kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Blog > Komentarze do wpisu

Shush!

Dziś będzie krótko i doktorowo.

Spojlery do Deep Breath.


Wcale się nie dziwię nostalgii Rusty za złotą Doktorową erą na okolicznych blogach, ale z tamtych nie tak znowu odległych czasów brakuje mi nie tylko dyskusji, ale przede wszystkim entuzjazmu – mojego prywatnego entuzjazmu. I dlatego obowiązkowa notka Doktorowa pojawia się z opóźnieniem i już na wstępie nie mogę obiecać, że będą następne. Kiedy pisałam o szóstym sezonie, wyczekiwałam każdego nowego odcinka. I nieważne, że mógł okazać się średni albo opowiadać klasyczną fabułę (akurat własne wersje znanych fabuł Doctor Who robi często, chętnie i ku mojej wielkiej radości). Sobota! Doctor Who! Nowa wspaniała przygoda! Dooo-weee-oooo!

A po siódmym sezonie jestem trochę zniechęcona. Nie dlatego, że był zły. Mieszają się tam pomysły świetne (sposób wprowadzenia Clary) z pomysłami kiepskimi (przeciągnięcie pożegnania Pondów – tak jakby Doktor nie mógł przez chwilę popodróżować sam, choćby szukając nowych towarzyszy i się rozczarowując), jak w każdym innym sezonie. Tylko że właśnie sezon siódmy przekonał mnie, że nie mam co liczyć na to, że zmienią się rzeczy, z którymi mam problem i które są związane przede wszystkim z odgrzewaniem żartów, charakterystyką postaci i tłuczeniem wciąż tych samych tropów i motywów (na poziomie fabuły sezonu, nie poszczególnych odcinków). Już gdzieś wspomniałam, że Moffat się w Doctorze Who wypstrykał kreatywnie.

Co wobec tego sądzę o rozpoczęciu sezonu ósmego? Przede wszystkim bardzo mi się podobał Dwunasty, chociaż sceny, w których zachowuje się jeszcze jak swój poprzednik, Capaldi dostał zdecydowanie gorsze niż Smith w Eleventh Hour. Ale proszę Was, Capaldi! Kiedy krótko przed ogłoszeniem, kto zostanie nowym Doktorem, zaczęło pojawiać się jego nazwisko, brzmiało to zbyt dobrze, żeby było prawdziwe. A było. I teraz mamy niesamowicie utalentowanego, fantastycznego Szkota w roli kosmity, szaleńca i geniusza, wiecznej zagadki i przypadkowego nauczyciela, i od pierwszych minut jest absolutnie cudowny, i widać, że pasują na niego buty Doktora, i rozumiecie, przemawia teraz przeze mnie fanka, ja się dalej tak strasznie, strasznie cieszę, że to Capaldi.

Podobała mi się też Clara. Wiem, że nie jest najpopularniejszą z towarzyszek, i nie winię tu Jenny, tylko to, że od początku przy pisaniu jej jako „zagadki” dla Doktora, trochę zapomniano o pisaniu jej jako kogoś dla siebie, z wadami, zaletami, z własnymi marzeniami i ambicjami, i powodami do podróżowania z Doktorem. Podobało mi się, jak strach nie powstrzymywał Clary przed działaniem, i jak walczyła o Doktora, nawet kiedy nie była go pewna. Tylko scena, gdzie Clara postanawia odejść, jest w kontekście wszystkiego, co się wydarzyło, trochę od czapy, nawet jeśli umożliwia ładne cameo i jeszcze ładniejszy moment Dwunastego z jego please just see me.

Sam odcinek był mocno zachowawczy. Moffat wziął widzów za rączkę i przeprowadził ich przez zmianę Doktora, tu rozpraszając uwagę dinozaurem w wiktoriańskim Londynie, tam występem gościnnym ulubieńców widowni (ja już niestety na Madame Vastrę, Jenny i Straxa patrzeć nie mogę i to mnie boli, bo przecież te postacie miały ogromny potencjał, a teraz są zastaną karykaturą samych siebie z przemądrzałą Vastrą, bardzo żonatą Jenny i coraz głupszym Straxem ), tutaj wrzucając zgrabną paralelę pomiędzy majestatycznym stworzeniem wyrwanym ze swojego czasu a Doktorem (ładna scena – kiedy śpiący Doktor tłumaczył z dinozaurzego, równie dobrze mógł był mówić o sobie, podobny trik mieliśmy z Jedenastym i Minotaurem), tam znowu każąc Doktorowi jeździć konno, a wszem wrzucając garściami odniesienia do poprzednich sezonów… no nie wiem, głowy nie dam, ale przedstawiając wiek Doktora i zmianę jego relacji z towarzyszką (relacji, którą według tego odcinka można było czytać jako quasi-romantyczną, tylko że nie) jako problem do rozwiązania, Moffat trochę chyba nie docenił swoich widzów. I trochę zmarnował nasz czas walcząc z chochołem, którego sam ukręcił. Jasne, że wątek akceptacji nowego Doktora przez towarzyszkę był potrzebny, ale może nie ten.

Lepiej wygląda powracający motyw, jakim to człowiekiem kosmitą jest Doktor. Czy jest dobry? Czy jest moralny? Jak można te słowa do niego odnieść? Ten wątek będzie najpewniej powiązany z wątkiem tajemniczej Missy (Internet jest pełen pomysłów, kimże ona się okaże), która jest… no właśnie, tajemnicza. Pewien mój znajomy, który wychował się na klasycznych Doktorach i jest mocno hardcore’owym fanem, bardzo krytycznym wobec Moffatowego prowadzenia serialu, tym razem optymistycznie uważa, że Moff, pisząc kolejną tajemniczą kobietę trolluje fanów. Mam nadzieję, ale uwierzę, jak to zobaczę.

Więcej o Deep Breath możecie przeczytać u: Zwierza Popkulturalnego, Rusty Angel, Ninedin i MRW, który oferuje ciekawe spojrzenie na funkcjonowanie podróży w czasie. A ja idę nad Ren.

czwartek, 28 sierpnia 2014, fabulitas
Tagi: Doctor Who

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: rob, *.play-internet.pl
2014/08/28 23:02:06
sam capaldi też jest fanem doktora zachował się nawet jego list do BBC gdy miał naście lat więc wszystko zostaje w fandomie ;) a ja się muszę zadowalać opisami bo jak na złość BBC mi w kablówce skasowali :(
-
2014/08/29 09:05:30
@Rob
A tak, to, że Capaldi też jest fanem to miła niespodzianka.
Twój operator kablówki jest niedobrym człowie... niedobrą firmą.
Napisz do mnie!