Bezrefleksyjne używa siły i sprytu, brak empatii i skłonność do okrucieństwa przejawiał od młodego wieku, nie ma w nim żadnej tajemnicy, żadna intrygująca myśl nie kołacze się po jego głowie, jest brudnym pępkiem swojego brzydkiego świata. I dlatego, po pewnym czasie, rozdziały, w których narracja przyjmuje perspektywę Harpera, stają się coraz cięższe i nudniejsze do czytania. I tak, jak jestem pod wrażeniem takiej kreacji mordercy – zarówno ze względu na jej konsekwencję, jak cel i wymowę – to jednak trochę odbija się ona książce czkawką.

Nie jest to jedyny zarzut, jak mogłabym podnieść wobec „The Shining Girls,” ale nie chcę tutaj wchodzić w szczegóły fabularne dotyczące zaskakującego potraktowania niektórych postaci i nieco konfundującego zakończenia (wiem, co autorka chciała tu zrobić, ale chyba nie do końca się udało), a koniec końców i tak chciałabym tę powieść polecić. „The Shining Girls” zbiera gorsze recenzje od wielu słabszych powieści tego lata, bo bardzo wiele obiecuje i nie ze wszystkiego potrafi się wywiązać, ale i tak zanurzenie się w zmieniającą się na przestrzeni lat obyczajowość dwudziestowiecznej Ameryki i towarzyszenie zaciętej Kirby w jej podróży do odzyskania normalności jest warte kilku godzin naszej uwagi.

piątek, 28 czerwca 2013

„The Ocean at the End of the Lane” (2013) Neil Gaiman

SPOILERFREE

 

Nie czekałam na nową powieść Gaimana, bo tak, jak dla pisarza-celebryty mam sporo sympatii, tak z jego książek, z braku lepszego określenia, wyrosłam. Kiedyś, dawno-dawno, przy pierwszej lekturze, byłam zachwycona „Gwiezdnym pyłem” i „Nigdziebądź,” zwłasza „Nigdziebądź” - uch, och, urban fantasy, ale z czasem okazało się, że nie mam chęci czy potrzeby ponownej lektury i pierwotna magia obu tych powieści zupełnie się rozproszyła. (Powrót do „Nigdziebądź,” z okazji powstania w studiu BBC4 słuchowiska z Jamesem McAvoyem, Natalie Dormer, Sophie Okonedo i Benedictem Cumberbatchem, zakończył się dla mnie ogromnym rozczarowaniem.)

Żadna z kolejnych książek Gaimana nie zrobiła już na mnie większego wrażenia, ot, przyjemna lektura, zgrabny pomysł, gdzieniegdzie uśmiech czy zdanie tak okrągłe, że czystą przyjemnością jest samo obracanie go na języku, aż straci znaczenie i zostanie samą formą. Lepszy, pełniejszy, bardziej udany jest dla mnie Gaiman w opowiadaniach.

A jednak skusiłam się na „The Ocean at the End of the Lane.” Raz, że wszędzie podkreślano, że to powieść skierowana do dorosłych (wrócę jeszcze do tego), podczas gdy wcześniej rozróżnienie brzmiało raczej książki Gaimana/książki Gaimana dla dzieci. Dwa, że powieść miała coś w rodzaju rzymskiego triumfu we wczesnych recenzjach i to nie tylko w kręgach okołofantastycznych. Jak to ujął jeden z moich znajomych, kiedy to Gaiman z figury kultowej stał się pisarzem fetowanym przez BBC i Guardiana? Zwyczajnie byłam ciekawa, znacie przysłowia o ciekawości.

„The Ocean at the End of the Lane” właściwie nawet nie jest powieścią, a długą nowelą, którą spokojnie może przeczytać w jeden wieczór. Szacuję ją tak na trzy kubki herbaty. Mnie lektura zajęła zdecydowanie dłużej, bo książka nie potrafiła utrzymać mojego zainteresowania i co chwila ją odkładałam.

Narrator, mężczyzna po pięćdziesiątce, wraca z pogrzebu w rodzinnym miasteczku i zamiast pojechać na stypę, gdzie wszyscy go oczekują, odwiedza miejsce po domu swojego dzieciństwa, a następnie jedzie dalej „do końca drogi,” na farmę, gdzie mieszkała jego przyjaciółka Lettie, zanim wyjechała do Australii. Tam, nad brzegiem stawu, który Lettie nazywała oceanem, wracają do niego zapomniane wydarzenia z czasów, kiedy miał siedem lat.

W „The Ocean at the End of the Lane” nie brakuje strachów i niezwykłości, wychylających się zza twarzy i rzeczy codziennych, było nie było jest to wręcz znak firmowy Gaimana, ale żeby do nich dotrzeć, musimy przebrnąć przez ekspozycję, a ta zajmuje mniej więcej jedną trzecią książki (cieniuchnej, ale mimo wszystko) i tutaj zaczynają się schody. Oto poznajemy chłopca, który woli powieści od rówieśników, jego borykającą się z problemami finansowymi rodzinę (przede wszystkim ojca) i realia życia na angielskiej prowincji w latach sześćdziesiątych. O ile chłopiec i rodzina są jakby wzięci prosto z dziesiątek podobnych historii, to czasy, w których żyją, bardzo żywo by mnie zainteresowały, gdyby nie to, że pierwszoosobowy narrator, w gruncie rzeczy zamknięty w małym, dziecięcym światku, pokazuje je w bardzo wąskiej perspektywie.

Nie pomaga też to, że całość jest podana w gęstym i zawiesistym sosie nostalgii. I to nie jest tak, że ja nie potrafię przyjąć na czas lektury tego spojrzenia – człowiek się tyle książek naczytał, że może z równą łatwością spojrzeć na świat oczyma i Muminka i Maximiliana Aue – ale go nie kupuję, czy to dlatego, że sama dzieciństwa jako mitycznej krainy niewinności nigdy nie widziałam, czy dlatego, że Gaiman w opisie kompletnego rozdziału świata dzieci, wolnych i niewinnych, i dorosłych, figur z pełnią władzy i autorytetu, jest nieprzekonujący. Jedną z moich ulubionych powieści, gdzie narrator opowiada historię z perspektywy dziecka, jest „Tatty” Christine Dwyer Hickey (bardzo, bardzo zachęcam do przeczytania, chociaż książka może być u nas trudno dostępna, mnie wpadła w ręce, kiedy wyjątkowo deszczowy dzień zatrzymał mnie w irlandzkim hostelu), gdzie dla głównej bohaterki podstawowym punktem odniesienia w świecie dorosłych również jest ojciec. Rezolutna Tatty, stykająca się z „dorosłymi” problemami i zaczarowująca rzeczywistość na swój własny sposób, mówi głosem, w który potrafię uwierzyć, bohater Gaimana głosem nie dość indywidualnym (bohater jako drzwi do świata powieści dla czytelnika nie zawsze się sprawdza) i bardziej niosącym tezę („Adults follow paths. Children explore.” „I do not miss childhood, but I do miss the way I took pleasure in small things, even as greater things crumbled.” „Adult stories never made sense, and they were slow to start. They made me feel like there were secrets, Masonic, mythic secrets, to adulthood.” „As we age, we become our parents; live long enough and we see faces repeat in time.”), niż żywym. Dla mnie, bo raczej nie dla Neila Gaimana.

W tym też znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego książka jest tak bardzo reklamowana jako rzecz dla dorosłych, kiedy w samej warstwie fabularnej nie ma niczego, co nakazywałoby ograniczenia wiekowe – dzieci czy młodzież, której blisko do dzieciństwa, nigdy na to dzieciństwo nie spojrzą z nostalgią.

Kiedy wreszcie docieramy do fantastycznych zdarzeń, okazuje się, że i one są podporządkowane opowieści sentymentalnej dorosłego człowieka, i na pocieszenie zostają nam udane, urokliwe drobiazgi – jakiś trafiony opis, jakieś drapieżne zdanie, jakiś niespodziewanie celny moment realizmu, jakaś możliwość na pociągnięcie tej historii głębiej. Może gdyby Gaiman zdecydował się raczej na szczegółowy szkic, zamiast na szerokie i kolorowe pociągnięcia pędzla, może gdyby zapisał ze dwa razy więcej stron, poświęcił więcej czasu bohaterom drugiego planu, może, może, może... Ktoś w Internecie skomentował, że po przeczytaniu „The Ocean at the End of the Lane” nie wiedział, co myśleć, dopóki nie zrozumiał, że tu nie chodzi o myślenie, a o (u)czucie. I ja właśnie tej książki w ogóle nie czuję.

sobota, 22 czerwca 2013

Hannibal (2013 - …)

Wyst. Hugh Dancy, Mads Mikkelsen, Laurence Fishburne, Kacey Rohl, Caroline Dhavernas, Hettienne Park, Aaron Abrams i in.

Capo di tutti capi Bryan Fuller (Pushing Daisies, Wonderfalls, Dead Like Me)

 

SPOJLERY. I mam wrażenie, że powinnam opatrzyć tę notkę trigger warnings.


Being smart spoils a lot of things, doesn't it?” Thomas Harris “The Silence of the Lambs”

Tak, jak przyroda, moje małe fanowskie serduszko nie znosi próżni. A że ostatnio w temacie DW jestem marudną marudą, która marudzi, i gdzieś mi się zapodział fanowski entuzjazm, to potrzebowałam czegoś popkulturowego do pokochania. I niby gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie kosmita w muszce, a gdzie seryjny morderca z wyrafinowanym, ekhm, smakiem, ale tym novum stał się, nawet dla mnie dość niespodziewanie, nowy „Hannibal.”

Gdybym miała po pierwszym odcinku napisać, czym będzie Hannibal, myliłabym się w każdym aspekcie poza scenery/design porn i słabością tytułowego bohatera do kulinarnych żartów (jak bardzo naiwnym okazałam się tutaj widzem, niech Wam uświadomi moje ówczesne przekonanie, że Abigail Hobbs jest postacią bez żadnego znaczenia *implied facepalm*). Ten pierwszy odcinek jest właściwie takim długim, solidnym rozbiegiem i może sprawiać wrażenie, że patrzymy na ponury procedural, do którego zatrudniono najlepszych scenografów i krawca w Kanadzie. Gdzieniegdzie już strzelają tam pierwsze iskry geniuszu, który wkrótce miał buchnąć wielkim płomieniem i podpalić popkulturową połowę Internetu, ale można je przeoczyć, ba, można nawet pomyśleć, że Hannibal okaże się niewypałem.

Zanim jeszcze dotarło do mnie, że patrzę na rewelacyjnie napisany show, zachwyciła mnie strona wizualna. Nie powinnam się dziwić, skoro na czele ekipy „Hannibala” stoi magiczne stworzenie odpowiedzialne za „Pushing Daisies,” ale na taką pomysłowość, konsekwencję i dbałość o detale byłam zupełnie nieprzygotowana. I na gore. Może to się nie pojawiło na blogu, ale uwielbiam dobrze sfilmowaną/napisaną makabrę i groteskę. Gdybym była scrapbookerką, miałabym osobny album na takie sceny, ze zmierzchnicą na okładce, do pokazywania wyłącznie wybranym znajomym, więc rozumiecie, że farma grzybków, Jenga czy smutny koniec Beth LeBeau to miód na moje oczy.

Jaka jest najbardziej prestiżowa nagroda za casting do serialu? Bo komuś się tutaj należy, ta i wszystkie inne. Ponieważ w Hannibalu większy nacisk jest na interakcje między bohaterami (co się mówi i czego się nie mówi, u-hu, a czego się nie mówi) niż na akcję (chociaż i tej nie brakuje), nie jest zaskakujące, że wybrano do głównych ról aktorów dobrze grających ciałem.

I have always loved the broken teacups the best” Internet o Willu Grahamie

Hugh Dancy w roli Willa Grahama sprawił mi ogromną niespodziankę, bo kojarzyłam go z rolami uroczych, swobodnych i nienachlanie przystojnych bohaterów komedii romantycznych do tego stopnia, że oglądanie go jako unikającego kontaktu wzrokowego samotnika, w pełni świadomego, że zachowuje się niezręcznie, uśmiechającego się z wyraźnym przymusem i tak, jakby to robił według instrukcji przebywania wśród ludzi dla początkujących, sprawiało mi przez dwa-trzy odcinki, dopóki się nie przyzwyczaiłam, autentyczną przykrość. Popatrzcie, oto facet, który powinien cieszyć się sympatią kolegów i koleżanek z biura, któremu znajomi ze szkoły wciąż powinni wysyłać kartki na święta i urodziny, do którego powinny się uśmiechać zmęczone sprzedawczynie w sklepach i staruszki na przystankach, który powinien czekać na śliczną i równie jak on uroczą żonę pod jej pracą i wracać z nią wieczorami do domu, do dzieci i psa. A tymczasem Will Graham zna jakieś dziesięć osób na krzyż, wszystkie na gruncie zawodowym, i umiarkowanie blisko jest z może dwoma, mieszka na pustkowiu i za całą rodzinę ma gromadę przygarniętych psich znajd, oj, jak to boli.

.. he’s more of a peacock. There is a cheery disposition to our Hannibal.” Bryan Fuller dla EW

Mads Mikkelsen, główny powód, dla którego w ogóle zaczęłam oglądać Hannibala, dostał w roli doktora Lectera i najtłustszy kąsek i największe wyzwanie. Zagranie kultowej postaci, która od lat ma dla widzów twarz wielkiego Anthony’ego Hopkinsa, to trochę jak spacerowanie po linie nad przepaścią. Bardzo łatwo stracić równowagę, zwłaszcza że wszyscy wypatrują tego momentu, łącznie z czekającymi w dole krokodylami. Mikkelsen przeszedł po tej linie tanecznym krokiem, gra po swojemu, inaczej niż poprzednik (czy poprzednicy, jeśli chcemy być dokładni), a jednocześnie zachowując esencję, istotę tej postaci. Fascynujący jest kontrast pomiędzy Hannibalem i Willem . Will to chodzące nieszczęście, niezręczny, nerwowy, niełatwy w kontakcie. Hannibal wręcz przeciwnie, jest uosobieniem spokoju, jego język ciała pokazuje z jednej strony lekki dystans, ale z drugiej pewność siebie i otwartość (w Internecie powstają eseje o tym, dlaczego Hannibal tak dobrze przytula, google it) – zwróćcie uwagę na oszczędną gestykulację, celowość ruchów, precyzję. Lecter jest doskonale funkcjonującym w sytuacjach społecznych szanowanym profesjonalistą, koneserem rzeczy pięknych, erudytą. Lecter uosabia cywilizację, ale też... Nikt nie wie, czym on (naprawdę) jest – mówi Will Graham, sam jeszcze tego nie wiedząc.

Na porządną analizę tej kreacji Hannibala notki mi nie starczy, wróćmy więc jeszcze na chwilę to postaci Willa Grahama, bo absolutnie zakochałam się w takim a nie innym jego przedstawieniu. Wiecie czego nie brakuje w telewizji? Aspołecznych geniuszy. I ja mam z tym typem ciężki problem, bo owszem, w pierwszej chwili jest taki geniusz bardzo atrakcyjny i interesujący, ale ilość chamstwa, bucery, zachowań nieodpowiedzialnych i niebezpiecznych dla otoczenia, które uchodzą takim postaciom na sucho (i wewnątrz narracji i u widzów) ze względu na ich wyjątkowość jest porażająca i mnie odstręcza. „Geniusz” Willa Grahama, inaczej niż to powszechne, leży nie w inteligencji, a w empatii (czy inaczej – jego inteligencja wynika z empatii). Paradoksalnie, to umiejętność absolutnego wczucia się i zrozumienia drugiego człowieka, jest przyczyną jego alienacji. Will za swoją wyjątkowość płaci wysoką cenę i doprawdy, nie ma co się dziwić, że ucieka od społecznych interakcji, że bywa opryskliwy czy nieprzyjemny. A jednak on cały czas się stara – działa na rzecz dobra/sprawiedliwości nauczając czy zgadzając się pomóc Jackowi, chociaż wie, jak fatalny to pomysł, szuka akceptacji i zaspokojenia potrzeb emocjonalnych w opiece nad bezdomnymi psami, czy wreszcie ma poczucie humoru, które jest mechanizmem obronnym, ale nie jest skierowane na zewnątrz, na ośmieszenie czy umniejszenie innych, nie jest zaczepne. Will wciąż próbuje i wciąż potrafi śmiać się z siebie.

W pierwszych odcinkach odczytywałam zainteresowanie Hannibala Willem jako zainteresowanie kolekcjonera pięknych, rzadkich i cennych rzeczy (mówimy tu o człowieku, który sprowadza sobie z Europy jamon iberico, i jestem pewna, że jego regały są pełne pierwszych edycji książek) – Will ma jedyny w swoim rodzaju piękny umysł, więc to jasne, że Hannibal jest zaintrygowany i chciałby go mieć dla siebie. Dochodzi do tego jeszcze arogancja, która każe mu igrać z ogniem, zbliżając się do jedynej osoby, która jest dla niego realnym zagrożeniem. Ale to przecież nie wszystko – jak słowo daję, patrzyłam i nie widziałam, będę się tłumaczyć przepracowaniem – Will-empata totalny potrafi wczuć się w ofiarę i w mordercę, w chorego, któremu własne ciało i umysł odmawiają posłuszeństwa i w przypadkowego zabójcę, w psychopatę i człowieka desperacką pragnącego „prawdziwego” kontaktu z innymi – w każdego i każdego też rozumie, przyjmując jego punkt widzenia za własny. Mógłby więc zrozumieć Hannibala Lectera, który dzieli z kolegami po fachu zainteresowanie ludzkim umysłem, z melomanami słabość do opery, z estetami uwielbienie klasycznej elegancji, który tak świetnie się odnajduje pomiędzy ludźmi, ale w gruncie rzeczy zawsze był, jest i będzie sam w swojej idealnej wieży z czaszek i piszczeli. Rzecz jasna jest to możliwość iluzoryczna – z jednej strony Hannibal potrzebuje czystej empatii Willa, z drugiej musi ją złamać i zniszczyć, bo w przeciwnym razie Will będzie też zawsze współodczuwał z ofiarami. (Możemy porozmawiać o powtarzającej się w różnych kadrach konfiguracji, gdzie Will jest pomiędzy Jackiem Crawfordem – obojętnym, niechętnym aniołem i Hannibalem Lecterem – pomocnym, życzliwym diabłem? Nie? No dobrze, kiedy indziej.)

- How would I know if something was up with you? - Will Graham

- You wouldn’t. But I’d tell you if you asked me. - Beverly Katz

Zwykle potrafię dość precyzyjnie określić moment, kiedy wpadam jak śliwka w kompot (compote is people) i z trybu trochę leniwego zauroczenia, a trochę analitycznego – jak się raz zacznie rozbierać popkulturę na kawałeczki to trudno przestać – zainteresowania przechodzę w tryb pełnego zachwytu i gwałtownej choć czasowej obsesji. Dla „Hannibala” tym momentem było obejrzenie „Sorbetu.” Wcześniej podobały mi się decyzja o zrobieniu z Freddiego Freddie i z Alana Alany, sposób pisania Willa Grahama, wszystko w Beverly Katz, powściągliwa gra Madsa Mikkelsena, cannibal puns, wplatanie w dialogi fragmentów z powieści, wykopanie kanonu na księżyc (odcinek Entrée, gdzie postać Miriam Lass, czyli Clarice Sterling that never were, zorientowała się, kim jest Hannibal, w sposób, w który w książkowym oryginale zorientował się Will Graham, a postać Dra Gideona pozuje na Chesapeake Rippera i jest takim stand-inem Lectera z czasów inkarceracji, któremu dr Chilton służy za sekretarkę), decyzje castingowe, estetyczna makabra, food horror porn, radosna intertekstualność Fullera czy Abigail Hobbs (Kacey Rohl, all my love), dziewczyna, której po końcowej scenie w "Aperitifie" nie spodziewałam się więcej zobaczyć.

Sorbet” zrobił coś, czego zwykle szukać ze świecą, dał nam historię opowiadaną z POV antagonisty (Hannibal zdecydowanie jest kreowany na antagonistę, nie na żadnego antybohatera, jakby się fandom nie starał antybohatera w nim zobaczyć) w taki sposób, że budzi w nas współczucie bez uczłowieczania potwora. Nie dość, że jest tam sporo ambiwalencji (w ogóle twórcy serialu chętnie po nią sięgają – choćby w rewelacyjnej scenie, gdzie Hannibal rozmawia o przyjaźni z Bedalią, powtarzając z drobnymi modyfikacjami to, co mówił mu wcześniej Franklin, jego własny pacjent), to jeszcze ustrzeżono się sięgania po takie tanie chwyty, jak czynienie postaci bardziej przystępnej/zrozumiałej/wartej naszego żalu przez danie jej tragicznej backstory (co de facto w książkach zrobił z Lecterem Harris) czy wprowadzenie postaci, która ją niezależnie od wszystkiego kocha np. matki i przez to pośrednio uczłowiecza. Zobaczyłam to i przepadłam.

So I don’t think the Hannibal fandom are crazies-in-the-making anymore. Possibly because I’ve joined it. ” Internet o fandomie Hannibala

Pisząc o “Hannibalu”, nie można nie wspomnieć o fandomie, który pojawił się znikąd i z nagła, prawie że w przeciągu jednej nocy, i już został. Poważny i, mimo całego czarnego humoru, najbardziej ponury serial w telewizji ma najradośniejszy i histerycznie zabawny fandom, bez problemu dorównujący kreatywnością i zaangażowaniem hardym fanom Sherlocka i Doctora Who. Tag Hannibala na tumblrze to miejsce, gdzie w idealnej harmonii sąsiadują FEEEEELS, różane wianki, pogłębione feministyczne/queerowe/intertekstualne/jakiebądź analizy poszczególnych wątków czy postaci, crack vids, gry słowne, zdjęcia potraw przygotowanych przez widzów “Gotuj z Hannibalem” (people free) i pełne serca fanarty, tak nieporadne i amatorskie, jak i w stu procentach profesjonalnie wykonane. To nie jest tak, że fandom Hannibala nie miał/nie ma/nie będzie miał swoich problemów, tego się nie da uniknąć przy tak dużym fandomie, ale póki co jest piękny i dobry, i zamierzam się tym cieszyć tak długo, jak się da. Kiedy NBC decydowało o losie “Hannibala” fanowska kamplania “Eat the rude” narobiła sporo szumu, co też jest nie bez znaczenia, zwłaszcza że włączyli się w nią ludzie związani z serialem. (Gdzieś na marginesie tej kampanii pojawiło się hasło będące nawiązaniem do “Community,” życzeniem fanów wobec serialu i teraz także tytułem tej notki.)

Coraz częściej fani mają wgląd w powstawanie swoich ulubionych serii i fimów nie dzięki idącym oficjalnymi kanałami materiałom promocyjnym, a poprzez twórców, scenarzystów, aktorów i innych związanych z produkcją ludzi. Ekipa Hannibala, obecna w sieci wyjątkowo licznie, zdecydowanie potrafi to robić (co nie jest takie oczywiste) – bezpretensjonalnie (Bryan Fuller, który wrzuca na Twittera masę zdjęć z planu, ma dla “Hannibala,” książek Harrisa i poprzednich filmowych adaptacji taką samą nerdowska miłość jak fani, zwierza się z rozmaitych inspiracji – co jest dla mnie wyjątkowo interesujące, bo kadr z “Lśnienia” rozpoznam, ale już nawiązania do “Pet Sematary” niekoniecznie – i jest w tej chwili jedyną osobą, której nie znienawidziłam za słabość DO WIELKICH LITER I WYKRZYKNIKÓW!) z poczuciem humoru (fantastyczna Hettienne Park, Kacey Rohl i Aaron Abrams) i profesjonalnie (food stylist Janice Poon, której bloga czytam z żywym zainteresowaniem, chociaż sama nie mam ani kulinarnych aspiracji, ani przesadnej ciekawości wobec tajników produkcji telewizyjnej).

W najbliższym czasie (bez obietnic!) postaram się napisać o Hannibalu, który nie zmieścił mi się w tej notce (i o Abigail!), a tymczasem w ramach further reading polecam:

  • notkę Rusty o Fullerverse

  • recapy (well, ni to recapy, ni to recenzje) Myszy, której entuzjazmem jestem nieodmiennie zauroczona

  • recapy Cleolindy Jones, które są nie tylko przezabawne, ale i bardzo wnikliwe, i pod którymi toczą się bardzo pouczające dyskusje

  • fanowskie feedy, które na Twitterze mają pies Winston i Dire Ravenstag

  • oficjalny tumblr NBC Hannibal i oficjalny blog produkcyjny dla zainteresowanych “Hannibalem” od, ekhm, kuchni

sobota, 01 czerwca 2013

Kiedyś pewien mądry profesor przytoczył mi tezę innego mądrego profesora, który pisał o tym, że do pewnego momentu w historii (jeszcze w renesansie, maybe?) człowiek wykształcony był w stanie przyswoić sobie całą istniejącą wiedzę z danej dziedziny. Zrobiło to na mnie duże wrażenie (chociaż nie dość duże, żebym zapamiętała na lata, kim był profesor numer dwa, zresztą wiem teraz, że to bardziej wyraz konkretnej tendencji myślowej), bo byłam wtedy łatwowierna odpowiednio do wieku i krytyczna refleksja przyplątała mi się później (Przede wszystkim, cała wiedza = europejska wiedza? Tutaj nawet nie chodzi o mechanizmy władzy, a o zwykłą dostępność. I czy cała wiedza = wiedza uznana za wiedzę/wartą poznania? I jaka była wartość tej wiedzy przy ówczesnym jej stanie? Niby w krainie ślepców jednooki królem, ale. I czy świadomość posiadania całej wiedzy nie stawała wielu na przeszkodzie w jej poszerzaniu/tworzeniu/zdobywaniu nowej wiedzy? I tak dalej, zostawmy tę dygresję).

*

Przypomniało mi się to przy lekturze notki Noidy, która zastanawia się, co musi wiedzieć człowiek kulturalny. Przy obecnym stanie kultury, ilości źródeł jej produkcji i może przede wszystkim jej szerokiej dostępności (mówię tutaj przede wszystkim o kulturze popularnej i takich dziełach kultury wysokiej – zawieśmy na chwilę wątpliwość podziału wysoka/popularna – które z tej czy innej przyczyny przedostały się do powszechnej świadomości) nie może być mowy o przyswojeniu sobie całości. Nie może być nawet mowy o zobaczeniu (objęciu wzrokiem) całości. Nawet jeśli się staram i jak w starej rosyjskiej baśni, wysoko siedzę, daleko widzę, to wciąż widzę jedynie wycinek, na który pozwala mi moja perspektywa.

Dla niektórych wciąż prostą odpowiedzią na pytanie, co człowiek kulturalny powinien znać, będzie kanon kultury narodowej i światowego dziedzictwa. Nie będę się droczyć, dociekając, kto, kiedy i dlaczego zadecydował i wciąż decyduje o kształcie jednego i drugiego, tutaj spokojnie możemy przeskoczyć do konkluzji – i kultura narodowa i szeroko pojęte dziedzictwo są wytwarzane politycznie i tak, jak warto mieć świadomość ich kształtu (są przecież nośnikami wartości, do których powszechnie będą odwoływać się spotykani w naszej kulturowej podróży ludzie, a w każdym razie ludzie z i pod wpływem Zachodu), tak uznanie, że ich znajomość świadczy o „kulturalności,” jest li i jedynie poddaniem się dominującemu dyskursowi.

Dla mnie osobiście - nie pretenduję do zarysowania ogólnych wyznaczników, tutaj piszę ja, ja, ja - człowieka kulturalnego tworzy nie znajomość pewnego skończonego zbioru dzieł (nieważne jak inkluzywnego czy z jak wielu tradycji czerpiącego) różnych mediów, a refleksyjne i krytyczne podejście do wytworów kultury, posiadanie i zdobywanie kolejnych narzędzi do ich odczytywania, otwartość i ciekawość (innej perspektywy) i wreszcie bolesna, bo skazana na porażkę, chęć całościowego orientowania się, co w kulturze piszczy. Oczywiście, nie do każdej książki należy podchodzić z całym arsenałem analitycznym i nie ma takiej liczby narzędzi (od świadomości poprzednich wytworów w danym nurcie po wielkie teorie) przy których możemy powiedzieć – ok, jedno więcej i już będziesz człowiekiem kulturalnym, ale jedno mniej i sorry Winnetou, ale nie masz wstępu do naszego elitarnego klubu.

Nie ma żadnego elitarnego klubu. Ludzie mają tendencje do porządkowania i wkładania wszystkiego do czystych, solidnych szufladek, najlepiej w systemie hierarchicznym. Tylko że przy takiej ilości współistniejących i przenikających się dzieł, tradycji i tendencji, kategoryzacja wymaga uogólnień tak wielkich, że podważa to jej sens, a hierarchizacja wytworów kultury (z różnymi kulturowymi korzeniami, na małą skalę, w obrębie jednej tradycji jest to bardziej akceptowalne) jest niemożliwa, chyba że przy entuzjastycznym aplauzie naszych dziewiętnastowiecznych przodków uznamy czyjąś (przeważnie swoją) cywilizacyjną wyższość. Lol, nope, nie na tym blogu.

 

 

* wiecie, skąd te screencapy, prawda?

12:09, fabulitas , Mix
Link Komentarze (6) »

Nie mam zbyt wiele do powiedzenia o Star Trek: Into Darkness, więc będzie krótko. Pierwszymi wrażeniami podzieliłam się na Twitterze:

 

Btw mój Twitter odżył wraz z drugą połową siódmego sezonu Doktora i stopniowym pochłonięciem mnie przez fandom Hannibala, więc jak kogoś interesuje tak bardziej na bieżąco, jaka kultura zajmuje mi czas, to tam może sobie sprawdzić. A wracając do Star Treka (SPOILERS AHEAD! maybe?) -

 

  • Nie pomyślałabym, że przemówię jednym głosem ze starymi fanami narzekającymi na to, jak zachowawczy jest nowy ST i jak przykro się na to patrzy, skoro jest spadkobiercą serii bardzo jak na swoje czasy progresywnej. A jednak. Sama jestem poniekąd dzieckiem TNG (dzięki, Tato) i jest mi smutno.

  • O postaciach kobiecych i men/women ratio wszystko, co trzeba, napisała Hello, tailor tutaj.

  • Mam wrażenie, że robienie filmów dla wszystkich (PG 13) jest coraz bardziej robieniem filmów dla nikogo. Na seans, na którym byłam, trzynastolatkowie nie trafili, więc to dorośli ludzie, których już ograbiono z filozoficznej nadbudowy ST (fy J.J.Abrams!), zostali zmuszeni do obejrzenia konfliktów pomiędzy bohaterami emocjonalnie na poziomie wczesnego gimnazjum.

  • Propsy za zabawę z dialogami z Gniewu Khana.

  • Zbliżenia na przerażone/zasmucone twarze kolejnych szeregowych członków załogi Enterprise (członków, dodajmy, którzy do tej pory uwijali się w tle i w ogóle nie było ich widać) w kolejnych dramatycznych momentach, mogłyby być podstawą kolejnej alkogry pt. Who the fuck is that & where did he/she come from?

  • Chciałam tutaj napisać, że za mało mi było Uhury, Chekhova, McCoy'a i Scotty'ego, ale przecież wcale nie dostali mniej czasu niż w poprzednim filmie. Po prostu wtedy ich (w niektórych przypadkach – na nowo) poznawaliśmy, a tutaj już wiemy, kto zacz, więc to, że zupełnie nie ma rozwoju postaci, widać wyraźnie, oj, widać. Saldana pięknie nie płacze i posyła bohatera do boju, Yelchin głównie biega, Urban się krzywi i ratuje dzień, na całe szczęście Simon Pegg dostał coś do roboty.

  • Czy to tylko mnie się tak wydaje, czy ST 2009 był zabawniejszy?

  • Brytyjscy aktorzy to bestie. Pamiętacie, jak Rebecca Hall bezpardonowo ukradła Benedictowi Cumberbatchowi (uszkodzonemu przez chomicze policzki i farbę do włosów) „Parade's End”? Tutaj to Cumberbatch pozamiatał. Shut your face Kirk, Khan mówi!

  • A jeśli już jesteśmy przy Kirku, tym razem ekipie udało się sfilmować Chrisa Pine'a tak, że nie wygląda, jakby był permanentnie naćpany, co mocno utrudniało mi oglądanie jego pierwszego występu w ST.

  • Kontynuując z pozytywami, wszystkie potyczki w kosmosie były odpowiednio epickie. Mogę godzinami oglądać kosmiczne bitwy, z redshirtsami wysysanymi w próżnię i wybuchającym sprzętem na mostku. To może być dla niektórych zaskakujące, ale ja w gruncie rzeczy bardzo doceniam takie proste przyjemności.

  • Sprytne było odwrócenie ról Spocka i Kirka – w każdym razie dla znających oryginalną historię, i nawet wyzerowanie ostatecznego poświęcenia w mniej więcej dziesięć minut tego nie zepsuło.

  • A jednak świadomość, że żadnemu z głównych bohaterów nic, ale to nic się nie stanie, negatywnie wpływa na odbiór filmu. Po pierwsze, bardzo mi się nie podoba, że śmierć w popkulturze zrobiła się ostatnimi czasy taka błaha, po drugie, skończyło się to tak, że najbardziej było mi żal biednego tribbla, bo nie jestem przekonana, że zdecydował się oddać swoje ciało nauce. Ale i on na tym źle nie wyszedł, więc.

  • Czy po całym moim narzekaniu, uwierzycie, że wcale nieźle bawiłam się w kinie?

niedziela, 19 maja 2013

Uprawiałam wczoraj chodzony aktywizm w okropnym słońcu i teraz jestem czerwona jak raczek i nieludzko niewyspana, ale za to Wy dostajecie świeżutką doktorową notkę do niedzielnej kawy. Pod warunkiem, że obejrzeliście już finałowy odcinek siódmego (chociaż może bardziej na miejscu byłoby napisać – trzydziestego trzeciego) sezonu Doctora Who, bo jeśli nie, to marsz oglądać – tutaj spojleruje się bez litości.


Po raz kolejny przyjaciele Doktora zbierają się, żeby przekazać mu wiadomość – w czasach RTD było to wołanie o pomoc z kieszonkowego wszechświata ukrytego w Kaskadzie Meduzy, w pierwszym sezonie pod egidą Moffata dostarczenie ostrzeżenia w postaci obrazu przez czas i przestrzeń. Tym razem… tym razem wesoła gromadka w postaci Vastry, Jenny, Straxa, Clary i River Song dopiero debatuje nad tym, czy powinni poinformować Doktora o koordynatach podanych Vastrze przez seryjnego mordercę z zamiłowaniem do rymowanek. River jest przeciw.

Niecodzienną konferencję (WSZYSCY są naćpani, nie mówcie dzieciom) przerywają najnowsi milusińscy Whoniversum, wiktoriańscy Szeptacze, którzy być może są wytworem Wielkiej Inteligencji, a może tylko szczęśliwym znaleziskiem. W każdym razie nie przejawiają inicjatywy własnej i są odpowiednio morderczy (hej, przejęłam się śmiercią Jenny, ale wolałabym, żeby była bardziej... ostateczna). Koniec końców Doktor, który już i tak miał kiepski dzień („The little... Daleks!” pięknie podsumowuje moje uczucia wobec Angie i Artiego), mimo sprzeciwu TARDIS, leci z Clarą na Trenzalore ratować przyjaciół i to właściwie tyle, jeśli chodzi o fabułę. Bardzo mi się podobało!

Pojawiła się River, co dla mnie zawsze jest powodem do radości i do zastanawiania się, co by było, gdyby tę postać pisał od czasu do czasu inny scenarzysta. Ucieszył mnie pomysł, by River była „po Bibliotece” i danie jej i Doktorowi swoistego zakończenia wspólnych przygód (chociaż z odpowiednio otwartym zakończeniem), i wpisanie tego w tematyczną oś odcinka – cały finał gra na tym, że Doktor, po tylu latach, wciąż nie potrafi pogodzić się z zakończeniami i tym, że wszystko ma swój czas i wszystko ma swój koniec. Czy to będzie odchodząca w przeszłość Amelia Pond, czy łamiący prawa fizyki międzygwiezdny romans czy wyjątkowo długie i pełne paradoksów życie.

Wyjaśnienie tajemnicy Clary też okazało się satysfakcjonujące, nawet jeśli stało się oczywiste, kiedy tylko Dr Simion zdradził swój podły plan (Wielka Inteligencja jest rozczarowującym przeciwnikiem, ale Richard E. Grant potrafi to doskonale ukryć) – i mimo gasnących gwiazd i tarapatów Vastry, Jenny i Straxa, pokazujących ładnie konsekwencje śmierci Doktora w mikro i makro skali, odcinek trochę niepotrzebnie przeciągał moment wejścia Clary w strumień życia Doktora.

Od pierwszego pojawienia się współczesnej Clary byłam zauroczona tym, jak konsekwentnie pokazuje się ją jako najzwyklejszą na świecie młodą dziewczynę – która poleci zwiedzać Wszechświat z nieco szalonym kosmitą, ale która nie porzuci dla tego swoich bliskich, która będzie się bała, zachwycała, złościła i myślała o tym, co jej się przydarza w nowym, wspaniałym życiu. Nie jako hakerkę i komandoskę jak Oswin, nie jako wiktoriańską królową (podwójnego) życia Clarę Oswin Oswald. I największym twistem „The Name of the Doctor” okazuje się to, że Clara jest właśnie tą normalną dziewczyną, która podróżując z Doktorem uczy się nie uciekać, nie odwracać się od potrzebujących i być gotową na poświęcenia – jak Doktor rzucający wyzwanie żarłocznemu słońcu, jak TARDIS ryzykująca śmierć w kieszonkowym uniwersum, jak czująca zbyt wiele Emma Grayling. I stając przed wyborem, wybiera uratowanie Doktora.

Tutaj jest też moje największe „ale” do siódmego sezonu. Dlaczego, dlaczego, dlaczego Clara dostała tylko pół sezonu? Dlaczego musieliśmy oglądać przedłużające się w nieskończoność pożegnanie Pondów, których postacie nie miały już w tym momencie żadnej interesującej historii do opowiedzenia? Z przyczyn oczywistych nie podoba mi się też Clara mówiąca „I've been born to save the Doctor”, nie, Clara, skarbie, umarłaś, żeby uratować Doktora, ale urodziłaś się tylko dlatego, żeby być sobą. I z taką tobą, mimo nieufności i patologicznego umiłowania sekretów, zaprzyjaźnił się Doktor.

Pierwszy raz od „Hide” siedziałam przed ekranem po prostu ciesząc się odcinkiem – Vastrą parzącą herbatę ze wspomnień w wirtualnej palarni opium, Doktorem naiwnie myślącym, że będzie hodował pszczoły na emeryturze, TARDIS bardziej monumentalną niż Statua Wolności, wieża Eiffela i Sagrada Familia razem wzięte, Clarą zaskakiwaną informacjami o zmarłej żonie, wszystkimi biegającymi inkarnacjami Doktora i wreszcie tą, która nie biegała. Hej, może w rocznicowym specialu wyjaśni się, dlaczego TARDIS eksplodowała a Cisze i spółka tak bardzo chcieli się pozbyć Doktora, a ja właściwie już przestałam na to liczyć!



niedziela, 28 kwietnia 2013

Dobra, koniec zaniedbywania fanowskich obowiązków. Krótka notka z dotychczasowych odcinków drugiej połowy siódmej serii Doktora.

SPOJLERY

 

„The Bells of Saint John” scen. Dyżurny Troll Peryferiów Drogi Mlecznej

W NuWho pod okiem Russella T. Davisa było tak, że nowa towarzyszka musiała się wykazać, żeby Doktor zaprosił ją na pokład TARDIS. W „Eleventh Hour” było na odwrót, ale nie z powodu zmiany koncepcji, tylko zmiany Doktora – Jedenasty musiał wykazać się przed Amy, którą potężnie zawiódł, ale przede wszystkim musiał przekonać fanów, że jest Doktorem in his own right. Clara to, że nadaje się na towarzyszkę, pokazała w swoich dwóch poprzednich inkarnacjach, więc w „The Bells of Saint John” już nic udowadniać nie musiała. Tak samo nic udowadniać nie musiał Jedenasty, więc wydawałoby się, że można jego kuszenie Clary napisać jako drugoplanowe wobec fabuły, a na samej fabule się skupić. Tymczasem dostaliśmy bardzo niesatysfakcjonującą historyjkę, której słabość miała nam chyba umknąć pod kilogramem lukru w postaci popisów i Doktora i scenarzysty. Not cool, Moffat, not cool.

„The Rings of Akhaten” scen. Człowiek Który Dał Nam Luthra

Mam mieszane uczucia wobec tego odcinka. Z jednej strony podobały mi się paralele do drugich odcinków poprzednich towarzyszek (do Rose i Amy), zrealizowany był przepięknie (chociaż kantyna z Gwiezdnych Wojen już na nikim nie robi wrażenia) (ale ten teatr cieni!), a Matt Smith po raz kolejny zaskoczył mnie swoją skalą dramatyczną - robi się coraz lepszy i lepszy w krzyczeniu na niebo. Z drugiej, fabuła zupełnie nie dorastała do poruszonych ambitnych tematów pamięci, odpowiedzialności, dziedzictwa i tożsamości. Jasnymi punktami odcinka były przemowa Doktora i stanowczość Clary w stawianiu granic, kiedy powiedziała Jedenastemu, że to nie będzie niczyim substytutem i jeśli Doktor chce z nią podróżować, to dla niej samej. I to o tych dwóch momentach będę pamiętała, myśląc o „Pierścieniach Akhaten(u)”

„Cold War” scen. Boogeyman of Buckingham Palace

Muszę przyznać, że po dwóch takich sobie odcinkach czekałam na odcinek Marka Gatissa z nadzieją. Gatiss nie należy do moich ulubionych scenarzystów (a w Sherlocku sprawdza się i tak lepiej, niż w DW), zdecydowanie wolę go jako aktora, ale zawsze, ale to zawsze mogę liczyć na to, że weźmie jakąś prostą historię i opowie ją solidnie, choć w nieco staroświeckim stylu, od A do Z. I tym razem nie zawiódł, powiem więcej, to był najlepszy odcinek Gatissa do tej pory. Zobaczymy, co będę mówiła po „The Crimson Horror.” Historia Marsjanina na pokładzie tonącej łodzi podwodnej to idealna przygoda na czterdzieści pięć minut sobotniego popołudnia, a w dodatku robi to, w czym Doctor Who jest tak dobry – pokazuje, że potwór niekoniecznie musi być potworem. Dodatkowo w „Cold War” ujęła mnie postać profesora, który pełnił tutaj poniekąd Doktorową rolę – najpierw ośmieszając zimnowojenną paranoję, później troszcząc się o Clarę. Ujęła, ale i zasmuciła, bo profesor pokazał, jaki byłby Doktor, gdyby zostało w nim więcej życzliwości.

„Hide” scen. Neil Cross (po tym odcinku uznałam, że warto zapamiętać jego nazwisko)

Póki co mój ulubiony odcinek w drugiej połowie tego sezonu. Zaczynamy od opowieści o duchach, przechodzimy do science fiction o światach równoległych (poniekąd), a kończymy na podwójnej obyczajowej historii miłosnej, która w sposób mniej lub bardziej widoczny przewijała się przez cały odcinek. Me gusta. I Matt Smith i Jenna Louise Coleman mają okazję popisać się tutaj talentem komediowym (btw, ładny moment, kiedy Doktor obejmuje Clarę, a potem szybko zabiera rękę – z jednej strony pokazuje, że ludzie (i kosmici), którzy się słabo znają, powinni szanować swoją przestrzeń osobistą, z drugiej widać tutaj Doktora lekko przestraszonego swoją sympatią do Clary, którą coraz bardziej lubi, a której, według niego, nie powinien ufać). Jest lekko, miło i przyjemnie, mamy sensownie napisane postacie, and everybody lives. Wiem, że nie wszystkim podobało się pokazanie potwora (straszniejsze jest zawsze to, czego nie widzimy), ale mnie tak – po raz kolejny potwór okazał się mającą uczucia osobą i nie ma znaczenia, że wyglądającą jak korzeń ze snu Salvadora Dalego. Myślę, że oglądające dzieciaki docenią taki morał.

„Journey to the Centre of the TARDIS” scen. Oj, Ktoś Tu Się Nie Popisał

Wczorajszy odcinek był potwornie rozczarowujący i ponowne obejrzenie go dzisiaj tylko wzmogło moje pierwsze wrażenie. Nie, nie i jeszcze raz nie. O fabule i kosmicznych śmieciarzach litościwie zamilczę, natomiast to, jak napisany został tutaj Doktor, woła o pomstę do nieba, bo wyszedł najpaskudniej na tle innych wyjątkowo paskudnych postaci. Trudno mi uwierzyć, że o to chodziło. I co z tą patologiczną koniecznością trzymania wszystkiego w sekrecie? Zapomniał już, jak ostatnim razem obróciło się to przeciwko niemu, kiedy River Song posłała Wszechświat do diabła? Gdzie się podział ten Doktor, który nie wymazał wiktoriańskiej Clarze pamięci? a w ogóle to nie za dużo tego paternalizmu? Rozumiem, że imię Doktora jest Tajemnicą przez duże T, ale już kim są lawowe potwory czy powód, dla którego zaprzyjaźnił się z Clarą, to coś, czego Doktor nie powinien i nie ma prawa ukrywać. I zwłaszcza w tym ostatnim przypadku, po wymazaniu całej przygody z rzeczywistości i pamięci wszystkich zaangażowanych poza sobą, skoro już go olśniło, że Clara jest po prostu Clarą, powinien usiąść z nią przy herbacie i wyjaśnić, co sprowadziło go na jej próg. Ma ktoś jakiś Big Friendly Button, żebym mogła „Journey to the Centre of the TARDIS” skutecznie zapomnieć?

 

(Chyba napiszę osobną notkę o Clarze i koncepcji tego sezonu.)

środa, 17 kwietnia 2013

detektywistyczno-przygodową na pograniczu urban fantasy, steampunku i pastiszu. Materiału poglądowego w postaci „The Constantine Affliction” dostarczył T.Aaron Payton (nom de plume Tima Pratta).

1. Zastaw pułapkę. Miej intrygujący punkt wyjścia. Wprowadź ukochaną przez popkulturę postać, z którą czytelnicy będą sympatyzowali i której potraktowania w twojej historii będą ciekawi (i natychmiast przesuń ją na drugi plan, przecież nie może odwracać uwagi od twoich oryginalnych bohaterów - chociaż sią średnio oryginalni, bo Jack The Ripoff to twoje drugie imię). To nie wiedza tajemna, że czytający ludek to masochiści, a co mogłoby ich zaboleć bardziej niż książka, która mogła być niezła, a nie jest? Będą przeklinać ziemię, po której stąpasz, będą przewracać oczami, ale doczytają do końca.

2. Think big. Czemu twoja książka miałaby ograniczać się do jednego gatunku pulpowej literatury? Przecież możesz zmieścić je wszystkie! Powieść detektywistyczna! Wiktoriański romans! Comedy of manners! Steampunk! Chandler! Christie z Poirotem! Zbastardyzowany Dickens! Urban fantasy! Historia alternatywna! Powieść gotycka! Kto! Da! Więcej! Okraś szczodrze tę wyborową mieszankę popkulturowymi odniesieniami. Mogą być powiązane z konwencjami, które tak radośnie (bo nie kreatywnie, kreatywność twoim wrogiem, możesz nią kogoś przestraszyć czy coś) wykorzystujesz, ale takie zupełnie od czapy np. z "Apocalypse Now" też są w porządku. Brainy Quote twoim przyjacielem.

3. Charakterystyce postaci poświęć pięć minut. Nie więcej! Niech twój główny bohater będzie prowadzącym skandaliczny tryb życia lordem z problemem alkoholowym i zamiłowaniem do zagadek kryminalnych. Niech jego żona będzie zawadiacką blond pięknością o złotym sercu. Niech twoja główna bohaterka będzie niezależną młodą kobietą z tupetem i lekkim piórem. Niech antagonista będzie absolutnie amoralny. I tyle. Kropka. Dzięki tej prostocie, jeśli zajdzie taka potrzeba, każdej z postaci możesz przypisać właściwie dowolną cechę i zachowanie, jeśli fabuła będzie tego wymagała. Kogoś dziwi, że młoda niezależna kobieta ląduje po trzech dniach znajomości praktycznie zaręczona z wysoko funkcjonującym alkoholikiem? Jego problem. A niuanse są dla słabych.

4. Nie pisz postaci wiktoriańskich. Co z tego, że to Wiktorianie? Ta cała wiktoriańska moralność jest nudna i trudna, i trzeba do niej zrobić research. Zostaw szafaż. Wystarczy, że twoi bohaterowie będą sobie mówili per „my lord” i „my lady”, ktoś czasem dygnie i wspomni się mimochodem, że są jak na swoje czasy nowocześni. O tym, że jak na nasze czasy też są całkiem nowocześni wspominać nie trzeba, może nikt nie zauważy.

5. Pokaż, że jesteś zabawny i błyskotliwy. Jeśli będziesz mrugał do czytelnika w co drugim zdaniu, sięgał po sarkazm w co trzecim, a w co piątym wrzucał popkulturowe nawiązanie, nawet najbardziej oporny czytelnik się zorientuje. Poza tym, wprawdzie nie każdy może być Terrym Pratchettem albo Nickiem Harkawayem (patrz pod: autentycznie zabawni autorzy), ale im więcej dowcipów, tym większa szansa, że któryś będzie śmieszny. Knock yourself out.

6. Nie wchodź w szczegóły. Skoro umieściłeś akcję swojej powieści w fantastycznej, dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości, gdzie krzyżują się nauka i alchemia, a choroba może spowodować zmianę płci, wystarczy, że będziesz odpowiednio często powtarzać, że akcja rozgrywa się w fantastycznej, dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości, gdzie krzyżują się nauka i alchemia, a choroba może spowodować zmianę płci. Ewentualnie dorzuć jeszcze informację, że ludzie oświetlają domy alchemicznymi kulami. I powtórz ją ze trzy razy. Z pewnością zaspokoi to ciekawość najbardziej wymagającego czytelnika.

7. Ekspozycja zawsze utrzyma zainteresowanie czytacza. Niech twoi bohaterowie ze szczegółami opowiadają sobie o tym, co właśnie przeżyli. Niech wymieniają się uwagami dotyczącymi podstaw funkcjonowania ich świata. Niech postacie z drugiego planu bez wyjątku dorównują gadatliwością rpgowym NPCs, którzy witają gracza na początku jego podróży po tej czy innej pikselowej krainie i już z daleka wyglądają na takich, którym się gęba nie zamyka. A trzy rozdziały dla Głównego Złego na opowiedzenie o swojej niegodziwości to akurat w sam raz.

8. Dodaj Wielkich Przedwiecznych. Patrz punkt drugi. Wszystko inne już dodałeś, nawet królową, a wielka kulminacja musi być odpowiednio wielka. A jeśli przy okazji upchniesz jeszcze jeden popkulturowy żarcik, tym lepiej!

poniedziałek, 25 marca 2013

Brenna Yovanoff „Paper Valentine” (2013)

 

Blurb obiecuje młodzieżowy kryminał z duchami, ale nie dajcie się zwieść, „Paper Valentine” Brenny Yovanoff to przede wszystkim powieść obyczajowa. Z odrobiną psychologii, mękami dorastania, pierwszą miłością, siostrzeństwem… oraz duchem nastolatki i seryjnym mordercą na dokładkę. Duch jest postacią kluczową, tak dla fabuły, jak dla narracji, natomiast wątek kryminalny popycha akcję do przodu i wpływa na zachowanie postaci, ale miłośników zagadek raczej rozczaruje.

Po „Paper Valentine” sięgnęłam po trosze dlatego, że zachęcił mnie opis (nastolatka, duchy, lato, morderstwa, czego chcieć więcej?), a po trosze, bo od jakiegoś czasu przyglądam się ofercie literatury młodzieżowej – a konkretnie, jaką alternatywę ma zalew paranormal romances i klonów Hunger Games (które najczęściej też są romansami, tyle że opakowanymi w dystopię i przewiązanymi rewolucyjną wstążeczką). Zamierzam podzielić się przemyśleniami na ten temat, ale nie w najbliższym czasie, bo must investigate further.

Główna bohaterka i narratorka książki, Hannah, straciła pół roku wcześniej najlepszą przyjaciółkę, taką od serca i od zawsze. Teraz musi się przyzwyczaić do życia „po” Lillian, w której cieniu (chętnie) pozostawała i której śmierć pozostawiła ją w żałobie i w poczuciu winy. To, że duch Lillian, kapryśny i nieszczęśliwy, jest z Hannah dzień i noc... nie pomaga, delikatnie mówiąc. Tymczasem trwa najgorętsze od dawna lato, media są pełne doniesień o kolejnych ogniskach ptasiej grypy, a w pobliskim parku znalezione zostaje ciało nastolatki.

„Paper Valentine” porusza szereg problemów, z którymi stykają się współczesne nastolatki, nie tylko amerykańskie – od ustalania pozycji w grupie rówieśniczej, sposobów wyrażania swojej osobowości, konfrontowania pragnień i potrzeb z oczekiwaniami rodziny, po wykluczenie społeczne i radzenie sobie z sytuacjami, na które nie przygotowały nas żadne wcześniejsze doświadczenia (w tym konkretnym przypadku – anoreksja bliskiej osoby). Co najlepsze, przy tym wszystkim książka nie jest dydaktyczna, organicznie nie znoszę dydaktycznych powieści. Wszystkie „morały,” wszystkie treści około-etyczne, to przemyślenia Hannah, mniej lub bardziej finalne, często rzucane mimochodem i zawsze wynikające z i odnoszące się do jej indywidualnej sytuacji.

Sama Hannah jest zwykłą, sympatyczną dziewczyną – ani „oryginalną” mimozą czekającą na to „coś”, co odmieni jej życie i potwierdzi jej niezwykłość, ani twardą sztuką, obalającą dyktatury w drugim modelu eskapistycznej fantazji. Ma koleżanki, zdarza jej się spędzać wolny czas w galeriach handlowych, uważa, że jej matka zdecydowanie za bardzo się przejmuje, i uwiera ją wizerunek pogodnej, rozgadanej, rezolutnej Hannah, bo od czasu choroby i śmierci Lillian przestała się w nim odnajdywać. Im dalej w powieść, im więcej o Hannah się dowiadywałam, tym bardziej ją lubiłam. Zawsze sprawia mi przyjemność śledzenie losów dobrze napisanej postaci, a mam wrażenie, że w literaturze popularnej właśnie o zwyczajne postacie najtrudniej.

Ponieważ autorka postawiła na budowanie nastroju, tempo powieści, zwłaszcza na początku, jest dość powolne, co może zniechęcać, zwłaszcza że w opisach miasta, przygniecionego żarem i atmosferą gorączkowego oczekiwania, zabrakło Yovanoff talentu Donny Tartt (nie zrozumcie mnie źle, „Mały przyjaciel” to słaba, rozczarowująca książka, ale opis uwięzionej kawki był mistrzowski) czy Amy MacDonald („Co widziały wrony” wygrywa przede wszystkim nastrojem), ale warto doczekać momentu, kiedy z rozrzuconych wątków zaczyna wyłaniać się spójny i klarowny protret Hannah, zawieszonej pomiędzy przeszłością a przyszłością i coraz bardziej gotowej, do zrobienia pierwszych, chwiejnych kroków do przodu.

wtorek, 05 marca 2013

Poza odliczaniem dni do wyjątkowo wczesnych świąt nowego odcinka Doktora, marzec upłynie nam brytofilom (ciii, Nowa Zelandia wciąż jest połączona unią personalną z UK) pod znakiem miniseriali kryminalno-obyczajowych, a mianowicie Broadchurch (aktorska pierwsza liga BBC), Mayday (stellar performances obsady może nie tak znanej*, ale niezwykle utalentowanej) i Top of the Lake (ręka Jane Campion w scenariuszu i reżyserii, a po drugiej stronie kamery Elisabeth Moss, Holly Hunter i Peter Mullan). I wygląda na to, że wszystkie trzy są z najwyższej półki.

uwaga, spojlery, ale tyciutkie i pomijalne

 

Jedenastoletni Danny Latimer zostaje znaleziony martwy na plaży, w pobliżu stromego klifu, jednak już pierwsze ekspertyzy wskazują, że nie był to wypadek ani samobójstwo. Sprawę badają DI Alec Hardy (David Tennant), który przyjął posadę w Broadchurch po blamażu w śledztwie w sprawie innego, głośnego na cały kraj, morderstwa, i DS Ellie Miller (Olivia Colman), przyjaciółka rodziny chłopca.

Dwunastoletnia Tui Mitcham zostaje zauważona i zatrzymana, kiedy wchodzi w ubraniu do jeziora. Okazuje się, że dziewczynka jest w piątym miesiącu ciąży. Mimo protestów detektyw Robin Griffin (Moss, która ma tutaj niepowtarzalną okazję rozwinięcia skrzydeł w czymś zupełnie innym niż Mad Men), specjalistki ds. przestępstw wobec dzieci, która do Laketop przyjechała w sprawach rodzinnych, Tui zostaje odwieziona do domu rodzinnego i następnego dnia znika.

Czternastoletnia Hattie Sutton ma być królową lokalnego święta wiosny, ale nigdy nie dociera na miejsce uroczystości. Odnaleziony zostaje tylko jej czerwony rower. Cała społeczność, targana podejrzeniami, uczestniczy w poszukiwaniach. Niektórym, bardziej niż na odnalezieniu nastolatki, zależy na zachowaniu własnych, brudnych sekretów.

W „Mayday”, gdzie działania policji stanowią raczej tło dla osobistych tragedii i obrazu rozpadającej się wspólnoty, rolę sprawiedliwego gra Fiona Hill (Sophie Okonedo), była policjantka, która zrezygnowała dla kariery na rzecz wychowywania dzieci. Jednak wątek jej prywatnego nie-do-końca-śledztwa nie wybija się na pierwszy plan, tak jak to się dzieje z wątkami Griffin, w trakcie poszukiwań Tui muszącej zmierzyć się w własnymi demonami, i Hardy'ego, o którym po pierwszym odcinku na dobrą sprawę bardzo niewiele wiemy.

David Tennant, tutaj nie tylko jak zwykle strasznie chudy, ale też zarośnięty i nieprzyjemny, gra, co tak doskonale potrafi, buzującą podskórną energią i gniewem, zupełnie przy tym nie szarżując. Na tym tle uderzający jest jedyny moment odsłonienia, na początku odcinka, kiedy Hardy idzie po plaży w stronę ciała chłopca.

Wszystkie trzy seriale skupiają się na skutkach, jakie dla lokalnej społeczności mają przestępstwa popełnione na najsłabszych i niewinnych, na jej własnej przyszłości (morderstwo - gwałt/wykorzystywanie seksualne dziecka – prawdopodobnie porwanie lub morderstwo).

Odmalowane w ciepłych barwach Broadchurch w pierwszym odcinku poznajemy z zewnątrz – poziom przestępczości jest tu niski jak nigdzie, mieszkańcy pozdrawiają się z uśmiechem po drodze do pracy, a w weekendy plażę i czyste, jasne uliczki zapełniają turyści, którzy przyjeżdżają cieszyć się spokojem nadmorskiego kurortu. Powoli na tym obrazie zaczynają pojawiać się rysy – męczony ambicją lokalny dziennikarz popełnia świństwo, przyjaciel Danny'ego coś urywa, małżeństwo Latimerów może nie być tak udane, jak to się wydaje na pierwszy rzut oka.

Oddalone od reszty świata Laketop (jak mówi matka Robin – tutaj jest daleko do pomocy), zanurzone w idyllicznych, ale chłodnych krajobrazach Nowej Zelandii, od razu ujawnia nieoficjalne struktury władzy i niepodzielną męskość tego świata, zakłóconą przybyciem grupy doświadczonych przez życie kobiet, które pod wodzą charyzmatycznej GJ szukają równowagi duchowej.

W miasteczku z „Mayday” tętnią tymczasem podskórne napięcia – wrogowie mieszkają pod jednym dachem, członkowie rodzin są sobie obcy, przemoc ma miejsce zawsze za zamkniętymi drzwiami, piętrzą się kłamstwa i na jaw wychodzą pilnie strzeżone tajemnice. Jak upiorny refren powtarza się wykrzykiwane przez poszukujących, dzień i noc, na opustoszałych i w pobliskich lasach, imię zaginionej Hattie.

Moje pierwsze wrażenia są bardzo dobre, ale przyjdzie się nam dopiero przekonać, czy zobaczymy tutaj trzy bardzo dobre, czy też trzy wybitne telewizyjne dramaty.

 

 

 

 

 

*Chociaż jeśli oglądacie brytyjskie produkcje, na pewno rozpoznacie odtwórców wszystkich pierwszoplanowych ról.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Napisz do mnie!