kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
niedziela, 15 czerwca 2014

Notka bez spojlerów, bo Frank do polskich kin (pewnie całych trzech) ma trafić dopiero w lipcu.

Nie poleciałam do Londynu, żeby chodzić do kina (przypominam, do kina jeździ się do Pragi – klik, klik), ale że los rzucił mi pod nogi gazetę z repertuarem, a po ładnych paru godzinach spędzonych w muzeach (w V&A mogłabym zamieszkać, ale Muzeum Historii Naturalnej w takim kształcie, jaki ma teraz, zrównałabym z ziemią – nie dość, że wystawy, mimo fascynującej tematyki, są zwyczajnie nudne i w gruncie rzeczy przekazują niewiele wiedzy, to jeszcze sklepy z pamiątkami zajmują prawie tyle samo miejsca, co ekspozycje, wtf) potrzebowałam odmiany, to machnęłam ręką i poszłam na Franka Lenny’ego Abrahamsona z Michaelem Fassbenderem, Maggie Gyllenhaall i Domhnallem Gleesonem.

Nie miałam wielkich oczekiwań wobec tego filmu, ale trailer zapowiadał zakręconą historię, a reakcje widzów i krytyków po Sundance były zdecydowanie pozytywne, więc mogłam przynajmniej liczyć na to, że nie będę żałowała, że nie zdecydowałam się na powtórkę X-Men: The Days of The Future Past (coś jest ze mną nie tak, daleka jestem od zachwytów nad nowymi X-Menami, a i tak mnie kusiło, żeby ich zobaczyć po raz trzeci, wtf2).

I jeszcze słowo o kinie, bo kryteria wyboru miałam proste – najtaniej i najbliżej – a trafiłam w bardzo fajne miejsce. Prince Charles Cinema koło Leicester Square obwołane zostało najlepszym kinem studyjnym w Londynie. Trudno mi się do tego odnieść, bo nie mam porównania, natomiast repertuar na najbliższe miesiące mają imponujący, od klasyki (Kubrick, Bergman, Miyazaki, co kto lubi) przez The Good Bad Movie Club (ekhm, to jest coś, co uprawiamy prywatnie) po sing-alongs (czy jak w przypadku Les Mis – weep-along), i po taniości. Jakby ktoś był w Londynie na dłużej, warto rozważyć wykupienie członkostwa i cieszyć się biletami po 4-8 funtów.

Ale, ale. Wróćmy do Franka. Umościłam się wygodnie w fotelu na małej sali – mała sala oznacza niewielki ekran i sześć rzędów foteli, człowiek się czuje niemalże jak na prywatnym pokazie, w czasie reklam można się opatrzeć ze wszystkimi współoglądaczami, po lewej dziewczyna ruda i śliczna, z nieodzowną w Londynie parasolką, po prawej nerd z IT z popcornem i najpewniej nerwicą natręctw, przed nami parka, oboje wysocy i przy kości, trzeba uważać na tych wysokich, bo jak siądą bezpośrednio przed tobą, to pół ekranu zasłonią ci ich głowy, te rzeczy. Umościłam, rozsiadłam i zapadłam się na półtorej godziny w krainę filmowej szczęśliwości.

Jon, aspirujący muzyk i tekściarz, na skutek zbiegu okoliczności (nieszczęśliwych lub szczęśliwych, zależy, z której strony na to spojrzeć) dołącza do Soronprfbs, zespołu tak awangardowego, że sami nie wiedzą, jak wymawia się ich nazwę. Poza ekscentrycznym frontmanem Frankiem, który nigdy nie zdejmuje wielkiej sztucznej głowy, i menadżerem zespołu Donem, członkowie zespołu traktują Jona raczej chłodno, ale ten jest tak uradowany, że w jego życiu zaczęło się coś – cokolwiek – dziać, że postanawia to zignorować. Zwłaszcza, że Jon jest pod wielkim wrażeniem Franka, a w czasie nagrywania nowego albumu, gdzieś hen na irlandzkim odludziu, grupa zaczyna zdobywać popularność za sprawą mediów społecznościach…

Tyle o fabule. W dziewięciu na dziesięć filmów o podobnym punkcie wyjścia, dostalibyśmy krzepiącą historię o młodym człowieku, który spotyka charyzmatyczną/niezwykłą/wybitnie utalentowaną jednostkę i pod wpływem tej znajomości, jakby się ona nie zakończyła, odnajduje własną drogę/własny artystyczny głos. Frank jest tym dziesiątym filmem.

Filmem zabawnym, slapstickowym, wzruszającym, mądrym, nieefektownym i oryginalnym, którego twórcy wyszli od prawdziwej postaci Franka Sidebottoma i bardzo rozsądnie zboczyli w stronę fikcji, żeby stworzyć uniwersalną opowieść (jakby ktoś był zainteresowany, to zredagowany fragment Frank: The True Story that Inspired the Movie Jona Ronsona opublikował The Guardian, klik).

Kiedy okazuje się, że Jon (w tej roli Gleeson, któremu na początku bardzo łatwo nam kibicować, w końcu ma taką codzienną twarz i jeszcze jego bohater używa Twittera tak, jak ludzie naprawdę używają Twittera, ewenement prze’państwa), żeby zrealizować swoje marzenia, jest skłonny ignorować więcej, niż tylko niegroźne dziwactwa swoich kolegów, sympatie widzów coraz bardziej przesuwają się w stronę innych postaci – przede wszystkim Franka. I tutaj powinien nastąpić pean na cześć Michaela Fassbendera, ale kiepska jestem w peanach. Aktor ukryty za groteskową namalowaną twarzą nie miał absolutnie żadnego problemu z zagraniem całej gamy emocji, sam zresztą określił to w kilku wywiadach wyzwalającym doświadczeniem. A to, czego doświadcza publiczność, to efekt Kuleszowa. Moglibyśmy przysiąc, że „mina” Franka zmienia się ze sceny na scenę.

Niespodziewanie i nieubłaganie Frank przeistacza się w opowieść o konsekwencjach naszych działań i wyborów, i to konsekwencjach, które ponoszą inni. Dodatkowo cały czas przewija się wątek różnego postrzegania – rzeczy, które Jon chce widzieć, a rzeczy, które ignoruje, podejście zespołu, dla którego środkiem, drogą i celem jest muzyka, a perspektywa z zewnątrz, w której dramatyczny przebieg wydarzeń jest przedmiotem błahej rozrywki, smutną farsą lub sprytną kampanią marketingową w nowych mediach.

Nie będę Wam wciskać, że Frank jest filmem wybitnym, bo nie jest. Jest za to filmem, który przez swoje przewrotne ogrywanie znanych motywów, konsekwencję i humor trafił do mnie, jak rzadko który. To czarna komedia, z rodzaju tych, które złamią ci serce.

Tagi: frank
13:13, fabulitas , Filmowo
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 05 maja 2014

The Martian (2011/2014), Andy Weir

Zanim The Martian Andy’ego Weira zwrócił moją uwagę, przebył długą drogę od wersji elektronicznej dostępnej za darmo na stronie autora, przez bestseller self-publishingu Amazona, do wydania w twardej oprawie z miejscem na liście bestsellerów NYT (najwyżej był na miejscu jedenastym i dość szybko spadł, ale zawsze), książki z prawami do publikacji sprzedanymi do dwudziestu jeden krajów i z Drew Goddardem piszącym scenariusz filmu dla Twentieth Century Fox.


Z której strony by na to nie patrzeć, jest to imponujące osiągnięcie (wcale, ale to wcale się nie dziwię, że autor szczypie się po rękach i podejrzewa wyrafinowany kant), chociaż nie dające żadnej gwarancji, że książka jest naprawdę dobra. Ileż chłamu sprzedaje się w milionach egzemplarzy! W każdym razie nieoczekiwana popularność książki w połączeniu z naprawdę niezłymi recenzjami i obiecującym zarysem fabuły skusiły mnie na lekturę. I nie żałuję poświęconego czasu, ale też nie będę udawała, że The Martian nie ma wad.

NASA prowadzi wielki kosmiczny projekt, w ramach którego wysyła pierwsze załogowe misje na Marsa. Dwie kończą się sukcesem, uczestnicy trzeciej zmuszeni są do ewakuacji zaledwie kilka dni po lądowaniu – niespodziewanie gwałtowna burza grozi zniszczeniem stacji. Jeden z astronautów, botanik i inżynier Mark Watney ulega wypadkowi i reszta załogi opuszcza Marsa w przeświadczeniu, że zginął. Chyba nikogo nie zdziwi, że Mark żyje i jest pierwszym kosmicznym rozbitkiem, bardzo zdeterminowanym, żeby jednak nie zostać pierwszą ofiarą Marsa. Tymczasem środki komunikacji z Ziemią zostały zniszczone, jedzenia wystarczy na niespełna rok, a kolejna marsjańska misja ma wylądować za cztery lata i w miejscu oddalonym o setki kilometrów.

The Martian ma dwie podstawowe zalety. Jest niesłychanie wciągająca, zwłaszcza że bardzo szybko zaczynamy kibicować głównemu bohaterowi, tym bardziej, im mniejsze wydają się jego szanse na przetrwanie i powrót na Ziemię. Jest też, przynajmniej od strony „technicznej” wiarygodna. Andy Weir sam siebie nazywa nerdem i do pisania przygotował się między innymi studiując istniejące propozycje wypraw załogowych NASA. Żadne tam – przylecieliśmy naszym cudownym statkiem, napędzany unobtainium i marzeniami ludzkości, w marsjańskim klimacie świetnie rosną ananasy, a w naszej skrzynce z narzędziami zupełnym przypadkiem zaplątał się soniczny śrubokręt. To oczywiście kwestia gustu, ale mnie niesłychanie bawi czytanie realistycznych rozważań, jak na Marsie produkować wodę.

Dla innego czytelnika duża ilość technicznych szczegółów może być męcząca. Na szczęście Weirowi udało się stworzyć dla nich przeciwwagę w postaci poczucia humoru Marka, który potrafi swoje desperackie w gruncie rzeczy zmagania skomentować lekko i dowcipnie. W ogóle dobrym rozwiązaniem jest napisanie bohatera, który jest takim trochę błaznem, radzącym sobie żartami z obciążeniem psychicznym. Miałam parę momentów, kiedy zastanawiałam się, jak wyglądałby The Martian napisany przez autora cięższego gatunkowo czy bardziej skupionego na psychologii postaci, ale one szybko mijały – umówmy się, po lekturze The Martian napisanego przez, dajmy na to, Cormaca McCarthy’ego prawdopodobnie musiałabym wziąć wolne i pojechać do wód dla podreperowania nerwów.

Jednak to, co sprawdza się w postaci Marka, który jest narratorem lwiej części powieści, jest słabością w przypadku innych postaci, które pojawiają się epizodycznie, wszystkie równie inteligentne i z ciętym językiem. Rozumiem, że pracownicy NASA i astronauci będą należeli do bystrzejszej części populacji, ale niestety brakuje im wszystkim mięsa na kościach – nie jest dobrze, jeśli wszyscy poza głównym bohaterem mogliby nazywać się według wzoru „funkcja + numer porządkowy” i nie robiłoby to żadnej różnicy.

Dodatkowo fabuła robi się chwilami nieco powtarzalna – po raz kolejny zostają wykorzystane wcześniejsze rozwiązania, zmodyfikowane odpowiednio do sytuacji, co oczywiście nie jest niewiarygodne, natomiast w połączeniu z widocznością niektórych zabiegów narracyjnych (żadna zbrodnia u debiutującego autora, ale bardziej wyrobionemu czytelnikowi może przeszkadzać) sprawia, że powieść w środku traci impet.

I tak ostatecznie The Martian plasuje się w kategorii rozrywki dobrej, ale niezbyt zapadającej w pamięć. Jeśli dojdzie do realizacji filmu, pewnie będę chciała go obejrzeć. Jeśli Weir wyda kolejną powieść, pewnie dam jej szansę, tutaj dużo zależy od tematu. Jednak ani jednego ani drugiego nie będę szczególnie wyczekiwała.

sobota, 03 maja 2014

Ancillary Justice (2013), Ann Leckie

“Nearly everywhere I’ve been, popular wisdom has it that the location of humanity’s original planet is unknown, mysterious. In fact it isn’t, as anyone who troubles to read on the subject will discover, but it is very, very, very far away from nearly anywhere, and not a tremendously interesting place.”

Długo nie mogłam zabrać się za Ancillary Justice, ale jak już się zabrałam, to zarwałam nockę. W środku tygodnia, bardzo, bardzo niemądrze z mojej strony. A ponieważ ostatnio dosyć regularnie mijam się o milę z dobrymi decyzjami, postanowiłam jeszcze napisać o tej książce notkę.

Dlaczego to kiepski pomysł? Bo Ancillary Justice jest ubiegłoroczną ulubienicą krytyków, obsypaną nominacjami i nagrodami. Zaledwie wczoraj (sic!) zdobyła nagrodę Arthura C. Clarke'a, a i nominacja do Hugo łatwo może zmienić się w statuetkę. I czego bym nie chciała napisać, jakiegokolwiek zdania nie zaczynam wystukiwać na klawiaturze, zagłuszając bębnienie majowego deszczu na balkonie, mam wrażenie, że po kimś powtarzam (po kimś, dodajmy, nieszczęśliwie elokwentnym i z większym recenzenckim autorytetem niż Yours truly). Zwłaszcza rozpływając się w zachwytach.

Punkt wyjścia debiutanckiej powieści Ann Leckie jest może nie zniechęcający, ale powoduje lekkie uniesienie brwi. Nie żeby w science fiction nie dało się dziwniej – da, i to dużo, zajrzyjcie choćby do Petera Wattsa, ale jednak. Główna bohaterka, przedstawiająca się imieniem Breq, jest – a właściwie była – wojennym statkiem kosmicznym. Teraz pozostało jej tylko jedno ludzkie ciało, ostatnie rozkazy i szaleńczy cel, do którego dąży z przekonaniem, że jego realizacja zakończy się jej ostateczną śmiercią. Co zresztą zupełnie jej nie martwi.

Świat stworzony przez Leckie nie jest tylko atrakcyjną dekoracją dla przygód i rozterek bohaterów, kolejnym „za setki lat, w odległej galaktyce” – to on w sposób absolutny motywuje i ogranicza działania postaci. Ludzkość rozproszyła się po kosmosie i tak bardzo oddaliła od siebie, że Ziemia jest dla większości mitem, a cywilizacje różnią się od siebie – kulturowo, a czasem także biologicznie – na tyle, że uznanie innych za nie-ludzi bądź nie-cywilizowanych bywa elementem oficjalnej polityki (choć z drugiej strony, to akurat nic nowego pod gwiazdami). Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze niebezpieczni i niezrozumiali obcy, z którymi trzeba się liczyć.

Leckie nie pisze antropologicznie, jak czasem C.J. Cherryh, ale i tak, nawet w niewątpliwie specyficznej perspektywie Breq, mamy poczucie poznawania różnorodnych kultur i umiejscawiania ich w o wiele większym, bogatszym i fascynującym świecie. Breq jako statek służyła imperium Radch i chociaż jest sztuczną inteligencją patrzy na wszystko z jego kulturowego punktu widzenia – i tak, na przykład, Radch mają płeć biologiczną, ale nie mają ról płciowych i płeć nie objawia się u nich w języku, wobec czego Breq o wszystkich napotkanych osobach mówi per „ona/ta” (co jest interesującym wyborem autorki przy wciąż powszechnym przekonaniu, że męskie równa się uniwersalne, i co zmusza nas do przyjrzenia się naszym własnym przyzwyczajeniom i wyobrażeniom o płci), nawet jeśli pochodzące z innej kultury postacie ujawniają/identyfikują siebie lub kogoś jako biologicznego mężczyznę. Na początku jest to nieco konfundujące, bo Leckie konsekwentnie pokazuje, a nie wyjaśnia, ale ja przynajmniej bardzo szybko przestawiłam się na perspektywę Breq i przestałam dopatrywać „męskości” i „kobiecości”.

Właśnie, Breq! Nie chciałabym tutaj za dużo zdradzić, bo naprawdę sporo przyjemności podczas lektury sprawia odkrywanie tego, jak Breq myśli i postrzega otaczającą ją rzeczywistość i jak to jest być sztuczną inteligencją zamkniętą w jednym ciele, podczas gdy wcześniej miało się pokłady, silniki, osprzęt i broń, dziesiątki, setki, tysiące części, w tym także biologicznych. Z jednej strony Breq jest znajoma w swoich skonfliktowanych uczuciach (kto z nas ich nie miał? kto się nigdy nie zmagał ze sprzecznymi motywacjami? kto sam siebie nie rozumiał?), z drugiej – zimna, obca i odległa od ludzkiego doświadczenia, jak tylko może być maszyna.

Taka niestandardowa narratorka – a ani na chwilę nie odchodzimy od narracji pierwszoosobowej, chociaż w czasie przywoływania wydarzeń z przeszłości przybiera ona bardzo nietypową formę – sprawia, że czytelnicy mogą mieć problemy z zanurzeniem się w książkową rzeczywistość, że nie wspomnę o identyfikacji z główną bohaterką. Ale jeśli się im to uda, cóż, doświadczenie warte jest ryzyka, macie na to moje słowo.

Czytam dużo science fiction, z upodobaniem, i bardzo rzadko mam wrażenie spotkania z czymś oryginalnym. Wciąż te same archetypy, te same pieśni, swojskie kształty, znajome barwy, utarte szlaki. A opowieść Breq, nawet jeśli z łatwością możemy odnaleźć w niej znane tropy – przyjaźń, zemstę, chęć odkupienia – jest świeża, ekscytująca i na dodatek obiecuje więcej, bo w zamierzeniu Ancillary Justice, opowiadająca pewną zamkniętą historię, jest też pierwszym tomem trylogii. Czekam z niecierpliwością na Ancillary Sword.

sobota, 12 kwietnia 2014

The Grand Budapest Hotel (2014), reż. Wes Anderson, wyst. Ralph Finnes, Tony Revolori i cała plejada gwiazd różnego formatu, które wpadły do Goerlitz nakręcić parę scen, bo je reżyser ładnie poprosił. Poważnie, napisy końcowe czyta się jak listę gości którejś z gal sezonu nagród.

 O fabule piszę niewiele, ale dla wrażliwców - UWAGA SPOJLERY

 

The Grand Budapest Hotel może być moim ulubionym filmem Wesa Andresona, kto by się spodziewał.

Anderson opowiada swoje historie i, w niemal równym stopniu, bohaterów (bo przecież ich także opowiada, misternie składając skrawki i klisze, aż złapana zostanie chwiejna równowaga pomiędzy indywidualnością a archetypem, ale to temat na osobny wpis do napisania przez kogoś innego) poprzez przedmioty – czy to będą papierosy Margot Tannenbaum czy walizki braci Whitman. W  The Grand Budapest Hotel w centrum intrygi znajduje się bezcenny, renesansowy obraz, ramy narracyjne wyznacza książka, charakter głównego bohatera streszcza nam butelka perfum – a to tylko początek, bo jeśli bierze się na warsztat odchodzący świat, to jego granice w czasie wyznacza upadek idei i niszczenie rzeczy.

Zresztą ten odchodzący świat należałoby wziąć w nawias tak, jak to robi reżyser, kiedy w pierwszych scenach filmu pokazuje nam, że mamy do czynienia z narracją po trzykroć niewiarygodną. Oto dziewczyna czyta książkę pod pomnikiem Skarbu Narodowego, ziiiit, przenosimy się w czasie do dni, w których Skarb Narodowy, wówczas jeszcze zwykły pisarz, z przeszkadzającym wnuczkiem i remontem w mieszkaniu, pisze swoją powieść, ziiiit, cofamy się lata wcześniej, kiedy trapiony depresją czy inną niemocą pisarz spotyka Zero Mustafę w podupadłym hotelu, ziiiiit, kolejne kilkadziesiąt lat do tyłu i gołowąs Zero rozpoczyna pracę w różowym jak sen sześciolatki hotelu Grand Budapest, poznaje concierge'a Gustave'a H. i pakuje w nieliche tarapaty... co widzimy? Wydarzenia tak, jak miały miejsce? Pamięć Zero o nich? Kreację pisarza? Czy może wyobrażenia młodej czytelniczki? Ha.

W dodatku, mimo dat, geografii i panoszącej się Wielkiej Historii, w których rozpoznamy nasz kawałek Europy i, między innymi, jego cesarsko-królewską spuściznę, Anderson zdecydował się umieścić akcję w fikcyjnej, chociaż swojsko brzmiącej, republice Żubrówki, pokazał nazizm, ale nigdy go nie nazwał, i wrzucił w lata trzydzieste garść bardzo współczesnych nawiązań z pewną nie do końca udaną obelgą na czele. A to wszystko w swoim niepowtarzalnym stylu (dużo różu i pasteli, symetria, przedmioty z przeszłością i przedmioty znaczące, zderzenie wizualnej nostalgii z pozbawionym zwykle sentymentalizmu przedstawieniem postaci), który jeszcze bardziej podkreśla umowność wszystkiego, co widzimy.

I gdyby to było wszystko, obejrzałabym The Grand Budapest Hotel dla czystej estetycznej przyjemności, nacieszyłabym się naszpikowaną konwencjami fabułą (i radosnym stawianiem tych konwencji na głowie), pośmiała z prawdziwie koszmarnej poezji i bez żalu zwróciła swoją uwagę ku kolejnemu filmowi czy książce. Tak się nie stało, bo ujęły mnie niesamowicie dwie rzeczy.

Jedną jest kilkukrotne zaznaczenie, że kiedy opowiadamy jedną historię, inne – być może równie ważne, być może ważniejsze – pozostają nieopowiedziane. Kiedy pisarz pyta Zero, czy wraca do hotelu, żeby uczcić pamięć Gustave'a, ten dość niespodziewanie zaprzecza. Zupełnie inny sentyment sprowadza go z powrotem rok po roku. I jest też całe wcześniejsze życie Zero – w typowy dla Andersona sposób żart o zachowaniu w czasie przesłuchania jest nie tylko żartem, ale i mgnieniem zupełnie innej, ukrytej, przemilczanej historii.

Drugą, która kupiła mnie już do reszty, jest scena bardzo podobna w strukturze, bo będąca żartem i nie-żartem jednocześnie. W ciągu perypetii następuje scena, kiedy Gustave ucieka z więzienia, a na wolności czeka na niego Zero. I okazuje się, że chłopak nie znalazł bezpiecznej kryjówki i transportu, i co gorsza zapomniał przynieść ulubionych perfum Gustave'a. Kropla przelewa czarę (perfumy to znak próżności concierge'a, ale i znak kultury) i Gustave pozbawiony przywileju, który uznawał za coś oczywistego, za zwykłą, drobną wygodę, wybucha ksenofobiczną tyradą. Zaraz – zawstydzony odpowiedzią Zero – przeprasza, jest w końcu dobrym w gruncie rzeczy człowiekiem, ale my, widzowie zobaczyliśmy przez chwilę tę brzydszą twarz „cywilizowanej” Europy.

I nie wiem, jak wy, ale ja kocham kino właśnie za takie momenty ostrego widzenia.

niedziela, 26 stycznia 2014

Nastasja Filipowna

Teatr Ateneum, reż. Andrzej Domalik, wyst. Grzegorz Damięcki, Marcin Dorociński

(chociaż poza ostatnim akapitem nie piszę o szczegółach fabularnych, zakładam, że znacie "Idiotę" Dostojewskiego - jeśli nie znacie, poznajcie, zanim wybierzecie się na sztukę)

 

Mam takie wewnętrzne przeświadczenie, że z Dostojewskiego człowiek powinien wychodzić chory. Albo przynajmniej porządnie rozgorączkowany. Osobiście jeszcze mi się nie zdarzyło. Blisko był „Idiota” w Teatrze Studio, gdzie Olga Paszkowska stworzyła fantastyczną Nastasję, a Bral w sposób bardzo przemyślany i swobodny grał wszystkimi dostępnymi sobie środkami artystycznymi – od elementów choreografii i sztuki cyrkowej, przez lustro i ikonę, po ciała swoich aktorów. Blisko była „Nastasja Filipowna” Domalika, którą zobaczyłam w czwartek w Teatrze Ateneum. Blisko, ale.

Zostawmy na boku „Nastasję Filipownę” Wajdy, która była bezpośrednią inspiracją, ale do której współczesne przedstawienie ma daleko – nie dość, że tam był reżyserski i aktorski eksperyment, rygorystyczna improwizacja, a tutaj dostajemy klasyczną sztukę, to dla większości obecnych widzów przedstawienie sprzed ponad trzydziestu lat będzie oczywistym, ale odległym nawiązaniem – ot, wyimkiem z historii polskiego teatru. Zresztą nie ma takiej możliwości, żeby współczesne, bieżące wygrało z „legendarnym” – tak, krytycy chętnie używają dużych słów.

„Nastasja Filipowna” grana jest na niewielkiej Scenie 61 i widownia, nawet z ostatniego rzędu, ma niepokojące poczucie przebywania wewnątrz, w petersburskim mieszkaniu Rogożyna, razem z bohaterami dramatu – epileptykiem i mordercą. Z drugiej strony scenograf Marcin Stajewski wykorzystał do maksimum głębię sceny, dzięki czemu niewidoczna, przesłonięta kotarą sypialnia, w której leży martwa Nastasja, jest dla nas przestrzenią rzeczywistą, a nie umowną, co ma niebagatelne znaczenie przy oszczędności scenografii.

Spektakl na równi ze słowami operuje światłem – Rogożyn wielokrotnie przechodzi pomiędzy światłem a cieniem, momentami prawie zupełnie znikając nam z oczu, podczas gdy na twarzy księcia Myszkina cały czas skupia się najjaśniejszy reflektor. Nieco w tle pozostaje muzyka. Użyte fragmenty „Peyotlu-Witkacego” Stańki to nieoczywisty, ale nadspodziewanie dobry wybór.

Dorociński gra Rogożyna jakby wbrew postaci – nie ma Rogożyna prostaka i gorącej głowy, szalejącego z zazdrości i pożądania, jest Rogożyn, człowiek złamany, który drobiazgowo planuje czuwanie przy ciele chyba tylko ze zwykłego rozpędu, z konieczności postawienia kropki po ostatnim zdaniu dramatu. Jego nie trawi gorączka, jego dusi kaszel i mdłości, jest już zmęczony i nie do końca wiadomo, czemu chce dokonać rozliczenia swojej przyjaźni-nie-przyjaźni z Myszkinem.

Myszkinem, którego Damięcki portretuje w sposób zdecydowanie bardziej klasyczny z jego delikatnością, naiwnością, głęboką wiarą w Boga i bezprzykładną w ludzi. Jak u Dostojewskiego w momentach emocjonalnego wzburzenia książę ma problemy z wyduszeniem z siebie słowa, ale udanym rozwiązaniem było dodanie mu lekkiej niepełnosprawności ruchowej, sztywności, mocniej akcentowanej na początku sztuki. Myszkin z miejsca budzi współczucie i dopiero z czasem orientujemy się, że bardziej trzeba współczuć jego rywalowi.

Wydawałoby się, że „Nastasja Filipowna” ma wszystkie elementy potrzebne dobremu przedstawieniu – doskonały punkt wyjściowy, mocny tekst (chyba całość dialogów jest wzięta żywcem z „Idioty” – na pewno te z ostatniego spotkania Myszkina z Rogożynem), przemyślane kreacje aktorskie, pewną rękę reżysera i wizualną spójność. Czego więc zabrakło? Skąd moje ale?

Może problem leży w tym, że całość jest zbyt stonowana, zbyt gładka. Jeśli brakuje gorączki u Rogożyna, jeśli książę-idiota, próbujący go pocieszyć, kończy swoją ostatnią kwestię spokojny i niemal radosny, wpatrzony w lepszy świat tam, gdzie niebo się styka z ziemią, a nie w kanonicznym nawrocie choroby, bliski katatonii, nie poznający nikogo... to to jakby Dostojewski ze słowa, ale nie z ducha.

Tagi: teatr
17:25, fabulitas , To jest teatr
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 stycznia 2014

Zamiast podsumowywać miniony rok (nigdy nie byłam dobra w takich zabawach, może dlatego, że jestem na bakier z mierzeniem upływu czasu i zupełnie nie czuję, żeby następowała jakaś zmiana), postanowiłam się przyjrzeć, co ma nam do zaoferowania 2014. Nie będzie to kompletny przegląd, bo siedzielibyśmy tutaj do lutego, a i pretendować do dobrej znajomości rynku gier czy komiksów nie zamierzam. Nie będę też pisała o powracających produkcjach telewizyjnych. Chcę się skupić na nowościach – serialowych, filmowych i książkowych.

The Red Road

Na małym ekranie rok zaczyna się mocno. Już 10 stycznia na SyFy startuje Helix – thriller science fiction, do którego produkcji rękę przyłożył Ronald D. Moore. Mam nadzieję, że nie muszę tego pana przedstawiać żadnemu fanowi BSG. Moore zaangażowany jest też w produkcję serialowej wersji Outlandera Diany Gabaldon, również zaplanowanej na 2014, i szczerze mówiąc nie mam pojęcia, jak zareagować na informację, że ktoś postanowił to-to przenieść na ekran. 12 stycznia polowanie na seryjnego mordercę w True Detective zaczynają Woody Harrelson i Matthew McConaughey, aktorzy, których kariery dość niespodziewanie rozkwitły w ostatnich latach. 19 stycznia na HBO debiutuje Looking, serial o życiu przyjaciół gejów w San Francisco z Jonathanem Groffem w roli głównej. Nie wiem jeszcze, czy będę oglądać na bieżąco, ale trailer zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. 25 stycznia wyruszymy na wzburzone morza z piratami z Black Sails (nieco później, bo w lutym, startuje inny serial o piratach – Crossbones z Johnem Malkovichem w roli Czarnobrodego, arrrgh). Również w styczniu na BBC startują The Musketeers. Capaldi! Kanał Sundance, który w ubiegłym roku dał nam Top of the Lake, trzyma ambitny kurs – The Red Road z Martinem Hendersonem, Jasonem Momoą i Julianne Nicholson zapowiada się rewelacyjnie. Wydaje się, że cotygodniowy horror dobrze się przyjął na naszych ekranach – zobaczymy, czy sukces AHS powtórzy Penny Dreadful Johna Logana i Sama Mendesa. A skoro już jesteśmy przy dużych nazwiskach, w lipcu wystartuje The Strain Guillermo del Toro i wrócimy do czasów, kiedy wampiry nie zajmowały się głównie romansowaniem.

 

Transcendence

W kinie będzie w tym roku urodzaj. Guardians of the Galaxy, Dawn of the Planet of the Apes, X-Men: Days of Future Past, Captain America: Winter Soldier, Hobbit, Mockingjay (część pierwsza), Jupiter Ascending (nowy film rodzeństwa Wachowskich), Maleficent, A Winter's Tale, Veronica Mars (czy powinnam obejrzeć serial?), The Monument Men, Nymphomaniac, Divergent, The Maze Runner.. jak nic, klęska urodzaju, trzeba będzie się zaopatrzyć w jakąś kartę kinomana czy coś. Ze swojej strony chciałam zwrócić Waszą szczególną uwagę na Interstellar Nolana, Transcendence Wally'ego Pfistera, Gone Girl (na podstawie książki o tym samym tytule i z Benem Affleckiem i Rosamund Pike w rolach głównych), Lego Movie (poważnie, ja aż prychnęłam, jak ktoś polecił, a wygląda na to, że to może być wcale zabawny film), Only Lovers Left Alive (dystrybutor zorientował się, że to może nie jest film na Walentynki, straszna szkoda, będzie w kwietniu), The Grand Budapest Hotel (o hai, Wes), The Boxtrolls (śliczności!) i Annie z Quvenzhané Wallis w roli tytułowej. Nie trudno zauważyć, że fantastyka i w tym roku trzyma się na srebrnym ekranie mocno.

 

Zabójczy księżyc

O dziwo, z wybraniem książek do tego zestawienia miałam największy problem. Przede wszystkim listę rzeczy do przeczytania mam tak długą, że nie śledzę specjalnie nowości i zwykle czekam tylko na książki autorów, których już znam i cenię – dla przykładu, w 2011 była to The Marriage Plot Eugenidesa (dla mnie zupełne rozczarowanie, chociaż ogólnie powieść zbierała dobre recenzje), w 2013 The Goldfinch Donny Tartt (fan-ta-sty-czna). W dodatku przy książkach ciężej przewidzieć nawet nie to, co będzie hitem w danym roku (zaplanowane na jesień nowe powieści Murakamiego i Mo Yana raczej będą), ale kto napisze coś naprawdę wartego uwagi, kto niespodziewanie wedrze się na literacką scenę, a kto będzie tylko spokojnie odcinał kupony.

Czytelnik fantastyki ma jeszcze tego pecha, że ostatnimi czasy podstawowym formatem jest cykl powieściowy. I wchodzisz, biedaku, na listę zapowiedzi, a tam tom trzeci, piąty i dziesiąty, istna plaga, a tyś jeszcze pierwszych nie przeczytał. Założę się, że wielu ostrzy zęby na The Dead In Their Vaulted Arches Alana Bradleya (5.02) czy The Blood of Olympus Ricka Riordana (14.10). Ja muszę zadowolić się słowem Scotta Lyncha, że The Thorn of Emberlain ukaże się na jesieni (nie ma jeszcze oficjalnej daty). I liczyć na to, że do końca roku poznamy przynajmniej przybliżoną datę wydania Doors of Stone – niestety, z tego, co pisał ostatnio Patrick Rothfuss, wynika, że czeka go jeszcze sporo pracy nad ostatnim tomem przygód Kvothe. Nowy cykl zaczyna N.K.Jemisin z powieścią The Fifth Season (sierpień), dwa lata po sukcesie Ready Player One wraca Ernie Cline z Armadą (lipiec), a C.S.Friedman próbuje swoich sił w fantastyce dla młodzieży - Dreamwalker wyjdzie już 4 lutego. Książką obecną na absolutnie wszystkich listach są Words of Radiance (4.03) Brandona Sandersona (który jest robotem albo kosmitą, albo ma armię gnomów, bo ludzie nie piszą w takim tempie), także póki czas należy nadrobić The Way of Kings. To samo tyczy się dwóch pierwszych tomów cyklu Lighbringer Brenta Weeksa – The Broken Eye zawita na półkach 26 sierpnia.

A co, zapytacie, z polskim podwórkiem? Cóż, jednym z moich życzeń na ten rok jest, żeby coś się na nim ruszyło, bo przeglądam zapowiedzi i nic, wszystko jest mi obojętne. Prawdopodobnie w 2014 ukaże się nowa powieść Dukaja Rekursja – bardzo obszerna, ale lżejsza niż choćby Lód. Na pierwszy kwartał 2014 zaplanowane jest Sto dni bez słońca Wita Szostaka. Na pewno sięgnę też po 1980 K Wawrzyńca Podrzuckigo, chociaż zwykle do self-publishingu podchodzę z daleko posuniętą ostrożnością. Urodzaj panuje za to w przekładach. Z tytułów, które cieszyły się w oryginale zasłużoną popularnością, warto zwrócić uwagę na Golema i dżina Helene Wecker (10.01), Zabójczy księżyc N.K.Jemisin (13.01), Ciemny Eden Chrisa Becketta (15.01), Olśniewające dziewczyny Lauren Beukes (data tbc) i dwa pierwsze tomy cyklu Bena Aaronovitcha o Peterze Grancie - Rzeki Londynu i Księżyc nad Soho (oba mają się zostać wydane w pierwszej połowie roku).

Trochę na marginesie, rok w literaturze mainstreamowej nie zapowiada się bardzo ekscytująco, ale jest na co czekać – David Mitchell wraca z The Bone Clocks (4.09), Colm Tóibín z Norą Webster (październik), a Sarah Waters z The Paying Guests (4.09). Zupełnym przypadkiem kobiety są pierwszoplanowymi bohaterkami wszystkich tych powieści. Osobiście czekam jeszcze na Arctic Summer (6.03), powieść o pierwszej podróży E.M.Forstera do Indii pióra Damona Galguta

To może być bardzo dobry, bardzo popkulturowy rok.

23:39, fabulitas , Mix
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 30 grudnia 2013

Death Comes to Pemberley (cz.1-3, 2013)

 i gościnnie Downton Abbey (Christmas Special 2013)

SPOJLERY


Wiecie, co się wydarzyło w świątecznym odcinku Downton Abbey? Nic. Działo się wprawdzie sporo, ale, sięgając do wojskowej terminologii, były to ruchy pozorowane – bez żadnych konsekwencji dla postaci.

O farsie z listem, nie-dylemacie Edith i pełzających nie-romansach Toma i Isobel Crowley nie ma co wspominać. Za Mary wciąż uganiają się dwaj panowie, których nie sposób odróżnić, bo obaj są lokatymi brunetami, a scenarzysta zapomniał dopisać im osobowości. Bates wciąż mógł był się przyczynić do śmierci Greena, ale czy się przyczynił, nie wiemy – ten wątek wywołał nieco emocji, u mnie w każdym razie, ponieważ zdrowo się zdenerwowałam, że pomimo obietnic poważnego i „pięknego” (cokolwiek to miało znaczyć) potraktowania sprawy Anny, na ten moment Anna jest czwartą pod względem istotności postacią własnego kawałka narracji – za Batesem, panią Hughes i Mary. Thanks for screwing this up, Fellowes.

Ale ja nie o tym. Już dawno pogodziłam się, że Downton Abbey raczej nie wróci do bycia czymś więcej, niż tylko kostiumową telenowelą z dużym budżetem i nieprzeciętnie utalentowaną obsadą, a jako taka będzie raczej serwowała swoim bohaterom kolejne perypetie, nie skupiała na rozwoju postaci, bo w telenoweli za wiele zmienić się nie może. Wata cukrowa dla oczu, nic nie poradzisz. Za to czegoś więcej oczekiwałam od adaptacji „Death Comes to Pemberley,” chociaż wiedziałam, że materiał wyjściowy do wybitnych nie należy, a pierwsze recenzje w Internecie mówiły o fan fiction na ekranie. W końcu dobre fan fiction nie jest złe, n'est-ce pas?

„Death Comes to Pemberley” ogląda się, nie powiem, przyjemnie. Możemy nasycić chęć poznania dalszych losów ulubionych postaci, co zawsze jest w cenie. Możemy napatrzeć się na piękne wnętrza, piękne scenerie, piękne stroje i pięknych ludzi (przez Doktorowe udziewczęcenie zawsze zapominam, jak piękną kobietą jest Jenna Coleman). Możemy wyciągnąć karty do bingo z nazwiskami brytyjskich aktorów. Ale raczej nie przysłoni nam to smutnego faktu, że „Death Comes to Pemberley” nie jest ani specjalnie dobre, ani nawet warte zapamiętania.

Nie dlatego, że Anna Maxwell Martin, która jest pierwszym powodem, dla którego w ogóle zasiadłam do oglądania, i która zdecydowanie była natchnionym wyborem na starszą Elizabeth, nie dostała za wiele do zagrania. Nie dlatego, że Georgiana jest główną nagrodą w konkursie, kto jest lepszym przyjacielem domu. Nie dlatego, że do roli Jane zatrudniono Alexandrę Moen, ale zupełnie zapomniano tę rolę napisać - poważnie,  Jane przyjeżdża,  pociesza Lizzie i wyjeżdża, spokojnie można się było ograniczyć do listów. Nie dlatego, że wątek kto-zabił jest średnio emocjonujący.

O nie, największym problemem „Death Comes to Pemberley” jest to, że dostajemy świat i postacie zatopione w bursztynie. Poza pułkownikiem Fitzwilliamem, któremu charakter zmieniono na potrzeby fabuły, scenarzyści bali się nawet dotknąć charakterystyki postaci. Każdy z bohaterów odtwarza gładko znaną rutynę i o ile czasami jest to uzasadnione – w przypadku postaci drugoplanowych czy mrugania do widza i nawiązywania do „Dumy i uprzedzenia,” to trudno uwierzyć, że przez sześć lat wspólnego życia Lizzie i Darcy nie zmienili się ani na jotę (ona odnajdując się na nowej pozycji społecznej, on żyjąc z kimś, kto nie ma problemu z powiedzeniem mu, że nie postępuje jak należy), a Georgiana nie wykształciła sobie pod kuratelą Lizzie choćby szczątkowej osobowości. Jako taką ewolucję przechodzi jedynie Lydia Wickham, która okazuje się znać swojego męża lepiej niż się wydawało i być świadoma dotykającego ją ostracyzmu.  

W tym kontekście wątpliwości państwa Darcych, co do swojego małżeńskiego zaangażowania wypadają absurdalnie – Elizabeth chodzi i płacze (chociaż bez problemu postawi się mężowi w sprawie Georgiany, więc dziwne, że o innych kwestiach też z nim nie porozmawia), a Darcy pod wpływem komentarza Lydii zaczyna się zastanawiać, co kierowało Lizzie, kiedy przyjęła jego oświadczyny. Tak, jakby mowa była o kimś innym, niż o kobiecie, która za pierwszym razem posłała jego, jego tytuły i pieniądze do diabła, i która po sześciu latach bycia wielką panią chodzi w sukni, która byłaby tak samo na miejscu w Longbourn. Wygląda to tak, jakby Darcy miał jakieś potworne kompleksy, a przecież wiemy, że co jak co, poczucie własnej wartości ma dobrze ugruntowane.

Kiedy państwo Darcy się pogodzili, miałam wrażenie, że jedynym celem kłótni było umożliwienie sceny łóżkowej, bo, jak powszechnie wiadomo, małżeństwa w normalnych warunkach seksu nie uprawiają i trzeba dopiero poważnego kryzysu. Młody panicz zapewne został poczęty po sprzeczce, w której nadmorskiej miejscowości spędzić lato.

I jeszcze jedna zabawna rzecz. Ta historia mogłaby zagrać i bez trupa. Wystarczyłoby niezapowiedziane nie mile widziane pojawienie się państwa Wickhamów na balu. Pozycja Lizzie w towarzystwie, którą zapewne musiała sobie wywalczyć, biorąc pod uwagę, że towarzystwem zawiadują osoby pokroju Catherine de Bourgh, zostałaby podminowana. Georgiana zawahałaby się w wyborze kandydata do ręki nie dlatego, że tu serce, a tam interes, a dlatego, że nie ufałaby swojemu sercu, bo kto raz się sparzy, ten za drugim razem jest ostrożniejszy. A nowy Darcy mógłby próbować doprowadzić do porządku swoje relacje z Wickhamem, bez groźby powieszenia i wyciągniętych z kapelusza wspomnień o małym kłusowniku.

Mam jeszcze drugi pomysł alternatywnego poprowadzenia tej historii. Wickham niesłusznie zawisnąłby w pierwszej części, wyznanie Willa przyszłoby za późno i mieszkańcy Pemberley musieliby poradzić sobie z wynikłym kryzysem. Tak, jak było, działo się dużo, ale nie zdarzyło się nic.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Come to the dark side, we have SPOILERS.

 

 

The Day of the Doctor, reż. Nick Hurran, scen. Steven Moffat, wyst. Matt Smith, David Tennant, Tom Baker, Jenna Coleman, Bille Piper, John Hurt, Jemma Redgrave, Ingrid Oliver, Joanna Page, Peter Capaldi i in.


Steven Moffat ma kilka swoich ulubionych tematów, do których wraca zbyt często, i kilka trików, których zdecydowanie nadużywa. Jego pisanie kobiecych postaci kuleje – nie dlatego, że się nie stara, ale jednak. Fabularne fajerwerki, czy to będzie reinterpretacja doktorowej mitologii, czy efektowny gambit, cała ta zabawa dymem i lustrami, przesłaniają braki w rozwoju postaci... ale wiecie, co mnie najbardziej boli w Moffatowych odcinkach? O ile bawi mnie intelektualna i intertekstualna gra z widzem, i zawsze to doceniam, to od pewnego czasu nie angażują mnie one emocjonalnie. I nawet bezbrzeżny, wiekowy smutek na głupiej i kochanej twarzy Matta Smitha tego nie zmienia.

The Day of the Doctor oglądałyśmy – na fanowskiej kanapie u Bianki i Neko, z ciastem i pyszną latte, w otoczeniu kotów, słowem, w idealnych warunkach – w ciszy. Kompletnej. I przerwałyśmy ją tylko dwa razy. Po raz pierwszy przy „No sir, all thirteen!”, po raz drugi, kiedy na ekranie pojawił się Tom Baker. Wtedy, przy pierwszym oglądaniu, wiedziałam, że stało się coś zupełnie fantastycznego, ale zupełnie tego nie czułam – reżyser nie do końca zapanował nad tempem odcinka, ustawienie wszystkich figur na szachownicy przed ostatnim aktem zajęło wieki, Elżbieta I była napisana o dwa kroki za blisko do Czerwonej Królowej, czy mam wymieniać dalej? – i nawet niespecjalnie chciałam i miałam okazję to poukładać w głowie, bo zaraz przełączyłyśmy na BBC Three na cudowne celebracyjne after party, a potem, po powrocie do domu, coś koło trzeciej w nocy, obejrzałam The Five(ish) Doctors Reboot. I padłam.

A kiedy wstałam, a słońce... cóż, chyliło się ku zachodowi (ciężki tydzień, nie pytajcie), włączyłam sobie rocznicowy odcinek do... śniadania z mocnym postanowieniem obejrzenia wybranych fragmentów i skończyłam, jak w przypadku The Big Bang. Na różowej chmurce szczęścia i miłości. Widzicie, pierwszy Moffatowy finał na początku też nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia – niby historia więcej niż zgrabna, fantastyczny wizualnie, doskonały wątek TARDIS, ale, ale – a teraz należy do moich ulubionych. Trudno powiedzieć, czy w ostatecznym rozrachunku The Day of the Doctor znajdzie się na tej liście, ale póki co jestem zachwycona i prawie gotowa powtórzyć za Ninedin – Steven Moffat, I bloody love you.


Czego by nie mówić, obecna ekipa zna swój kanon. Sama ilość nawiązań i mniej lub bardziej widocznych ukłonów w stronę przeszłości może zmienić fana w garść (radosnego) popiołu. Mnie najbardziej ucieszyły oryginalna czołówka i powtórzenie pierwszej sceny z Unearthly Child, echa spotkania Trzech Doktorów pobrzmiewające w interakcjach Wojennego Doktora z Dziesiątym i Jedenastym, i Władcy Czasu nie mający wielkiej sympatii dla Doktora (ani dla trzech, ani dla – o Wszechświecie, wszystkich trzynastu!). To, i buty River, którą niezmiennie kocham. Tom Baker jako stary pszczelarz kustosz i przyszły bądź przeszły Doktor, zajmuje specjalne miejsce w moim fanowskim serduszku, zaraz obok Paula McGanna wracającego na ekran z ostatnimi chwilami Ósmego.

Parę miesięcy temu Moffat pytany o rocznicę, stwierdził, że będzie to odcinek nie tylko świętujący przeszłość, ale też prowadzący Doktora w przyszłość, i tym razem dotrzymał obietnicy. „Powrót” Gallifrey to kontrowersja, która już mocno dzieli fanów. Dla niektórych oznacza zdyskredytowanie cierpienia Doktora. Nie dla mnie. Nie sądzę też, że odbiera to głębię postaci. Więcej - ja jestem za takie rozwiązanie wdzięczna.

Zniszczenie Gallifrey i jego konsekwencje dla Doktora były siłą napędową pierwszych sezonów nowej serii, ale z czasem zaczęły jej coraz bardziej ciążyć. Wydawało się, że są dwie drogi – albo Doktora to powoli zabije (tą drogą szedł Dziesiąty, ten, który żałuje), albo o tym zapomni (Jedenasty, jest tym, który zapomina). Tylko że o czymś takim zapomnieć nie można. I Moffat to pokazał w poprzednich sezonach, kiedy Jedenasty dusił w sobie różne rzeczy i umniejszał ich znaczenie. Ale gdyby naprawdę zapomniał, gdyby serial zaczął udawać, że masowe ludobójstwo to pieśń przeszłości i niewiele więcej niż nieprzyjemne wspomnienie... czy taki Doktor byłby jeszcze Doktorem?

Dla fanów zniszczenie Władców Czasu stało się elementem mitologii. Soniczny śrubokręt nie działa na drewno, Doktor ma dwa serca, Gallifrey spłonął. Dlatego tak dobra jest scena, w której Clara mówi – wiem, powiedziałeś mi, że zabiłeś swoich ludzi, ale nigdy nie wyobrażałam sobie ciebie, jak to robisz. I my też sobie nie wyobrażaliśmy.

Wojenny Doktor, Doktor, który walczył w Wojnie Czasu tak długo, że sam przestał się nazywać Doktorem, nie miał innego wyboru. Wtedy, w tym momencie swojego życia, w dniu, kiedy nie było dobrego wyjścia z sytuacji i dobrej decyzji do podjęcia, musiał użyć Momentu. Samo to, że Moment okazała się mieć świadomość i chęć by wystąpić w roli sędziego i sumienia, nie wystarczyłoby, żeby powstrzymać jego rękę.

Ale wieki poczucia winy, wieki bezsennych nocy, kiedy liczył dzieci, które tamtego dnia zginęły na Gallifrey, wieki ucieczki od i prób zapomnienia, były też wiekami stawania się Doktorem, który mógł ocalić Gallifrey. A stał się nim za sprawą swoich towarzyszy – Rose, która go ocaliła, Marthy, która od niego odeszła, Donny, która miała serce większe, niż jego oba, Amy, której namieszał w życiu i próbował to naprawić, i Clary, która się dla niego poświęciła. I która teraz powstrzymuje jego rękę, przypominając mu o obietnicy, która stoi za jego imieniem. Never cruel or cowardly. Never give up, never give in. A doktorowy Wszechświat przystanie na ten moment kosmicznej łaski. Czego nie mógł zrobić Doktor zniszczony wojną, czego nie mogli zrobić pogrążeni w żałobie Dziewiąty i Dziesiąty, zrobi Jedenasty, który wreszcie przestał uciekać. Jeśli ceną było czterysta lat udręki, to każda minuta była tego warta.

Nie mam słów, które wyraziłyby mój zachwyt tym, co pokazał John Hurt jako Wojenny Doktor i Billie Piper jako Moment jako Rose Tyler jako Bad Wolf. Ich interakcje na ekranie należą do moich ulubionych fragmentów odcinka. Obok tych wymienionych wcześniej. I obok Osgood i królowej, które uratowały się same (co za miła odmiana). I obok... hej, żeby było jasne, ja pamiętam, że The Day of The Doctor ma wady i mogę o nich porozmawiać przy kieliszku, z miłą chęcią, ale w tej chwili nic a nic mnie nie obchodzą.

niedziela, 15 września 2013

Naprawdę nie wiem, czy to, że British Council i Multikino dają nam od czasu do czasu liznąć brytyjskiej sztuki teatralnej, jest wspaniałym prezentem dla wszystkich nadwiślańskich miłośników Melpomene czy może wyrafinowanym okrucieństwem. Tak, tak, byłam w Złotych na „The Audience.” I były też rozentuzjazmowana Dzidka i refleksyjny Zwierz.

Wprawdzie nie opuściłam sali kinowej, unosząc się trzy stopy nad ziemią na różowej chmurce zachwytu (ja i różowe chmurki zachwytu jakoś się ostatnio omijamy, jeśli ktoś ma pomysł, jak to zmienić, chętnie przyjmę wszelkie wskazówki), jak niektórzy widzowie, ale bawiłam się znakomicie i z czystym sumieniem mogę powiedzieć – żałujcie Wy, którzy mogliście się wybrać, a zostaliście w domach*.

Królowa Elżbieta II zgodnie z tradycją co wtorek przyjmuje aktualnego premiera Wielkiej Brytanii na prywatnej audiencji. I pałac i premierzy konsekwentnie milczą o treści tych spotkań, budząc uzasadnioną ciekawość Brytyjczyków. Peter Morgan (The Queen, Frost/Nixon, The Last King of Scotland) uruchomił wyobraźnię i uczynił je kanwą sztuki o monarchii we współczesnym świecie i o ludziach u władzy. A Helen Mirren, Paul Ritter, Richard McCabe i inni utalentowani aktorzy, reżyserowani przez Stephena Daldry (Billie Elliot, The Hours, The Reader), tchnęli życie w słowa.

Morgan bardzo dobrze zna swoje rzemiosło i udało mu się połączyć epizody z sześćdziesięciu lat brytyjskiej historii w zgrabną i momentami błyskotliwą całość. Opowieść płynie wartko, a tekst skrzy się humorem – chociaż jest to humor różnej próby, od łatwego i oczekiwanego żartu z zamiłowania Churchilla do alkoholu po genialną wymianę zdań o prawdziwym turbocie pomiędzy królową i Majorem czy „build me a Rhineland Schloss!” Wilsona.

Niestety, kiedy odłożymy na bok fenomenalne aktorstwo i spojrzymy poza świecidełka – ocierające się o niemożliwość zmiany kostiumów Helen Mirren na scenie, łaskawe w gruncie rzeczy karykatury premierów, zadziorność młodej Elżbiety i campowego marszałka dworu (golly! nie mam pojęcia, jak właściwie przetłumaczyć nazwę stanowiska postaci Geoffrey'a Beeversa, pobieżny gugiel mówi, że senior equerry to połączenie osobistego kamerdynera z zarządcą pałacu) – niewiele nam zostanie do podziwiania.

W gruncie rzeczy Morgan rysuje taki portret Elżbiety, jaki chciałaby zobaczyć publiczność. Pocztówkowy. I pocztówkowe są wygłaszane ze sceny tezy o władzy, rządzeniu, miejscu królowej. Najbardziej widać to chyba w scenach pomiędzy Elżbietą Mirren a Elżbietą-dziewczynką (w tej roli Nell Williams, której karierę trzeba bacznie obserwować), które powinny być tym właściwym „spojrzeniem za kotarę” i nadawać królowej bardziej indywidualnych rysów, a są po prostu miałkie.

I tym sposobem sztuka ma wiele jasnych momentów i ani na sekundę nie pozwala się nudzić, ale brakuje jej ciężaru. Gdyby nie Mirren, która bezdyskusyjnie jest dla „The Audience” sterem, żeglarzem, okrętem, raczej nie zostałaby okrzyknięta na Wyspach jednym z najważniejszych wydarzeń teatralnych tego roku.

 

 

* Możecie jeszcze naprawić swój błąd. 28 września "The Audience" będzie wyświetlana w kinie Amok w Gliwicach, kinie Apollo w Wałbrzychu i kinie Piast w Legnicy. I może gdzieś jeszcze, więc polecam zajrzenie na NTLive.

środa, 28 sierpnia 2013

Są takie dyskusje, które się nie kończą. Już, już wszyscy zainteresowani myślą, że mamy jakiś temat z głowy, co trzeba, zostało napisane, każdy aspekt uwzględniony, problem wybebeszony, kontrowersja, jeśli nie rozwiązana, to skontekstualizowana… ale nie. W tej kategorii znajduje się dyskusja o Strong Female Characters (ostatnio przywrócona to życia przez artykuł Sophii McDougall - Why I Hate Strong Female Characters), która zahacza o tyle kwestii związanych z reprezentacją i obrazem kobiet w mediach, że aż nie wiem, w co ręce włożyć. Potraktujcie to jako wstęp do tematu.

(Notka bogato inkrustowana cytatami, bo wszyscy mają na ten temat coś do powiedzenia. Oczywiście, wyimki wyimkami, ale zachęcam do klikania w linki i przeczytania całych tekstów.)

W filmie dysproporcja udziału między postaciami kobiecymi i męskimi jest bardzo wyraźna (patrzcie i załkajcie!), w książkach powiedziałabym, że nie ma takiego braku równowagi (YA fiction wręcz preferuje bohaterki), natomiast, co warto zaznaczyć, SFC, niechlubne dziecko niedostatecznej kobiecej reprezentacji, nie jest problemem całej produkcji kultury, a genre fiction różnych mediów. Nikt nie szturmuje drzwi Alice Munro czy Larsa von Triera, domagając się różnie rozumianych silnych postaci kobiecych.

Na Katarze i Yue ta dyskusja nie zrobiła wrażenia.

Przez długie lata kobieta w filmach akcji, horrorach czy science fiction była li i jedynie damą w opałach, którą miał uratować i dostać w nagrodę dzielny protagonista. A potem przyszły zmiany społeczne lat 60 i 70 XX wieku (czytaj: rewolucja seksualna i feminizm drugiej fali) i kobiety zaczęły domagać się wyrzucenia damsel in distress na śmietnik zużytych toposów i zastąpienia jej silnymi bohaterkami.

In narrative terms, agency is far more important than “strength” – it’s what determines whether a character is truly part of the story, or a detachable accessory.

(Sophia McDougall, Why I Hate Strong Female Characters)

“Strong” is not an adjective describing that character’s physical or emotional or intellectual strength. It is an adjective describing the potency and depth of the character — in the narrative, not moral sense. A strong character is complicated, flawed, compelling.

(Chuck Wendig, On the Subject of the Strong Female Character)

Tyle że silne („strong”) w tym postulacie oznaczało dobrze napisane (interesujące, wielowymiarowe, realizujące własne cele i posiadające sprawczość w ramach fabuły, zamiast służyć za ozdobnik, zmieniające się pod wpływem doświadczeń itd.), a taka postać może być silna dosłownie (policjantka ze specjalnego oddziału raczej powinna), ale wcale nie musi (jak dziewczyna z sąsiedztwa walcząca o przetrwanie w czasie inwazji kosmitów). Fabryka Snów nie zrozumiała (albo zrozumiała, zadrżała z przerażenia, przekręciła znaczenie) i dała paniom kiepskie maniery, czarny pas w karate oraz szeroki arsenał broni białej i palnej.

Dała im też swobodę seksualną, ale pozorną – bohaterka rzuca dwuznaczne uwagi i chodzi radośnie rozebrana, a pod koniec filmu i tak ląduje z bohaterem, ponownie w roli nagrody, bardziej zresztą atrakcyjnej od zdyskredytowanej słodkiej mimozy z duszyczką białą jak lelija. Nic nie szkodzi, że przy pierwszym spotkaniu dała mu w pysk za wygłoszenie seksistowskiej uwagi. Strong Female Character to kolejna męska fantazja (eskapistyczna i potwierdzająca męskość, jak ta o byciu wybawcą) i tylko tak da się wyjaśnić, dlaczego dziewczyny jak milion dolarów odchodzą w stronę zachodzącego słońca z zakompleksionymi geekami i przeciętniakami metr sześćdziesiąt pięć na palcach, robiącymi za stand-in męskiej widowni/czytelników.

Female characters are expected to be perfect without being perfect, a contradiction that is as nonsensical as it is impossible.

(Seanan McGuire, Characters, criteria, and causation: where the problem lies.)

Ale to w zasadzie początek, a nie koniec kłopotów z SFC. Pozostał problem reprezentacji. Teoretycznie SFC mogłaby być i kobiecą eskapistyczną fantazją. Jeśli w obsadzie mamy pięć kobiet w rolach mówionych, każdą z innym charakterem i pobudkami, to jedna, która klnie jak szewc i rozwiązuje problemy przy pomocy maczety, jest ok. Jeśli mamy SFC jako token character, robi się słabo. Chcemy i powinnyśmy mieć możliwość obcować z postaciami, z którymi możemy się identyfikować czy które mogą nam służyć za wzór, a z SFC identyfikować się nie da, bo wprawdzie robi różne fantastyczne rzeczy i nawet włosy jej się przy tym nie zmierzwią (do czego i owszem, można aspirować), ale nie jest realistycznie napisaną kobietą w takim sensie, w jakim realistyczny jest przeważnie mężczyzna, bo scenarzyście czy autorowi wydawało się, że „silna” załatwia sprawę. Stąd też długa, popkulturowa tradycja, w której kobiety, będące widzami i czytelniczkami, identyfikują się z postaciami męskimi – wszyscy mamy tendencje do identyfikowania się z głównymi bohaterami i jeszcze większe – do identyfikowani się z postaciami pełnokrwistymi, a nie papierowymi, które można zastąpić wyciętą z kartonu sylwetką.

“Strength,” in the parlance, is the 21st-century equivalent of “virtue.” And what we think of as “virtuous,” or culturally sanctioned, socially acceptable behavior now, in women as in men, is the ability to play down qualities that have been traditionally considered feminine and play up the qualities that have traditionally been considered masculine. “Strong female characters,” in other words, are often just female characters with the gendered behavior taken out. This makes me think that the problem is not that there aren’t enough “strong” female characters in the movies — it’s that there aren’t enough realistically weak ones. You know what’s better than a prostitute with a machine gun for a leg or a propulsion engineer with a sideline in avionics whose maternal instincts and belief in herself allow her to take apart an airborne plane and discover a terrorist plot despite being gaslighted by the flight crew? A girl who reminds you of you.

(Carina Chocano, A Plague of Strong Female Characters)

Pozostał problem pisania SFC jako tej innej niż reszta kobiet. Ona nie jest taka, jak te wszystkie dziewczyny, bo dziewczyny są płoche, głupie, rozmawiające tylko o ciuchach i odżywkach do paznokci i w ogóle nic nie warte. Dyskredytowanie kobiecości, stawianie cech męskich nad kobiecymi i pisanie postaci jako „jednej z chłopaków,” tylko jeszcze bardziej alienuje odbiorczynie, które ani nie są „jednym z chłopaków,” ani by nim być nie chciały.

Pozostał – tym razem po drugiej stronie, stronie krytyki – problem podwójnych standardów. Bohater-mężczyzna jest oceniany jako postać, bohaterka jako postać kobieca. I dziwnym trafem kryteria jej oceny są o wiele surowsze (także, przyznaję z przykrością, w części krytyki feministycznej). Nie zliczę, ile razy widziałam narzekania, że Natasha w „The Avengers” była słaba, niepotrzebna i tylko wyglądała, a przecież to postać z backstory, osobistą motywacją do działania (ba, podwójną – odkupienie dawnych grzechów przez pracę dla SHIELD i wyciągnięcie Hawkeye'a z tarapatów), charakterem (moja ulubiona jej cecha to brak poczucia humoru) i mająca rzeczywisty wpływ na przebieg wydarzeń. Tymczasem wszyscy roztkliwiają się nad emocjami Tony'ego Starka dokonującego heroicznego poświęcenia, a krzywią na emocje Czarnej Wdowy po ucieczce przed Hulkiem. Co się baba mazgai. Nie zapytam, gdzie sens, gdzie logika, bo nie ma tu ani jednego, ani drugiego.

We need to criticize female characters and female writers, sure, so long as we're not criticizing them first and foremost for being women.

(Holly Black „Ladies ladies ladies”)

That doesn’t mean that I think imaginary women, any more than real women, should be exempt from criticism, but I think audiences should keep in mind that there isn’t an even playing field. ‘I wish the writing for (This Lady) was stronger, or that they’d done more with her backstory, or I liked this element of her and wanted it expanded on’ means a lot more to me than seeing yet another ‘I hate This Lady’—even if this particular ‘I hate This Lady’ comes from feminist frustration. I’d like us all to keep in mind that we all (me definitely included) find it easier to dismiss or demonise ladies, given half a chance.

(Sarah Rees Brennan, komentarz do „Why I Hate Strong Female Characters” na tumblrze autorki)

Mam nieprzyjemne wrażenie, że użycie terminu Strong Female Character niebezpiecznie zbliża się do używania terminu Mary Sue – jako uniwersalnego sposobu na zlekceważenie właściwie dowolnej bohaterki. Jeśli miałabym coś postulować (poza domaganiem się głośno i wyraźnie więcej, róznych i lepiej pisanych kobiet w filmach), to nie odejście od silnych bohaterek, ale promowanie i fetowanie tych, których prawdziwa siła niekoniecznie leży w sprawności fizycznej, chociaż i tej im nie brakuje. Jest tyle wspaniałych kobiet i dziewczyn! Katniss Everdeen z trylogii The Hunger Games. Katara z Avatar: The Last Airbender (serialu, nie rozmawiamy o filmie, jakim filmie). Ripley. Buffy. Balsa z Seirei no Moribito. Arya czy Brienne z Gry o tron. Wszystkie małe dziewczynki. Starbuck z BSG. Mako Mori z Pacific Rim. Wymieniajcie razem ze mną...

 

 

I jeszcze do poczytania, mniej lub bardziej wokół tematu:

Greg Rucka Why I Write „Strong Female Characters”

Zoë Marriott Real Girls, Fake Girls, Everybody Hates Girls

Noida Cudowne i wspaniałe i wcześniejsza Bo ja nie jestem jak inne

Stray Alchemis Drzazgi w oku

Ireneusz Gajek Niewiasta słowem i czynem silna

Shana Mlawski Why Strong Female Characters are Bad for Women

Helena Sheffield The Importance Of Strong Female Characters

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Napisz do mnie!