kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Blog > Komentarze do wpisu

Piwko w teatrze i inne bezeceństwa

Wylał się z Internetu na mój ekran bełkot przeraźliwy, a potem mi wyjaśniono, że to nie bełkot, tylko felieton, i nie przeraźliwy, tylko prawdziwy – autor napisał go dla stołecznej Wyborczej i dostał za niego pieniądze. Gwarantuję Wam, jeśli przeczytacie (klik?), zaraz zrozumiecie, jak mogłam się aż tak pomylić.

Blanche DuBois doesn't have time for this nonsense.

Ale nie musicie czytać, ja Wam zaraz pięknie opowiem, o co tam chodziło. Otóż Maciej Nowak, krytyk teatralny i kulinarny, dostał zaproszenie na transmisję kinową „Tramwaju zwanego pożądaniem” z Young Vic w ramach NT Live. Dostał i uniósł się świętym oburzeniem, bo teatr w kinie, to upadek kultury i cywilizacji, i trzeba nam szaty drzeć i płakać krwawymi łzami. Alternatywnie, jak pan krytyk, rzucać gromy na głowy organizatorów i dyrekcję National Theatre w Londynie. Zapytacie może naiwnie, dlaczego? A dlatego, że sztuka ma swoje miejsce i najwidoczniej jest to miejsce na piedestale i wśród marmurów. Dlatego też wystawa fotografii w galerii handlowej to nie wystawa, książka sprzedawana w hipermarkecie traci wszelkie walory artystyczne, a w kinie nawet Antonioni się liczy, jeśli choć jedna osoba na widowni je popcorn...

Mogę zrozumieć teatromana, który nie lubi retransmisji. Jakby nie patrzeć, jest to inne doświadczenie i na reżyserię nakłada się jeszcze realizacja nagrania. Mogę zrozumieć purystę językowego, dla którego jak galeria, to tylko sztuki. Mnie samą irytują studia paznokci i tym podobne potworki. Mogę zrozumieć bibliofila, który kocha buszować pomiędzy regałami i dyskutować z księgarzami, a pełnię szczęścia osiąga tylko w antykwariatach. De gustibus, lubisz wąchać papier, wąchaj, nikomu nic do tego. Czego nie mogę zrozumieć, to jak człowiek, który profesjonalnie obraca się w kulturze i powinien znać jej współczesne bolączki, ale i otwierające się przed nią nowe możliwości, może wykazać się w dwóch akapitach (reszta to czyste-żywe pompowanie wierszówki) taką ignorancją, arogancją, nierzetelnością i zwykłym snobizmem.

Na początek z felietonu można wynieść wrażenie, że NT Live to skandaliczna nowinka, tymczasem projekt rozpoczął się pięć lat temu projekcją „Fedry” z Helen Mirren, a międzynarodowy rozgłos zdobył transmisjami najpierw „Frankensteina” Danny’ego Boyle’a, a następnie „Makbeta” Kennetha Branagha i „Coriolana” Josie Rourke z Tomem Hiddlestonem. NT Live umożliwia milionom ludzi na świecie (tak, liczba widzów idzie już w miliony) kontakt z najgłośniejszymi i najlepszymi tytułami z londyńskich scen, a „telewizyjne buzie,” którymi „epatuje” i obrzydza życie Maciejowi Nowakowi to aktorzy o często imponujących karierach teatralnych i laureaci najbardziej prestiżowych nagród w branży.

Pomińmy już pytanie, czy krytyk teatralny (i kulinarny) tego nie wie, co byłoby dość żenujące, czy świadomie pomija fakty i wprowadza w błąd czytelnika, który znajomości brytyjskiego teatru mieć nie musi. Tym, co mnie martwi, jest założenie, że jeśli ktoś idzie do teatru na znaną twarz, najwidoczniej nie jest wart tego, żeby z teatrem mieć w ogóle kontakt, nawet parszywy-bo-kinowy. Miałam przywilej oglądać młodych ludzi, wchodzących do sali kinowej na ulubionego aktora – powód dobry, jak każdy inny – a wychodzących z Szekspirem. Kto mi pokaże, kiedy coś takiego ostatnio osiągnęła polska scena?

Sporo się mówi i pisze o marnej kondycji kultury w Polsce. Najgłośniejsze są oczywiście biadania nad stanem czytelnictwa, ale wszyscy pamiętamy zeszłoroczny raport GUS „Kultura 2012” i zawrotne sumy, jakie statystyczny Polak przeznacza na kulturę (niech przypomnę – na kino, teatr i instytucje muzyczne łącznie wypada 22 złote polskie rocznie na osobę w gospodarstwie domowym). Tymczasem felietonista Nowak zaciekle broni wartości artystycznej, która podejrzanie łączy się z odpowiednio elitarną oprawą i odpowiednio elitarnym dostępem. Bilet na spektakl w ramach NT Live kosztuje dwa-trzy razy mniej od biletu na przedstawienie w którymś z warszawskich teatrów. Możecie sobie wyobrazić, ile kosztowałby bilety gdyby National Theatre przyjechał do Polski z gościnnymi występami (nonsensowny pomysł), i nawet nie chcę liczyć, ile kosztuje teatralna wycieczka do Londynu... a nie, tutaj nie muszę liczyć, mogę Wam powiedzieć, bo akurat byłam w tym roku. Więcej niż roczna suma, którą Polak średnio wydaje na kulturę.

Co mnie ujęło w londyńskich teatrach to to, jak mało tam nadętej atmosfery obcowania ze Sztuką przez duże Sz i jak dużo zwykłego szacunku wobec wykonawców i widzów. Normą jest, że na widownię wnosi się kupione w teatralnym barze napoje, w tym jakże nieeleganckie piwo, i przekąski. Również normą jest, że nie są one chrupiące, pachnące intensywnie, ani pakowane w szeleszczące opakowania, żeby nasza konsumpcja nie przeszkadzała innym. Brytyjska widownia milknie wraz ze zgaszeniem świateł – warszawskiej zdarza się gadać do pierwszych słów ze sceny i dłużej – ma wyciszone telefony komórkowe i nie odbiera ich podczas trwania spektaklu (pozdrawiam panią, która koniecznie musiała pochwalić się przez telefon, że jest w teatrze, w połowie pierwszego aktu „Tramwaju zwanego pożądaniem” w Ateneum). Jakby się zastanowić, nie dziwota, że to właśnie z kraju takiego kulturalnego upadku przywleczono do nas tę zarazę, którą jest NT Live, prawda?

 

 ***

 

Czysto informacyjnie i z niekłamaną przyjemnością: w tym roku Multikina w całej Polsce pokażą jeszcze „Medeę” Carrie Cracknell z Helen McRory 28 października, „Frankensteina” Boyle'a z Benedictem Cumberbatchem i Jonnym Lee Millerem 31 października, „Prześwit” Stephena Daldry'ego z Billem Nighym i Carey Mulligan (bardzo polecam, miałam okazję zobaczyć na żywo i pewnie wybiorę się na retransmisję) 13 listopada, i ponownie „Tramwaj zwany pożadaniem” Benedicta Andrewsa z Gillian Anderson 20 listopada, ponieważ spektakl, uwaga, uwaga, spotkał się u nas z dużym zainteresowaniem. Zachęcam też do rozejrzenia się w ofercie kin studyjnych – może się okazać, że macie do Londynu bliżej, niż Wam się wydawało.

A popis Nowaka skomentowały też Szprota i Zwierz, obie słusznie skupiając się na snobistycznej postawie krytyka, a Ysabell napisała, co w ramach NT Live i MET Live warto zobaczyć, bardzo polecam.

piątek, 24 października 2014, fabulitas

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2014/10/24 16:29:47
Bardzo pozytywnie mnie zdziwiła taka fala reakcji na ten felieton. Nie zdziwiło mnie natomiast to, że autor onego w żaden sposób na nią nie odpowiedział (sądząc po wpisach na Fejsie, jest chwilowo zbyt zajęty przepychaniem się przez ulice mojego miasta).
Zgadzam się z tym wszystkim, już nic więcej nie mogę dodać - snobowanie się na kulturalną elytę i torpedowanie znakomitej idei (o której niewiele się wie) jest smutne i zabawne zarazem. Mam tylko nieco odmienne zdanie odnośnie brytyjskiej publiczności ;) fakt, atmosfera jest mniej nadęta, ale jak dla mnie to ta publika wcale nie jest taka wzorcowa, zwłaszcza na West Endzie. Zresztą sam Kevin Spacey miał pecha do uporczywie dzwoniącego na widowni telefonu niedawno...
-
2014/10/25 11:12:30
O, wiadomo, wzorce to tylko w Svres, ale generalnie przeciętna londyńska publiczność robi na mnie lepsze wrażenie niż przeciętna warszawska. Może jestem szczęściarą, że mi akurat "Clarence'a Darrowa" nie zakłóciły żadne "incydenty". No i chyba wszyscy słyszeli o nie potrafiących się zachować fankach na "Koriolanie" w Donmarze.
-
2014/11/03 21:08:55
Aj, jaka piękna riposta!
Dopiero teraz dotarł do mnie ten wybryk. I tak jakoś spodobało mi się, że blogerzy sprowadzają snobizmy krytyków do poziomu. Bo co do powszechnej wolności słowa - nie zgłaszam veta, ale od krytyków oczekuję czegoś profesjonalnego.
W czasach gdy nagminnie biadoli się na odbiorców kultury (zwłaszcza na tych potencjalnych, co to nie chcą niczego odbierać) trzymanie fasonu i rzetelne (tudzież otwarte na "nowe") przyglądanie się sztuce jest szalenie ważne. Bez umizgów dla publiczności i bez nadęcia.
Ciekawe. Przeczytam jeszcze zalinkowane komentarze.

A co do piwka i przekąsek... niestety, bliżej mi do snobizmu. Dlaczego ludzie wchłaniają równolegle: i sztukę i jedzenie? To taka współczesna multifunkcyjność? Ewolucja, a niech ją! Dobrze choć, że jedzonko niepachnące.
-
2014/11/04 07:40:37
Tamaryszku, ludzie wchłaniają w teatrze, odkąd on istnieje. Gdy prowadzono prace archeologiczne w pozostałościach teatrów elżbietańskich, znajdowano całą masę łupin i skorupek wyrzucanych przez publiczność na podłogę; sztućce również. To nie jest specyfika naszych czasów, tylko coś, co zawsze istniało. W końcu teatr pełni też funkcję rozrywkową, o czym niektórzy krytycy zdają się zapominać, jak dowodzi ten smutny przykład.
-
2014/11/04 16:12:22
hmm.... ale ja jestem jeszcze bardziej (zasadnicza? marudna? sobiepańska) niż się zdaje. Gdyby mi pozwolono, skonfiskowałabym wszystkie pudła popcornu i chipsów w sali kinowej (!).
Byłby to zamach na wolność, więc siedzę cicho jak mysza. I na dobrą sprawę udany film każe mi zapomnieć o mlaskaniu/chrupaniu. Ale nie mam zrozumienia dla wchłaniania jednocześnie fast fooda i slow cinema.
Może ja jestem "Nowak w przebraniu"? Ożesz! Wolałabym nie. ;)
Spróbuję to przemyśleć. Czyżby żucie pokarmu stymulowało jakieś obszary w mózgu odpowiedzialne za koncentrację? Czy chodzi tylko o ludyczność? No ok. Nie postuluję cmentarnej ciszy. Uznaję historyczne "zaprzeszłości". Jeno żeby bez fonii i zapachu!
Napisz do mnie!