kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Blog > Komentarze do wpisu

Nostalgia trippin

„The Ocean at the End of the Lane” (2013) Neil Gaiman

SPOILERFREE

 

Nie czekałam na nową powieść Gaimana, bo tak, jak dla pisarza-celebryty mam sporo sympatii, tak z jego książek, z braku lepszego określenia, wyrosłam. Kiedyś, dawno-dawno, przy pierwszej lekturze, byłam zachwycona „Gwiezdnym pyłem” i „Nigdziebądź,” zwłasza „Nigdziebądź” - uch, och, urban fantasy, ale z czasem okazało się, że nie mam chęci czy potrzeby ponownej lektury i pierwotna magia obu tych powieści zupełnie się rozproszyła. (Powrót do „Nigdziebądź,” z okazji powstania w studiu BBC4 słuchowiska z Jamesem McAvoyem, Natalie Dormer, Sophie Okonedo i Benedictem Cumberbatchem, zakończył się dla mnie ogromnym rozczarowaniem.)

Żadna z kolejnych książek Gaimana nie zrobiła już na mnie większego wrażenia, ot, przyjemna lektura, zgrabny pomysł, gdzieniegdzie uśmiech czy zdanie tak okrągłe, że czystą przyjemnością jest samo obracanie go na języku, aż straci znaczenie i zostanie samą formą. Lepszy, pełniejszy, bardziej udany jest dla mnie Gaiman w opowiadaniach.

A jednak skusiłam się na „The Ocean at the End of the Lane.” Raz, że wszędzie podkreślano, że to powieść skierowana do dorosłych (wrócę jeszcze do tego), podczas gdy wcześniej rozróżnienie brzmiało raczej książki Gaimana/książki Gaimana dla dzieci. Dwa, że powieść miała coś w rodzaju rzymskiego triumfu we wczesnych recenzjach i to nie tylko w kręgach okołofantastycznych. Jak to ujął jeden z moich znajomych, kiedy to Gaiman z figury kultowej stał się pisarzem fetowanym przez BBC i Guardiana? Zwyczajnie byłam ciekawa, znacie przysłowia o ciekawości.

„The Ocean at the End of the Lane” właściwie nawet nie jest powieścią, a długą nowelą, którą spokojnie może przeczytać w jeden wieczór. Szacuję ją tak na trzy kubki herbaty. Mnie lektura zajęła zdecydowanie dłużej, bo książka nie potrafiła utrzymać mojego zainteresowania i co chwila ją odkładałam.

Narrator, mężczyzna po pięćdziesiątce, wraca z pogrzebu w rodzinnym miasteczku i zamiast pojechać na stypę, gdzie wszyscy go oczekują, odwiedza miejsce po domu swojego dzieciństwa, a następnie jedzie dalej „do końca drogi,” na farmę, gdzie mieszkała jego przyjaciółka Lettie, zanim wyjechała do Australii. Tam, nad brzegiem stawu, który Lettie nazywała oceanem, wracają do niego zapomniane wydarzenia z czasów, kiedy miał siedem lat.

W „The Ocean at the End of the Lane” nie brakuje strachów i niezwykłości, wychylających się zza twarzy i rzeczy codziennych, było nie było jest to wręcz znak firmowy Gaimana, ale żeby do nich dotrzeć, musimy przebrnąć przez ekspozycję, a ta zajmuje mniej więcej jedną trzecią książki (cieniuchnej, ale mimo wszystko) i tutaj zaczynają się schody. Oto poznajemy chłopca, który woli powieści od rówieśników, jego borykającą się z problemami finansowymi rodzinę (przede wszystkim ojca) i realia życia na angielskiej prowincji w latach sześćdziesiątych. O ile chłopiec i rodzina są jakby wzięci prosto z dziesiątek podobnych historii, to czasy, w których żyją, bardzo żywo by mnie zainteresowały, gdyby nie to, że pierwszoosobowy narrator, w gruncie rzeczy zamknięty w małym, dziecięcym światku, pokazuje je w bardzo wąskiej perspektywie.

Nie pomaga też to, że całość jest podana w gęstym i zawiesistym sosie nostalgii. I to nie jest tak, że ja nie potrafię przyjąć na czas lektury tego spojrzenia – człowiek się tyle książek naczytał, że może z równą łatwością spojrzeć na świat oczyma i Muminka i Maximiliana Aue – ale go nie kupuję, czy to dlatego, że sama dzieciństwa jako mitycznej krainy niewinności nigdy nie widziałam, czy dlatego, że Gaiman w opisie kompletnego rozdziału świata dzieci, wolnych i niewinnych, i dorosłych, figur z pełnią władzy i autorytetu, jest nieprzekonujący. Jedną z moich ulubionych powieści, gdzie narrator opowiada historię z perspektywy dziecka, jest „Tatty” Christine Dwyer Hickey (bardzo, bardzo zachęcam do przeczytania, chociaż książka może być u nas trudno dostępna, mnie wpadła w ręce, kiedy wyjątkowo deszczowy dzień zatrzymał mnie w irlandzkim hostelu), gdzie dla głównej bohaterki podstawowym punktem odniesienia w świecie dorosłych również jest ojciec. Rezolutna Tatty, stykająca się z „dorosłymi” problemami i zaczarowująca rzeczywistość na swój własny sposób, mówi głosem, w który potrafię uwierzyć, bohater Gaimana głosem nie dość indywidualnym (bohater jako drzwi do świata powieści dla czytelnika nie zawsze się sprawdza) i bardziej niosącym tezę („Adults follow paths. Children explore.” „I do not miss childhood, but I do miss the way I took pleasure in small things, even as greater things crumbled.” „Adult stories never made sense, and they were slow to start. They made me feel like there were secrets, Masonic, mythic secrets, to adulthood.” „As we age, we become our parents; live long enough and we see faces repeat in time.”), niż żywym. Dla mnie, bo raczej nie dla Neila Gaimana.

W tym też znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego książka jest tak bardzo reklamowana jako rzecz dla dorosłych, kiedy w samej warstwie fabularnej nie ma niczego, co nakazywałoby ograniczenia wiekowe – dzieci czy młodzież, której blisko do dzieciństwa, nigdy na to dzieciństwo nie spojrzą z nostalgią.

Kiedy wreszcie docieramy do fantastycznych zdarzeń, okazuje się, że i one są podporządkowane opowieści sentymentalnej dorosłego człowieka, i na pocieszenie zostają nam udane, urokliwe drobiazgi – jakiś trafiony opis, jakieś drapieżne zdanie, jakiś niespodziewanie celny moment realizmu, jakaś możliwość na pociągnięcie tej historii głębiej. Może gdyby Gaiman zdecydował się raczej na szczegółowy szkic, zamiast na szerokie i kolorowe pociągnięcia pędzla, może gdyby zapisał ze dwa razy więcej stron, poświęcił więcej czasu bohaterom drugiego planu, może, może, może... Ktoś w Internecie skomentował, że po przeczytaniu „The Ocean at the End of the Lane” nie wiedział, co myśleć, dopóki nie zrozumiał, że tu nie chodzi o myślenie, a o (u)czucie. I ja właśnie tej książki w ogóle nie czuję.

piątek, 28 czerwca 2013, fabulitas

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/07/03 21:10:43
Może to mało konstruktywny komentarz, ale strasznie lubię twoje pisanie i twój blog. Piszesz konkretnie, sensownie, w sposób przemyślany, świetnie konstruujesz teksty. Jeden z najlepiej napisanych blogów, jakie znam. Każdy tekst czytam z przyjemnością.
-
2013/07/05 01:31:13
...drugi tydzień przedzieram się przez tę króciutką książeczkę. Chyba podobnie nie czujemy. Albo ja jestem dzieckiem, bo (może: jeszcze?) nie cierpię nostalgicznych powieści o dzieciństwie, zwłaszcza, kiedy bohaterem jest mityczny mały chłopiec.
-
Gość: ashi, *.dynamic.chello.pl
2013/07/05 14:16:57
hej, hej. gdzie kupiłaś książkę?
-
2013/07/05 18:17:14
@noida
Dziękuję, naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Ja do Ciebie też z przyjemnością zaglądam.

Tak przy okazji, sama często mam wrażenie, że moje teksty wyrywają mi się w pewnym momencie i lezą, gdzie chcą.

@escott
Ciężko, nie? Mnie też niełatwo kupić nostalgią, ale się da - Gaimanowi się nie udało.

@Ashi
Na Amazonie.
-
2014/07/15 14:04:02
Trafiłam na Twojego bloga przypadkiem. Przeczytałam tę recenzję z dużym zainteresowaniem i zrozumieniem. Wszyscy wokół mnie wychwalali "Ocean...", a ja byłam bardzo rozczarowana, aż się zastanawiałam, co jest ze mną nie tak. ;)
-
2014/07/16 10:13:46
@zireael00
Nie łapiesz się na nostalgię. Good for you.
Napisz do mnie!