kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Blog > Komentarze do wpisu

Strong Female Characters

Są takie dyskusje, które się nie kończą. Już, już wszyscy zainteresowani myślą, że mamy jakiś temat z głowy, co trzeba, zostało napisane, każdy aspekt uwzględniony, problem wybebeszony, kontrowersja, jeśli nie rozwiązana, to skontekstualizowana… ale nie. W tej kategorii znajduje się dyskusja o Strong Female Characters (ostatnio przywrócona to życia przez artykuł Sophii McDougall - Why I Hate Strong Female Characters), która zahacza o tyle kwestii związanych z reprezentacją i obrazem kobiet w mediach, że aż nie wiem, w co ręce włożyć. Potraktujcie to jako wstęp do tematu.

(Notka bogato inkrustowana cytatami, bo wszyscy mają na ten temat coś do powiedzenia. Oczywiście, wyimki wyimkami, ale zachęcam do klikania w linki i przeczytania całych tekstów.)

W filmie dysproporcja udziału między postaciami kobiecymi i męskimi jest bardzo wyraźna (patrzcie i załkajcie!), w książkach powiedziałabym, że nie ma takiego braku równowagi (YA fiction wręcz preferuje bohaterki), natomiast, co warto zaznaczyć, SFC, niechlubne dziecko niedostatecznej kobiecej reprezentacji, nie jest problemem całej produkcji kultury, a genre fiction różnych mediów. Nikt nie szturmuje drzwi Alice Munro czy Larsa von Triera, domagając się różnie rozumianych silnych postaci kobiecych.

Na Katarze i Yue ta dyskusja nie zrobiła wrażenia.

Przez długie lata kobieta w filmach akcji, horrorach czy science fiction była li i jedynie damą w opałach, którą miał uratować i dostać w nagrodę dzielny protagonista. A potem przyszły zmiany społeczne lat 60 i 70 XX wieku (czytaj: rewolucja seksualna i feminizm drugiej fali) i kobiety zaczęły domagać się wyrzucenia damsel in distress na śmietnik zużytych toposów i zastąpienia jej silnymi bohaterkami.

In narrative terms, agency is far more important than “strength” – it’s what determines whether a character is truly part of the story, or a detachable accessory.

(Sophia McDougall, Why I Hate Strong Female Characters)

“Strong” is not an adjective describing that character’s physical or emotional or intellectual strength. It is an adjective describing the potency and depth of the character — in the narrative, not moral sense. A strong character is complicated, flawed, compelling.

(Chuck Wendig, On the Subject of the Strong Female Character)

Tyle że silne („strong”) w tym postulacie oznaczało dobrze napisane (interesujące, wielowymiarowe, realizujące własne cele i posiadające sprawczość w ramach fabuły, zamiast służyć za ozdobnik, zmieniające się pod wpływem doświadczeń itd.), a taka postać może być silna dosłownie (policjantka ze specjalnego oddziału raczej powinna), ale wcale nie musi (jak dziewczyna z sąsiedztwa walcząca o przetrwanie w czasie inwazji kosmitów). Fabryka Snów nie zrozumiała (albo zrozumiała, zadrżała z przerażenia, przekręciła znaczenie) i dała paniom kiepskie maniery, czarny pas w karate oraz szeroki arsenał broni białej i palnej.

Dała im też swobodę seksualną, ale pozorną – bohaterka rzuca dwuznaczne uwagi i chodzi radośnie rozebrana, a pod koniec filmu i tak ląduje z bohaterem, ponownie w roli nagrody, bardziej zresztą atrakcyjnej od zdyskredytowanej słodkiej mimozy z duszyczką białą jak lelija. Nic nie szkodzi, że przy pierwszym spotkaniu dała mu w pysk za wygłoszenie seksistowskiej uwagi. Strong Female Character to kolejna męska fantazja (eskapistyczna i potwierdzająca męskość, jak ta o byciu wybawcą) i tylko tak da się wyjaśnić, dlaczego dziewczyny jak milion dolarów odchodzą w stronę zachodzącego słońca z zakompleksionymi geekami i przeciętniakami metr sześćdziesiąt pięć na palcach, robiącymi za stand-in męskiej widowni/czytelników.

Female characters are expected to be perfect without being perfect, a contradiction that is as nonsensical as it is impossible.

(Seanan McGuire, Characters, criteria, and causation: where the problem lies.)

Ale to w zasadzie początek, a nie koniec kłopotów z SFC. Pozostał problem reprezentacji. Teoretycznie SFC mogłaby być i kobiecą eskapistyczną fantazją. Jeśli w obsadzie mamy pięć kobiet w rolach mówionych, każdą z innym charakterem i pobudkami, to jedna, która klnie jak szewc i rozwiązuje problemy przy pomocy maczety, jest ok. Jeśli mamy SFC jako token character, robi się słabo. Chcemy i powinnyśmy mieć możliwość obcować z postaciami, z którymi możemy się identyfikować czy które mogą nam służyć za wzór, a z SFC identyfikować się nie da, bo wprawdzie robi różne fantastyczne rzeczy i nawet włosy jej się przy tym nie zmierzwią (do czego i owszem, można aspirować), ale nie jest realistycznie napisaną kobietą w takim sensie, w jakim realistyczny jest przeważnie mężczyzna, bo scenarzyście czy autorowi wydawało się, że „silna” załatwia sprawę. Stąd też długa, popkulturowa tradycja, w której kobiety, będące widzami i czytelniczkami, identyfikują się z postaciami męskimi – wszyscy mamy tendencje do identyfikowania się z głównymi bohaterami i jeszcze większe – do identyfikowani się z postaciami pełnokrwistymi, a nie papierowymi, które można zastąpić wyciętą z kartonu sylwetką.

“Strength,” in the parlance, is the 21st-century equivalent of “virtue.” And what we think of as “virtuous,” or culturally sanctioned, socially acceptable behavior now, in women as in men, is the ability to play down qualities that have been traditionally considered feminine and play up the qualities that have traditionally been considered masculine. “Strong female characters,” in other words, are often just female characters with the gendered behavior taken out. This makes me think that the problem is not that there aren’t enough “strong” female characters in the movies — it’s that there aren’t enough realistically weak ones. You know what’s better than a prostitute with a machine gun for a leg or a propulsion engineer with a sideline in avionics whose maternal instincts and belief in herself allow her to take apart an airborne plane and discover a terrorist plot despite being gaslighted by the flight crew? A girl who reminds you of you.

(Carina Chocano, A Plague of Strong Female Characters)

Pozostał problem pisania SFC jako tej innej niż reszta kobiet. Ona nie jest taka, jak te wszystkie dziewczyny, bo dziewczyny są płoche, głupie, rozmawiające tylko o ciuchach i odżywkach do paznokci i w ogóle nic nie warte. Dyskredytowanie kobiecości, stawianie cech męskich nad kobiecymi i pisanie postaci jako „jednej z chłopaków,” tylko jeszcze bardziej alienuje odbiorczynie, które ani nie są „jednym z chłopaków,” ani by nim być nie chciały.

Pozostał – tym razem po drugiej stronie, stronie krytyki – problem podwójnych standardów. Bohater-mężczyzna jest oceniany jako postać, bohaterka jako postać kobieca. I dziwnym trafem kryteria jej oceny są o wiele surowsze (także, przyznaję z przykrością, w części krytyki feministycznej). Nie zliczę, ile razy widziałam narzekania, że Natasha w „The Avengers” była słaba, niepotrzebna i tylko wyglądała, a przecież to postać z backstory, osobistą motywacją do działania (ba, podwójną – odkupienie dawnych grzechów przez pracę dla SHIELD i wyciągnięcie Hawkeye'a z tarapatów), charakterem (moja ulubiona jej cecha to brak poczucia humoru) i mająca rzeczywisty wpływ na przebieg wydarzeń. Tymczasem wszyscy roztkliwiają się nad emocjami Tony'ego Starka dokonującego heroicznego poświęcenia, a krzywią na emocje Czarnej Wdowy po ucieczce przed Hulkiem. Co się baba mazgai. Nie zapytam, gdzie sens, gdzie logika, bo nie ma tu ani jednego, ani drugiego.

We need to criticize female characters and female writers, sure, so long as we're not criticizing them first and foremost for being women.

(Holly Black „Ladies ladies ladies”)

That doesn’t mean that I think imaginary women, any more than real women, should be exempt from criticism, but I think audiences should keep in mind that there isn’t an even playing field. ‘I wish the writing for (This Lady) was stronger, or that they’d done more with her backstory, or I liked this element of her and wanted it expanded on’ means a lot more to me than seeing yet another ‘I hate This Lady’—even if this particular ‘I hate This Lady’ comes from feminist frustration. I’d like us all to keep in mind that we all (me definitely included) find it easier to dismiss or demonise ladies, given half a chance.

(Sarah Rees Brennan, komentarz do „Why I Hate Strong Female Characters” na tumblrze autorki)

Mam nieprzyjemne wrażenie, że użycie terminu Strong Female Character niebezpiecznie zbliża się do używania terminu Mary Sue – jako uniwersalnego sposobu na zlekceważenie właściwie dowolnej bohaterki. Jeśli miałabym coś postulować (poza domaganiem się głośno i wyraźnie więcej, róznych i lepiej pisanych kobiet w filmach), to nie odejście od silnych bohaterek, ale promowanie i fetowanie tych, których prawdziwa siła niekoniecznie leży w sprawności fizycznej, chociaż i tej im nie brakuje. Jest tyle wspaniałych kobiet i dziewczyn! Katniss Everdeen z trylogii The Hunger Games. Katara z Avatar: The Last Airbender (serialu, nie rozmawiamy o filmie, jakim filmie). Ripley. Buffy. Balsa z Seirei no Moribito. Arya czy Brienne z Gry o tron. Wszystkie małe dziewczynki. Starbuck z BSG. Mako Mori z Pacific Rim. Wymieniajcie razem ze mną...

 

 

I jeszcze do poczytania, mniej lub bardziej wokół tematu:

Greg Rucka Why I Write „Strong Female Characters”

Zoë Marriott Real Girls, Fake Girls, Everybody Hates Girls

Noida Cudowne i wspaniałe i wcześniejsza Bo ja nie jestem jak inne

Stray Alchemis Drzazgi w oku

Ireneusz Gajek Niewiasta słowem i czynem silna

Shana Mlawski Why Strong Female Characters are Bad for Women

Helena Sheffield The Importance Of Strong Female Characters

środa, 28 sierpnia 2013, fabulitas

Polecane wpisy

  • 2014

    Zamiast podsumowywać miniony rok (nigdy nie byłam dobra w takich zabawach, może dlatego, że jestem na bakier z mierzeniem upływu czasu i zupełnie nie czuję, żeb

  • Notka do sobotniej kawy

    Kiedyś pewien mądry profesor przytoczył mi tezę innego mądrego profesora, który pisał o tym, że do pewnego momentu w historii (jeszcze w renesansie, may

  • A czy Ty jesteś partyzantem?

    Ora pro nobis / I za nasz snobizm! westchnęłam sobie za Tuwimem, czytając tekst Pauliny Małochleb „ Blogi. Korupcja, kompleksy i partyzanci. ” I t

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: bardzo_czarny_kot, 190.113.208.*
2013/08/29 00:30:19
Bardzo dobry esej! Przeczytałam go z przyjemnością i w wolnej chwili na pewno zajrzę do polecanych przez Ciebie tekstów anglojęzycznych. Przypomina mi się dyskusja, jaką kiedyś prowadziłam na Tumblrze a propos Pepper Potts, moim zdaniem najciekawszej, obok Nataszy, postaci kobiecej nowej fali marvelowskich ekranizacji. Pepper była nie tylko kompetentna, inteligentna, świetna w tym, co robiła, ale w IM przede wszystkim niezbędna dla fabuły - co wcale nie zdarza się tak często. Niestety dla wielu widzów nie była SFC, bo nie wymachiwała mieczem jak Sif i nie była fizykiem jak Jane...

Można by pomyśleć, że Czarna Wdowa ma wszystko, czego dobrze skrojona bohaterka w takim razie potrzebuje :) Zastanawiam się czasem, czy to nie ten brak One True Love i w ogóle wątku romantycznego podświadomie nie nastraja do niej negatywnie ludzi... No bo serio, nie mam bladego pojęcia, jakie niedostatki w jej kreacji można widzieć. (To znaczy na pewno można, ale akurat nie te, które zwykle ludzie wynajdują).

Także dzięki wielkie za ten wpis!
-
Gość: karamba, *.adsl.inetia.pl
2013/08/29 01:11:35
Mnie denerwuje typ SFC. Kto w ogóle wpadł na pomysł, że kobietą może być wszechzajebistym, niezniszczalnym transformersem siekających wrogów na kawałki? Żeby jeszcze tego było mało specjalnie pokazuje się ją w towarzystwie policjantów, bokserów i herosów których ona kładzie jednym pomalowanym paluszkiem. Kto to w ogóle wymyślił?! Katniss jest wspaniałą bohaterką, bo nie jest niezniszczalna. Ma uczucia, boi się, ale walczy. Walczy jak umie najlepiej. Tak samo Katara i inne wymienione pod koniec wpisu dziewczyny. Sama jestem kobietą i gdybym musiała - walczyłabym. Ale na pewno (myśląc jak kobieta) nie stałabym się niezaniszczalną, nieludzko silną superbohaterką w obcisłym stroju.
Aż mi ulżyło jak to wszystko wypisałem
-
Gość: karamba, *.adsl.inetia.pl
2013/08/29 01:12:53
*wypisałam. Przepraszam za błędy w poprzednim komemtarzu, ale piszę na telefonie :)
-
Gość: Beryl, *.omi.pl
2013/08/29 05:00:36
I Sansa i Cersei z Gry o Tron - bo bohaterka nie musi latać z mieczykiem ani przyjaźnić się z postaciami pozytywnymi, żeby być postacią fajną, ciekawą, dobrze napisaną i z która można się identyfikować.
-
2013/08/29 09:07:26
Beryl, identyfikujesz się z Cersei? :D

Zaczęłam się ostatnio zastanawiać, dlaczego z tych wypisanych przeze mnie małych, ciekawskich dziewczynek nie wyrastają podobne kobiety. I wyszło mi, że owszem, wyrastają, Anita Blake na przykład. Więc gdzieś coś musi iść nie tak, bo powinny z ich wyrastać Amy z "Fright Night". Albo Bernadette z "TBBT", ale bez Howarda Wolowitza.
-
2013/08/29 09:30:03
@Rusty
Chciałam nawet o tym napisać, że jest tyle silnych dziewczynek, a potem długo, długo nic - dostajemy Anitę Black i stadko młodych kobiet, których pierwszą a często jedyną aspiracją jest facet z happily ever after w pakiecie.

@Beryl
True that. Sansa zasługuje na osobny tekst jako bohaterka, która spotyka się z ogromną ilością hejtu ze strony fanów, a jest wspaniała.

@Czarny kot
Cieszę się, że się notka spodobała. A filmowa Pepper jest ekstra, chociaż trochę mi ją zepsuli na początku trzeciego IM. Bo tak, jak mogła się przestraszyć, tak zlekceważenie stanu Tonego nie leżało w jej charakterze tylko w potrzebie scenarzystów, żeby wykreować konflikt.

@Karamba
Wydaje mi się, że nikt nad tym specijalnie nie myślał ;-)
-
Gość: gość, *.adsl.inetia.pl
2013/08/29 09:57:31
Lisbeth Salander z trylogii Millenium!
Dzięki Bogu za ekranizacje książek, pisarze widać nie mają tego problemu :)
-
Gość: DorkaEm, *.centertel.pl
2013/08/29 11:29:07
Bardzo dobry tekst. Ja osobiście lubię kiedy postać kobieca nie jest redukowana do roli płochej niewiasty, którą trzeba ratować na każdym kroku. Z drugiej strony niestety irytuje mnie popadanie ze skrajności w skrajność i tworzenie "babo-chłopów". Jakby nie dało się napisać postaci, która nie wymagałaby notorycznego wsparcia ze strony mężczyzny, a z drugiej wciąż była kobietą. A przecież to wcale nie jest takie trudne.
-
Gość: Lenistwo, *.dynamic.chello.pl
2013/08/29 12:44:32
Akurat u Martina (w książkach, nie w serialu), silna jest zdecydowana większość bohaterek i, co więcej, autor oddaje głos nie tylko tym, które aspirują do męskiego świata (Arya, Brienne, Asha, trochę Dany), ale też tym, które pozostają w "tradycyjnych" rolach kobiecych (Cersei, Margaery, babka Margaery, Sansa, Catelyn). Istotne decyzje nie wychodzą tylko od nominalnie rządzących mężczyzn, ale również od oficjalnie nie zajmujących się rządzeniem - i ich część świata jest równie istotna.
Swoją drogą zawsze chyba podobać mi się będzie, że własny głos, motywacje i dążenia dostała pasywna księżniczka do ratowania, czyli Sansa.
-
Gość: Lenistwo, *.dynamic.chello.pl
2013/08/29 12:48:56
A, pod kątem fajnych postaci kobiecych polecam "Królową Zimy" Joan D. Vinge, i kolejne tomy serii. Moon, Arienrhod, Tor, Ariel...
-
2013/08/29 13:13:06
Tekst ładnie przedstawia mój problem z czytanymi tu i ówdzie ocenami kobiecych bohaterek. Czarna Wdowa może dokonywać heroicznych czynów, ale wystarczy, że załamie się po spotkaniu z Hulkiem (czemu się nie dziwię, bo też bym pewnie siadł w kąciku i zapłakał, skoro nawet Thor miał problemy z pokonaniem wielkoluda) i pal licho, że po kilku sekundach się ogarnia i niedługo potem ładnie grzmoci kosmitów podczas inwazji. Pal licho, że wcześniej, udając ofiarę, przeprowadziła przesłuchanie przestępcy. Pal licho, że wyciągnęła od Lokiego ważne informacje, uwolniła spod jego wpływu kolegę z agencji oraz posiada w zasadzie wszystkie potrzebne pełnokrwistej postaci elementy. Załamała się i jest to słabe (niektórzy rzeczoną scenę określają nawet mianem seksistowskiej).

Z tego powodu mam problem z określeniem, jak takie postacie powinno się konstruować. Wychodzi na to, że z jednej strony ma być ona ludzka i bliska odbiorcy, emocjonalna, uczuciowa i w ogóle, ale z drugiej nie może mieć słabości, chwil załamania albo wątpliwości, bo zaraz podniosą się głosy, że autor nienawidzi kobiet i co on tutaj odwala? Pomijam tu skrajne przypadki, gdy rzeczywiście postacie kobiece są tworzone w całkowicie beznadziejny sposób, bo o nich nie ma nawet co dyskutować. Jak żyć, panie premierze? Znaczy jak tworzyć?
-
2013/08/29 15:28:31
Wpis "wow" :) Muszę na spokojnie przetrawić podane przez Ciebie linki i pomyśleć :)
-
2013/08/29 21:49:16
Ano właśnie, Sansa jest doskonałym przykładem tego, o czym usiłowałam napisać - że można być doskonale napisaną słabą kobietką i że to też jest moim zdaniem postać całkowicie uzasadniona z feministycznego punktu widzenia ;) bo jest dobrze napisana i to wystarczy.

(nie mówię już o tym, jak ona sobie fantastycznie radzi na dworze Joffrey'a, chociaż dalibóg wyszła z domu Starków i te wszystkie gierki są jej poniekąd obce)
-
Gość: bardzo_czarny_kot, 190.233.120.*
2013/08/30 05:25:11
@fabulitas

Trzeci Iron Man...? Jaki trzeci Iron Man? Były tylko dwa Iron Many - drugi co prawda gorszy od pierwszego, ale w każdym z nich Pepper była absolutnie awesome, bo była asertywna, i nie dawała sobie wejść na głowę :D (Tak bardzo chciałabym, żeby tego trzeciego filmu nie było...)
-
2013/08/30 10:09:38
@gość
Trochę mają, ale jednak w przypadku książek jest większa różnorodność postaci, więcej autorek, co na pewno też nie pozostaje bez wpływu, i większa dostępność - łatwiej czytelnikowi, nawet w głównym nurcie, dotrzeć do pozycji, w których kreacja postaci nie powoduje facepalmów.

@DorkaEm
Dzięki! Prawie wszystko rozbija się tutaj o pisanie kobiet jako ludzi i nie w relacji do mężczyzny. Co nie znaczy, że bohaterki nie mogą pozostawać z bohaterami w jakiejś relacji, to nie to samo.

@Lenistwo
Ocho, nie czytałam, a widzę, że może mi się spodobać.
Martin faktycznie odwalił kawał dobrej roboty - którą teraz próbuje pogrzebać HBO np. w prowadzeniu postaci Catelyn - ale ja i tak czekam na moment, kiedy będziemy jednym tchem wymieniać dziesięciu głównonurtowych autorów, a nie jednego z dziesięcioma postaciami.

@Salantor
To jest właśnie sedno sprawy, kobiece bohaterki często ocenia się według kryteriów niemożliwych do spełnienia, gdzie to, co u męskiej postaci uznane zostanie za siłę czy zaletę, u kobiecej w niewyjaśnialny sposób zamienia się w słabość czy wadę.

@Grendella
Dzięki! Ojej, napisałam notę z pracą domową! ;-)

@Noida
Pełna zgoda, już chyba wcześniej pisałam, że Sansa jest moją ulubioną postacią u Martina. I bardzo fajnie, że się pojawiła tak naturalnie w komentarzach.
-
Gość: carpedentum, *.itime.pl
2013/08/30 15:08:10
Yuei.
-
2013/08/30 17:25:22
ważna notka.

gra o tron (nie czytałam, oglądam na bieżąco, z mieszanymi uczuciami, ale w trzecim sezonie wśród kobiet zaczęło się robić całkiem interesująco - nawiasem, sansa od samego początku jest moim ulubionym starkiem) jest chyba o tyle symptomatyczna, że po pierwsze, reprezentuje dosyć dobrze pewien typ bardzo rozgałęzionej, przedstawiającej mnóstwo punktów widzenia, narracji, a po drugie, jest to w dużej mierze opowieść o pechu i braku wpływu na własny los. więc mamy dużo postaci, to raz, i bardzo gęstą sieć zależności pomiędzy nimi, to dwa. jest więc miejsce na rysowanie różnych sił i różnych słabości, różnych strategii przetrwania/walki o mały kawałek wolności/bezpieczeństwa dla siebie (i bliskich). i do tego kluczowy chyba brak figury mesjańskiej - która prędzej czy później zaczyna dominować nad grupą i wchłaniać efekty pewnej wspólnej pracy. a ponieważ mesjaszem na ogół jednak jest mężczyzna/chłopiec, kiedy dochodzi do wchłaniania, ofiarą padają także postaci kobiece (nie ważne, jak silne/słabe i różne) i na koniec nie ma już nikogo poza mężczyzną/chłopcem. jakoś radziły sobie z tym pierwsze sezony reaktywowanego doktora - obok tysiącletniej wiedzy właściwie po partnersku funkcjonowały różne rodzaje sprytu, wiedzy zdobytej w niekoniecznie ciekawej robocie, a już finał 4 serii dawał niemal euforyczne poczucie, że oto ratujemy świat w kupie i bardzo potrzebujemy siebie nawzajem, bo jesteśmy różni i aby cokolwiek zrobić, potrzebujemy pewnej wymiany doświadczeń/wiedzy (sekretarki na zastępstwo, dziennikarki tropiące dziwności tu na ziemi, młode lekarki, matki w dresie, córki w dresie, przystojniacy podróżujący w czasie, policjantki, nieśmiałe pomoce biurowe, informatyczne nerdy i tysiącletnie chudziaki w garniturkach). moffat cofa ten z mozołem wypracowywany model, wraca do mesjasza, a ponieważ tak się składa, że ilościowo dominują dziewczyny, to one najbardziej padają jego ofiarą - ich różnorakie traumy zostają zupełnie zjedzone przez doktorową melancholię, każde marzenie i sukces powiązane z wielkim zasmuconym. w zupie z mizoginistycznymi sucharami daje to naprawdę nieciekawy efekt. ja widzę potrzebę pisania kobiecych superbohaterek, sęk w tym, aby obok profesor archeologii występowały też laski w workowatych portkach. i żeby sytuacja ekonomiczna niani była ciut bardziej wiarygodna, a kariera naukowa to jednak nie był telefon do męża.
chyba się trochę zagalopowałam, więc może podsumowując - kobiece postaci tracą na kulcie magicznej jednostki, bo magiczna jednostka jednak najczęściej jest chłopcem. poza tym jest magiczna, więc trzeba się bardzo starać, aby stanąć choć dwa schodki niżej.
i w ogóle jednostka na cokole vs. wspólnota, metafizyka vs. ciężka praca społeczna :)

oczywiście postaci kobiet, które są "lepsze" (bardziej zdeterminowane, uparte itd), mogą być napisane świetne - chociażby poprzez problematyzację tego starania się, obowiązkowego "bardziej". chyba nieźle to widać w kryminałach - w prime suspect z helen mirren jest to fajnie pokazane, mizoginia nie jest przezroczysta, policjantka musi być twardogłowa). poza tym ilość w pewnym momencie musi (nie musi, ale dzięki bogu tak się dzieje) przełożyć się na różnorodność. wymieniając z ostatnich miesięcy - top of the lake, broadchurch, mayday, the fall, 3 sezon amerykańskiego the killing - mają bardzo, bardzo różne postaci policjantek, które siłą rzeczy powinny być "silne". i są. ale bardzo różnie silne - i bardzo różnie słabe. więc da się. ale znowu - to są opowieści, w których nawet ujęcie sprawcy niczego nie zmienia, czasami wręcz pogłębia poczucie bezbronności, zbrodnia już się dokonała. tu nie ma jednostki, która uratuje świat - jeśli jednostka jest, to w trupie, któremu potencjalni ocaleni życia nie przywrócą.
-
2013/09/14 20:42:00
Świetnie napisane. Niestety, we współczesnej fantastyce, ale też w życiu codziennym kobiety wpasowują się w narzuconą im kulturowo rolę. Obraz współczesnej kobiety lansowany przede wszystkim przez mass media narzuca pewne wzorce, które wykluczają jednostki niezależne, myślące o czymś innym niż o wyglądzie czy zakupach, dla których celem życiowym nie jest bycie atrakcyjną dla płci przeciwnej. Słowo "feministka" jest w Polsce deprecjonowane i ośmieszane (feministka=babochłop, którego żaden facet nie chce), podczas gdy w Oslo funkcjonuje instytut feministyczny (wydział na uniwersytecie), a w badaniach humanistycznych istnieje od dawana perspektywa feministyczna.
Patrząc na światową fantastykę i porównując do niej tę polską, to odnoszę wrażenie, że polska fantastyka jeszcze nie dorosła do prawdziwych SFC. Nawet kobiety, chcąc być czytane, piszą o twardych facetach, jak chociażby Magda Kozak i jej "Nocarz" (chociaż osobiście uważam, że Magda jest dużo twardsza od swojego bohatera :-) ).
Pozdrawiam!
-
2013/09/16 10:39:00
@Sucharek
Bardzo mi się podoba Twoja interpretacja DW - i trochę smuci jej akuratność. I w ogóle, świetny komentarz.

@Mara
Niestety ztabloizowany obraz feminizmu w Polsce jest obrazem panującym. Jest to tak głupie, że nie zawsze wiem, jak reagować - zwłaszcza kiedy projektuje go sobie osoba inteligentna, oczytana i wydawałoby się, że będąca na bieżąco.
Napisz do mnie!