kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Blog > Komentarze do wpisu

You know the sound the TARDIS makes?

Come to the dark side, we have SPOILERS.

 

 

The Day of the Doctor, reż. Nick Hurran, scen. Steven Moffat, wyst. Matt Smith, David Tennant, Tom Baker, Jenna Coleman, Bille Piper, John Hurt, Jemma Redgrave, Ingrid Oliver, Joanna Page, Peter Capaldi i in.


Steven Moffat ma kilka swoich ulubionych tematów, do których wraca zbyt często, i kilka trików, których zdecydowanie nadużywa. Jego pisanie kobiecych postaci kuleje – nie dlatego, że się nie stara, ale jednak. Fabularne fajerwerki, czy to będzie reinterpretacja doktorowej mitologii, czy efektowny gambit, cała ta zabawa dymem i lustrami, przesłaniają braki w rozwoju postaci... ale wiecie, co mnie najbardziej boli w Moffatowych odcinkach? O ile bawi mnie intelektualna i intertekstualna gra z widzem, i zawsze to doceniam, to od pewnego czasu nie angażują mnie one emocjonalnie. I nawet bezbrzeżny, wiekowy smutek na głupiej i kochanej twarzy Matta Smitha tego nie zmienia.

The Day of the Doctor oglądałyśmy – na fanowskiej kanapie u Bianki i Neko, z ciastem i pyszną latte, w otoczeniu kotów, słowem, w idealnych warunkach – w ciszy. Kompletnej. I przerwałyśmy ją tylko dwa razy. Po raz pierwszy przy „No sir, all thirteen!”, po raz drugi, kiedy na ekranie pojawił się Tom Baker. Wtedy, przy pierwszym oglądaniu, wiedziałam, że stało się coś zupełnie fantastycznego, ale zupełnie tego nie czułam – reżyser nie do końca zapanował nad tempem odcinka, ustawienie wszystkich figur na szachownicy przed ostatnim aktem zajęło wieki, Elżbieta I była napisana o dwa kroki za blisko do Czerwonej Królowej, czy mam wymieniać dalej? – i nawet niespecjalnie chciałam i miałam okazję to poukładać w głowie, bo zaraz przełączyłyśmy na BBC Three na cudowne celebracyjne after party, a potem, po powrocie do domu, coś koło trzeciej w nocy, obejrzałam The Five(ish) Doctors Reboot. I padłam.

A kiedy wstałam, a słońce... cóż, chyliło się ku zachodowi (ciężki tydzień, nie pytajcie), włączyłam sobie rocznicowy odcinek do... śniadania z mocnym postanowieniem obejrzenia wybranych fragmentów i skończyłam, jak w przypadku The Big Bang. Na różowej chmurce szczęścia i miłości. Widzicie, pierwszy Moffatowy finał na początku też nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia – niby historia więcej niż zgrabna, fantastyczny wizualnie, doskonały wątek TARDIS, ale, ale – a teraz należy do moich ulubionych. Trudno powiedzieć, czy w ostatecznym rozrachunku The Day of the Doctor znajdzie się na tej liście, ale póki co jestem zachwycona i prawie gotowa powtórzyć za Ninedin – Steven Moffat, I bloody love you.


Czego by nie mówić, obecna ekipa zna swój kanon. Sama ilość nawiązań i mniej lub bardziej widocznych ukłonów w stronę przeszłości może zmienić fana w garść (radosnego) popiołu. Mnie najbardziej ucieszyły oryginalna czołówka i powtórzenie pierwszej sceny z Unearthly Child, echa spotkania Trzech Doktorów pobrzmiewające w interakcjach Wojennego Doktora z Dziesiątym i Jedenastym, i Władcy Czasu nie mający wielkiej sympatii dla Doktora (ani dla trzech, ani dla – o Wszechświecie, wszystkich trzynastu!). To, i buty River, którą niezmiennie kocham. Tom Baker jako stary pszczelarz kustosz i przyszły bądź przeszły Doktor, zajmuje specjalne miejsce w moim fanowskim serduszku, zaraz obok Paula McGanna wracającego na ekran z ostatnimi chwilami Ósmego.

Parę miesięcy temu Moffat pytany o rocznicę, stwierdził, że będzie to odcinek nie tylko świętujący przeszłość, ale też prowadzący Doktora w przyszłość, i tym razem dotrzymał obietnicy. „Powrót” Gallifrey to kontrowersja, która już mocno dzieli fanów. Dla niektórych oznacza zdyskredytowanie cierpienia Doktora. Nie dla mnie. Nie sądzę też, że odbiera to głębię postaci. Więcej - ja jestem za takie rozwiązanie wdzięczna.

Zniszczenie Gallifrey i jego konsekwencje dla Doktora były siłą napędową pierwszych sezonów nowej serii, ale z czasem zaczęły jej coraz bardziej ciążyć. Wydawało się, że są dwie drogi – albo Doktora to powoli zabije (tą drogą szedł Dziesiąty, ten, który żałuje), albo o tym zapomni (Jedenasty, jest tym, który zapomina). Tylko że o czymś takim zapomnieć nie można. I Moffat to pokazał w poprzednich sezonach, kiedy Jedenasty dusił w sobie różne rzeczy i umniejszał ich znaczenie. Ale gdyby naprawdę zapomniał, gdyby serial zaczął udawać, że masowe ludobójstwo to pieśń przeszłości i niewiele więcej niż nieprzyjemne wspomnienie... czy taki Doktor byłby jeszcze Doktorem?

Dla fanów zniszczenie Władców Czasu stało się elementem mitologii. Soniczny śrubokręt nie działa na drewno, Doktor ma dwa serca, Gallifrey spłonął. Dlatego tak dobra jest scena, w której Clara mówi – wiem, powiedziałeś mi, że zabiłeś swoich ludzi, ale nigdy nie wyobrażałam sobie ciebie, jak to robisz. I my też sobie nie wyobrażaliśmy.

Wojenny Doktor, Doktor, który walczył w Wojnie Czasu tak długo, że sam przestał się nazywać Doktorem, nie miał innego wyboru. Wtedy, w tym momencie swojego życia, w dniu, kiedy nie było dobrego wyjścia z sytuacji i dobrej decyzji do podjęcia, musiał użyć Momentu. Samo to, że Moment okazała się mieć świadomość i chęć by wystąpić w roli sędziego i sumienia, nie wystarczyłoby, żeby powstrzymać jego rękę.

Ale wieki poczucia winy, wieki bezsennych nocy, kiedy liczył dzieci, które tamtego dnia zginęły na Gallifrey, wieki ucieczki od i prób zapomnienia, były też wiekami stawania się Doktorem, który mógł ocalić Gallifrey. A stał się nim za sprawą swoich towarzyszy – Rose, która go ocaliła, Marthy, która od niego odeszła, Donny, która miała serce większe, niż jego oba, Amy, której namieszał w życiu i próbował to naprawić, i Clary, która się dla niego poświęciła. I która teraz powstrzymuje jego rękę, przypominając mu o obietnicy, która stoi za jego imieniem. Never cruel or cowardly. Never give up, never give in. A doktorowy Wszechświat przystanie na ten moment kosmicznej łaski. Czego nie mógł zrobić Doktor zniszczony wojną, czego nie mogli zrobić pogrążeni w żałobie Dziewiąty i Dziesiąty, zrobi Jedenasty, który wreszcie przestał uciekać. Jeśli ceną było czterysta lat udręki, to każda minuta była tego warta.

Nie mam słów, które wyraziłyby mój zachwyt tym, co pokazał John Hurt jako Wojenny Doktor i Billie Piper jako Moment jako Rose Tyler jako Bad Wolf. Ich interakcje na ekranie należą do moich ulubionych fragmentów odcinka. Obok tych wymienionych wcześniej. I obok Osgood i królowej, które uratowały się same (co za miła odmiana). I obok... hej, żeby było jasne, ja pamiętam, że The Day of The Doctor ma wady i mogę o nich porozmawiać przy kieliszku, z miłą chęcią, ale w tej chwili nic a nic mnie nie obchodzą.

poniedziałek, 25 listopada 2013, fabulitas
Tagi: Doctor Who

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/11/26 00:18:12
według mnie ten odcinek rozbija się, rzecz jasna, o "problem daleka" - tego ostatecznego, agresywnego obcego, wobec którego nie można postąpić etycznie. dalek staje kością w gardle. ale choć jeszcze sobie wszystkiego w głowie nie ułożyłam i mam w głowie długą listę zażaleń, przyznam, że zaskakuję samą siebie - od soboty (prawie) nie wchodzę na tumblra, tak irytują mnie skądinąd całkiem bystrzy komcionauci rozbierający ten odcinek na czynniki pierwsze pod kontem seksizmu i "zaprzeczania mitologii rtd". irytują mnie, bo wciąż czuję moment euforii, gdy clara mówi - w imieniu nas wszystkich - że nie, nie, nie, odpada. zawraca osiem lat narracji i oświadcza, że jeśli doktor rzeczywiście, na naszych oczach, zrobi to, co niby zrobił, to już nie będzie doktorem, naszym doktorem, i opowieść się rozpadnie, chociaż nie miała się nigdy skończyć, skończy się, bo ona, clara, i wszystkie inne towarzyszki, wszyscy widzowie, odwrócą się od doktora plecami. to jest moment, w którym opowieść przyznaje się do tego, że była nieetyczna, że - na jakimś poziomie - robiła krzywdę dzieciom. nie to, abym wierzyła, że oto moffaty się nam spowiadają, że naszła ich chwila autorefleksji nad dziedzictwem imperium brytyjskiego, dżunglastym kapitalizmem czy co (samo zaufanie clary do doktora pozostaje tak niesproblematyzowane, jak niesproblematyzowane pozostawało toksyczne zaufanie amy, o czym zresztą pisałaś przy okazji the god complex). ale jest to moment, w którym, choć przez chwilę - przez kolejny miesiąc albo kolejne osiem miesięcy - mogę wierzyć w nawrócenie. odwaga moffata i jego wyczucie logiki doktora who naprawdę imponują - przy wszystkich jego moffacich wadach (dla równowagi rtd mógłby napisać gościnnie odcinek z cyklu doctor-light, o niani, która została nauczycielką i nie będzie wciskać swoim uczniom bzdur o tym, że ludobójstwo da się usprawiedliwić).
-
2013/11/26 08:28:13
Kurczą, ja na poziomie fanowskim zgadzam się z tobą w 100% prawie, ale zupełnie nie umiem przejść do porządku nad sprawami, które wypunktowałaś jako wady po pierwszym oglądaniu. Jest mi w związku z tym smutno i źle.
-
2013/11/26 20:40:03
Ja mam podobnie, jak Rusty. Tzn. jestem fanowsko zachwycona, tymi wszystkimi nawiązaniami do przeszłości i przyszłości (wibbly-wobbly timey-wimey), ale gdzieś w środku mam wrażenie, że Moffat znów nawkładał fajerwerków tam, gdzie nie do końca były one konieczne. I te nieszczęsne dzieci, ale o tym już dyskutowałam długo i namiętnie u Zwierza. Większy problem, niż z przywróceniem Gallifrey mam z pojawianiem się nowych zasad. Dlaczego Dziewiąty i Dziesiąty nie pamiętają tego dnia, a Jedenasty tak? Niby Moffat opowiada o działaniu według reguł, a potem z... niczego podaje kolejną, dość przecież istotną - bo inaczej jego odcinek nie trzymałby się kupy. Znaczy odcinek by się trzymał, ale rozwaliłby poprzednie siedem sezonów.
Poza tym zeźlił mnie tą woltą z liczeniem inkarnacji i teraz nie mogę sobie spokojnie powtarzać odcinka, bo cały czas o tym myślę.
Kocham Moffata, ale niesamodzielnego. Chcę Davisona na showrunnera i brilliant odcinki Moffata, jak w sezonach RTD.
-
2013/11/26 21:39:48
liczenie wcielen jest zupelnie bez znaczenia, tzn. najwyzej moze posluzyc za podstawe jakiejs kolejnej dziwacznej intrygi (nie zebym byla jakos bardzo zainteresowana, to towarzysze reprezentuja smiertelnosc, o flircie ze smiercia jest caly watek clary). i to nawet nie jest kwestia tego, ze moffat zyczy doktorowi wesolej setki, to jest po prostu wbrew logice tego serialu, tak od '66 przynajmniej.
dzieci byly niefajne w kontekscie mema 'niewinnej ofiary'. i jednoczesnie fajne jako obraz namacalnego okrucienstwa oraz aluzja do dzieci-widzow; krzywda fikcyjnych gallifrejatek jest krzywda uczyniona takze ziemskim dzieciom przed telewizorami
-
2013/11/26 21:45:38
@succharek
Ależ masz gadane :-) I owszem, pełna zgoda.

@Rusty
Bu.

@Ela
Ale co, nie lubisz dzieci? Ja wiem, że to taka prosta symbolika i może też wolałabym, żeby Doktor mówił o ofiarach cywilnych - które, było nie było, widzimy na ekranie - i poświęcił chwilę na wyjaśnienie, że nie każdy, a wręcz mało który, mieszkaniec Gallifrey był Władcą Czasu, ale imo spełnia swoją funkcję.

Dziewiąty i Dziesiąty nie pamiętają, bo nie mogliby się stać Jedenastym, który zmieni zdanie. Akurat to, że nie będą pamiętali wydawało mi się od początku zupełnie naturalne. Jedenasty pamięta, bo zamyka cykl - na nim się ta przygoda kończy i będą to pamiętały wszystkie późniejsze regeneracje. Tak, jak napisałam, to jest cena za moment kosmicznej łaski. Wojenny Doktor jest wciąż doświadczony wojną, a Dziewiąty zrodzony w ogniu.

A Davison jest kochany i niech mu dadzą odcinek do napisania, ale nie rozpędzałabym się tak z nominowaniem go na showrunnera. Już prędzej Gatiss, chociaż osobiście lubię tylko jeden z jego odcinków.
-
2013/11/27 12:32:08
Też mam trochę jak Rusty, ale ja poza wszystkim taki trochę outsider jestem - fan, ale nie maniakalny ;)

Podoba mi się powrót Gallifrey, bo zgadzam się, że ile można maltretować bohatera (i widzów) traumą z przeszłości, z którą na dodatek nic już ciekawego fabularnie nie dałoby się zrobić. Wydaje mi się, co więcej, że ta możliwość od dawna nam świtała - skoro nawet ja w pewnym momencie pomyślałam sobie "Aha, wiem, co zrobią, jak z tego wybrną: zamrożą Gallifrey, przecież tamci są w time locku!" Ale nie jestem znawczynią całej serii, więc za bardzo merytorycznie nie będę się wypowiadać :)

Powiem jeszcze tylko, że Billie Piper irytuje mnie do tego stopnia, że jakkolwiek przyznaję, że danie Moment twarzy Rose i ogranie Bad Wolf itd. było pewnie jedynym słusznym (skoro już na moje utrapienie zrobiono dużo wcześniej Rose tak ważną postacią, zwłaszcza dla 10), ale i tak psuło mi zabawę ;) John Hurt - rewelacja, zgadzam się w 101%. Mam też nadzieję, że 12 spełni pokładane przeze mnie w nim nadzieję na zasadniczą odmianę od 11, że może będzie choć troszkę podobnie alienowaty jak 9. A do Chrisa Ecclestona uwaga, którą codziennie od kilku dni powtarzamy z Ninedin - złego elfa w tonach charakteryzacji i ze zmienionym głosem to można, ale pojawić się na minutę w rocznicowym to już poniżej aktorskiej godności?

No i przynajmniej wspomniano Jacka Harknessa. W związku z czym jeszcze jedna sugestia (gdybyś to zrobił, Stevenie Moffacie (i RTD niestety), to I would bloody love you): może by tak odciąć Torchwood od powrotu Jacka jako alternatywną rzeczywistość (skoro z Gallifrey się dało!), i wrócić do radosnego absurdu monster of the week i Jacka goniącego Doktora po wszechświecie?
-
2013/11/27 17:24:56
Teoretycznie nie sposób mi się nie zgodzić. Wszystko to, opisane przez Ciebie wygląda tak fajnie. Tyle że wszystkie wady z pierwszego akapitu sprawiły, że czułam się głęboko rozczarowana całym odcinkiem. Wydawał mi się jakiś taki... no nie miał tego czegoś, nie miał tej ikry. Może to dlatego że nie przepadam za żadnym finałem Moffata, które dla mnie po prostu nie mają sensu. On zawsze pisze w ten sam sposób - jest szybko, jest zabawnie, jest w taki chaotyczny sposób opisane, że choć oglądam, i choć obiektywnie wydaje mi się dobre, to nie sprawia mi to żadnej przyjemności i nie angażuje emocjonalnie. Ot, taka bajka dla dzieci gdzie bohaterowie są spoko, ale ich nie ubóstwiam, fabuła jest spoko, ale się w nią nie wczuwam. To jest właśnie jak dla mnie problem Moffata - o ile RTD robił serial bardziej dla dorosłych, bo te dziecinne wstawki wychodziły mu słabo (pierdzioszki Slitheen), to Moffat tworzy serial z perspektywy dziecka, które wreszcie spełniło swoje marzenia i przenosiło fantazje na ekran. Tyle że to co podoba się dzieciom, nie musi odpowiadać dorosłym.
Napisz do mnie!