kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Blog > Komentarze do wpisu

Midnight Robber

Midnight Robber (2000), Nalo Hopkinson


Zwykle, kiedy piszę tutaj o książkach, staję na rzęsach, żeby nie zdradzić za dużo. Raz, że nagle wszyscy zrobili się strasznymi spojlerofobami, jakby zaskoczenie było jedyną (czy przynajmniej nadrzędną) wartością przy lekturze. Dwa, że bardzo dobrze rozumiem przyjemność z „odkrywania” książki. Nie chodzi mi tu o fabułę, dajcie mi spokój z fabułami, tylko o różne cudowności – oryginalny styl, przerabianie znanych motywów, nawiązania literackie, intertekstualne zabawy autorów, klucze do powieści wręczane czytelnikowi w ostatnim rozdziale, tego typu rzeczy.

Sama raczej nie przejmuję się spojlerami. Właśnie czytam* Wróbla Mary Dorii Russell (warto, może będzie notka), którego struktura opiera się na pytaniu, jak doszło do tragicznego końca kosmicznej ekspedycji. Przeczytałam dwie trzecie, gryzę palce i nadal nie mam pojęcia, co się tam mogło wydarzyć i dlaczego, ale gdyby ktoś mi to teraz powiedział, zupełnie nie popsułoby mi to odbioru powieści, bo chociaż opiera się na zagadce, to nie w tym leży jej siła. Zresztą jestem potwornie zblazowaną czytelniczką i mało które rozwiązanie fabularne mnie szokuje.

Dlaczego o tym piszę? Otóż wbrew mojej ogólnej obojętności wobec spojlerów, jakiś czas temu skończyłam  Midnight Robber Nalo Hopkinson i została ze mną myśl, że byłoby naprawdę miło, gdyby ktoś mi zdradził przed lekturą jeden z głównych wątków.

Z okładki dowiadujemy się, że młodociana bohaterka trafia ze swojego bezpiecznego i wygodnego świata do innego wymiaru, gdzie musi walczyć o przetrwanie i dorosnąć, a cała historia jest gęsto podlana sosem z karaibskich legend. I wszystko ładnie i pięknie, tylko kiedy zaczniemy czytać, dość szybko okaże się, że nie mamy do czynienia ze zwykłą coming of age story w dekoracjach science fiction, tylko opowieścią o wykorzystywaniu seksualnym w rodzinie i życiu z traumą i w poczuciu winy. Czyli w sam raz na dobicie się po ciężkim dniu.

To nie jest tak, że ja książek podejmujących takie tematy nie tykam (i nie jestem za umieszczaniem trigger warnings na okładkach, a przetoczyła się ostatnio po amerykańskiej prasie i, w konsekwencji, Internecie taka dyskusja). Więcej, wiedziałam wcześniej, że Hopkinson jest pisarką zaangażowaną, feministką, i podejmuje kwestie społeczne (m.in. rasowe i klasowe) w swoich powieściach. Ale oczekiwałam czegoś innego – a tu jeden jedyny raz autor tekstu na okładkę wykazał się powściągliwością – i nie byłam przygotowana na lekturę nieprzyjemną. Dobrą, ale nieprzyjemną.

W każdym razie pomyślałam, że może też chcielibyście wiedzieć, na co się nastawiać, biorąc Midnight Robber do ręki. A na co jeszcze możecie liczyć? Przede wszystkim, Hopkinson z łatwością łączy karaibskie tradycje z futurystyczną technologią. Na planecie Toussaint, gdzie AI zajęła miejsce opiekuńczego Boga (ciekawy pomysł i mający swoją funkcję w narracji, ale jednak nie do końca wykorzystany), życie toczy się spokojnie, a mieszkańcy mają wszystko, czego potrzebują. Nie zmieniło to znacząco natury ludzkiej – na skutek splotu okoliczności, kilkuletnia Tan-Tan ląduje wraz z ojcem na wygnaniu w kolonii karnej bez zamków i krat, za to zamieszkiwanej przez stworzenia z karaibskiego folkloru. Przy New Half-Way Tree, bo tak nazywa się to miejsce, autorka daje upust swojej kreatywności i chociaż budowa obcego świata nigdy nie wysuwa się przed dramat bohaterki, to czyta się o nim z nieustającym zainteresowaniem.

Narrator i postacie posługują się „anglopatwą”  (por. patois) – językiem, który Hopkinson stworzyła na potrzeby powieści, mieszając trzy istniejące języki kreolskie. Zrobiła to z dużym wyczuciem i dbając o to, żeby całość była dla anglojęzycznego czytelnika przystępna, ale i tak z początku lektura może sprawiać pewien problem. To nie jest w końcu łagodnie sygnalizowanie innego języka przez dorzucenie do literackiego angielskiego garści wymyślonych słów, najczęściej tytułów i nazw stanowisk albo przekleństw. O nie, patwa różni się słownictwem, frazeologią i składnią (chciałabym zobaczyć polskie tłumaczenie, ale pewnie się nie doczekam). Mnie wgryzienie się w tekst sprawiało więcej frajdy w Midnight Robber niż cokolwiek innego.

Teraz, czy poleciłabym tę książkę? Poleciłabym, ale z kilkoma zastrzeżeniami. Jeśli chcecie czegoś lekkiego, odłóżcie Midnight Robber na później. Jeśli wątpicie w swoje kompetencje językowe, bo najlepiej czyta się Wam przezroczyste językowo powieści z list bestsellerów, spróbujcie, ale jeśli będziecie się męczyć  - odpuśćcie. A jeśli bardziej interesujecie się warstwą obyczajową niż science fiction, lubicie czytać o innych kulturach, a forma bawi Was nie mniej, niż treść, to nie zmarnujecie czasu, poświęcając te parę wieczorów na lekturę.

 

 

 

*już przeczytałam, bo notka leżała zapomniana na dysku przez parę tygodni – niemniej to, co napisałam, pozostaje w mocy. Teraz czytam Dzieci Boga – kontynuację Wróbla. Obie książki, nie wiedzieć czemu, wyszły po polsku w serii Kameleon, więc możecie ich nie znaleźć w bibliotece na półkach z fantastyką.

piątek, 20 czerwca 2014, fabulitas

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2014/06/20 15:49:47
"Wróbel" jest jedną z moich ulubionych książek, ale jednak rozwiązanie rozczarowuje. Cała książka - nie. Natomiast Dzieci boga to taki "Ksenocyd". Albo, bliższy mi chronologicznie przykład, "Rok potopu".
-
2014/06/20 16:02:39
Rozczarowuje może w tym sensie, że sprawdza się jako punkt rozważań w akademickiej dyskusji, ale już nie do końca gra jako moment dramatyczny. Szkoda, że tam w pewnym momencie Supaari znika z narracji - może narastający brak zrozumienia pomiędzy nim a Emilio zagrałoby lepiej, niż płaczący księża ;)
Napisz do mnie!