kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Blog > Komentarze do wpisu

Colette z Belfastu

Shadow Dancer, reż. James Marsh, wyst. Andrea Riseborough, Clive Owen, Gillian Anderson, David Wilmot, Aidan Gillen

W środę przed Skyfall Multikino wyświetliło nam standardowe pół godziny reklam i garść trailerów. Było to jak zwykle bardzo pouczające. Dodzieliśmy się, że Artur Żmijewski jest jednak aktorem, a nie prowincjonalnym księdzem; że na froncie polskich komedii bez zmian (wciąż srogo, nie pytajcie); i że istnieje taki film jak Shadow Dancer. Shadow Dancer... Shadow Dancer... czy ja gdzieś o tym nie czytałam? Czy nie przypadkiem w sierpniowym Empire? I czy autor recenzji o mało co się tam nie zachłysnął z zachwytu?

Przypomniałam sobie kilka z tych zachwytów i wyszło mi, że to film jakby skrojony pod mój gust. Może pamiętacie, zdaje się coś w ten deseń mówiłam ostatnio o Tinker Tailor Soldier Spy. Jest więc Shadow Dancer kameralnym filmem szpiegowskim, gdzie zamiast ekscytującej pogoni po dachach Wielkiego Bazaru w Stambule serwuje się nam na przystawkę, danie główne i deser rzeczywistość przyziemną i brzydką (ale pięknie sfilmowaną). Tak, oczywiście, że poszłam do kina.

 

 

Jest rok 1993, IRA podkłada bomby, organizuje zamachy, przeprowadza egzekucje, równocześnie trwają rozmowy o zawieszeniu broni pomiędzy Sinn Féin i przedstawicielami brytyjskich władz. Colette McVeigh, bojowniczka IRA i, czy może – a przede wszystkim córka, siostra i (samotna) matka, zostaje zmuszona do współpracy z MI5. Mija pierwsze dziesięć minut filmu, może kwadrans, i już wiemy – z ruchu kamery, palety kolorów i natężenia światła, z słów, które nie padają – że to nie będzie historia ze szczęśliwym zakończeniem.

Shadow Dancer nie należy do filmów, które zdradzają nam, co się dzieje w głowach ich bohaterów. Czyny i rozmowy markują kolejne przemilczenia. Wszyscy – pracownicy Służby Bezpieczeństwa, bojownicy IRA i członkowie ich rodzin – są nauczeni przez doświadczenie strzeżenia sekretów. Jeśli nie dotrzymasz tajemnicy, zginiesz. Jeśli nie dotrzymasz tajemnicy, zginie ktoś, za kogo jesteś odpowiedzialny. Jeśli nie dotrzymasz tajemnicy, zginie ktoś, kogo kochasz. Ciągłe balansowanie na cienkiej linii pomiędzy prawdą a kłamstwem. Powiedzieć prawdę czy skłamać? Co mnie zabije? Prawda? Czy kłamstwo? Paranoiczny świat, a w jego sercu codzienność – dzieci, które trzeba zaprowadzić do szkoły, obiady, które trzeba ugotować, naczynia do pozmywania, urodziny do wyprawienia.

Andrea Riseborough jako Colette przekonała mnie od pierwszych minut, ta rola jest cała jej, od początku do końca, więc z łatwością przyszło mi kibicowanie głównej bohaterce i martwienie się o jej przyszłość. Dzięki powściągliwej, stonowanej grze Riseborough, jeszcze mocnej rezonują momenty większej ekspresjii u Colette – kiedy krzyczy na „opiekującego się” nią agenta, cieszy spokojnym popołudniem z rodziną czy kiedy jej ostrożny krok kogoś pchanego do przodu przez wydarzenia zastępuje krok zdeterminowanej kobiety.

Dopiero po seansie skojarzyłam, skąd znam tę aktorkę – a później jeszcze dodatkowo sprawdziłam i okazało się, że widziałam ją już w kilku produkcjach. Cała obsada składa się z aktorów może nie będących gwiazdami wielkiego formatu (z wyjątkiem Clive'a Owena, o nim za chwilę), ale zdolnych i cenionych. Obok Riseborough zobaczymy między innymi Gillian Anderson, która w ostatnich latach kolekcjonuje dobre role drugoplanowe (Miss Havisham w Wielkich Nadziejach, Mrs Castaway w The Crimson Petal and the White, Eleonor w How to Lose Friends & Alienate People), Aidana Gillena (Petyr Baelish z Gry o tron i Tommy Carcetti z The Wire, kompletnie go tutaj nie poznałam) i Davida Wilmota (Ripper Street, Dynastia Tudorów, The Guard).

Clive Owen gra w Shadow Dancer rolę Maca, agenta, który werbuje Colette, ale przypomina tutaj raczej tatusiowatego Clive'a Owena z tytułów obyczajowych, niż bohatera akcji z wielkich sensacyjnych produkcji. Twarz wymięta tak samo, jak ubranie, niewielki brzuszek, starannie wypastowane buty, bardziej ślepiący w papiery i ekran komputera urzędnik, niż (stereotypowo postrzegany) pracownik Secret Service, chociaż oczy dalej niebieskie a głos jak zawsze głęboki. Colette ufa Macowi, bo nie ma wyboru, stawką jest jej życie – on skrewi, ona zginie. Widzowie obserwujący jego zmagania widzą jego determinację i dobrą wolę, ale już w to, że ochroni Colette, mogą powątpiewać.

Historia Colette McVeigh rozwija się niespiesznie, ale niepowstrzymanie, aż do tragicznej konkluzji, która nie jest ani zrządzeniem losu, ani udowodnieniem tezy, ani znakiem czasów (film powstrzymuje się przed pokusą uogólnienia), tylko prostą konsekwencją wyborów dokonywanych przez bohaterów od pierwszych chwil filmu. Go n-éirí an bóthar leat, Colette.

niedziela, 04 listopada 2012, fabulitas

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/11/04 21:04:52
Zainteresowałaś mnie.
-
2012/11/05 08:18:42
Doskonale :)
-
2012/11/05 16:55:53
Koniecznie muszę się wybrać na ten film, bardzo mnie nim zainteresowałaś. Nie umiem przejść obojętnie obok filmów, które dotyczą "the Troubles" w Irlandii Północnej odkąd poznałam bliżej ludzi, których to dotyczyło i odkąd poznałam Belfast - miasto niezbyt może piękne, ale takie, w którym na każdym kroku czuć jego historię.
-
2012/11/08 10:01:07
Też widziałam zwiastun przed "Skyfall", ale filmu u mnie nie grają. Co nie przeszkadza wisieć wielkiemu plakatowi. Tak na zachętę. Śliń się, ale i tak nie dane będzie ci go zobaczyć. Ech... Poczekam na dvd.
Napisz do mnie!