kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
czwartek, 17 maja 2012

The Avengers (2012), reż. Joss Whedon, scen. Joss Whedon, Zack Penn, wyst. Scarlett Johansson, Robert Downey Jr., Samuel L. Jackson, Tom Hiddleston, Chris Evans, Chris Hemsworth, Mark Ruffalo, Jeremy Renner

Miałam przeczekać, aż przewalą się przez kina pierwsze tłumy fanów i popcornowców, ale że w niedzielę moja produktywność uderzyła o glebę (połączony efekt powrotu do domu o szóstej rano i paskudnej pogody), machnęłam na wszystko ręką i poszłam na „Avengersów”.

The party won't start 'till Loki walks in.

Bardzo bym chciała rozpisać pisk szczerego entuzjazmu tak na trzy do pięciu akapitów, ale nie potrafię. I trochę się boję, że moja mniej lub bardziej krytyczna analiza wątków, które uznałam za interesujące albo problematyczne będzie sprawiała wrażenie, że „The Avengers” niekoniecznie tak mi się podobali, jak to deklaruję. Możecie mnie sobie wyobrazić mnie piszczącą entuzjastycznie przez te trzy do pięciu akapitów? Doskonale.

A, byłabym zapomniała – SPOJLERY jak stąd na Manhattan.

Can you hold? I've got some ass to kick.

Jak na „Avengersów” czekałam z niecierpliwością, tak nie liczyłam na niespodzianki, więc tym bardziej ucieszyło mnie ta jedna jedyna. Przed filmem, oglądając kolejne trailery, nabrałam przekonania, że Czarna Wdowa wystąpi w roli kwiatka w butonierce przy całej reszcie wesołej i zdecydowanie męskiej kompanii, w dodatku wyposażonej w gadżety znaczniej lepiej od niej. Jakby tego było mało, występ Scarlett Johansson w drugim Iron Manie był w najlepszym razie nijaki – a też nic specjalnie do zagrania nie dostała. Tymczasem w filmie Whedona Czarna Wdowa ma nie tylko śliczną nową fryzurę, ale i charakter.

Za każdym razem, kiedy pojawiała się na ekranie, dostawałam większy lub mniejszy powód do radości. No hej, dziewczyna najpierw pokazuje, że w jej przypadku nic nie musi być takie, jak się wydaje, kiedy z pozycji ofiary – przywiązana do krzesła – tak naprawdę kontroluje przebieg wydarzeń. Potem oszukuje samego boga Kłamstw, jakby to była dziecinna igraszka, wykorzystując do tego swoją prawdziwą, bolesną przeszłość i wyobrażenia Lokiego o niej i jej motywacji, podczas gdy koledzy superbohaterowie tylko kłócą się i napinają mięśnie. Próbuje powstrzymać transformację Bannera w Hulka (a jeśli nie jesteś nordyckim bogiem z wielkim młotem lub posiadaczem prawie niezniszczalnej „zbroi”, pozostanie przy budzącym się potworze do ostatniej chwili wymaga ogromnej odwagi) i zajmuje się „problemem” Clinta tuż po wyczerpującej ucieczce przed wspomnianym Hulkiem – i fizycznie, i empatycznie, a w końcu zamyka portal i ratuje ludzi przed kosmitami, kiedy Iron Man zajmuje się ratowaniem ludzi przed ludźmi. Byle tak dalej.

Flexible hours, he said. Chance to meet interesting people, he said.

Czarna Wdowa Czarną Wdową, ale – tutaj zero niespodzianek – pół filmu, z rękami w kieszeniach, kradnie Robert Downey Jr w roli Tony’ego Starka. Tu nie ma się nad czym zastanawiać, Joss Whedon swojego Iron Mana rozpieszcza. Dał mu wszystkie najlepsze teksty, a jak na postać nałożyła się jeszcze naturalna charyzma RDJ, to dostaliśmy idealnego bohatera letniego hitu. Przyznam się, że na nowego Iron Mana czekam z równą niecierpliwością, co na nowego Thora, chociaż szczegóły historii pewnie znów ekspresowo mi ulecą z pamięci wyparte fajnością bohaterów.

„Avengersom” z pewnością nie zaszkodziło, że Whedon przy tych wszystkich milionach wydanych na efekty specjalne, zrobił film skoncentrowany na postaciach, nawet jeśli ich jednostkowe historie skromnie się prezentują. Mamy więc odpowiednio: Tony’ego Starka i jego wielki projekt i jeszcze większe ego, Kapitana Amerykę, który musi siebie i swoje ideały dostosować do obcej rzeczywistości, Thora wciąż grającego w tragedii o dwóch braciach i władzy, Bruce’a Bannera uciekającego od zielonej połowy swojej natury, Czarną Wdowę spłacającą długi i Hawkeye, któremu Loki daje osobisty powód do zemsty (zastanawiam się, jak odebrałabym część postaci nie mając w głowie wcześniejszej wiedzy komisowo-fandomowo-filmowej, nie dowiem się tego, niestety lub stety).

Jak z takiej kolorowej zbieraniny zrobić drużynę? Wokół tego (i oczywiście bezpośredniego zagrożenia, które uosabia Loki – Tom Hiddleston za wiele się nie nagrał, chociaż jego postaci udało się spowodować niezły zamęt, nie robiąc kompletnie nic, ale przez cały film wygląda rewelacyjnie, z hełmem z rogami i bez, łapiący strzałę w locie i sponiewierany przez Hulka) wszystko się kręci i to jest ten wątek, który uznałam za najbardziej interesujący.

A god, a billionaire and a patriot walk into a bar.

Bo zobaczmy, jak został rozegrany. Zasadniczo są dwie (filmowo-sensacyjne) możliwości przeistoczenia przypadkowej lub niedopasowanej grupy w drużynę i zjednoczenia we wspólnym celu – śmierć innego bohatera, który jest ważny/poświęcił się dla nich wszystkich, albo spuszczenie im solidnego lania. Ja osobiście wolę tę drugą opcję, z bohaterami wgniecionymi w proch, pokaleczonymi i wreszcie rozumiejącymi, że w pojedynkę sobie nie poradzą, więc muszą przezwyciężyć różnice i wspólnie zaatakować wroga.

Whedon zdecydował się na pierwszą i zabił agenta Coulsona (albo i nie, cztery minuty ratujące życie itd., jak będą chcieli to go jeszcze wskrzeszą), co Nick Fury, który ewidentnie zrobił jakiś korespondencyjny kurs inżynierii społecznej, natychmiast wykorzystał, dodając sążnistą gadkę i nutę dramatyzmu w postaci zakrwawionych kart z Kapitanem Ameryką. Zmobilizowani Avengersi lecą na Manhattan, a ja, tak jak wierzę, że Fury zafundował swoim pupilom świetną podkładkę do mitu założycielskiego, tak grosza nie postawię na to, że śmierć Coulsona stworzyła drużynę. Powiedzmy sobie szczerze, ani Bannera ani Thora przy tym nie było, dla Czarnej Wdowy i Hawkeye'a Coulson był kolegą z pracy, pracy, która ma zapewne wysokie wskaźniki śmiertelności, Kapitan Ameryka Coulsona ledwo znał. W dodatku każde z nich ma silną indywidualną motywację – Kapitan patriotyzm, Hawkeye zemstę, Thor przywołanie brata do porządku etc., silniejszą, wydaje się, od tej, którą mogłaby stworzyć śmierć Coulsona.

Wygląda więc na to, że przemowa szefa SHIELD była skierowana do Tony'ego Starka, który jest w największym stopniu wolnym elektronem i którego najtrudniej skłonić do współpracy z innymi. Ale znów – Tony przyjmie zejście Coulsona raczej jako osobisty cios, a na dodatek Loki chce wykorzystać jego wieżę. I co się dzieje na Manhattanie? Iron Man sprzedaje Lokiemu ideę Avengersów, tę samą ideę, którą od początku wciska wszystkim Fury, ale wymieniając superbohaterów, nie uwzględnia tam siebie. Czyli nasz bystry Tony uznaje, że mit Avengersów może być przydatny teraz i w przyszłości, ale w swoim stylu zachowuje dystans. I tak, z jednej strony mamy świadomą konceptualizację i mit założycielski in the making w wykonaniu dwóch najinteligentniejszych chłopców z podwórka, z drugiej faktycznie zaczynającą działać współpracę, rodzącą się w ogniu bitwy. Nie wiem, jak Wam, ale mnie się to szalenie podoba.

Na koniec jeszcze dwa słowa o Lokim, poza tym, że jest piękny i uroczy. W związku z nagromadzeniem bohaterów wyszło trochę tak, że nasz cudowny łotr nie jest specjalnie zniuansowany, ale za to Hiddleston gra tak, że mój mózg uruchomił autouzupełnianie i ten cały podbój Ziemi (Manhattan? serio? przecież w skali globalnej to, czego dokonują Avengersi i jakby się przy tym nie napocili, to bardziej pest control, niż odparcie poważnej inwazji) jest dla mnie próbą załapania się na darmową podwózkę do Asgardu, a że przy tym Trikster i Niebiański Wędrowiec może posiać trochę zamętu – tym lepiej. Karą śmierci z wyroku adopcyjnego ojca będzie martwić się później.

sobota, 12 maja 2012

W karczmie, której klientelą są głównie okoliczni chłopi, słynny Kronikarz niespodziewanie odnajduje osobę, której od pewnego czasu wytrwale poszukiwał. Przez trzy dni i trzy noce mężczyzna przedstawiający się imieniem Kote będzie opowiadał o wydarzeniach, które zawiodły go aż na koniec drogi, do tego zapomnianego przez bogów i ludzi miejsca, za słuchaczy mając jedynie spisującego każde słowo Kronikarza, tajemniczego młodzieńca Basta i wiatr w kominie, wiatr, którego imię było mu niegdyś znane. Posłuchajcie historii człowieka, który czeka na śmierć…


Być może zaplątał się jakiś SPOILER, mimo moich starań.

Patrick Rothfuss "The Name of the Wind" & "Wise Man's Fear"

Z pewnym zdziwieniem odkryłam, że „The Name of the Wind” i „The Wise Man’s Fear” Patricka Rothfussa to książki, które wszyscy przeczytali przede mną. Jakieś nagrody podostawały, zajmują wysokie miejsca w różnych rankingach… dobrze, że wylazłam spod mojego kamienia na dostatecznie długo, żeby tytuł „The Wise Man’s Fear” przyciągnął moją uwagę. Lektura sprawiła mi sporo radości i bardzo jestem ciekawa trzeciego i ostatniego tomu przygód Kvothe (ptaszki ćwierkają, że ma on wyjść w przyszłym roku), ale mam z tymi książkami pewien problem. Także zacznijmy od beczki miodu, a potem domieszam łyżkę dziegciu.

Uwielbiam opowieści o opowieściach, a jeśli w tych drugich są poukrywane kolejne opowieści, to tym lepiej. Trylogia Rothfussa jest w równym stopniu o wzlocie i upadku Edema Ruh Kvothe (czego my tu nie mamy, klasyczne motywy fantasy – wyjątkowy bohater, magia krwi, magia imion, dziedzina fae – motywy z powieści formacyjnej, motywy z powieści łotrzykowskiej, fun, fun, chcę więcej), co o powstawaniu opowieści. Nie wiemy, czy i/lub kiedy Kvothe kłamie, opowiadając Kronikarzowi swoje życie, wiemy, że nie wahał się kłamać w przeszłości, że pewne rzeczy pomija, że jego czyny i słowa nie zawsze idą w parze, a wreszcie, że bardzo ceni właściwy kształt opowieści, ale możemy tylko zgadywać, czy na tyle, żeby poświęcić prawdę w imię dramaturgii i swojego kunsztu gawędziarza.

Równie dużo przyjemności, co zanurzenie się w nurt opowieści daje śledzenie szczegółów – każda niby przypadkowa wzmianka, słowa rzucone mimochodem, każdy drobiazg, czy to z opowieści czy opowieści-w-opowieści, mogą wrócić i wracają, jako elementy istotne dla fabuły. W niektórych przypadkach łatwo zgadnąć, że coś później będzie miało znaczenie, w innych czytelnik jest mile zaskakiwany. I tak ja teraz, pamiętając pewną rozmowę Kvothe z Mistrzem Imion i pewne szczegóły jego zachowania w karczmie, domyślam się, co zrobi/ł Kvothe w kolejnej odsłonie swoich przygód, ale nie wiem, dlaczego i jak tego dokona/ł. Poznawanie rozwiązań kolejnych zagadek u Rothfussa daje, póki co, szaloną satysfakcję, a zgadywanie jest samo w sobie ekscytujące.

Świat, w którym cała rzecz się dzieje, nie jest jakoś specjalnie oryginalny (tak jak nie są w gruncie rzeczy oryginalne początki Kvothe), ale opisany został bardzo wiarygodnie - mechanika działa, ja jestem ukontentowana. Wyjątkowo podoba mi się to, jak potraktowana została kwestia istnienia nie-istnienia fae i wiedzy, która jest dostępna różnym ludziom.

Spotkałam się z opiniami, że główny bohater jest irytujący – chełpliwy i nierozważny, arogancki i bezczelny, a w dodatku przeważnie ma rację i wiele rzeczy udaje mu się zbyt łatwo. Przyznaję, mnie on też miejscami strasznie irytował, ale autor dopilnował, żeby Kvothe płacił słono za swoje pomyłki i żeby jego błędy i bezmyślność miały odpowiednie konsekwencje, choćby w postaci blizn, połamanych kości i wyrzutów sumienia. Poza tym, jestem skłonna Kvothe wiele wybaczyć, wiedząc od początku, gdzie i jaki jest (póki co, chłopak jeszcze oddycha) koniec jego opowieści, a o szelmach i narwańcach w ogóle lubię czytać, chociaż z żywym egzemplarzem mogłabym kwadransa w jednym pomieszczeniu nie wytrzymać.

A teraz przejdźmy do negatywów. Kvothe jako narrator większej części opowieści to zarówno zaleta (patrz wyżej), jak i wada – patrz standardowe ograniczenia narracji pierwszoosobowej, ze szczególnym uwzględnieniem jednowymiarowości bohaterów drugoplanowych. Objętość obu tomów (ponad tysiąc sześćset stron) nie jest wadą sama w sobie, ale już przypominanie pewnych wcześniejszych wydarzeń bywa momentami nużące – nie wiem, czy to autor, czy redaktor założył, że czytelnicy mają krótką pamięć, czy to już niepisane prawo książkowych serii, te nieszczęsne streszczenia.

Kiedy mówimy o Kvothe nie sposób nie wspomnieć o Dennie. Z jednej strony można na nią patrzeć, jak na jeden z „tematów” życia Kvothe – jest miejsce dla prób wyjaśnienie osobistej tragedii z przeszłości i dokonania zemsty, jest miejsce dla rozmaicie rozumianej edukacji bohatera, jest dla transgresji związanych z jego dziedzictwem i wyjątkowością, dlaczego miałoby go zabraknąć dla idealizowanej ukochanej? Na szczęście na tym się Denna nie kończy. Osierocona (zapewne) dziewczyna, radząca sobie sama w życiu, bez pieniędzy, z bardzo niską pozycją i mogąca liczyć tylko na swój rozum i talenty – przecież to lustrzane odbicie Kvothe! Tylko ze społecznie nałożonymi na nią ograniczeniami, związanymi z jej płcią.

Innymi słowy Denna to udany przykład komentarza społecznego o charakterze feministycznym, który Rothfuss próbuje wplatać w swoją opowieść. Inne nie są tak udane - „rycerskość” Kvothe wobec kobiet i różne damsels in distress skutkują czasem spektakularnymi failami w tym obszarze. I tak jak Dennę kocham, tak mając w pamięci matriarchalną społeczność Ademów, której opisy można wskazywać palcem z komentarzem „patrzcie, drogie dzieci, tak wygląda orientalizacja” czy różne wpadki w rodzaju porównywania kobiet do instrumentów muzycznych i natychmiastowego mansplainingu, jak to wcale w wykonaniu Kvothe nie jest seksistowskie, strasznie się o nią boję. Tak, znając część historii i domyślając niektórych wydarzeń, o których Kvothe jeszcze nie opowiedział, boję się, że Denna skończy w roli Woman in Refrigerator, a wtedy łyżka dziegciu zepsuje mi smak całej beczki miodu.



***

A tak na marginesie, nakarmiłam Kundelka i nie wiem, od czego by tu zacząć, więc mam pytanie do zaglądających na bloga. O której książce chcielibyście (najpierw) przeczytać?:

Russell Banks "Lost Memory of Skin"

Jo Walton "Among Others"

Eleanor Henderson "Ten Thousand Saints"

Catherynne Valente "Deathless"

Erin Morgenstern "The Night Circus"

Paul McAuley "In the Mouth of the Whale"

Ernest Cline "Ready Player One"

Nnedi Okorafor "Akata Witch"

sobota, 18 lutego 2012

Suzanne Collins – The Hunger Games trilogy

(The Hunger Games, Catching Fire, Mockingjay)


Wielkimi krokami zbliża się premiera filmowej adaptacji „The Hunger Games” (tak, oczywiście, że ignoruję polskie tłumaczenie tytułu) i w związku z tym co i raz trafiam w sieci na jakieś materiały promocyjne, wywiady z aktorami i radosną twórczość własną fanów, i przypominam sobie, że chciałam napisać parę słów o trylogii Suzanne Collins.

To nie jest tak, że „The Hunger Games” są bez wad, ale czytało mi się je wyśmienicie - a trzeba pamiętać, że nie mieszczę się w podstawowej grupie docelowej, więc pewnie przeszkadzało mi więcej rzeczy niż modelowemu czytelnikowi/czytelniczce.

Poniższy tekst to nie recenzja, tylko luźne rozważania o kilku kwestiach. Uwaga: spojleruję bez opamiętania wszystkie trzy tomy, także jeśli ktoś nie czytał, a nie lubi poznawać szczegółów fabularnych przed lekturą, to powinien odpuścić sobie dalsze części notki, może poza pierwszą, która jest około-książkowa i zdradza tyle, co opis z okładki.

 

May the odds be ever in your favour

W grudniowym karnawale blogowym Rusty zalinkowała recenzję „Mockingjaya”, której autorka napisała rzecz dla mnie dość zdumiewającą, a mianowicie, że jest jej przykro, że kręcąc ekranizację „z książki, krytykującej pornograficzność mediów, robi się po prostu kolejny przypadek tej medialnej pornografii”, pokazując na ekranie kolejne śmierci.

Collins pokazuje zły, okrutny system, w którym dzieci zabijają dzieci i jest to telewizyjną rozrywką. Robi to opisując ze szczegółami kolejne krwawe zgony – uczestnicy Głodowych Igrzysk nie giną w książkach poza zasięgiem pióra. A czytelnicy, trzymający oczywiście kciuki za Katniss, są ciekawi, co też wydarzy się na arenie. Czytelnicy są kolejnymi widzami Hunger Games i uświadomieniu sobie tego towarzyszy bardzo właściwe, nieprzyjemne uczucie.

Jak sądzę, twórcy filmu nie wypaczą ani nie złagodzą treści książki (na razie film jest promowany jako historia dziewczyny zmuszonej do udziału w okrutnym widowisku i jako historia miłosna – nacisk w kampanii promocyjnej na wątek romantyczny już spotkał się z negatywną reakcją części fanów – na tym froncie, jak widać, wszystko w porządku), więc dlaczego ma być to nagle „medialna pornografia”? Bo zarobią o wiele większe pieniądze, niż autorka? Bo ludzie, którzy przeczytali, będą chcieli zobaczyć tę historię przełożoną na język obrazów? Bo weekendowi konsumenci kultury wybiorą się w sobotnie popołudnie do kina na „The Hunger Games”? Does not compute.

Jakiś czas później sama natrafiłam na coś, co może mieć związek z odczuciami autorki recenzji. Po wypuszczeniu kolejnego trailera „The Hunger Games” w pewnych rejonach sieci zaroiło się od bazujących na nim fanartów i fotomontaży, i nie na jednym, i nie na dwóch pojawiło się „motto” Głodowych Igrzysk –„May the odds be ever in your favour”, motto, które wydaje się w najlepszym razie okrutnym żartem.

Gdyby los (okoliczności) był po stronie Katniss, to jej siostra nie zostałyby wylosowana. Gdyby któremukolwiek z trybutów los sprzyjał, to urodziliby się w lepszym świecie, gdzie dzieci nie są zmuszane do mordowania dzieci na oczach rozentuzjazmowanych tłumów. W jakim języku to, że rodzice i dystrykt wychowują cię na mordercę, jak to ma miejsce w przypadku „zawodowców” („careers”), oznacza „pomyślność losu”? Collins dobitnie pokazuje, że nawet zwycięzcy Głodowych Igrzysk, nie są żadnymi zwycięzcami, a ocalałymi, pozostałymi przy życiu, którzy zapłacili za to ogromną cenę.

Zdaje się w trzecim tomie jest ten moment, że w rozmowie pomiędzy Katniss i Peetą pada gorzkie „May the odds…” jako znak radzenia sobie z traumą, ale i potwierdzenie świadomości, że chociaż są poza areną, to wciąż jedynym wyborem, jaki mają, jest zabić albo zginąć. Dla mnie była to bardzo uderzająca scena, podobnie jak ta, w której „sztab generalny” zastanawia się, jak wyciągnąć z Katniss, fatalnie wypadającej w inscenizowanych sytuacjach przed kamerą, Mockingjaya i kolejne osoby zaczynają wymieniać swoje ulubione momenty „show”.

A tymczasem fan jeden z drugim pracowicie dopieszcza grafikę w Photoshopie, przyjmując bezrefleksyjnie język, którym o Głodowych Igrzyskach mówi Kapitol. I mnie to trochę kopnęło, chociaż wiem, że oni wszyscy zasadniczo patrzą na Panem z perspektywy Katniss, gdzie główny konflikt przebiega nie na linii trybut-trybut, a ludność dystryktów-Kapitol, czy bardziej konkretnie ludzie uciskani (traktowani okrutnie) a ludzie okrutni (bądź pozwalający na okrucieństwo) dla własnej wygody, bezpieczeństwa, rozrywki.

 

Raz, dwa, trzy, umrzesz ty

Ponieważ ja wciąż dziwię się światu, zdziwiłam się reakcją dużej części czytelników kręcących oczytanymi nosami na zakończenie trylogii. Dla mnie było idealne.

To, że Katniss zwiąże się w końcu z Peetą było dla mnie oczywiste (więc kolejno: kibicowałam Gale’owi, życzyłam Peecie gwałtownej śmierci, krzywiłam się na to, że Katniss nie ma żadnej trzeciej opcji, tylko jeden albo drugi i true love aż po grób, ale łaskawie przyznawałam, że pokancerowanej dziewczynie trudno byłoby związać się z kimś „normalnym”, i machnęłam na „romantyczne” perypetie ręką), sposób w jaki do tego doszło wydawał mi się dostatecznie wiarygodny. I tyle.

Natomiast śmierć Prim, w dodatku z rąk sprzymierzeńców, jest według mnie rozwiązaniem fabularnym ocierającym się o genialność. Miłość Katniss do młodszej siostry i złożona dziewczynce obietnica doprowadziła do rewolucji. Alma Coin jednym posunięciem zniszczyła resztki lojalności wobec prezydenta Snowa i Katniss Everdeen, dziewczynę, która uosabiała wartości rewolucji i która mogła sprzeciwić się polityce prezydent 13 Dystryktu.

Gdyby Paylor (oj, jak ładnie zaznaczona jest różnica między Coin a Paylor - pierwsza traktuje Katniss jak pionka w grze, druga jak człowieka – i dlatego, kiedy dowiadujemy się, że na czele rządu po śmierci Coin stanęła Paylor, wiemy, że doczekaliśmy się jakiegoś happy endu), przywódczyni rebelii z Ósemki, nie pozwoliła Katniss spotkać się ze Snowem, a łatwo można to sobie wyobrazić, Coin miałaby upragnioną władzę, a chora z żałoby Mockingjay pewnie wróciłaby na ruiny swojego dystryktu, żeby wieść życie ocalałej z masakry. U podstaw nowych rządów ległaby zbrodnia (z punktu widzenia ich twórców – zbrodnia konieczna), dzieci Kapitolu zabijałyby się w Głodowych Igrzyskach.

(A czy nie znakomite jest to, że pozostałe dystrykty patrzyły na niemalże mityczną Trzynastkę, jak na wybawcę, podczas gdy każdy czytelnik, który liznął historii w podstawówce, musiał patrzyć na wojskowy reżim przynajmniej z nutą nieufności?)

 

Dziewczyna w płomieniach

Katniss Everdeen wydaje mi się postacią trudną do polubienia, ale ja zdecydowanie ją lubię i to nie tylko dlatego, że stoi w opozycji do dzielnych heroin, którym obecność chłopaka czy dwóch zwykle ujmuje rozsądku a podnosi współczynnik głębokich westchnień. Myślę, że to, że Katniss wydaje nam się taka chłodna, ma sporo do czynienia z ograniczeniami narracji pierwszoosobowej. Katniss widzimy oczami Katniss, a ona ocenia się surowo i wydaje się bardzo dojrzała.

Sama złapałam się na tym, że kiedy któryś raz rozmyślała o Peecie i Gale’u, w swoim stylu, który scharakteryzowałabym słowami „no bullshit”, pomyślałam – daj wreszcie spokój dziewczyno, bierz któregoś albo rzuć obu w cholerę, jak ci tak średnio zależy. I musiałam się upomnieć, hej, Fabulitas, ogarnij się, przecież czytasz historię dziewczyny, którą życie zmusiło, żeby była dorosła, ale to wcale nie znaczy, że jest dojrzała – a przecież nie miała kiedy i jak dojrzeć uczuciowo, dojrzeć do relacji romantycznej i erotycznej (przyznam się, że wciąż z niechęcią myślę o tym, jak Peeta zrzucił Katniss na głowę swoją miłość, nawet jeśli miało to na celu poprawienie jej szans na przeżycie). Poza oczywistymi momentami (Katniss w pierwszym tomie podejrzewająca Peetę o nie wiedzieć jaką przebiegłość), kiedy autorka pokazuje nam, że świat może nie do końca wyglądać tak, jak Katniss go widzi, mamy jednoznaczną, zdecydowaną perspektywę. I mnie brakowało takiego spojrzenia z zewnątrz – hej, to przecież młoda dziewczyna, dziecko okradzione z dzieciństwa, rzucone w wir wydarzeń, które je przerastają.

Zastanawiając się, co właściwie chcę napisać w tej notce, zaczęłam myśleć co-by-było-gdyby. W jaki sposób Katniss – która potępia się za to, że nie nadaje się na uzdrowicielkę i uciekała z domu, kiedy do jej matki przynoszono chorych, a przecież opiekowała się przez lata swoją małą rodziną (przynosząc pożywienie, a więc i troszcząc się o ich ciała) i kiedy odnalazła rannego Peetę ani przez moment nie zawahała się przed tym co musiała zrobić, niezależnie od własnych lęków i odczuć – można było przedstawić w łagodniejszym świetle?

I tak sobie pomyślałam, czy nie było by pięknie, gdyby w pierwszym tomie narratorką była Katniss, ale w drugim i trzecim już kto inny? Do drugiego tomu oczywistym wyborem byłby Peeta, chociaż ja (ponieważ Peetę lubiłam gdzieś do momentu, kiedy udało mu się przeżyć, aż Katniss po niego przyszła, potem zrobił się na moment interesujący dopiero po praniu mózgu) wolałabym Finnicka. Do trzeciego Prim, Haymitch albo Boggs (Prim i Boggs musieliby w pewnym momencie „oddać narrację”, ale znowu – wydaje mi się właściwe, żeby Katniss mogła zakończyć własnym głosem swoją historię). Dzięki temu zobaczylibyśmy Katniss oczyma innych (także jako Katniss-dziecko-na-arenie), zamiast tylko podejrzewać, czym jest ten sławny „wpływ”, z którego ona nie do końca zdaje sobie sprawę, uniknęlibyśmy niektórych przydługich fragmentów, kiedy Katniss trzeba było coś zrelacjonować/wytłumaczyć i pewnie mielibyśmy szansę poznać lepiej Panem (a to, czym jest Panem i kto w nim żyje należy do najbardziej interesujących aspektów „The Hunger Games”).

Żeby nie było – dostaliśmy, co dostaliśmy, i było to dobre.

(Zwróciliście uwagę, że Katniss ma też cechę każdego Bohatera Powieści Młodzieżowej TM? Przy całej swojej odwadze i bystrości, wykazuje się czasami świętą naiwnością pierwszej wody.)

(Nie zgadzam się też z dość powszechną opinią, że „Catching Fire” jest najsłabszym tomem z trylogii, i po co on w ogóle, i jakoś tak bez pomysłu – owszem, na poziomie wydarzeń rzecz momentami kuleje, ale poza wprowadzeniem nowych bohaterów, w „Catching Fire” mamy właściwie cały rozwój „polityczny” Katniss, nie oddałabym tego za żadne skarby.)

 

If you want a picture of the future, imagine a boot stamping on a human face — forever.

Można bez większej przesady napisać, że „The Hunger Games” to klasyczna antyutopia – a to, że to wszystko w literaturze już było (i nie, nie chodzi mi o „Battle Royale” Takamiego, raczej o właściwie każdą dwudziestowieczną wizję dystopicznej przyszłości), wcale nie umniejsza dokonań Collins w tej materii. Nie chcę się tutaj rozwodzić nad jej krytyką tradycyjnych mediów i mechanizmów, które dobrze znamy z naszej rzeczywistości (nie trzeba daleko guglać, żeby znaleźć takie analizy), a raczej zwrócić uwagę na niezwykłą przenikliwość Collins w tworzeniu Panem i zasad jego funkcjonowania, na te wszystkie szczegóły zachowań ludzkich, które są tak boleśnie wiarygodne. O sile jej wizji świadczą różne “drobiazgi” - Pierwszy i Drugi Dystrykt, które chcą „przypodobać” się opresorowi i w pewien sposób próbują przemienić swoją opresję w „chlubę”, Katniss sparaliżowana niemocą i z obawy o swoich najbliższych gotowa zrobić wszystko, czego Snow od niej zażąda, ignorancja bądź wyuczone „niewidzenie” u części mieszkańców Kapitolu, różne interesy wśród rebeliantów, siła symboli (Katniss może zginąć, walczącym wystarczy sama jej twarz), tyran tak przekonany o swojej sile, że ogranicza to jego perspektywę (kto inny by uznał, że ponowne rzucenie Katniss na arenę załatwi sprawę, a nie odniesie skutek przeciwny – a ten odniosłoby prawdopodobnie nawet wtedy, gdyby dziewczyna tam zginęła) itd. itp.

(Duży, duży plus za to, że Collins nie starała się niczego łagodzić, mimo że pisała (w zamyśle) dla starszej młodzieży, a dodatkowo jej brutalny realizm nie został podlany dydaktycznym sosem. To jest w sumie bardzo prosta bajka - u podstaw rewolucji w Panem legły dwa gesty – miłości i poświęcenia, kiedy Katniss zgłosiła się jako ochotniczka w miejsce Prim, i buntu, kiedy przestała grać według reguł gry ustalonych przez władców Kapitolu – ale trzeba to sobie samemu wyczytać.)

 

No, to wyrzuciłam z siebie, co mi chodziło po głowie, mogę wrócić do Hollinghursta. Serdeczne gratulacje dla wszystkich, którzy doczytali do tego momentu.

poniedziałek, 13 lutego 2012

A Separation (2011) reż.  Asghar Farhadi

Jaki ten film jest dobry, co to jest za kino, o ja nie mogę.
Jak ta historia jest opowiedziana.
Ile tam się mieści – odpowiedzialność, miłość, religia, rodzina, podziały klasowe, wina i kara, prawda, kłamstwo, konsekwencje – i w jakich prostych ramach.
Jak to wszystko jest oszczędnie pokazane – oszczędnie, ale nie ascetycznie.
I jakie tam są dialogi, ile tych dialogów, oj mamo, jak ja uwielbiam dobre dialogi.


(Wiem, że to okropna recenzja i jakieś ćwierć notki, ale dawno nie oglądałam filmu, przy którym chciałam co chwilę wskazywać na ekran, mówiąc - łaaaa, widzisz, co się dzieje? łaaaaa, patrz, co on teraz powiedział, o rany, o rany...!)

(Widzisz tragedię na ekranie, ale jesteś w euforii, bo to, co oglądasz, jest aż tak dobre.)

 

 

(a notka o The Hunger Games się pisze i pisze i pisze)

niedziela, 08 stycznia 2012

SPOJLERY. Wszyscy, którzy nie widzieli „A Scandal in Belgravia”, sio i wrócić, jak nadrobicie.

 

Ok, czyli po półtora roku, które fandom spędził z zapartym tchem na basenie, Jim Moriarty wyszedł, bo dostał ofertę ciekawszą niż zostanie rozerwanym na kawałeczki przez swoją bombę? Thanks for nothing, Moffat.

Ninedin napisała absolutnie piękną notkę o Irene Adler i wobec tego jest mi troszkę smutno, bo miałam zamiar pisać na dokładnie ten sam temat, ale zbierałam się jak sójka za morze (jak zwykle). Typowej recenzji też nie napiszę (fantastyczny odcinek, warto było czekać, kropka), więc co mi pozostaje? Spojrzeć pod trochę innym kątem, a więc będzie o Irene, ale głównie o Sherlocku.

Pamiętacie, jak po pierwszym sezonie rozmawialiśmy o seksizmie? Miałam poważne obawy, kiedy dowiedziałam się, że Moffat wziął na warsztat Irene i zrobił z niej dominę, bo przecież nic prostszego niż skręcić w ślepą uliczkę „kobieta, która używa swojej seksualności jest niebezpieczna dla mężczyzn i musi zostać poskromiona”. Na szczęście tak się nie stało - Irene jest dla Sherlocka niebezpieczna dlatego, że dorównuje mu intelektualnie, a wszystko inne m.in. to, że wykorzystuje seks, żeby zdobyć kolejne kilka punktów przewagi nad Sherlockiem, to tylko pochodne.

Tak jak napisała Nindin, Irene jest portretem Sherlocka w negatywie, i tak jak przy każdym obrazie w negatywie mamy wartości przeciwstawne (kolory – Irene po stronie cienia, Sherlock po stronie, ekhm, światła, Sherlock aseksualny, Irene drapieżnie seksualna) i takie, które pozostają bez zmiany (kształty – oboje są bardzo inteligentni, amoralni, patrzą z wyższością na innych). Dlatego, kiedy Sherlock mówi o uczuciu jako słabości Irene, mówi też o tym, co uważa u siebie za słabość.

I tu przechodzimy do Sherlocka i tego, co, jak sądzę, będzie tematem drugiego sezonu, a ma wiele wspólnego z wymianą zdań z pamiętnego basenu:

Jim Moriarty: If you don't stop prying I will burn you. I will burn the heart out of you.
Sherlock: I have been reliably informed that I don't have one.
Jim Moriarty: But we both know that's not quite true.

W „A Study in Pink” poznaliśmy Sherlocka Holmsa, jako błyskotliwego dziwaka i samotnika, który spędza wolny czas bijąc nieboszczyków w kostnicy. I który skwapliwie przedstawia swojego nowego (i zapewne pierwszego ever, który nie uciekł po 24h) współlokatora, jako przyjaciela. Na początku drugiego sezonu wokół Sherlocka jest już mała rodzina – John, Sherlock, Lestrade, Molly i pani Hudson spędzają razem święta, John i Mycroft dbają o to, żeby Sherlock nie wrócił do nałogu etc.

Irene jest dla Sherlocka słabością (i nie będę tutaj dyskutowała o rodzaju czy sile uczucia, które w nim wywołała), tak jak słabością okazał się John, kiedy Moriarty zdecydował się zaatakować. Stąd tyrada o miłości. I stąd ostatnia scena, która nie jest o bezsilnej Irene Adler, potrzebującej wybawcy, ale o Sherlocku, który mimo że został wielokrotnie upokorzony przez Irene i tak nie potrafi postąpić wobec niej tak obojętnie i bezwzględnie, jak to gra przed Mycroftem („If you're feeling kind, lock her up. Otherwise let her go. I doubt she'll survive long without her protection.”).

Dzisiaj Mark Gatiss bierze na warsztat „Psa Baskerville'ów” i z ust Sherlocka pada takie zdanie: „Friends? I don't have friends!”. A przecież wszyscy wiemy, że to nieprawda.

wtorek, 27 grudnia 2011

Między galą ponownego otwarcia teatru Bolszoj a „Dziadkiem do Orzechów” Staatsoper Unter den Linden (o dziwo nikt nie próbował odebrać mi pilota – być może rodzina współczuje mi braku telewizora na co dzień) obejrzałam świąteczne odcinki Doctora Who i Downton Abbey. I było słodko-gorzko, bo o ile moja wiara w Downton Abbey została odbudowana po rozczarowaniu drugim sezonem, to Doktor w Narnii mnie znudził.

Moffat zafundował nam trącącą esencjalizmem historyjkę o macierzyństwie (która na szczęście jest też opowieścią o silnej kobiecie) ze lukrowanym zakończeniem, ugh. Nie żebym się spodziewała innego zakończenia po człowieku od everybody lives, i to w święta, ale historia o godzeniu się ze stratą mogłaby być zwyczajnie lepsza. Nie wspominając już o historii, która się rozwija w następstwie decyzji podejmowanych przez bohaterów, a nie taka, w której różne rzeczy bohaterom się przytrafiają (i nie ma to na nich większego wpływu – ani Madge ani dzieci przygoda w Narni nie zmienia w żaden sposób), a Doktor prowadzi widza za rączkę. Chyba na pocieszenie obejrzę sobie „A Christmas Carol”.

Za to w Downton Abbey wszystko było piękne i nic nie bolało, chociaż wolałabym, żeby Mary poślubiła Carlisle’a albo wyjechała do Ameryki.

Doctorowi Who życzę, żeby w nowym roku Moffat dobrze wykorzystał dodatkowy czas i stworzył interesujących nowych bohaterów z nowym towarzyszem/towarzyszką na czele, historie efektowne, ale nie efekciarskie, niezwykłe światy i obcych, oraz ograniczył używanie catchphrases i recycling idei. A Downton Abbey, żeby Fellowes dał wreszcie spokój Annie i Batesowi (naprawdę, ich codzienne życie małżeńskie będzie ciekawsze niż te ciągłe dramy, kocham Annę, proszę mi jej nie psuć), napisał Edith porządny wątek, postawił przed Mary i Matthew inne dylematy niż matrymonialne i pokazał nam dużo nowego życia Sybil.

(BTW jeśli kochacie, ale i zasmuca Was Downton Abbey, to obejrzyjcie Garrow's Law, które choć o wiele skromniejsze IMO bije Downton na głowę)

sobota, 26 listopada 2011

Bawiłam się rewelacyjnie oglądając „Tinker Tailor Soldier Spy”. I to Wam musi wystarczyć za recenzję i rekomendację, bo poniżej jedynie kilka luźnych uwag, ze spojlerami w dodatku.

 

George Smiley będzie już zawsze miał dla mnie twarz Gary'ego Oldmana, który do książkowego opisu nie pasuje nijak, ale JEST Smileyem. Zresztą właściwie o całej obsadzie mam do powiedzenia same dobre rzeczy. Colin Firth świetny jako Bill Haydon, Tom Hardy jako Ricki Tarr, Benedict Cumberbatch jako Peter Guillam, Mark Strong jako Jim Prideaux, Toby Jones jako Percy Alleline. I dalej - cała plejada mniej znanych aktorów, wszyscy spisali się na medal.

Ponieważ jestem stuknięta, odświeżyłam sobie książkę przed pójściem do kina i mogłabym tu wyliczyć, co w filmie pozmieniano, ale mi się nie chce – no i większość zmian (Smiley odchodzący razem z Controlem, Control mówiący do Jima, jednym zdaniem, że chcą jego głowy, podczas gdy w książce był to rozwinięty wątek, Jim mówiący, że powiedział Rosjanom wszystko, przeniesienie miejsca i kontekstu śmierci Iriny, mniejszy rozmach operacji w Brnie Budapeszcie [tej zmiany na Budapeszt to im nie wybaczę, co, Czechy były mniej za żelazną kurtyną niż Węgry? Głupiemu widzowi się Brno z Bernem będzie myliło?]), jakby się nam mogły nie podobać, absolutnie można uzasadnić koniecznością ściśnięcia powieści w dwóch godzinach filmu. Jedne skróty udały się lepiej (historia Rickiego i Iriny, może dlatego, że Svetlana Khodchenkova jest zjawiskowa), inne gorzej (to, jak Guillama zostawia Camilla zostało nakręcone tak, że wygląda na to, że Peter rozstał się właśnie z facetem w średnim wieku z poprzedniej sceny. W sumie czemu by nie, ale. update: zajrzenie w scenariusz ujawniło, że tam faktycznie Guillam zostawia kochanka, co dla mnie-czytelniczki było tak konfundujące, że tego po prostu nie zobaczyłam. Szkoda, że wypadła jakaś wcześniejsza scena z Guillamem i jego partnerem. Liczę, że będzie wydana na DVD wersja reżyserska filmu i zobaczymy nieco więcej. A w takim razie, przykład gorszego skrótu - dotarcie Smileya do prawdy o tym, co wydarzyło się Prideaux i do samego Prideaux).

Czytelnika i czytelniczkę w kinie ucieszy, że scenarzyści odrobili pracę domową i mamy na ekranie nie tylko istotne szczegóły (zapalniczka Smileya), ale i drobiazgi robiące świat, a nie wnoszące nic do fabuły (miłość Mendela do pszczół).

Świetny pomysł z niepokazaniem twarzy Ann i Karli, których w książce też na dobrą sprawę nie widzimy, chociaż Karla zostaje bardzo dokładnie opisany przez Smileya, a wzmiankę o Ann mamy co kilka stron. W filmie Gary Oldman ma rewelacyjny monolog o spotkaniu Smileya z Karlą i oznajmienie, że nie pamięta, jak Karla wygląda ładnie się tam wkomponowuje, ale ogólnie uważam to za nieco zbyt dramatyczne.

A poza ekranem ubawiło mnie rozczarowanie piątkowych kinomanów, którzy przyszli na film o szpiegach i obejrzeli, uwaga, uwaga, film o szpiegach.

poniedziałek, 31 października 2011

Jonathan Franzen „Wolność”, wyd. Sonia Draga 2011


Ta proza ma to do siebie, że wciąga. Franzena się nie odkłada, Franzena się czyta do końca, nawet, jeśli pieką oczy i jaśnieje świat za oknem. Całe sześćset stron. Niemniej jednak jestem „Wolnością” nieco rozczarowana*. To nie jest tak, że mi się nie podobała. To „Korekty” podobały mi się o wiele bardziej.

„Korekty” były powieścią o rodzinie i o ludziach w rodzinie, „Wolność” jest powieścią o ludziach zmagających się ze światem, ludziach, których przypadkiem łączą relacje osobiste/pokrewieństwa. Z ważnego bohatera drugoplanowego w „Korektach” Ameryka staje się bohaterem pierwszoplanowym w „Wolności”. Cierpią na tym, przynajmniej w moim odczuciu, postacie.

„Wolność” ma czterech głównych bohaterów – Richarda Katza i trójkę Berglundów – Patty, Waltera i Joeya, ich syna. Katz jest muzykiem, bohaterem najbardziej w zgodzie ze sobą, ale i tak nieszczęśliwym, i katalizatorem związku Patty i Waltera. Walter działa na rzecz ochrony środowiska, stopniowo rozmienia na drobne swoje ideały i w ramach kryzysu wieku średniego™ wikła się w romans z asystentką. Patty całe życie ucieka od swojej rodziny. Joey robi podobnie, ale nieudany flirt z republikanami i miłość do przyjaciółki z dzieciństwa każe mu przewartościować życiowe wybory.

Katz jest wiarygodny, ale nudny. Walter jest przez większość czasu żałosny bez żadnego dobrego uzasadnienia, a jego związek z dużo młodszą kobietą jest przedstawiony bardzo sztampowo, bardzo, bardzo, ot, ilustracja tezy. Do Patty i Joeya szarpiących się ze swoimi uczuciami i ambicjami nie mam zastrzeżeń.

Brakuje mi też dobrego drugiego planu. Córki Patty i Waltera właściwie nie poznajemy, a to tej postaci byłam najbardziej ciekawa. Lalitha, kochanka Waltera, jest papierowa od początku do końca, a to, jakim cudem zakochuje się w starszym Berglundzie, pozostaje bez wyjaśnienia. To znaczy, jeśli litościwie wykluczymy narracyjną konieczność. Connie, dziewczyna Joeya, jest zupełnie niemożliwa i jakby z innej bajki, innego wieku, innej powieści, innej planety. I też nie wiemy - dlaczego. O siostrach Patty i absurdalnej psychopatycznej przyjaciółce nawet szkoda wspominać.

Franzen ze swadą i talentem rysuje portret zmieniających się Stanów, i ze swadą i talentem kreśli przed nami perypetie, głównie gorzkie, swoich bohaterów, ale ci bohaterowie zbyt są powiązani z krzyżującymi się we współczesnej Ameryce ideami i powiązanymi z nimi stylami życia, żebyśmy mogli im porządnie współczuć. Zbyt wiele jest Patty wybierającej kształt swojego życia w decyzji, czy związać się z Walterem czy z Richardem, zbyt mało Patty odkrywającej, że uprawianie ogródka jest bezpiecznym tematem do rozmowy z matką. Zbyt dużo jest Waltera usprawiedliwiającego moralnie swoje działania i próbującego postępować właściwie, zbyt mało mężczyzny, który po pracy wraca zmęczony do domu.

 

 

*To może być morał tej powieści – wolność rozczarowuje.





niedziela, 16 października 2011

Motto dzisiejszej notki brzmi: „What's the point of two hearts if you can't be a bit forgiving now and then.”

(Ile ja jestem w stanie wybaczyć temu serialowi, to nie macie pojęcia. No, może trochę macie.)

(Pozwólcie, że nie będę przytaczała epitetów, którymi obrzucałam Doktora bardzo hojnie, oglądając odcinek. Niech Wam wystarczy, że były barwne, ale niezbyt oryginalne.)

Spoilers! mówię ja, a River siedzi w kącie i płacze, bo zamieniła bajeczne buty na dożywocie. Za to Amy wreszcie spróbowała zamordować kogoś, kto nie jest jej córką, Rory dowiedział się, że jego szefowa chciałaby zabrać go na babeczki, a pterodaktyle zeżarły dzieci w parku. Profit.

 

Doctor Who S06E13 The Wedding of River Song

Chciałam napisać o tym odcinku wszystko-wszystko, ale przy piątej stronie dałam sobie spokój, zwłaszcza że nie dotarłam nawet do połowy, a zaczęłam coraz bardziej wchodzić w rozważania ogólnosezonowe. Także będzie tematycznie, a wątkiem śmierci Doktora i związku Doktora i River zajmę się trochę szerzej. Trochę.

Na przystawkę czyste piękno i dobro. Dwie sceny z minimalnym komentarzem.

The Doctor: Imagine you were dying. Imagine you were afraid and a long way from home in terrible pain. Just when you thought it couldn't get worse, you looked up and saw the face of the Devil himself. Hello, Dalek.

Ha. Ha. W ogóle, Doktor z tym łagodnym uśmiechem i nieziemskim spokojem, szukający odpowiedzi, dlaczego musi umrzeć, to jest coś, co mogę oglądać.

 

Dorium: Time catches up with us all, Doctor!
The Doctor: Well it has never laid a glove on me!

...

The Doctor: Hello.
Nurse: Doctor, I'm so sorry. We didn't know how to contact you. I'm afraid Brigadier Lethbridge-Stewart passed away a few months ago. Doctor?
The Doctor: Ah... Yes, yes.
Nurse: It was very peaceful. Talked a lot about you if that's any comfort. Always made us pour an extra brandy in case you came 'round one of these days.

O-o, czas właśnie kogoś dogonił. Hołd dla Brygadiera (Nicholasa Courtney'a, zmarłego w lutym tego roku) to piękny, smutny moment, ale na samym początku tej sceny i tak miałam nieprzyzwoitą wręcz radochę, że czas wymierzył Doktorowi bolesny policzek. Ha.

Amy & Rory

„A wszystko to, bo ciebie kocham, nie wiem jak bez ciebie mógłbym żyć, chodź, pokażę ci, czym moja miłość jest, dla ciebie zabiję się...” (Lubię Amy i Rory'ego jako parę, ale w tym sezonie scenarzyści ustawili ich związek loop, co jest odrobinę nużące. I nawet karabin szturmowy nie jest w stanie tego zmienić. Nie.)

Churchill & co

Przez pierwszą połowę odcinka prowadzą nas za rękę rozmowy Churchilla z Malokehem i Doktora z Churchillem. Trzeba być Anglikiem albo cierpieć na ciężką anglofilię, żeby mieć emo na Churchilla w kinie/tv. Mnie ta postać nie rusza, za rękę też nie lubię być prowadzona, ale w sumie nie najgorzej się to ogląda. A ta alternatywna rzeczywistość jest bardzo atrakcyjna i konceptualnie i wizualnie. Szczerze mówiąc, to poświęciłabym Night Terrors albo The Curse of the Black Spot, żeby zobaczyć więcej tego świata i rozpadającego się czasu w dwuczęściowym finale.

Amy & Kovarian

Wreszcie. WRESZCIE. Chociaż to dosyć niespodziewany, mroczny twist dla charakteru Amy. I jak to jest, że alternatywne Amelie Pond są zawsze bardziej interesujące od tej zwykłej?

(Czy tylko ja mam takie wrażenie, czy Madame Kovarian jest póki co strasznie papierowym czarnym charakterem? Służenie Ciszom to jedno, ale przydałby się jakiś wgląd w jej motywy, jakieś minimalne uzasadnienie, dlaczego jest tak strasznie zła i nikczemna. A tu przez cały sezon ani okruszka.)

Mr & Mrs Doctor

Podczas sceny nad jeziorem w pełni wykorzystałam swój dość skromny arsenał przekleństw. Poważnie, Doktorze? Skazujesz River na życie ze świadomością, że cię zamordowała (nie wspominając o więzieniu), co jest wielkim kłamstwem, i jedyne co masz do zaoferowania to „zawsze i kompletnie jest ci wybaczone”?! What the hell, hero?! Żeby nie było, generalnie podobała mi się wiwisekcja gorszej strony Doktora w szóstym sezonie, tylko że angażuję się emocjonalnie przy oglądaniu. No i dostał za swoje.

River Song: Fixed points can be rewritten.
The Doctor: No they can't, of course they can't! Who told you—

 

Och, ups. River pilnie słuchała i studiowała Doktora.

River na brzegu Lake Silencio odmawia zabicia Doktora. Konieczność, o której mówi on, nic dla niej nie znaczy, bo i niby dlaczego. Doktor nie raczy porządnie wyjaśnić, a River nie jest odpowiedzialna za czas, przestrzeń, rzeczywistość – nie jest Doktorem, jest odpowiedzialna tylko za swoje wybory, za swoje serce i swoje, hm, sumienie.

Poprzednim razem River i Doktor spotkali się w Berlinie. Z jej punktu widzenia to ich czwarte spotkanie – a dwóch pierwszych, kiedy była niemowlęciem (a dokładniej Ganger!Baby!Melody) i kiedy była dziewczynką w skafandrze, można właściwie nie liczyć.

W Let's Kill Hitler* Doktor zamienił zaprogramowaną nienawiść River do siebie w miłość, egoistycznie, walcząc o własne życie. I ja mu się nie dziwię. Ale nie pochwalam. Miłość nie jest przeciwieństwem nienawiści, a nienawiść nie jest przeciwieństwem miłości. Przeciwieństwem obydwu jest obojętność. Tak to działa, uczucie – brak uczucia. Doktor, żeby naprawdę uwolnić/uratować River, powinien był pozwolić jej na obojętność wobec siebie. Czego nie mógł/nie chciał/nie potrafił zrobić, bo/a stawką było jego życie. I nad głupim jeziorem w Utah to się na nim mści, a ja mam satysfakcję. Ha.

Ponownie River i Doktor spotykają się w piramidzie. Mamy ładną analogię z finałem poprzedniego sezonu. Wtedy Amy z głową pełną historii o Doktorze ocaliła go, robiąc dokładnie to, czego od niej oczekiwał. Teraz River z głową pełną historii o Doktorze jest gotowa posłać Wszechświat do diabła, postępując wprost przeciwnie. Tylko, że wcale nie.

Czas się rozpada i nie ma co się zastanawiać, ile go River spędziła, próbując znaleźć sposób na uratowanie Doktora – biorąc pod uwagę rozmiary przedsięwzięcia, zakładam, że sporo. River rozumie, lepiej niż Amy, że nie mogą pozostać w alternatywnym świecie. Poza tym wydaje się pewna, że nie potrafi uratować Doktora. Jak ktoś nie wierzy, sugeruję uważnie prześledzić słowa panny Pond.

Och, interesujące, myślałam, oglądając. River wie, że nie ma innej możliwości. Amy też wie co nieco. Doktor za bardzo się ciska, żeby zwrócić uwagę na to, co się właściwie dzieje. Kładę to na karb ego, poczucia winy i potężnego bólu głowy, który takie zaburzenie czasu musi wywoływać u Time Lorda.

River w The Wedding of River Song konsekwentnie odmawia bycia narzędziem w rękach innych – czy to będą Cisze, czy jej ukochany Doktor. Nie daje się sprowadzić do roli pionka Ciszów/czasu, ani do roli towarzyszki Doktora, która prędzej czy później podporządkowałaby się jego woli**. I to jest wspaniałe.*** Co River robi? Odmawia zabicia Doktora. W alternatywnym świecie rozpracowuje, co się właściwie stało i dlaczego. Próbuje znaleźć sposób na uratowanie Doktora. Kiedy odkrywa, że to niemożliwe, chce albo nakłonić Doktora, żeby spróbował coś wymyślić, albo przynajmniej nie dać mu umrzeć w przekonaniu, że Wszechświat będzie miał się lepiej bez niego. A potem odstępuje i pozwala mu podjąć własną decyzję.

Jeśli prześledzimy poprzednie (z punktu widzenia Doktora) spotkania Doktora i River, to zauważymy, że pomiędzy tych dwojgiem panowała zawsze pewna, hm, równowaga władzy. Kiedy Doktor miał przewagę „siły” (z braku lepszego słowa, - żeby uratować ludzi w Bibliotece, - żeby naprawić Wszechświat etc.), River miała przewagę „wiedzy” (o Doktorze, jego mocno prywatnych sprawach i jego przyszłości, co wykorzystywała praktycznie, żeby robił to, czego od niego chciała). Jeszcze w A Good Man Goes to War na początku Doktor ma „siłę” a pozostająca w Stormcage River „wiedzę”, potem, kiedy Doktor przegrywa bitwę, przez moment River ma i „wiedzę” i „siłę” i oboma dzieli się z Doktorem. W Let's Kill Hitler sytuacja jest zupełnie odwrócona, to River ma „siłę” (- żeby zabić Doktora, - żeby uratować Doktora), a Doktor „wiedzę” (wiedzę o River-w-przyszłości, dzięki której może wpłynąć na Killer!Melody!River i uratować siebie). W The Wedding of River Song podobnie – Doktor ma „wiedzę” ( - nie umrze na brzegu Lake Silencio), a River „siłę” ( - żeby pokrzyżować plan uśmiercenia Doktora, - żeby przeprowadzić wszystko, czego chciała, w alternatywnym świecie).

I w Wedding of River Song Doktor zostaje wreszcie przekonany (nie bez oporów, próbuje przecież wymusić na River uznanie jego wyższości, wścieka się na Pondów etc.), żeby uznać tę ich równość – w wymiarze symbolicznym wyraża to uznanie ceremonia ślubna, w wymiarze praktycznym dopuszczenie River do tajemnicy.

Waham się, czy można nazwać scenę ślubu romantyczną. Bo z jednej strony jest Doktor, który bierze za żonę River, która jeszcze nie jest tą River, którą on kocha (tą z AGMGTW powiedziałabym) i która za bardzo jest podobna do niego z czasów, kiedy ją poznał (River to tutaj taka mała Time Lady Victorious). A z drugiej strony jest River, która właśnie porządnie stanęła twarzą twarz z Doktorem trzeci raz w życiu, i która tak naprawdę, póki co, zakochana jest w opowieści o Doktorze, opowieści, którą pilnie studiowała przez lata na księżycowym uniwersytecie. Romantycznie?

The Trickster

Wydaje mi się, że duża część niezadowolonych głosów po finale wzięła się z tego, że naprawdę chcieliśmy zobaczyć śmierć Doktora. Chcieliśmy też zobaczyć, jak przeżyje, ale to mniej istotne. Ten sezon przekonywał nas konsekwentnie, że byliśmy/będziemy świadkami śmierci. Mówili nam o tym świadkowie (River, Canton), mówiły archiwa, przekazy historyczne i dziecięce rymowanki, mówili wrogowie, mówiła coraz bardziej udręczona mina Doktora. Rzeczywistość jest w oku patrzącego. Widzieliśmy umierającego Doktora. Umarł dla Wszechświata i umarł dla nas. Nawet jeśli nie opłakaliśmy go razem z Amy Pond, to z każdym odcinkiem martwiliśmy się o niego coraz bardziej. Z tej perspektywy prosta sztuczka, którą nie oszukał śmierci, bo wcale tam na niego nie czekała, ale oszukał wszystkich dookoła, musi być pewnym zawodem.

Poza tym, musimy wierzyć, że Doktor na pomysł z Tessalectą wpadł dopiero, kiedy wychodził z baru i kapitan zapytał go, czy mogą mu jeszcze jakoś pomóc. Z narracyjnego punktu widzenia jest to dość oczywiste – inaczej wcześniejsze przygnębienie Doktora, dwieście lat uciekania i wreszcie decyzja, żeby iść na spotkanie ze śmiercią z godnością, byłyby nie miałyby żadnego znaczenia dla postaci Doktora i zmian, które przechodziła i byłyby tylko kolejną warstwą wielkiego oszustwa. Ani przez moment nie widzimy Doktora próbującego szukać jakiegoś wyjścia z sytuacji (chce tylko poznać przyczyny) i tylko słyszymy o jego unikaniu losu. Do not go gentle into that good night. Implied. Niestety, takie a nie inne rozwiązanie pozostawia niedosyt.

Bardzo jestem ciekawa Doktora w następnym sezonie. To kiedy te święta?

 

 

* Jak ja nienawidzę tego odcinka. Brrr.

** Najbliżej wyłamania się z roli była Rose w finale pierwszego sezonu, ale ostatecznie zadziałała tam „wyższa sprawiedliwość” poprzez serce TARDIS/matrix czasu. Martha robiła, co jej kazano. Przy Donnie znów zainterweniował Wszechświat. Amy zrobiła dokładnie to, czego oczekiwał od niej Doktor i ostatecznie została odstawiona do domu dla swojego bezpieczeństwa i spokoju jego sumienia. Wszyscy one-off towarzysze i towarzyszki robili, co im kazano, ewentualnie poświęcali się heroicznie.

*** Brzydko podejrzewam, że ten fragment historii River wyszedł Moffatowi tak dobrze, bo nasz ulubiony showrunner był mocno zajęty kończeniem dekonstrukcji i rekonstrukcji Doktora. A o River będę jeszcze pisać.

 



sobota, 01 października 2011

Od mniej więcej tygodnia zbierałam się, żeby napisać o Drive. Dlaczego i chciałam i nie mogłam, uświadomił mi dopiero tekst Jakuba Majmurka. Otóż Drive bardzo łatwo skrzywdzić, pisząc o nim, bo właściwie nie sposób uniknąć nadpisywania treści.

Majmurek pisze o „bezimienny[m] Bohater[ze] – prawy[m] i szlachetny[m] twardziel[u] o czułym sercu – [który] dla ocalenia ukochanej kobiety wypowiada prywatną, samotną wojnę całemu przestępczemu podziemiu Los Angeles*”.  Im dalej w recenzję, tym bardziej zabawnie. Przy fragmentach o komiksowości i o kruchości, podatności na zranienie i bezbronności Irene zaczęłam bardzo mocno przewracać oczami.

Ja mogłabym napisać o lekko wycofanym chłopaku (Ryan Gosling, patrz: Blue Valentine, The Believer), który spotyka nieco samotną dziewczynę (Carey Mulligan), ale małe, brudne życie wokół nich nie przestaje się dziać. Przemoc jest naturalna. Samotność jest naturalna. I dlatego dwa najmocniejsze momenty, to chwila, kiedy kierowcy zadrży ręka przed zadaniem ciosu, i chwila, kiedy odsunie Irene, zanim zajmie się nasłanym bandytą**.

Od strony wizualnej film jest piękny, a z tym, co widzimy, niesamowicie gra soundtrack. Prawdopodobnie nigdy nie podejrzewaliście, że kupi was taka muzyka, z przyczyn innych niż sentyment to lat osiemdziesiątych.

Idźcie. Obejrzyjcie.

Przepraszam, że napisałam tak dużo.

*jakie znowu całe przestępcze podziemie dkn?

**Urbane obejrzał Drive podobny do tego, który widziałam ja. Niemajmurkowy.



21:18, fabulitas , Filmowo
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9