kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Blog > Komentarze do wpisu

Do you hear the people sing?

Notka courtsey of Szprota, która zabrała mnie we wtorek do kina

Nędznicy, reż Tom Hooper, scen. William Nicholson, wyst. Hugh Jackman, Russell Crowe, Anne Hathaway, Helena Bonham Carter, Sascha Baron Cohen, Amanda Seyfried, Eddie Redmayne i inni

 

Ja wiem, że musicalowa wersja Nędzników jest sławna na cały świat i pewnie, gdybym się skupiła, sama potrafiłabym powtórzyć z pamięci słowa I Dreamed a Dream, ale i tak jakoś nie mogę potraktować jej inaczej niż jako kolorowej ilustracji do książki, igraszki-addendy, rozrzuconych wśród morza tekstu stron z grafikami Bayarda*. Paradoksalnie, to dobrze, bo nie przejmuję się ani cięciami fabuły, ani dopasowaniem jej do musicalowego formatu, ani przesunięciem akcentów.

Obsada nie rozczarowuje, nawet Russell Crowe, co do którego występu miałam największe obawy (bardzo mi ten casting na Javerta nie pasował, a tu niespodzianka – jego interpretacja Javerta dalej się rozjeżdża z moimi wyobrażeniami i oczekiwaniami, ale ładnie wyszło i wokalnie też przyzwoicie). Może nie wszystkie wykonania rzucają na kolana, ale wszyscy potrafią śpiewać**, tutaj kudos szczególnie dla Hugh Jackmana, Anne Hathaway i Eddiego Redmayne’a.

Wizualnie nie ma się do czego przyczepić***, ba, bardzo dobrym pomysłem było zachowanie pewnej teatralności scenerii i wnętrz, przy jednoczesnym ograniczeniu musicalowej maniery w grze aktorskiej – na tyle, na ile się dało, z takim solilokwium Valjeana niewiele można zrobić. Nie mogę tutaj nie przyklasnąć decyzji reżysera, żeby aktorzy śpiewali na planie w trakcie gry, zamiast dogrywać partie wokalne w studio, jak to się robi normalnie. Może ten czy inny dźwięk brzmi bardziej chwiejnie, ale wiarygodności interpretacji wyszło to na dobre.

Przyznaję, seans trochę mnie zmęczył, nie wiem, czy dlatego, że utrzymana została formuła oryginału (sing-through), a w kinie nie ma co liczyć na antrakt, czy dlatego, że weszłyśmy dość późno na salę i wylądowałyśmy prawie pod samym ekranem, ale chętnie zobaczę wersję Hoopera jeszcze raz czy dwa. Póki co, zapałałam chęcią ponownej lektury powieści Hugo i zajmując się domowymi obowiązkami pogwizduję sobie Do you hear the people sing, bo co innego ja bym mogła pogwizdywać.

A na koniec trzy rodzynki -

Mała Cosette z miotłą. Żadna adaptacja Nędzników bez tego obrazka, nie powinna uczciwie nazywać się adaptacją Nędzników. A jeśli już jesteśmy przy Cosette, to będę wyglądać w najbliższych latach twarzy Isabelle Allen i Daniela Huttlestone'a na srebrnym ekranie, bo oboje debiutanckim występem w filmie Hoopera weszli do oficjalnego grona najbardziej utalentowanych aktorów dziecięcych.

Javert pewnie spacerujący na wysokości przy samych krawędziach (i szerzej – w ogóle ustawianie Javerta wysoko, nad innymi postaciami, szczególnie Valjeanem). Metafora moralnej nieskazitelności i, oczywiście, wyższości (a tak się przecież widzi królewski inspektor) przełożona na obraz. Prosty, błyskotliwy pomysł.

Długie zbliżenia na twarze aktorów w trakcie śpiewu. Musical Nędznicy to epickie widowisko. Epickie. Widowisko. Tymczasem ten prosty zabieg – chwilowe odcięcie świata, wręcz wyjęcie aktorów z jakiegokolwiek tła, i skutkujące skupienie tylko i wyłącznie na pojedynczych bohaterach i ich emocjach – nadał mu wymiaru kameralnego i osobistego. Znowu, posunięcie genialne w swojej prostocie.

 

 

* Inaczej jest w przypadku musicalu NMDP, który traktuję śmiertelnie poważnie.

** Co w przypadku wysokobudżetowych adaptacji musicali wcale nie jest takie oczywiste, a że nie każdy może być Mamma Mią...

*** Coś czuję, że tutaj nominacje zamienią się w Oskary.



piątek, 25 stycznia 2013, fabulitas

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2013/01/25 19:21:22
Generalnie od wykonania scenicznego film różni się brakiem dynamiki i energii. Mimo to... wyszło dobrze. Nawet bardzo dobrze. Książka w dużej mierze jest psychologiczna, to trzeba było oddać i uważam że się to udało. W końcowej scenie śmierci Valjean'a film otarł się o epickość, się wzruszyłem po prostu, to spotkanie z Eponinką, Fantyną i biskupem zapożyczone ze sceny wyszło świetnie.
-
2013/01/26 13:47:26
Zależy od którego wykonania scenicznego, ach, ta ziewająca widownia w Romie. No niemniej, generalizując, ten rodzaj energii, który sprawdza się na scenie, niekoniecznie musi sprawdzać się na ekranie i to, że Hooper nie próbował go przenieść do filmu, tylko dobrze o nim świadczy.
-
2013/02/02 00:57:14
Im więcej czasu mija od mojego powrotu z kina, tym mocniejsze mam poczucie, że mi się podobało i tym bardziej nie mogę się odczepić od muzyki i tym chętniej bym poszła jeszcze raz.
Napisz do mnie!