kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
niedziela, 21 czerwca 2015

Humans, scen. Sam Vincent, Jonathan Brackley

Äkta människor, scen. Lars Lundström

humans

Amerykanie coś nie mają ostatnio ręki do remake'ów europejskich seriali. „Gracepoint” nie powtórzyło sukcesu „Broadchurch,” mimo kręcenia sceny po scenie za oryginałem i zatrudnienia Davida Tennanta. „The Returned” nie udało się odtworzyć niepokojącej atmosfery, która należy do największych atutów „Les Revenants”. Oba seriale zostały skasowane po pierwszym sezonie. Dlatego kiedy przeczytałam, że powstaje remake szwedzkiego serialu science fiction „Äkta människor” („Prawdziwi ludzie”), wzruszyłam tylko ramionami. Moje zainteresowanie wzbudziła dopiero informacja, że „Humans” to koprodukcja amerykańsko-brytyjska, a na ekranie zobaczymy całą plejadę brytyjskich aktorów.

„Äkta människor” opowiada o alternatywnej teraźniejszości, w której postęp nauki pozwolił na stworzenie humanoidalnych robotów, mogących zastąpić ludzi w większości prac. Huboty (od „human robots”) budzą różne reakcje – niektórzy akceptują je jako kolejną ułatwiającą życie technologię, inni protestują przeciw „odbieraniu” ludziom pracy, a są też tacy, którzy zaczynają walczyć o prawa dla robotów. Rodzina Engmanów uczy się żyć ze swoim pierwszym hubotem - Anitą, ich sąsiad Roger ma problemy z przystosowaniem się do nowej rzeczywistości, a emeryt Lennart jest przywiązany do swojego towarzysza i opiekuna Odiego i nie chce go wymienić na nowszy model. Tymczasem grupa wyjątkowych hubotów szuka bezpiecznego schronienia do realizacji własnych planów.

Akcja serialu toczy się powoli, pozwalając widzom przyglądać się zmianom i wyzwaniom, które stanęły przed szwedzkim społeczeństwem wraz ze wprowadzeniem na rynek hubotów. Pojawiają się kwestie odpowiedzialności prawnej, dyskryminacji, seksualności, uprzedzeń i wreszcie tego, co właściwie znaczy być człowiekiem. Pięknie wieloznaczny jest sam tytuł serialu – czy prawdziwi ludzie, to ludzie w świecie, gdzie żyją razem ludzie i roboty, to ci, którzy aspirują do człowieczeństwa, niezależnie od tego, z czego są zbudowani, czy wreszcie przeciwnicy hubotów, którzy zaanektowali nazwę „Prawdziwi ludzie” do celów politycznych?

„Äkta människor” wprowadzili też jednego z ciekawszych bohaterów, jakich w ciągu ostatnich lat widziałam na ekranie – nawet nie dlatego, kim jest, ale dlatego, jak toczy się jego historia. Nie będę tutaj zdradzała żadnych szczegółów, więc żeby poznać Leo, musicie sięgnąć po serial. I to oryginalną szwedzką wersję, bo nie ma żadnej gwarancji, że w wersji angielskiej wydarzenia będą przebiegały tak samo. A właśnie. Jestem po pierwszym odcinku „Humans” i podoba mi się to, co zobaczyłam. Przy wszystkich swoich zaletach „Äkta människor” bywa nierówne scenariuszowo – niektóre wątki są niepotrzebnie rozciągnięte, inne potraktowane zbyt powierzchownie, a postaci jest zwyczajnie zbyt dużo, żeby cały czas nie tylko spójną narrację, ale też dobre tempo. Pierwszy sezon „Humans” ma mieć osiem odcinków – o dwa mniej niż oryginalny serial, i od razu to widać. Z jednej strony, „Humans” nie może poświęcić na budowanie napięcia tyle czasu ekranowego, co „Äkta människor.” Z drugiej, ograniczenie wymusza „gęstszy” scenariusz.

Twórcy „Humans” okroili obsadę i przekonstruowali niektóre elementy oryginalnej historii – trudno na razie stwierdzić, jak głęboko idą zmiany. Główni bohaterowie pozostali tacy sami – Leo, Anita, zapracowana prawniczka i matka Laura Hawkins (w oryginale nosząca imię Inger) i jej rodzina, oraz George Millican (w oryginale – Lennart). Przy czym George w „Humans” ma już nieco inną historię i jest związany z programem naukowym, który doprowadził do powstania synthów (tutaj huboty nazywane są synthami – syntetic humans, muszę powiedzieć, że wolę szwedzką nazwę). Sfrustrowany Pete (Roger) dostał pracę innego bohatera, chociaż wydaje się, że jego wątek będzie taki, jak w „Äkta människor”, a hubotki Niska i Flash są zdaje się teraz jedną postacią. To ostatnie wydaje mi się wyjątkowo interesujące, bo trudno o bardziej odmienne bohaterki niż wyrachowana i brutalna Niska i szukająca miłości, akceptacji i zwykłego życia Flash.

Lista utalentowanych ludzi, stojących za „Humans,” jest imponująca. Sprawdźcie sobie sami, kto i przy czym pracował (człowiek szybko przestaje się dziwić, że ten serial tak rewelacyjnie wygląda, wystarczy parę minut przeglądania), ja wspomnę tylko, że za ścieżkę dźwiękową jest odpowiedzialny Cristobal Tapia de Veer, który napisał muzykę do „Utopii,” i napiszę parę słów o castingu. Przede wszystkim cieszy mnie obsadzenie Colina Morgana w roli Leo – to jest rola, którą trzeba dźwigać i wydaje się, że młody Irlandczyk doskonale sobie z nią poradzi. Katherine Parkinson („IT Crowd”) przejmuje pałeczkę po Pii Halvorsen, William Hurt po Stenie Elfströmie, a Neil Maskell („Utopia”) po Leifie Andrée, i przed nimi wszystkimi stoi spore wyzwanie, bo szwedzcy aktorzy stworzyli zniuansowane i zapadające w pamięć role. Póki co jestem pod wrażeniem gry Hurta, który prostymi środkami pokazuje kruchość swojego bohatera.

Dzisiaj wieczorem Channel 4 pokaże drugi odcinek. Czekam bardziej niż na „Jonathana Strange'a i pana Norrella.”

sobota, 23 maja 2015

Becky Chambers „The Long Journey to a Small, Angry Planet”

(Chyba będę musiała przeprosić się troszeczkę z self-publishingiem, bo po „Marsjaninie” Weira dostałam do rąk kolejną świetną książkę, która najpierw trafiła do czytelników tą właśnie drogą.)

(Jeśli nie chce Wam się czytać całej recenzji - Vox Day na pewno nienawidzi tej powieści, a kobiety niszczą science fiction.)

Rzadko trafia się powieść, której tytuł tak adekwatnie opisuje zawartość. Wayfarer jest niewielkim statkiem kosmicznym wyspecjalizowanym w tworzeniu tuneli czasoprzestrzennych dla regularnego ruchu kosmicznego. Korzystają z nich później statki pasażerskie, wojenne i handlowe. Kiedy Galactic Commons (taka unia międzyplanetarna) decydują się wejść w przymierze z Toremi Ka, jednym z klanów inteligentnego gatunku nie biorącego do tej pory udziału w galaktycznej polityce i pogrążonego od wielu standardowych lat w wojnie domowej, potrzebny jest nowy tunel pomiędzy terytorium GC a częścią kosmosu należącą do Toremi. Wayfarer dostaje bardzo lukratywny kontrakt i wyrusza w długą, długą podróż do systemu słonecznego, gdzie ma otworzyć tunel.

Jeśli wydaje Wam się, że na pokładzie Wayfarera znajdzie się przypadkiem Wybraniec, załoga odkryje międzygalaktyczny spisek, w wyniku błędu nawigacyjnego trafi do alternatywnej rzeczywistości albo przynajmniej przyczyni się do rozwiązania konfliktu zbrojnego Toremi, to możecie się rozczarować. Wprawdzie statek zyskuje przed wyruszeniem w drogę nowego członka załogi, ale jest nim asystentka biurowa, do której zadań należy uporządkowanie archiwów statku, prowadzenie bieżącej dokumentacji i nadzorowanie wydatków, i która tym się właśnie zajmuje. Rosemary, bo tak się nazywa, pochodzi z bogatej ludzkiej kolonii na Marsie, i to jej pierwsza praca poza planetą.

Taka postać umożliwia wygodnie przedstawienie świata powieści czytelnikowi, który też jest w nim przecież potrzebującym wyjaśnień nowicjuszem. Jednak narracja nie skupia się tylko na punkcie widzenia Rosemary. Wayfarera, Galactic Commons, odwiedzane planety i spotykane po drodze obce rasy oglądamy z perspektywy wszystkich członków bardzo zróżnicowanej załogi, w której skład wchodzi sympatyczna Sztuczna Inteligencja, Exodianie (kiedy Ziemia zmierzała ku samozagładzie, bogacze uciekli na Marsa, a pozostali, którzy przeżyli, lata później wyruszyli w kosmos, bez żadnego określonego celu i na wszystkich nadających się do tego statkach, żeby szukać nowego domu, i zapewne wszyscy by zginęli, gdyby nie to, że przypadkiem natrafiła na nich jedna ze starych ras należących do GC - stąd mamy Marsjan i Exodian) - kapitan-pacyfista, dwójka techników i biotechnolog, przedstawiciel wymierającego gatunku Grum będący lekarzem pokładowym i kucharzem jednocześnie, jaszczurokształtna pilotka i bardzo wyjątkowy nawigator - a w zasadzie bardzo wyjątkowi nawigator.

Co oni wszyscy robią, skoro nie ratują Galaktyki? Głównie wykonują swoją pracę, żyją swoim życiem i starają się o dobrą atmosferę na pokładzie, mimo trudności jakie sprawia koegzystencja różnych gatunków i kultur. Jeśli kiedykolwiek podczas lektury czy seansu filmowego przyszło Wam do głowy, że całego zamieszania i co najmniej połowy tragicznych zgonów można byłoby uniknąć, gdyby bohaterowie ze sobą rozmawiali i nie używali przy tym piętrowych metafor, znaczących spojrzeń i zupełnie nieuzasadnionych przemilczeń, „The Long Journey to a Small, Angry Planet” będzie balsamem na Waszą duszę. Mimo że w świecie wykreowanym przez Chambers nie brakuje wojen, ubóstwa, gatunkizmu i fanatyzmu religijnego, pieniądz w dalszym ciągu rządzi światem, i nie wszyscy członkowie załogi Wayfarera są troskliwymi misiami (biotechnolog, świetny profesjonalista, ma zdecydowanie nieprzyjemny charakter i ciężko mu się współpracuje z kimkolwiek, a nawigator są odludkiem, rzadko opuszczają swoją kwaterę i ich religia jest dla innych gatunków... kontrowersyjna), to jednak dawno nie spotkałam się z tak pozytywnym i optymistycznym spojrzeniem na ludzkość/inteligentne gatunki.

Powieść ma epizodyczny charakter, niektóre spotkania po drodze mają mniejszy, inne większy wpływ na załogę. Każdy z bohaterów ma swoje pięć minut, ale nie wszystkie wątki są równie udane. Nie chciałabym tutaj zdradzać szczegółów, ale jest taki moment, gdzie autorka wyraźnie cofa się przed pokazaniem i oceną pewnego wydarzenia z perspektywy postaci, którą ono najbardziej dotknęło. Skoro już się podejmuje problem etyczny, w perspektywie praw indywidualnych i w perspektywie międzykulturowej, to dobrze by było faktycznie nad nim przysiąść, a nie poniekąd zamieść kontrowersje pod dywan. To w sumie jedyne większe ale, które mam wobec „The Long Journey to a Small, Angry Planet,” poza okazjonalną tęsknotą za jakimś malutkim ratowaniem świata (cóż, jako czytelnicy jesteśmy przyzwyczajeni do pewnych rozwiązań). Natychmiast po przeczytaniu ostatniej strony pomyślałam, że mogłabym przeczytać kolejnych dwieście, albo i więcej, bo przecież historia Wayfarera wcale się nie skończyła i bohaterowie, których zdążyłam szczerze polubić, po ostatniej kropce wyruszyli znów w drogę. Ciekawe, co tam u nich.

sobota, 31 stycznia 2015

Slings and Arrows (2003-2006), reż. Peter Wellington, scen. Susan Coyne, Bob Martin, Mark McKinney, wyst. Paul Gross, Martha Burnes i Stephen Quimette

W notce nie ma spojlerów, bo chcę żebyście przeczytali i jak najszybciej poszli oglądać.

W 1989 roku Richard Eyre wystawił „Hamleta” na scenie londyńskiego National Theatre. Rolę tytułową powierzył Danielowi Day-Lewisowi, z którym trzy lata wcześniej współpracował przy doskonale przyjętych „Futurystach.” Przedstawienie trwało cztery godziny, a Gertrudę zagrała Judie Dench. Pierwsze recenzje były mieszane – krytycy dość powszechnie chwalili reżyserską wizję sztuki („It combines wit and intelligence with a grasp of the play's huge Gothic structure” Michael Billington, The Guardian; „[It is a] triumph of intelligence, full of attentiveness and inspiration.” Peter Kemp, The Independent) i występ Dench, ale Day-Lewis spotkał się z chłodnym przyjęciem. Aktor miał doskonałe warunki fiyczne do roli („everyone's picture-book idea of Hamlet” ponownie MB), ale jego interpretacji Hamleta brakowało głębi. Recenzenci przypominali o ograniczonym doświadczeniu szekspirowskim Day-Lewisa i załamywali ręce nad sposobem, w jaki obchodził się z szespirowską frazą („We lose the poetry” John Peter, The Sunday Times).

Ostatecznie przedstawienie nie było ani klapą, ani sukcesem, i pamięć o nim przetrwałaby tylko w archiwach National Theatre i przypisach w książkach poświęconych historii brytyjskiego teatru, gdyby nie jedno wydarzenie. 5 września, podczas konfrontacji z Duchem, Daniel Day-Lewis przeżył załamanie nerwowe, zszedł ze sceny i od tamtej pory nie wrócił na deski teatru. W późniejszych latach aktor odżegnywał się tego, co mówił bezpośrednio po incydencie, a mianowicie, że w miejscu, gdzie stał David Burke grający króla Hamleta, zobaczył ducha swojego zmarłego ojca („[It was] a very vivid, almost hallunicatory moment in which I was engaged in a dialogue with my father … but that wasn't the reason I had to leave the stage. I had to leave the stage because I was an empty vessel. I had nothing in me, nothing to say, nothing to give.” The Guardian, 2003; „I may have said a lot of things in the immediate aftermath and to some extent I probably saw my father’s ghost every night, because of course if you’re working in a play like Hamlet, you explore everything through your own experience. (…) So yes, of course, it was communication with my own dead father. But I don’t remember seeing any ghosts of my father on that dreadful night!” Time, 2012).

Ale czego by nie mówił, anegdota żyje własnym życiem, a ucieczka Day-Lewisa ze sceny pozostaje jedną z najsłynniejszych współczesnych anegdot teatralnych. I na dodatek posłużyła za inspirację przy tworzeniu postaci Geoffreya Tennanta, głównego bohatera serialu „Slings and Arrows,” o którym ma być ta notka. Po rozstaniu się z „Mozart in the Jungle,” który jest jak na razie najbardziej uroczym nowym serialem sezonu, mimo silnej konkurencji ze strony „Galavanta”, byłam na głodzie i ten głód zaprowadził mnie do „Slings and Arrows.” Kanadyjskiego serialu o fikcyjnym festiwalu szekspirowskim. Naprawdę nie wiem, jak mogłam być do tej pory nieświadoma jego istnienia.

Geoffrey Tennant zostaje tymczasowym dyrektorem artystycznym New Burbage Festival siedem lat po tym, jak grając Hamleta przeżył na scenie załamanie nerwowe, wskoczył do grobu Ofelii (znaczące, ale sza), uciekł z teatru i wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Będzie musiał zmierzyć się z duchami przeszłości (także bardzo dosłownie), wyreżyserowaniem niedokończonej produkcji nieufnością zespołu i odnalezieniem duńskiego księcia w młodym gwiazdorze filmowym, który został zatrudniony tylko po to, żeby ściągnąć na festiwal większą publiczność. Tak mniej więcej przedstawia się fabuła pierwszego sezonu. „Slings and Arrows” ma ich tylko trzy, po sześć odcinków sezony, a akcja obraca się wokół wystawiania kolejnych sztuk – Hamleta oczywiście, Makbeta i Króla Laera.

Teatr jest wysiłkiem wspólnym – reżyserów, aktorów, inspicjentów, scenografów, kostiumologów, makijażystów, suflerów, choreografów, administracji, personelu pomocniczego i dramatopisarzy – i „Slings and Arrows” dobrze to pokazuje. Geoffrey, brawurowo zagrany przez Paula Grossa („Due South”), jest bijącym sercem serialu - po trosze powracającym synem marnotrawnym, po trosze niechętnym do rządzenia księciem, po trosze człowiekiem, który może być geniuszem, ale może być też szaleńcem – ale nie byłoby „Slings and Arrows” bez Ellen – doświadczonej aktorki, Richarda – dyrektora finansowego, Anny – administratorki o złotym sercu, Marii – inspicjentki, Olivera – byłego przyjaciela i mentora Geoffreya, Cyrila i Franka – parę teatralnych weteranów, Jerry'ego – sympatycznego aktora drugiego planu, Darrena Nicholsa – doskonale sprzedającego się reżysera, Nahuma – który jest więcej niż ochroniarzem, Kate, Jacka, Sophie – młodych aktorów... zauważyliście, że jestem na najlepszej drodze do wymienienia dokładnie wszystkich postaci?

Susan Coyne (grająca Annę), Bob Martin (pojawiający się w dwóch odcinkach jako korporacyjny księgowy Terry) i Mark MacKinnley (grający Richarda), wszyscy troje ze znaczącym doświadczeniem teatralnym, napisali „Slings and Arrows” w taki sposób, że każdy z bohaterów, nawet ten, który nie ma osobnego wątku, jest żywy, prawdziwy i dający się lubić, mimo dziwactw i słabości. I tak, na przykład, na ekranie nigdy nie mówi się o związku Franka i Cyrila (serial zajęty jest piętnastoma innymi wątkami jednocześnie w dowolnie wybranym momencie – brzmi to może strasznie, ale doskonale oddaje chaos produkcji teatralnej), ale się go pokazuje. I nie mówi się o tym, jak niezastąpiona jest Maria, ale na ekranie Maria wykonuje tytaniczną i niewdzięczną pracę. I nie mówi się o Nahumie, ale to, co widzimy, wystarczy i za komentarz o życiu kulturalnym i artystycznym w Kanadzie, i na doskonały pomysł na serial, który nigdy nie powstanie.

Szekspir w „Slings and Arrows” nie jest tłem ani dekoracją. Mamy cytaty z Szekspira, mamy żarty z Szekspira, mamy dyskusje o Szekspirze i nawiązania do Szekspira, mamy nawet piosenki o sztukach Szekspira (i wszystkie są prześmieszne i świetnie nadają się do nucenia), a przy tym – nie wiem, czy mi teraz uwierzycie – serial nie alienuje widzów, którzy nie mają specjalnej znajomości dzieł barda.

Każda produkcja na scenie New Burbage Festival jest polem artystycznych konfliktów i prób odczytań, nie mniej ważnych niż osobiste perypetie bohaterów, a i w życiu postaci pojawiają się wątki szekspirowskie – pycha, słabość i szaleństwo (choroba psychiczna) – wplatane zręcznie przez scenarzystów, którzy do serca wzięli sobie, że świat jest teatrem, aktorami ludzie. I może jeszcze to, że życie jest tylko przechodnim półcieniem, bo „Slings and Arrows,” w najlepszej tradycji wybitnych komedii, nie cofa się przed mówieniem o spawach najważniejszych i ostatecznych.

Śmiech i łzy, życie i śmierć. Ot, cały Szekspir.

piątek, 24 października 2014

Wylał się z Internetu na mój ekran bełkot przeraźliwy, a potem mi wyjaśniono, że to nie bełkot, tylko felieton, i nie przeraźliwy, tylko prawdziwy – autor napisał go dla stołecznej Wyborczej i dostał za niego pieniądze. Gwarantuję Wam, jeśli przeczytacie (klik?), zaraz zrozumiecie, jak mogłam się aż tak pomylić.

Blanche DuBois doesn't have time for this nonsense.

Ale nie musicie czytać, ja Wam zaraz pięknie opowiem, o co tam chodziło. Otóż Maciej Nowak, krytyk teatralny i kulinarny, dostał zaproszenie na transmisję kinową „Tramwaju zwanego pożądaniem” z Young Vic w ramach NT Live. Dostał i uniósł się świętym oburzeniem, bo teatr w kinie, to upadek kultury i cywilizacji, i trzeba nam szaty drzeć i płakać krwawymi łzami. Alternatywnie, jak pan krytyk, rzucać gromy na głowy organizatorów i dyrekcję National Theatre w Londynie. Zapytacie może naiwnie, dlaczego? A dlatego, że sztuka ma swoje miejsce i najwidoczniej jest to miejsce na piedestale i wśród marmurów. Dlatego też wystawa fotografii w galerii handlowej to nie wystawa, książka sprzedawana w hipermarkecie traci wszelkie walory artystyczne, a w kinie nawet Antonioni się liczy, jeśli choć jedna osoba na widowni je popcorn...

Mogę zrozumieć teatromana, który nie lubi retransmisji. Jakby nie patrzeć, jest to inne doświadczenie i na reżyserię nakłada się jeszcze realizacja nagrania. Mogę zrozumieć purystę językowego, dla którego jak galeria, to tylko sztuki. Mnie samą irytują studia paznokci i tym podobne potworki. Mogę zrozumieć bibliofila, który kocha buszować pomiędzy regałami i dyskutować z księgarzami, a pełnię szczęścia osiąga tylko w antykwariatach. De gustibus, lubisz wąchać papier, wąchaj, nikomu nic do tego. Czego nie mogę zrozumieć, to jak człowiek, który profesjonalnie obraca się w kulturze i powinien znać jej współczesne bolączki, ale i otwierające się przed nią nowe możliwości, może wykazać się w dwóch akapitach (reszta to czyste-żywe pompowanie wierszówki) taką ignorancją, arogancją, nierzetelnością i zwykłym snobizmem.

Na początek z felietonu można wynieść wrażenie, że NT Live to skandaliczna nowinka, tymczasem projekt rozpoczął się pięć lat temu projekcją „Fedry” z Helen Mirren, a międzynarodowy rozgłos zdobył transmisjami najpierw „Frankensteina” Danny’ego Boyle’a, a następnie „Makbeta” Kennetha Branagha i „Coriolana” Josie Rourke z Tomem Hiddlestonem. NT Live umożliwia milionom ludzi na świecie (tak, liczba widzów idzie już w miliony) kontakt z najgłośniejszymi i najlepszymi tytułami z londyńskich scen, a „telewizyjne buzie,” którymi „epatuje” i obrzydza życie Maciejowi Nowakowi to aktorzy o często imponujących karierach teatralnych i laureaci najbardziej prestiżowych nagród w branży.

Pomińmy już pytanie, czy krytyk teatralny (i kulinarny) tego nie wie, co byłoby dość żenujące, czy świadomie pomija fakty i wprowadza w błąd czytelnika, który znajomości brytyjskiego teatru mieć nie musi. Tym, co mnie martwi, jest założenie, że jeśli ktoś idzie do teatru na znaną twarz, najwidoczniej nie jest wart tego, żeby z teatrem mieć w ogóle kontakt, nawet parszywy-bo-kinowy. Miałam przywilej oglądać młodych ludzi, wchodzących do sali kinowej na ulubionego aktora – powód dobry, jak każdy inny – a wychodzących z Szekspirem. Kto mi pokaże, kiedy coś takiego ostatnio osiągnęła polska scena?

Sporo się mówi i pisze o marnej kondycji kultury w Polsce. Najgłośniejsze są oczywiście biadania nad stanem czytelnictwa, ale wszyscy pamiętamy zeszłoroczny raport GUS „Kultura 2012” i zawrotne sumy, jakie statystyczny Polak przeznacza na kulturę (niech przypomnę – na kino, teatr i instytucje muzyczne łącznie wypada 22 złote polskie rocznie na osobę w gospodarstwie domowym). Tymczasem felietonista Nowak zaciekle broni wartości artystycznej, która podejrzanie łączy się z odpowiednio elitarną oprawą i odpowiednio elitarnym dostępem. Bilet na spektakl w ramach NT Live kosztuje dwa-trzy razy mniej od biletu na przedstawienie w którymś z warszawskich teatrów. Możecie sobie wyobrazić, ile kosztowałby bilety gdyby National Theatre przyjechał do Polski z gościnnymi występami (nonsensowny pomysł), i nawet nie chcę liczyć, ile kosztuje teatralna wycieczka do Londynu... a nie, tutaj nie muszę liczyć, mogę Wam powiedzieć, bo akurat byłam w tym roku. Więcej niż roczna suma, którą Polak średnio wydaje na kulturę.

Co mnie ujęło w londyńskich teatrach to to, jak mało tam nadętej atmosfery obcowania ze Sztuką przez duże Sz i jak dużo zwykłego szacunku wobec wykonawców i widzów. Normą jest, że na widownię wnosi się kupione w teatralnym barze napoje, w tym jakże nieeleganckie piwo, i przekąski. Również normą jest, że nie są one chrupiące, pachnące intensywnie, ani pakowane w szeleszczące opakowania, żeby nasza konsumpcja nie przeszkadzała innym. Brytyjska widownia milknie wraz ze zgaszeniem świateł – warszawskiej zdarza się gadać do pierwszych słów ze sceny i dłużej – ma wyciszone telefony komórkowe i nie odbiera ich podczas trwania spektaklu (pozdrawiam panią, która koniecznie musiała pochwalić się przez telefon, że jest w teatrze, w połowie pierwszego aktu „Tramwaju zwanego pożądaniem” w Ateneum). Jakby się zastanowić, nie dziwota, że to właśnie z kraju takiego kulturalnego upadku przywleczono do nas tę zarazę, którą jest NT Live, prawda?

 

 ***

 

Czysto informacyjnie i z niekłamaną przyjemnością: w tym roku Multikina w całej Polsce pokażą jeszcze „Medeę” Carrie Cracknell z Helen McRory 28 października, „Frankensteina” Boyle'a z Benedictem Cumberbatchem i Jonnym Lee Millerem 31 października, „Prześwit” Stephena Daldry'ego z Billem Nighym i Carey Mulligan (bardzo polecam, miałam okazję zobaczyć na żywo i pewnie wybiorę się na retransmisję) 13 listopada, i ponownie „Tramwaj zwany pożadaniem” Benedicta Andrewsa z Gillian Anderson 20 listopada, ponieważ spektakl, uwaga, uwaga, spotkał się u nas z dużym zainteresowaniem. Zachęcam też do rozejrzenia się w ofercie kin studyjnych – może się okazać, że macie do Londynu bliżej, niż Wam się wydawało.

A popis Nowaka skomentowały też Szprota i Zwierz, obie słusznie skupiając się na snobistycznej postawie krytyka, a Ysabell napisała, co w ramach NT Live i MET Live warto zobaczyć, bardzo polecam.

niedziela, 07 września 2014

Lauren Beukes, Broken Monsters (2014)

Jestem dzisiaj miłą blogerką i w notce nie ma spojlerów. Za to jest króciutka.


Wiecie, że Lśniące dziewczyny Lauren Beukes wyszły w tym roku po polsku? To już wiecie i, jeśli macie ochotę, możecie wesprzeć rodzimy rynek wydawniczy. A ja tymczasem podzielę się z Wami wrażeniami po lekturze nowej powieści południowoafrykańskiej pisarki. W Broken Monsters dostajemy groteskowe zbrodnie, trudne relacje rodzinne i szkice z życia we współczesnej Ameryce.

Detektyw Gabriella Versado pracuje w policji w Detroit – “the number one Death-of-America pilgrimage destination” – i samotnie wychowuje nastoletnią córkę. Odkrycie makabrycznie okaleczonego ciała niedawno zaginionego chłopca – a mówimy tu o poziomie makabry, którego nie powstydziłby się fullerowski Hannibal – oznacza dla niej nadgodziny, przepychanki z mediami i miejscowymi władzami oraz walkę z czasem. Wszystko wskazuje na to, że pojawią się kolejne ofiary.

Beukes wraca do tematów, które pojawiały się w Lśniących dziewczynach. Po raz kolejny bardzo ważną rolę gra miasto – tutaj realizujące swój medialny obraz i mu zaprzeczające, gdzieś pomiędzy finansową i fizyczną ruiną, rozbuchaną sceną sztuki alternatywnej, a codziennym życiem zwykłych mieszkańców, którzy jakoś sobie radzą albo odchodzą i których nie zobaczymy w reportażach pełnych industrialnych ruin. Po raz kolejny pojawia się element fantastyczny, niewyjaśniony fenomen, będący katalizatorem wydarzeń. I po raz kolejny, niestety, powieść jest trochę przygnieciona ciężarem swoich ambicji.

Chicago w „Lśniących dziewczynach” zmieniało się, tak jak zmieniało się amerykańskie społeczeństwo na przestrzeni lat. Detroit w Broken Monsters jest rozprawką o życiu po upadku amerykańskiego snu. Upadku obfotografowanego i opisanego z każdej strony, rozmienionego na tweety, hashtagi i klikalność. Beukes bardzo dobrze „łapie” świat odbity w soczewce mediów społecznościowych. Cynizm Jonno, dziennikarza i blogera, który przyjechał do Detroit, żeby podnieść z ruin swoje życie i karierę, nie zrobi na nas takiego wrażenia, jak słowa Layli, wszędzie indziej po młodzieńczemu pryncypialnej i idealistycznej córki Gabrielli, która powie, że Szekspir dzisiaj nie miałby racji. To nie świat jest sceną, świat jest zaledwie miejscem prób przed wystąpieniem w sieci.

Broken Monsters to książka, której się nie czyta, a książka, którą się pochłania. Beukes jest precyzyjna w opisach i celna w obserwacjach, a w jej narracji, mimo ponurej tematyki, nie brakuje ciętego humoru. Jej bohaterki wpisują się w popularne archetypy – policjanta (tu: policjantki), którego praca odbija się negatywnie na życiu prywatnym i nastolatkę, która serce i głowę ma we właściwych miejscach, a i tak pakuje się w kłopoty – ale są na tyle dobrze napisane, że możemy im kibicować i współczuć.

Szkoda, że pewien nadmiar wątków i komentarzy sprawia, że niektóre tematy są niedokończone, podjęte i porzucone, a momentami powieść czyta się bardziej jak esej, niż jak fabułę. Broken Monsters przydałoby się albo wyrzucić z pięćdziesiąt stron albo kolejne sto dopisać – wtedy przybrałaby naprawdę pokaźne rozmiary, jak na letni kryminał z domieszką fantastyki i horroru, ale czytałabym, och, czytałabym.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Dziś będzie krótko i doktorowo.

Spojlery do Deep Breath.


Wcale się nie dziwię nostalgii Rusty za złotą Doktorową erą na okolicznych blogach, ale z tamtych nie tak znowu odległych czasów brakuje mi nie tylko dyskusji, ale przede wszystkim entuzjazmu – mojego prywatnego entuzjazmu. I dlatego obowiązkowa notka Doktorowa pojawia się z opóźnieniem i już na wstępie nie mogę obiecać, że będą następne. Kiedy pisałam o szóstym sezonie, wyczekiwałam każdego nowego odcinka. I nieważne, że mógł okazać się średni albo opowiadać klasyczną fabułę (akurat własne wersje znanych fabuł Doctor Who robi często, chętnie i ku mojej wielkiej radości). Sobota! Doctor Who! Nowa wspaniała przygoda! Dooo-weee-oooo!

A po siódmym sezonie jestem trochę zniechęcona. Nie dlatego, że był zły. Mieszają się tam pomysły świetne (sposób wprowadzenia Clary) z pomysłami kiepskimi (przeciągnięcie pożegnania Pondów – tak jakby Doktor nie mógł przez chwilę popodróżować sam, choćby szukając nowych towarzyszy i się rozczarowując), jak w każdym innym sezonie. Tylko że właśnie sezon siódmy przekonał mnie, że nie mam co liczyć na to, że zmienią się rzeczy, z którymi mam problem i które są związane przede wszystkim z odgrzewaniem żartów, charakterystyką postaci i tłuczeniem wciąż tych samych tropów i motywów (na poziomie fabuły sezonu, nie poszczególnych odcinków). Już gdzieś wspomniałam, że Moffat się w Doctorze Who wypstrykał kreatywnie.

Co wobec tego sądzę o rozpoczęciu sezonu ósmego? Przede wszystkim bardzo mi się podobał Dwunasty, chociaż sceny, w których zachowuje się jeszcze jak swój poprzednik, Capaldi dostał zdecydowanie gorsze niż Smith w Eleventh Hour. Ale proszę Was, Capaldi! Kiedy krótko przed ogłoszeniem, kto zostanie nowym Doktorem, zaczęło pojawiać się jego nazwisko, brzmiało to zbyt dobrze, żeby było prawdziwe. A było. I teraz mamy niesamowicie utalentowanego, fantastycznego Szkota w roli kosmity, szaleńca i geniusza, wiecznej zagadki i przypadkowego nauczyciela, i od pierwszych minut jest absolutnie cudowny, i widać, że pasują na niego buty Doktora, i rozumiecie, przemawia teraz przeze mnie fanka, ja się dalej tak strasznie, strasznie cieszę, że to Capaldi.

Podobała mi się też Clara. Wiem, że nie jest najpopularniejszą z towarzyszek, i nie winię tu Jenny, tylko to, że od początku przy pisaniu jej jako „zagadki” dla Doktora, trochę zapomniano o pisaniu jej jako kogoś dla siebie, z wadami, zaletami, z własnymi marzeniami i ambicjami, i powodami do podróżowania z Doktorem. Podobało mi się, jak strach nie powstrzymywał Clary przed działaniem, i jak walczyła o Doktora, nawet kiedy nie była go pewna. Tylko scena, gdzie Clara postanawia odejść, jest w kontekście wszystkiego, co się wydarzyło, trochę od czapy, nawet jeśli umożliwia ładne cameo i jeszcze ładniejszy moment Dwunastego z jego please just see me.

Sam odcinek był mocno zachowawczy. Moffat wziął widzów za rączkę i przeprowadził ich przez zmianę Doktora, tu rozpraszając uwagę dinozaurem w wiktoriańskim Londynie, tam występem gościnnym ulubieńców widowni (ja już niestety na Madame Vastrę, Jenny i Straxa patrzeć nie mogę i to mnie boli, bo przecież te postacie miały ogromny potencjał, a teraz są zastaną karykaturą samych siebie z przemądrzałą Vastrą, bardzo żonatą Jenny i coraz głupszym Straxem ), tutaj wrzucając zgrabną paralelę pomiędzy majestatycznym stworzeniem wyrwanym ze swojego czasu a Doktorem (ładna scena – kiedy śpiący Doktor tłumaczył z dinozaurzego, równie dobrze mógł był mówić o sobie, podobny trik mieliśmy z Jedenastym i Minotaurem), tam znowu każąc Doktorowi jeździć konno, a wszem wrzucając garściami odniesienia do poprzednich sezonów… no nie wiem, głowy nie dam, ale przedstawiając wiek Doktora i zmianę jego relacji z towarzyszką (relacji, którą według tego odcinka można było czytać jako quasi-romantyczną, tylko że nie) jako problem do rozwiązania, Moffat trochę chyba nie docenił swoich widzów. I trochę zmarnował nasz czas walcząc z chochołem, którego sam ukręcił. Jasne, że wątek akceptacji nowego Doktora przez towarzyszkę był potrzebny, ale może nie ten.

Lepiej wygląda powracający motyw, jakim to człowiekiem kosmitą jest Doktor. Czy jest dobry? Czy jest moralny? Jak można te słowa do niego odnieść? Ten wątek będzie najpewniej powiązany z wątkiem tajemniczej Missy (Internet jest pełen pomysłów, kimże ona się okaże), która jest… no właśnie, tajemnicza. Pewien mój znajomy, który wychował się na klasycznych Doktorach i jest mocno hardcore’owym fanem, bardzo krytycznym wobec Moffatowego prowadzenia serialu, tym razem optymistycznie uważa, że Moff, pisząc kolejną tajemniczą kobietę trolluje fanów. Mam nadzieję, ale uwierzę, jak to zobaczę.

Więcej o Deep Breath możecie przeczytać u: Zwierza Popkulturalnego, Rusty Angel, Ninedin i MRW, który oferuje ciekawe spojrzenie na funkcjonowanie podróży w czasie. A ja idę nad Ren.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Jest prawdą powszechnie znaną, że krytykować jest łatwiej niż chwalić, a już na pewno, jak się jest z położonego nad Wisłą kraju męczydusz i bohaterów romantycznych.

Jest prawdą znaną na tym blogu i w jego okolicy, że staram się raczej pisać o tytułach interesujących i z tego czy innego powodu wartych uwagi.

Jest prawdą znaną zaprzyjaźnionym blogerom, że jakbym nie lubiła tej czy innej (o)powieści, z reguły bronię literatury eskapistycznej i nawet bohaterów zlepionych z autorskich marzeń.

Jest prawdą znaną garstce osób, z którymi zahaczyłam temat, że mało jest książek, których nie znosiłabym tak, jak „Obcej” Diany Gabaldon.

Spojlery poniżej

No i co? – zapytacie. No i dzisiaj będę krytykować z nieukrywaną przyjemnością książkę, której moim zdaniem należy unikać jak zarazy, i wykażę się zerowym zrozumieniem dla autorki i niewielkim dla jej zachwyconych czytelniczek. Stacja STARZ właśnie zaczęła emitować serial na podstawie „Obcej” i prędzej czy później, w takiej czy innej formie, trafi on pod nasze strzechy, i jeszcze może zachęcić jakąś nieszczęsną istotę do sięgnięcia po literacki pierwowzór. Jeśli uchronię kogokolwiek przed popełnieniem tego błędu, świat będzie odrobinę lepszym miejscem.

(Chociaż dalej miejscem, gdzie jeden gatunek uparł się wykończyć nie tylko wszystkie inne, ale i siebie w miarę możliwości, i gdzie wyrzuca się jedzenie, chociaż miliony żyją poniżej granicy ubóstwa, więc rozumiecie, to taka symboliczna odrobina.)

Zakładam, że jakaś miłośniczka twórczości Gabaldon może tutaj trafić (Google potrafi być wredny), więc zrobię na wstępie jeszcze jedno zastrzeżenie – zapraszam do podzielenia się swoim zdaniem, ale nie zamierzam się kłócić z fanami i nie będę odpowiadała na zaczepki. Bo mogę.

„Obca” jest historią wielkiej miłości Claire Randall, née Beauchamp, i Jamiego Frasera. Claire jest kobietą o nietypowym jak na swoje czasy wychowaniu, która podczas drugiej wojny światowej była pielęgniarką w szpitalu polowych, a po wojnie pojechała z mężem do Szkocji na drugi miesiąc miodowy i po kilku bardzo nudnych rozdziałach przeniosła się w czasie. Jamie jest osiemnastowiecznym szkockim góralem i erotyczno-romantyczną fantazją autorki.

Jest jeden typ bohatera, którego szczerze nie znoszę – to bohater, wokół którego zagina się rzeczywistość. Taki bohater może być klasyczną fanfikową merysójką, ale nie musi. Może być dobrze napisany, z prawdziwymi wadami i nie papierowym charakterem, tylko że na dłuższą metę nie ma to znaczenia, bo czego by nie robił, nie ponosi żadnych realnych konsekwencji (chociaż w analogicznej sytuacji każda inna postać je poniesie), a jeśli ustanowione w książce/filmie realia świata przedstawionego na coś nie pozwalają, cóż, tym gorzej dla realiów. Dodatkowo, jeśli moralność protagonisty nie pozwala na zrobienie czegoś, na co miałby ochotę, to świat się nagnie i go do tego „zmusi.”

I taką właśnie postacią jest Claire. Zabiłaś człowieka? Pierwszy napotkany duchowny cię rozgrzeszy, i tak nie ciążyło ci to specjalnie na sumieniu. Wyszłaś za mąż mając już męża? Osiemnastowieczny Kościół Katolicki jest bardzo wyrozumiały, oba małżeństwa są ważne i nie popełniłaś żadnego grzechu. Idziesz na brzeg jeziora nabrać wody? To Loch Ness i potwór właśnie w tym momencie postanowił się pokazać.

Poza tym Claire jest pisana schizofrenicznie. Autorka przedstawia nam ją jako osobę bardzo niezależną, wyzwoloną i świadomą swoich pragnień – przynajmniej tak Claire o sobie myśli i mówi. Claire była wychowywana przez ekscentrycznego wuja archeologa i spędziła dzieciństwo i lata nastoletnie w środowisku „nieodpowiednim” dla młodych panien, otrzymując nietypową dla ówczesnej dziewczyny edukację (po tym, jak jako pięciolatka odmówiła pójścia do szkoły z internatem, taką miała siłę charakteru). Podczas wojny, która wybuchła krótko po jej ślubie z młodym historykiem Frankiem, Claire została pielęgniarką w londyńskim szpitalu, a następnie służyła w szpitalu polowym we Francji.

Przy tym wszystkim Claire jest najbardziej konwencjonalną młodą kobietą, jaką możecie sobie wyobrazić. Kiedy rozmawiają mężczyźni, Claire jest niezainteresowana i jak najszybciej opuszcza ich towarzystwo dla towarzystwa innego kobiety w kuchni. Zaczyna zajmować się zielarstwem dlatego, że zasugerował jej to mąż. I niczego nie pragnie bardziej niż prawdziwego domu, którego symbolem jest porcelanowy wazon. A kiedy ląduje w osiemnastym wieku, oburza się na ówczesne obyczaje, po czym jakiś mężczyzna tłumaczy jej, dlaczego są one dobre i właściwe, i Claire te tłumaczenia przyjmuje, i już nigdy nie ma z danym problematycznym zachowaniem problemu. Także wiecie, bicie żony i czerpanie z tego seksualnej przyjemności jest spoko, bicie dzieci jest spoko, gwałt małżeński jest spoko, chęć zarządzania życiem (także seksualnym) i moralnością siostry, którą porzuciło się na pastwę losu, jest spoko i chcący zarządzać jest jak najbardziej w prawie…

Jamie to postać jeszcze bardziej schizofreniczna, bo łączy w sobie dwie sprzeczne fantazje. Z jednej strony Jamie jest dwudziestotrzyletnim prawiczkiem, której do tej pory kończył spotkania z kobietami na obściskiwaniu i jak było ciężko, to pomagał sobie ręką, bo go ojciec tak dobrze wychował. Wszystko, co wie o seksie, wie z obserwowania koni, którymi się opiekował (true story), i zwierzątek leśnych. Claire jest jego pierwszą kochanką i nauczycielką sztuki miłości. Mamy więc dziewiczego młodzieńca i doświadczoną kobietę, i wszystko byłoby pięknie i ładnie, gdyby nie to, że Jamie ma być z miejsca jednocześnie kochankiem, który doprowadza Claire do krzyczenia z rozkoszy i orgazmu za każdym razem, a do tego silnym i mądrym opiekunem, który słabą kobietę obroni i jeszcze wytłumaczy jej świat. Aż do momentu, kiedy na potrzeby narracji znowu jest młodym, niedoświadczonym nieledwie chłopcem… i a piać. Do tego nasz góral bez skazy i zmazy czerpie przyjemność z bicia Claire i uważa, że zmuszanie żony do seksu jest spoko. Claire, jak już przestaje być obolała, też zaczyna uważać, że to spoko, więc spoko. Wszystko spoko, jak ja nienawidzę tej książki.

Kiedy „Obca” została po raz pierwszy wydana w latach dziewięćdziesiątych, wydawca promował ją jako romans, nie fantasy, science fiction czy literaturę przygodową. Moim zdaniem wydawca miał rację, nie autorka, która upierała się, że jej książka powinna się znaleźć wśród „ogólnej” fikcji. Ale nawet jako harlequin „Obca” się nie sprawdza. Przyzwoity harlequin zamyka się w dwustu stronach, a powieść Gabaldon wlecze się przez prawie dziewięćset. I wlecze to najlepsze określenie.

Treści w tej książce jest właśnie może na dwieście stron, ale musimy przecież poznać wszystkie niesłychanie fascynujące przemyślenia Claire (jest narratorką), zamykające się w tym, że otaczają ją barbarzyńcy i prymitywy, czasy są barbarzyńskie i prymitywne, Jamie jest świetny w łóżku i tak go kocha, i takie ma dylematy moralne w związku z pozostawionym w dwudziestym wieku Frankiem, oczywiście, jak sobie o nim raz na ten ruski rok przypomni, Franka też oczywiście bardzo kocha, tak, właśnie tego Franka, którego myśli, pasje i zajęcia tak ostentacyjnie jej nie interesowały, kiedy miała go na miejscu. Kiedy nie jesteśmy raczeni rozważaniami naszej koszmarnej bohaterki, jesteśmy świadkami fascynujących rozmów pomiędzy postaciami. Kiedy ktoś celuje w ironię i sarkazm, czytelnik zgrzyta zębami, kiedy wyjaśnia nam swoje paskudne-ale-tak-naprawdę-honorowe-i-sprawiedliwe zachowanie, czytelnikowi przewraca się w żołądku, kiedy opowiada po raz trzeci tę samą tragiczną historię ze swojej przeszłości, dorzucając garść nowych szczegółów, czytelnik zaczyna płakać krwawymi łzami. W ogóle nie wiem, co autorka ma z tymi trójkami, ale każda opowieść wraca zazwyczaj właśnie tyle razy, bo nie można przecież niczego przekazać raz a dobrze.

A jako wisienkę na torcie dostajemy jeszcze pretendenta do roli najbardziej karykaturalnego antagonisty, kapitana dragonów Jacka Randalla, który jest złym jak sam diabeł przodkiem męża Claire, urodzonym sadystą i perwersyjnie zakochanym w Jamiem homoseksualistą, który mimo to napastuje przy pierwszym spotkaniu Claire (interweniuje niespodziewany Szkot) i próbuje zgwałcić siostrę Jamiego (ale mu nie staje, jak ta zaczyna się z niego naśmiewać). Kapitanowi Randallowi udaje się dopiąć swego, kiedy Jamie oddaje się w jego pożądliwe ręce w zamian za wolność Claire i dostajemy obrzydliwy i szczegółowy opis gwałtu. A potem równie obrzydliwy i szczegółowy opis „seksualnego leczenia” w wykonaniu Claire. Pomysł, żeby znarkotyzować ofiarę gwałtu i zmusić ją do seksu… Brak mi słów. Ugh.

Nie wiem, czy serial będzie dobry czy zły. Widziałam tylko pierwszy odcinek, który STARZ udostępniła w sieci, taka trochę pościelówa estetycznie, ale może się poprawi. Na nieszczęście narracja Claire (której porzucenie mogło być największą siłą serialu, bo Claire gada i gada, a niewiele ma do powiedzenia, a mądrego to już w ogóle) została. Trochę mi się słabo robi, jak widzę opinie, że „Obca” będzie feministycznym odpowiednikiem „Gry o tron” – kobieca bohaterka to trochę za mało, żeby tekst kultury uznać za feministyczny, no ale zobaczymy… W każdym razie, przesłanie, które mieliście wynieść z tej notki brzmi NIE CZYTAJCIE „OBCEJ.” TO ZŁA KSIĄŻKA I ZROBI WAM KRZYWDĘ.

sobota, 12 lipca 2014

Kiedy dyskutujemy w Internetach o jakiejś książce, komiksie, grze, serialu, filmie czy innym wytworze kultury popularnej i robimy to w kontekście feministycznym (nie chodzi tu o naukowe analizy tekstów kultury w świetle teorii feministycznych, co to to nie, wystarczy, że dyskutantka się poskarży, że cały wątek postaci kobiecej w jej ulubionym serialu jest podporządkowany rozwojowi postaci męskiej albo że wkurza ją, że w kolejnej grze pancerz płytowy postaci kobiecej odsłania biust albo załka, bo Marvel może i ma szopa z karabinem maszynowym, ale do zrobienia filmu z Czarną Wdową w roli głównej jakoś się nie kwapi, punktów wyjścia są tysiące), zaraz znajdują panowie (a czasem też panie), na których samo słowo feminizm działa jak płachta na byka i którzy nie spoczną, póki KTOŚ SIĘ MYLI W INTERNECIE. I z rozmowy o tym, co jest nie tak, co można by poprawić i jak, trafiamy do piekła powtarzanych w kółko argumentów i derailowania dyskusji. I z takich argumentów powstało poniższe bingo.

1. Jesteś przewrażliwiona!

Bo się z tobą nie zgadzam? Widać na pierwszy rzut oka, że ty i ja mamy inną wrażliwość, ale to, że uważam jakieś kwestie za ważne/problematyczne a ty nie, nie znaczy, że ja jestem przewrażliwiona. Tak po prawdzie to ty przyszedłeś i zachowujesz się jak dwulatek, który rzuca się na ziemię i wrzeszczy, jak coś nie idzie po jego myśli. A tak ogólnie „argument” idący tradycyjnym torem myślenia, który mówi, że kobiety są z natury wrażliwe, a więc nieracjonalne i kierujące się emocjami, a więc nie mają racji w dyskusji, is just so old. Wydaje ci się, że dziewczyny to takie delikatne kwiatuszki i intelektualne mimozy? Skąd tyś się urwał, z dziewiętnastego wieku?

2. Dlaczego nie możesz usiąść wygodnie i po prostu cieszyć się książką/filmem?

Ależ mogę. W przypadku wielu filmów i książek, w których znajdują się problematyczne wątki, o których teraz dyskutujemy, siedziałyśmy sobie wygodnie i cieszyłyśmy tym, co twórcom wyszło dobrze (generalnie każda średniozaawansowana widzka i czytelniczka potrafi tak nawigować w mętnych wodach popkultury, żeby omijać rzeczy, które są nudne, marne, złe etc. od A do Z, no biggie). Ale to nie znaczy, że będziemy ślepe i głuche na seksizm i głupotę.

3. Dlaczego chcesz popsuć mi przyjemność z lektury/oglądania?

Jeśli wskazanie ci, że lubiane przez ciebie dzieło, jednak nie jest takie super, psuje ci przyjemność z oglądania to… wcale nie jest mi przykro. Sorry, ale ten argument, to powiedzenie innymi słowami, że wolałoby się pozostać ignorantem w jakiejś kwestii, dla własnej wygody. Przemyśl może tę postawę, co? Chociaż i tak jest nieźle, skoro po przeczytaniu naszych wywodów zrobiło ci się nieprzyjemnie, bo to znaczy, że jednak zobaczyłeś, że coś jest nie halo.

4. Czepiasz się szczegółów!

Bo może dla mnie to nie są szczegóły? Jeśli to dla mnie nie są szczegóły, to próbujesz zdyskredytować to, co ja uważam za kluczowe. Nieładnie, zastanów się nad sobą. Ale może też uważam to za szczegóły. Tyle że akurat te szczegóły są dla mnie ważne? Hej, ja wiem, że ten film jest o nawalankach ludzkości z kosmitami i dla wszystkich zainteresowanych najważniejsze są popisy speców od efektów specjalnych a nie jakiś tam scenariusz, ale ja i tak wolałabym, żeby bohaterka była czymś więcej niż love interest i wieszakiem na lateks. Skoro bohater może.

5. To tylko film/książka/serial!

No i? Zadziwiające, jak często ten argument wychodzi z pod palców osób, które na przykład potrafią wymienić wszystkie niedociągnięcia scenariuszowe z wszystkich pięciu sezonów serialu, kibicują aktywnie losom postaci w powieści, albo znają szczegóły powstawania jakiegoś filmu, od lokacji po plotki z planu, chociaż nawet nie wyszło jeszcze DVD. Ale kiedy zahaczamy o wątek, który jest dla nich niewygodny, zaraz okazuje się, że to przecież tylko fikcja! Ważna rzecz – fikcja też kształtuje nasze spojrzenie na świat. I ja na przykład nie chciałabym, żeby kolejne pokolenia chłopców uczyły się „nie” u kobiety znaczy „tak się tylko droczę,” bo wszyscy powiedzieli „to tylko fikcja,” wzruszyli ramionami i pozwolili tworzyć następne teksty kultury z takim przekazem, bo do twórców nie dotarła informacja zwrotna, że coś tu jest nie tak.

6. Moja dziewczyna/siostra/znajoma nie miała z tym problemu!

Mogła nie mieć. Kobietom zdarza się mieć różne zdania na różne tematy. Nie jesteśmy hive mindem. No i?

7. Moja dziewczyna/siostra/znajoma jest feministką i nie widzi problemu.

Gdybyś wiedział co nieco o feminizmie, wiedziałbyś, że feminizm nie jest monolitem. To, co mnie wydaje się bardzo ważne, dla innej feministki może być kwestią drugorzędną. Nie ma w tym sprzeczności, nawet jeśli na zewnątrz widać głównie to, co stanowi nasz wynegocjowany wspólny front. I samo to, że ktoś spod tej samej bandery ma inne zdanie niż ja nie sprawia, że moje lub jego zdanie jest automatycznie nieważne. Weź zaproś tutaj twoją dziewczynę/siostrę/znajomą, pewnie będzie mi się z nią lepiej rozmawiało niż z tobą i pewnie łatwiej nam będzie zrozumieć nasze stanowiska, nawet jeśli nie dojdziemy do porozumienia.

8. Ty to chciałabyś, żeby w każdym filmie były same kobiety, mniejszości etniczne i niepełnosprawni.

Nie, chciałabym, żeby kobiety, mniejszości etniczne, mniejszości seksualne czy osoby niepełnosprawne pojawiały się w filmach tak po prostu, a nie jako tokeniczny dodatek do białego heteroseksualnego bohatera. I żeby były pisane jako bohaterki i bohaterowie, a nie reprezentacja mniejszości. Crazy, I know.

(gify stąd, a anime to Samurai Champloo)

9. Najpierw zaczniemy dodawać kobiety, potem gejów, potem transseksualne lesbijki… czym to się skończy?

Rzeczywistością ekranową, która lepiej oddaje rzeczywistość pozaekranową. Wiesz, my tutaj wszyscy istniejemy. Ale jeśli twój tok myślenia idzie jakoś tak – najpierw dodamy kobiety, potem gejów, potem transseksualne lesbijki, potem zakażą nam wszystkich małych przyjemności w rodzaju kucyków Pony i przemocy seksualnej, i będziemy musieli sami prać swoje skarpety, a na końcu świat spłonie podpalony przez czarnoskórą biseksualną feministkę na wózku – to nie mamy o czym rozmawiać.

10. Ale to nierealistyczne!

Mhm, smoki są realistyczne, kosmici są realistyczni, świadomość naukowca przeniesiona do komputera jest realistyczna, bieganie w absurdalnie wysokich szpilkach po płonącym mieście jest realistyczne, ale kobieta, która robi coś, co ci się nie podoba, albo jest w miejscu, w którym nie chcesz jej widzieć i bezczelnie zajmuje miejsce bohaterowi, o nie, taka kobieta nie jest realistyczna. I w ogóle to jest ten moment, kiedy zaczynasz domagać się realizmu (co się stało z „przecież to tylko fikcja!?”), a niezniszczalnych bohaterów filmów akcji, nieprawdopodobne spotkania star-crossed lovers i ratowanie sytuacji zawsze w ostatniej chwili łykasz jak gęś. No pomyśl tylko.

11. Ale co z mężczyznami?

Wbrew temu, co ci się może wydawać, zdarza nam się rozmawiać o mężczyznach i problemach w ich przedstawieniu, a nie tylko o oczach takich niebieskich i pośladkach kształtnych i czym tam jeszcze. Ale dzisiaj rozmawiamy o kobietach, jak ci się nie podoba to wyjdź, pókim dobra. Zawsze możesz wrócić podczas innej dyskusji.

12. Chciałbym doczekać czasów, kiedy każda dyskusja nie będzie schodziła na te kwestie!

Ale póki to nie nastąpi będziesz siedział z cierpiętniczą miną i udawał, że jesteś ponad to? Wiesz, może gdybyś zszedł tutaj pomiędzy nas i pomógł wyplewić seksizm, mizoginie i tym podobne chwasty, to twój upragniony Złoty Wiek nadszedł by szybciej. Taka myśl.

13. Autorka/scenarzystka jest kobietą!

To może być dla ciebie nowa informacja, ale kobiety nie tylko nie są hive mindem, są też absolutnie zdolne do tworzenia problematycznych z feministycznego punktu widzenia wątków i postaci. I najczęściej możemy mówić wtedy o zinternalizowanym seksizmie albo zinternalizowanej mizoginii, które związane są z tym, że żyjemy w takiej a nie innej kulturze i tak a nie inaczej jesteśmy wychowywani i takie a nie inne informacje o tym, co jest społecznie uznawane za dobre/złe, pożądane/niepożądane, ważne/nieważne, naturalne/nienaturalne. Jakbyś chciał dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, służę bibliografią.

14. Już wam mówię, jak to wygląda z tym seksizmem…

A to jest sytuacja z kategorii przychodzi facet i wie lepiej. Nie szkodzi, że nie siedzi w temacie tak, jak dyskutantki. Nie szkodzi, że akurat mowa jest o rzeczach wypływających z osobistego doświadczenia i sytuacjach, gdzie to męskie i kobiece doświadczenie będzie się różniło. Doskonale pokazała to dyskusja o molestowaniu na konwentach, gdzie dziewczyny dzieliły się osobistymi przykrymi doświadczeniami, a zjawiał się koleś jeden z drugim, żeby nam wyjaśnić, że molestowanie nie jest problemem, na konwentach można czuć się bezpiecznie, nie ma potrzeby stwarzania regulaminów czy procedur postępowania na takie wypadki, a w dodatku robimy złe imię naszym imprezom, jak my tak możemy. Oczywiście, zdarzają się dyskutanci, którzy i siedzą w temacie, i wiedzą, że feminizm to coś więcej niż palenie staników. Tylko że oni też zakładają, że należy im teraz oddać mównicę. Bo właśnie przyszli i należy im się centralne miejsce w dyskusji. Wiesz lepiej, bo masz autorytet wynikający z posiadania penisa. No więc nie. Chętnie posłuchamy twojej opinii, ale najpierw miło by było, gdybyś ty nauczył się słuchać, co my mamy do powiedzenia. Nasza dyskusja, nasze zasady. I zastanów się, zanim zaczniesz krzyczeć, że tutaj terror i dyktatura. Po prostu zasady, które panują gdzie indziej w Internetach, to zasady twoje i twoich kolegów, więc wydają się wam przezroczyste.

15. Chcesz, żeby wszystkie bohaterki były grube i brzydkie?

Nie, chcę, żeby na ekranie pojawiały się bohaterki z różną budową ciała, i pasujące do klasycznych kanonów piękna i się im wymykające, i młode i w średnim wieku i stare, i niezwykłe i przeciętne według naszych standardów. Chcę ludzi, nie lalek. Oczywiście, kino i telewizja jest pełne nieprzeciętnie fotogenicznych ludzi filmowanych w ten sposób, żeby ukryć niedoskonałości i uwypuklić zalety. Ale i tak zakres tego, co jest akceptowalne w wyglądzie aktora jest o wiele szerszy niż tego, co jest akceptowalne w wyglądzie aktorki. Chcę żeby dziewczynki i kobiety widziały na ekranie siebie, a nie męskie fantazje.

16. Ta bohaterka to Mary Sue!

Jak ja nie znoszę tego argumentu. Po pierwsze, od pewnego czasu jest to argument kończący wszystkie dyskusje. Bohaterka jest Mary Sue! Dom się spalił, same zgliszcza, nie ma co ratować. Co z tego, że termin zupełnie oderwał się od swojego pierwotnego znaczenia i w dyskusjach internetowych jedynym kryterium uznania jakiejś bohaterki za Mary Sue jest „bo ja tak mówię?” Po drugie, jeśli mamy bohaterkę, która faktycznie może być dla kobiet realizacją eskapistycznych fantazji (urody niezwykłej, anielskiego charakteru, z mężczyznami rzucającymi jej się do stóp, tragiczną przeszłością i czym tam jeszcze), to dlaczego od razu to dyskredytować?  Takich męskich bohaterów jest na pęczki, z Doktorem i Batmanem na czele, i nikt nawet nie mrugnie okiem.

17. Ale mężczyźni też są przedstawiani nierealistycznie!

Ale nie rozmawiamy teraz o mężczyznach. To po pierwsze. Po drugie, męskie ciało zazwyczaj nie jest uerotyczniane poza kontekstem intymnym, a kobiece jest. Ten nierealistyczny facet, który się kulom nie kłania i ma muskulaturę jak Herakles Farnezyjski, wciąż jest podmiotem, a nie przedmiotem, do którego można fapać, chociaż teoretycznie ma też charakter i własną linię fabularną.  

18. Niech kobiety same piszą lepsze książki/lepsze filmy.

Ależ piszą. I jest ich coraz więcej i coraz więcej ich książek/scenariuszy jest wydawanych/przenoszonych na ekran, chociaż to powolny proces ze względu chociażby na to, że tzw. pozycje władzy w przemyśle wciąż zajmują mężczyźni, którzy chętniej wesprą, także finansowo, młodego scenarzystę niż scenarzystkę. Jest wiele badań, które pokazują, że kiedy wybierający nie znał płci twórcy dzieła, które miał przyjąć bądź odrzucić, znacząco rosła liczba przyjmowanych kobiet. Google it. A i jeszcze – żeby jakieś zmiany zaszły, trzeba im pomagać i się ich domagać, nie rozumiem, dlaczego nie jest to dla ciebie oczywiste…

19. Nie możesz oczekiwać, że facet będzie pisał dobre postacie kobiece.

Czyli może pisać dobre smoki albo dobre postacie kosmitów, u których płeć działa zupełnie inaczej niż u Ziemian, ale dobrych postaci kobiecych już nie może? Na to już mu brakuje fantazji? I przykładów z życia codziennego, na których mógłby się oprzeć? Weź wyjdź i wróć jak zmądrzejesz.  

20. Chciałabyś ocenzurować wszystko, co ci się nie podoba!

Nie. Dlatego tutaj rozmawiamy, a nie biegam z pochodnią i nie wzywam do palenia książek i taśm. Tak się składa, że wierzę w wolność słowa i wolność ekspresji artystycznej. Ale wolność słowa, o czym wielu wygodnie zapomina, wiąże się z odpowiedzialnością za słowa. I dlatego np. za wzywanie do nienawiści rasowej jest paragraf, a jak ktoś stworzy dzieło o wymowie seksistowskiej, spotka się z krytyką.

21. Polityczna poprawność!

Neil Gaiman napisał kiedyś:

I was reading a book (about interjections, oddly enough) yesterday which included the phrase “In these days of political correctness…” talking about no longer making jokes that denigrated people for their culture or for the colour of their skin. And I thought, “That’s not actually anything to do with ‘political correctness’. That’s just treating other people with respect.”

Which made me oddly happy. I started imagining a world in which we replaced the phrase “politically correct” wherever we could with “treating other people with respect”, and it made me smile. 

You should try it. It’s peculiarly enlightening.

I know what you’re thinking now. You’re thinking “Oh my god, that’s treating other people with respect gone mad!”

I tyle w tym temacie.

22. Jak ci się nie podoba to nie czytaj/nie oglądaj!

Po pierwsze, nie będziesz mi mówił, co mam a czego nie mam czytać/oglądać. Po drugie, już ustaliliśmy, że zwykle nie czytam/nie oglądam rzeczy, które uważam za zupełnie złe, a nie zamierzam rezygnować z rzeczy dobrej tylko dlatego, że jakiś jej aspekt jest problematyczny. Po trzecie, czasem czytam/oglądam coś co jest strasznie złe, bo uważam, że przekaz niektórych filmów/książek trzeba piętnować, a piętnowanie bez zobaczenia na własne oczy byłoby nierzetelne.

23. Hej, nie chcę nic mówić, ale jeśli w tej branży jest tak mało kobiet, to może po prostu nie są dość dobre…

Chciałbyś. (I zapraszam z powrotem do argumentu ”Niech kobiety same piszą…”)

24. Ale kobiety się tym nie interesują!

Mhm, a my tutaj jesteśmy bezpłciowymi i bezcielesnymi duchami Internetu, które zebrały się specjalnie po to, żeby popsuć ci zabawę. A te wszystkie dziewczyny, które zapełniają sale na ekranizacjach Marvela są tam dlatego, że ich partnerzy zaciągnęli je za włosy, krzyczące, wierzgające i opierające się ze wszystkich sił.

25. Ale to po prostu taki gatunek!

I ponieważ seksizm szalał kiedyś w komiksach o superbohaterach to już tak musi zostać na wieki wieków amen? The world is changed. I feel it in the water. I feel it in the earth. I smell it in the air. I twój ukochany seksistowski gatunek też będzie musiał się zmienić. Sorry, Winnetou.

26. Ta gra nie była robiona dla kobiet!

I dlatego można w niej umieszczać seksistowskie treści? No chyba nie. Poza tym, nie chcemy, żeby chłopcy wystawieni byli na seksizm i uznawali potem, że najwidoczniej jest akceptowalny. I nie możesz stwierdzić, kto będzie grał w jaką grę (ostatnim razem jak sprawdzałam na półkach w Saturnie, żadna gra nie miała naklejki „tylko dla panów” czy „tylko dla pań”), a graczki są coraz bardziej widoczne i słyszalne w społeczności, i to jest super, a jeśli psuje ci to zabawę, to nikt cię tu nie trzyma.

27. Ale czytałaś pierwszy zeszyt z 1975 roku, gdzie…

Nie. Albo tak, akurat czytałam. Jak to się ma do seksizmu w zeszycie z tego roku, o którym właśnie mówimy? Klasyczna próba zakwestionowania mojego prawa do wypowiedzi na dany temat. Możesz spróbować mi wyjaśnić, dlaczego coś sprzed czterdziestu lat usprawiedliwia dzisiejszy seksizm. I dare you. Tylko ostrzegam, że jeśli to będzie nostalgia za starymi dobry czasami, mogę zabić cię śmiechem.

28. Chcecie, żeby kobiece postacie były specjalnie traktowane!

Chcemy, żeby kobiece postacie były traktowane na równych prawach z postaciami męskimi. Dla ciebie film akcji z samymi postaciami kobiecymi w rolach głównych to „specjalne traktowanie,” a z samymi męskimi to normalna sytuacja. Przy okazji, nie raz i nie dwa spotkałam się ze stwierdzeniem, że mężczyźni wyobrażają sobie, że realizacja postulatów feministek oznacza, że mężczyźni będą traktowani tak, jak sami traktowali kobiety i dlatego tak gwałtownie reagują na feminizm. To tak pod rozwagę.

29. Ja tam nie widzę seksizmu, więc go tam nie ma.

Bardzo łatwo jest czegoś nie widzieć, jeśli ciebie to bezpośrednio to nie dotyka (ewentualnie, jeśli jesteś dziewczyną, wróć do pytania o mizoginii u autorek). Zdejmij swoje seksistowskie okulary i posłuchaj, co mamy do powiedzenia, a może zobaczysz, że faktycznie dzieją się rzeczy niefajne.

30. Filmy o superbohaterkach się nie sprzedają!

Jeśli tylko jakaś wytwórnia zrobi dobry film z superbohaterką i poświęci tyle samo czasu i pieniędzy na jego promocję, ile poświęca na promocję filmów o superbohaterach, to się sprzeda. Spokojna twoja rozczochrana.

 

 

Wiecie, co jest najsmutniejsze? Że z wszystkimi powyższymi argumentami wyskakują często nie przypadkowi łosie (umówmy się, kolesiowi, który zabłądził i zaczyna od trollerskiego „Nie zaprzątaj sobie tym ślicznej główki maleńka,” łatwo powiedzieć zgiń-przepadnij), tylko nasi inteligentni, oczytani i pełni dobrej woli koledzy (edit: i czasem też, przypominam, koleżanki).

 

(Jeśli interesowałoby was ogólne antyfeministyczne bingo, to zapraszam do Szproty. Po cztery bardzo dobre bingo w czterech częściach. Klik, klik.)

czwartek, 10 lipca 2014

The Girl with All the Gifts (2014), M.R.Carey

Wybaczcie pleonazm w tytule. Ekhm.

Zarzekam się, że nie lubię książek o zombie, ale muszę przyznać, że zombie radzą sobie o wiele lepiej niż, powiedzmy, wróżki. Trylogia Newsflesh, World War Z, seria White Trash Zombie, Warm Bodies (tej ostatniej książki nie czytałam, YA zombie romance to chyba za dużo dla mnie, ale WB ma zaskakująco dobre recenzje) – to wszystko są niezłe powieści nie tylko w „swoim” gatunku. A teraz dopisałabym do tej listy The Girl with All the Gifts M.R.Carey’a.

Dwadzieścia lat temu świat się zawalił. Grzyb Ophiocordyceps unilateralis, który do tej pory atakował brazylijskie mrówki (zombie-mrówki are a thing – można o nich przeczytać m.in. tutaj i tutaj), przeskoczył kilka stopni ewolucji i przerzucił się na ludzi. Pytanie, czy stało się to samoczynnie czy w czyimś laboratorium, nie trapi walczących o przetrwanie niedobitków. Znalezienie lekarstwa – owszem. W bazie wojskowej, odseparowanej od ostatniego bastionu ludzkości w Wielkiej Brytanii i podlegającej ścisłym protokołom bezpieczeństwa, trwają eksperymenty…

Chociaż The Girl with All the Gifts przygląda się konsekwencjom zombifikacji w szerokiej skali, to przyjmuje zaskakująco kameralną perspektywę. Przeszłe i rozgrywające się wydarzenia poznajemy z punktu widzenia zaledwie garstki postaci – dziecka, nauczycielki, badaczki, dowódcy wojskowego i młodego żołnierza, a każde z nich zaplątane jest we własnych małych dramatach. Nie będę pisała więcej, żeby nie psuć Wam zabawy przy czytaniu. Dodam tylko, że chociaż na początku bohaterowie wydają się dość sztampowi, to Careyowi udało się poprowadzić ich tak, że zaczynamy przejmować się ich losami, nawet jeśli bywają antypatyczni, tchórzliwi i uparci jak osły.

The Girl with All the Gifts łączy w sobie thriller medyczny, horror i opowieść o dorastaniu i więziach międzyludzkich – dla każdego coś miłego. Znajdziemy w niej i krwawą jatkę, i szczegółowe opisy procedur medycznych (zdecydowanie gorsze niż krwawa jatka, oczywiście), i naukowe spekulacje, i postapokaliptyczne krajobrazy, i chwytające za serce momenty.

Carey od lat robi w komiksach (Lucifer, Hellblazer, X-Men) i odrobinę to widać w powieści. Z jednej strony bardzo sprawnie potrafi poprowadzić fabułę, nie utyka na mało istotnych szczegółach i pewnie kreśli zarówno postacie, jak i otaczający je świat. Lektura, jak już się wciągniemy, to czysta przyjemność. Z drugiej chwilami łapałam się na myśli, że książka zyskałaby, gdyby autor pozwolił sobie na użycie bardziej emocjonalnego, bogatszego języka. To może być tylko moje odczucie i w żadnym razie nie wpływa ono na ogólną ocenę książki, ale jednak. Sucha narracja momentami sprawdza się świetnie, a momentami… nie do końca.

Zarwałam przy The Girl with All the Gifts jedną nockę, bo pod koniec po prostu musiałam wiedzieć, jak się to wszystko skończy, niech to będzie cała rekomendacja. I zaczynam się łamać – może jednak powinnam dać drugą szansę zombie z In the Flesh?

piątek, 20 czerwca 2014

Midnight Robber (2000), Nalo Hopkinson


Zwykle, kiedy piszę tutaj o książkach, staję na rzęsach, żeby nie zdradzić za dużo. Raz, że nagle wszyscy zrobili się strasznymi spojlerofobami, jakby zaskoczenie było jedyną (czy przynajmniej nadrzędną) wartością przy lekturze. Dwa, że bardzo dobrze rozumiem przyjemność z „odkrywania” książki. Nie chodzi mi tu o fabułę, dajcie mi spokój z fabułami, tylko o różne cudowności – oryginalny styl, przerabianie znanych motywów, nawiązania literackie, intertekstualne zabawy autorów, klucze do powieści wręczane czytelnikowi w ostatnim rozdziale, tego typu rzeczy.

Sama raczej nie przejmuję się spojlerami. Właśnie czytam* Wróbla Mary Dorii Russell (warto, może będzie notka), którego struktura opiera się na pytaniu, jak doszło do tragicznego końca kosmicznej ekspedycji. Przeczytałam dwie trzecie, gryzę palce i nadal nie mam pojęcia, co się tam mogło wydarzyć i dlaczego, ale gdyby ktoś mi to teraz powiedział, zupełnie nie popsułoby mi to odbioru powieści, bo chociaż opiera się na zagadce, to nie w tym leży jej siła. Zresztą jestem potwornie zblazowaną czytelniczką i mało które rozwiązanie fabularne mnie szokuje.

Dlaczego o tym piszę? Otóż wbrew mojej ogólnej obojętności wobec spojlerów, jakiś czas temu skończyłam  Midnight Robber Nalo Hopkinson i została ze mną myśl, że byłoby naprawdę miło, gdyby ktoś mi zdradził przed lekturą jeden z głównych wątków.

Z okładki dowiadujemy się, że młodociana bohaterka trafia ze swojego bezpiecznego i wygodnego świata do innego wymiaru, gdzie musi walczyć o przetrwanie i dorosnąć, a cała historia jest gęsto podlana sosem z karaibskich legend. I wszystko ładnie i pięknie, tylko kiedy zaczniemy czytać, dość szybko okaże się, że nie mamy do czynienia ze zwykłą coming of age story w dekoracjach science fiction, tylko opowieścią o wykorzystywaniu seksualnym w rodzinie i życiu z traumą i w poczuciu winy. Czyli w sam raz na dobicie się po ciężkim dniu.

To nie jest tak, że ja książek podejmujących takie tematy nie tykam (i nie jestem za umieszczaniem trigger warnings na okładkach, a przetoczyła się ostatnio po amerykańskiej prasie i, w konsekwencji, Internecie taka dyskusja). Więcej, wiedziałam wcześniej, że Hopkinson jest pisarką zaangażowaną, feministką, i podejmuje kwestie społeczne (m.in. rasowe i klasowe) w swoich powieściach. Ale oczekiwałam czegoś innego – a tu jeden jedyny raz autor tekstu na okładkę wykazał się powściągliwością – i nie byłam przygotowana na lekturę nieprzyjemną. Dobrą, ale nieprzyjemną.

W każdym razie pomyślałam, że może też chcielibyście wiedzieć, na co się nastawiać, biorąc Midnight Robber do ręki. A na co jeszcze możecie liczyć? Przede wszystkim, Hopkinson z łatwością łączy karaibskie tradycje z futurystyczną technologią. Na planecie Toussaint, gdzie AI zajęła miejsce opiekuńczego Boga (ciekawy pomysł i mający swoją funkcję w narracji, ale jednak nie do końca wykorzystany), życie toczy się spokojnie, a mieszkańcy mają wszystko, czego potrzebują. Nie zmieniło to znacząco natury ludzkiej – na skutek splotu okoliczności, kilkuletnia Tan-Tan ląduje wraz z ojcem na wygnaniu w kolonii karnej bez zamków i krat, za to zamieszkiwanej przez stworzenia z karaibskiego folkloru. Przy New Half-Way Tree, bo tak nazywa się to miejsce, autorka daje upust swojej kreatywności i chociaż budowa obcego świata nigdy nie wysuwa się przed dramat bohaterki, to czyta się o nim z nieustającym zainteresowaniem.

Narrator i postacie posługują się „anglopatwą”  (por. patois) – językiem, który Hopkinson stworzyła na potrzeby powieści, mieszając trzy istniejące języki kreolskie. Zrobiła to z dużym wyczuciem i dbając o to, żeby całość była dla anglojęzycznego czytelnika przystępna, ale i tak z początku lektura może sprawiać pewien problem. To nie jest w końcu łagodnie sygnalizowanie innego języka przez dorzucenie do literackiego angielskiego garści wymyślonych słów, najczęściej tytułów i nazw stanowisk albo przekleństw. O nie, patwa różni się słownictwem, frazeologią i składnią (chciałabym zobaczyć polskie tłumaczenie, ale pewnie się nie doczekam). Mnie wgryzienie się w tekst sprawiało więcej frajdy w Midnight Robber niż cokolwiek innego.

Teraz, czy poleciłabym tę książkę? Poleciłabym, ale z kilkoma zastrzeżeniami. Jeśli chcecie czegoś lekkiego, odłóżcie Midnight Robber na później. Jeśli wątpicie w swoje kompetencje językowe, bo najlepiej czyta się Wam przezroczyste językowo powieści z list bestsellerów, spróbujcie, ale jeśli będziecie się męczyć  - odpuśćcie. A jeśli bardziej interesujecie się warstwą obyczajową niż science fiction, lubicie czytać o innych kulturach, a forma bawi Was nie mniej, niż treść, to nie zmarnujecie czasu, poświęcając te parę wieczorów na lekturę.

 

 

 

*już przeczytałam, bo notka leżała zapomniana na dysku przez parę tygodni – niemniej to, co napisałam, pozostaje w mocy. Teraz czytam Dzieci Boga – kontynuację Wróbla. Obie książki, nie wiedzieć czemu, wyszły po polsku w serii Kameleon, więc możecie ich nie znaleźć w bibliotece na półkach z fantastyką.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Napisz do mnie!