kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Blog > Komentarze do wpisu

Weź się w garść, Hamlecie

Slings and Arrows (2003-2006), reż. Peter Wellington, scen. Susan Coyne, Bob Martin, Mark McKinney, wyst. Paul Gross, Martha Burnes i Stephen Quimette

W notce nie ma spojlerów, bo chcę żebyście przeczytali i jak najszybciej poszli oglądać.

W 1989 roku Richard Eyre wystawił „Hamleta” na scenie londyńskiego National Theatre. Rolę tytułową powierzył Danielowi Day-Lewisowi, z którym trzy lata wcześniej współpracował przy doskonale przyjętych „Futurystach.” Przedstawienie trwało cztery godziny, a Gertrudę zagrała Judie Dench. Pierwsze recenzje były mieszane – krytycy dość powszechnie chwalili reżyserską wizję sztuki („It combines wit and intelligence with a grasp of the play's huge Gothic structure” Michael Billington, The Guardian; „[It is a] triumph of intelligence, full of attentiveness and inspiration.” Peter Kemp, The Independent) i występ Dench, ale Day-Lewis spotkał się z chłodnym przyjęciem. Aktor miał doskonałe warunki fiyczne do roli („everyone's picture-book idea of Hamlet” ponownie MB), ale jego interpretacji Hamleta brakowało głębi. Recenzenci przypominali o ograniczonym doświadczeniu szekspirowskim Day-Lewisa i załamywali ręce nad sposobem, w jaki obchodził się z szespirowską frazą („We lose the poetry” John Peter, The Sunday Times).

Ostatecznie przedstawienie nie było ani klapą, ani sukcesem, i pamięć o nim przetrwałaby tylko w archiwach National Theatre i przypisach w książkach poświęconych historii brytyjskiego teatru, gdyby nie jedno wydarzenie. 5 września, podczas konfrontacji z Duchem, Daniel Day-Lewis przeżył załamanie nerwowe, zszedł ze sceny i od tamtej pory nie wrócił na deski teatru. W późniejszych latach aktor odżegnywał się tego, co mówił bezpośrednio po incydencie, a mianowicie, że w miejscu, gdzie stał David Burke grający króla Hamleta, zobaczył ducha swojego zmarłego ojca („[It was] a very vivid, almost hallunicatory moment in which I was engaged in a dialogue with my father … but that wasn't the reason I had to leave the stage. I had to leave the stage because I was an empty vessel. I had nothing in me, nothing to say, nothing to give.” The Guardian, 2003; „I may have said a lot of things in the immediate aftermath and to some extent I probably saw my father’s ghost every night, because of course if you’re working in a play like Hamlet, you explore everything through your own experience. (…) So yes, of course, it was communication with my own dead father. But I don’t remember seeing any ghosts of my father on that dreadful night!” Time, 2012).

Ale czego by nie mówił, anegdota żyje własnym życiem, a ucieczka Day-Lewisa ze sceny pozostaje jedną z najsłynniejszych współczesnych anegdot teatralnych. I na dodatek posłużyła za inspirację przy tworzeniu postaci Geoffreya Tennanta, głównego bohatera serialu „Slings and Arrows,” o którym ma być ta notka. Po rozstaniu się z „Mozart in the Jungle,” który jest jak na razie najbardziej uroczym nowym serialem sezonu, mimo silnej konkurencji ze strony „Galavanta”, byłam na głodzie i ten głód zaprowadził mnie do „Slings and Arrows.” Kanadyjskiego serialu o fikcyjnym festiwalu szekspirowskim. Naprawdę nie wiem, jak mogłam być do tej pory nieświadoma jego istnienia.

Geoffrey Tennant zostaje tymczasowym dyrektorem artystycznym New Burbage Festival siedem lat po tym, jak grając Hamleta przeżył na scenie załamanie nerwowe, wskoczył do grobu Ofelii (znaczące, ale sza), uciekł z teatru i wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Będzie musiał zmierzyć się z duchami przeszłości (także bardzo dosłownie), wyreżyserowaniem niedokończonej produkcji nieufnością zespołu i odnalezieniem duńskiego księcia w młodym gwiazdorze filmowym, który został zatrudniony tylko po to, żeby ściągnąć na festiwal większą publiczność. Tak mniej więcej przedstawia się fabuła pierwszego sezonu. „Slings and Arrows” ma ich tylko trzy, po sześć odcinków sezony, a akcja obraca się wokół wystawiania kolejnych sztuk – Hamleta oczywiście, Makbeta i Króla Laera.

Teatr jest wysiłkiem wspólnym – reżyserów, aktorów, inspicjentów, scenografów, kostiumologów, makijażystów, suflerów, choreografów, administracji, personelu pomocniczego i dramatopisarzy – i „Slings and Arrows” dobrze to pokazuje. Geoffrey, brawurowo zagrany przez Paula Grossa („Due South”), jest bijącym sercem serialu - po trosze powracającym synem marnotrawnym, po trosze niechętnym do rządzenia księciem, po trosze człowiekiem, który może być geniuszem, ale może być też szaleńcem – ale nie byłoby „Slings and Arrows” bez Ellen – doświadczonej aktorki, Richarda – dyrektora finansowego, Anny – administratorki o złotym sercu, Marii – inspicjentki, Olivera – byłego przyjaciela i mentora Geoffreya, Cyrila i Franka – parę teatralnych weteranów, Jerry'ego – sympatycznego aktora drugiego planu, Darrena Nicholsa – doskonale sprzedającego się reżysera, Nahuma – który jest więcej niż ochroniarzem, Kate, Jacka, Sophie – młodych aktorów... zauważyliście, że jestem na najlepszej drodze do wymienienia dokładnie wszystkich postaci?

Susan Coyne (grająca Annę), Bob Martin (pojawiający się w dwóch odcinkach jako korporacyjny księgowy Terry) i Mark MacKinnley (grający Richarda), wszyscy troje ze znaczącym doświadczeniem teatralnym, napisali „Slings and Arrows” w taki sposób, że każdy z bohaterów, nawet ten, który nie ma osobnego wątku, jest żywy, prawdziwy i dający się lubić, mimo dziwactw i słabości. I tak, na przykład, na ekranie nigdy nie mówi się o związku Franka i Cyrila (serial zajęty jest piętnastoma innymi wątkami jednocześnie w dowolnie wybranym momencie – brzmi to może strasznie, ale doskonale oddaje chaos produkcji teatralnej), ale się go pokazuje. I nie mówi się o tym, jak niezastąpiona jest Maria, ale na ekranie Maria wykonuje tytaniczną i niewdzięczną pracę. I nie mówi się o Nahumie, ale to, co widzimy, wystarczy i za komentarz o życiu kulturalnym i artystycznym w Kanadzie, i na doskonały pomysł na serial, który nigdy nie powstanie.

Szekspir w „Slings and Arrows” nie jest tłem ani dekoracją. Mamy cytaty z Szekspira, mamy żarty z Szekspira, mamy dyskusje o Szekspirze i nawiązania do Szekspira, mamy nawet piosenki o sztukach Szekspira (i wszystkie są prześmieszne i świetnie nadają się do nucenia), a przy tym – nie wiem, czy mi teraz uwierzycie – serial nie alienuje widzów, którzy nie mają specjalnej znajomości dzieł barda.

Każda produkcja na scenie New Burbage Festival jest polem artystycznych konfliktów i prób odczytań, nie mniej ważnych niż osobiste perypetie bohaterów, a i w życiu postaci pojawiają się wątki szekspirowskie – pycha, słabość i szaleństwo (choroba psychiczna) – wplatane zręcznie przez scenarzystów, którzy do serca wzięli sobie, że świat jest teatrem, aktorami ludzie. I może jeszcze to, że życie jest tylko przechodnim półcieniem, bo „Slings and Arrows,” w najlepszej tradycji wybitnych komedii, nie cofa się przed mówieniem o spawach najważniejszych i ostatecznych.

Śmiech i łzy, życie i śmierć. Ot, cały Szekspir.

sobota, 31 stycznia 2015, fabulitas
Tagi: Szekspir teatr

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: William Johnson, *.asianet.co.in
2016/10/28 11:30:28
Extraordinary thought. You can build up all these thought through more imaginative way. Have you found out about creative written work tips? There are some extraordinary sorts of composing system, for example, style, outline, and organization. In the event that you incorporate every one of these styles you can make your blog all the more alluringly.best essay writing service reviews will give more tips.
Napisz do mnie!