kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Blog > Komentarze do wpisu

Your Revolution Will Be Televised

Suzanne Collins – The Hunger Games trilogy

(The Hunger Games, Catching Fire, Mockingjay)


Wielkimi krokami zbliża się premiera filmowej adaptacji „The Hunger Games” (tak, oczywiście, że ignoruję polskie tłumaczenie tytułu) i w związku z tym co i raz trafiam w sieci na jakieś materiały promocyjne, wywiady z aktorami i radosną twórczość własną fanów, i przypominam sobie, że chciałam napisać parę słów o trylogii Suzanne Collins.

To nie jest tak, że „The Hunger Games” są bez wad, ale czytało mi się je wyśmienicie - a trzeba pamiętać, że nie mieszczę się w podstawowej grupie docelowej, więc pewnie przeszkadzało mi więcej rzeczy niż modelowemu czytelnikowi/czytelniczce.

Poniższy tekst to nie recenzja, tylko luźne rozważania o kilku kwestiach. Uwaga: spojleruję bez opamiętania wszystkie trzy tomy, także jeśli ktoś nie czytał, a nie lubi poznawać szczegółów fabularnych przed lekturą, to powinien odpuścić sobie dalsze części notki, może poza pierwszą, która jest około-książkowa i zdradza tyle, co opis z okładki.

 

May the odds be ever in your favour

W grudniowym karnawale blogowym Rusty zalinkowała recenzję „Mockingjaya”, której autorka napisała rzecz dla mnie dość zdumiewającą, a mianowicie, że jest jej przykro, że kręcąc ekranizację „z książki, krytykującej pornograficzność mediów, robi się po prostu kolejny przypadek tej medialnej pornografii”, pokazując na ekranie kolejne śmierci.

Collins pokazuje zły, okrutny system, w którym dzieci zabijają dzieci i jest to telewizyjną rozrywką. Robi to opisując ze szczegółami kolejne krwawe zgony – uczestnicy Głodowych Igrzysk nie giną w książkach poza zasięgiem pióra. A czytelnicy, trzymający oczywiście kciuki za Katniss, są ciekawi, co też wydarzy się na arenie. Czytelnicy są kolejnymi widzami Hunger Games i uświadomieniu sobie tego towarzyszy bardzo właściwe, nieprzyjemne uczucie.

Jak sądzę, twórcy filmu nie wypaczą ani nie złagodzą treści książki (na razie film jest promowany jako historia dziewczyny zmuszonej do udziału w okrutnym widowisku i jako historia miłosna – nacisk w kampanii promocyjnej na wątek romantyczny już spotkał się z negatywną reakcją części fanów – na tym froncie, jak widać, wszystko w porządku), więc dlaczego ma być to nagle „medialna pornografia”? Bo zarobią o wiele większe pieniądze, niż autorka? Bo ludzie, którzy przeczytali, będą chcieli zobaczyć tę historię przełożoną na język obrazów? Bo weekendowi konsumenci kultury wybiorą się w sobotnie popołudnie do kina na „The Hunger Games”? Does not compute.

Jakiś czas później sama natrafiłam na coś, co może mieć związek z odczuciami autorki recenzji. Po wypuszczeniu kolejnego trailera „The Hunger Games” w pewnych rejonach sieci zaroiło się od bazujących na nim fanartów i fotomontaży, i nie na jednym, i nie na dwóch pojawiło się „motto” Głodowych Igrzysk –„May the odds be ever in your favour”, motto, które wydaje się w najlepszym razie okrutnym żartem.

Gdyby los (okoliczności) był po stronie Katniss, to jej siostra nie zostałyby wylosowana. Gdyby któremukolwiek z trybutów los sprzyjał, to urodziliby się w lepszym świecie, gdzie dzieci nie są zmuszane do mordowania dzieci na oczach rozentuzjazmowanych tłumów. W jakim języku to, że rodzice i dystrykt wychowują cię na mordercę, jak to ma miejsce w przypadku „zawodowców” („careers”), oznacza „pomyślność losu”? Collins dobitnie pokazuje, że nawet zwycięzcy Głodowych Igrzysk, nie są żadnymi zwycięzcami, a ocalałymi, pozostałymi przy życiu, którzy zapłacili za to ogromną cenę.

Zdaje się w trzecim tomie jest ten moment, że w rozmowie pomiędzy Katniss i Peetą pada gorzkie „May the odds…” jako znak radzenia sobie z traumą, ale i potwierdzenie świadomości, że chociaż są poza areną, to wciąż jedynym wyborem, jaki mają, jest zabić albo zginąć. Dla mnie była to bardzo uderzająca scena, podobnie jak ta, w której „sztab generalny” zastanawia się, jak wyciągnąć z Katniss, fatalnie wypadającej w inscenizowanych sytuacjach przed kamerą, Mockingjaya i kolejne osoby zaczynają wymieniać swoje ulubione momenty „show”.

A tymczasem fan jeden z drugim pracowicie dopieszcza grafikę w Photoshopie, przyjmując bezrefleksyjnie język, którym o Głodowych Igrzyskach mówi Kapitol. I mnie to trochę kopnęło, chociaż wiem, że oni wszyscy zasadniczo patrzą na Panem z perspektywy Katniss, gdzie główny konflikt przebiega nie na linii trybut-trybut, a ludność dystryktów-Kapitol, czy bardziej konkretnie ludzie uciskani (traktowani okrutnie) a ludzie okrutni (bądź pozwalający na okrucieństwo) dla własnej wygody, bezpieczeństwa, rozrywki.

 

Raz, dwa, trzy, umrzesz ty

Ponieważ ja wciąż dziwię się światu, zdziwiłam się reakcją dużej części czytelników kręcących oczytanymi nosami na zakończenie trylogii. Dla mnie było idealne.

To, że Katniss zwiąże się w końcu z Peetą było dla mnie oczywiste (więc kolejno: kibicowałam Gale’owi, życzyłam Peecie gwałtownej śmierci, krzywiłam się na to, że Katniss nie ma żadnej trzeciej opcji, tylko jeden albo drugi i true love aż po grób, ale łaskawie przyznawałam, że pokancerowanej dziewczynie trudno byłoby związać się z kimś „normalnym”, i machnęłam na „romantyczne” perypetie ręką), sposób w jaki do tego doszło wydawał mi się dostatecznie wiarygodny. I tyle.

Natomiast śmierć Prim, w dodatku z rąk sprzymierzeńców, jest według mnie rozwiązaniem fabularnym ocierającym się o genialność. Miłość Katniss do młodszej siostry i złożona dziewczynce obietnica doprowadziła do rewolucji. Alma Coin jednym posunięciem zniszczyła resztki lojalności wobec prezydenta Snowa i Katniss Everdeen, dziewczynę, która uosabiała wartości rewolucji i która mogła sprzeciwić się polityce prezydent 13 Dystryktu.

Gdyby Paylor (oj, jak ładnie zaznaczona jest różnica między Coin a Paylor - pierwsza traktuje Katniss jak pionka w grze, druga jak człowieka – i dlatego, kiedy dowiadujemy się, że na czele rządu po śmierci Coin stanęła Paylor, wiemy, że doczekaliśmy się jakiegoś happy endu), przywódczyni rebelii z Ósemki, nie pozwoliła Katniss spotkać się ze Snowem, a łatwo można to sobie wyobrazić, Coin miałaby upragnioną władzę, a chora z żałoby Mockingjay pewnie wróciłaby na ruiny swojego dystryktu, żeby wieść życie ocalałej z masakry. U podstaw nowych rządów ległaby zbrodnia (z punktu widzenia ich twórców – zbrodnia konieczna), dzieci Kapitolu zabijałyby się w Głodowych Igrzyskach.

(A czy nie znakomite jest to, że pozostałe dystrykty patrzyły na niemalże mityczną Trzynastkę, jak na wybawcę, podczas gdy każdy czytelnik, który liznął historii w podstawówce, musiał patrzyć na wojskowy reżim przynajmniej z nutą nieufności?)

 

Dziewczyna w płomieniach

Katniss Everdeen wydaje mi się postacią trudną do polubienia, ale ja zdecydowanie ją lubię i to nie tylko dlatego, że stoi w opozycji do dzielnych heroin, którym obecność chłopaka czy dwóch zwykle ujmuje rozsądku a podnosi współczynnik głębokich westchnień. Myślę, że to, że Katniss wydaje nam się taka chłodna, ma sporo do czynienia z ograniczeniami narracji pierwszoosobowej. Katniss widzimy oczami Katniss, a ona ocenia się surowo i wydaje się bardzo dojrzała.

Sama złapałam się na tym, że kiedy któryś raz rozmyślała o Peecie i Gale’u, w swoim stylu, który scharakteryzowałabym słowami „no bullshit”, pomyślałam – daj wreszcie spokój dziewczyno, bierz któregoś albo rzuć obu w cholerę, jak ci tak średnio zależy. I musiałam się upomnieć, hej, Fabulitas, ogarnij się, przecież czytasz historię dziewczyny, którą życie zmusiło, żeby była dorosła, ale to wcale nie znaczy, że jest dojrzała – a przecież nie miała kiedy i jak dojrzeć uczuciowo, dojrzeć do relacji romantycznej i erotycznej (przyznam się, że wciąż z niechęcią myślę o tym, jak Peeta zrzucił Katniss na głowę swoją miłość, nawet jeśli miało to na celu poprawienie jej szans na przeżycie). Poza oczywistymi momentami (Katniss w pierwszym tomie podejrzewająca Peetę o nie wiedzieć jaką przebiegłość), kiedy autorka pokazuje nam, że świat może nie do końca wyglądać tak, jak Katniss go widzi, mamy jednoznaczną, zdecydowaną perspektywę. I mnie brakowało takiego spojrzenia z zewnątrz – hej, to przecież młoda dziewczyna, dziecko okradzione z dzieciństwa, rzucone w wir wydarzeń, które je przerastają.

Zastanawiając się, co właściwie chcę napisać w tej notce, zaczęłam myśleć co-by-było-gdyby. W jaki sposób Katniss – która potępia się za to, że nie nadaje się na uzdrowicielkę i uciekała z domu, kiedy do jej matki przynoszono chorych, a przecież opiekowała się przez lata swoją małą rodziną (przynosząc pożywienie, a więc i troszcząc się o ich ciała) i kiedy odnalazła rannego Peetę ani przez moment nie zawahała się przed tym co musiała zrobić, niezależnie od własnych lęków i odczuć – można było przedstawić w łagodniejszym świetle?

I tak sobie pomyślałam, czy nie było by pięknie, gdyby w pierwszym tomie narratorką była Katniss, ale w drugim i trzecim już kto inny? Do drugiego tomu oczywistym wyborem byłby Peeta, chociaż ja (ponieważ Peetę lubiłam gdzieś do momentu, kiedy udało mu się przeżyć, aż Katniss po niego przyszła, potem zrobił się na moment interesujący dopiero po praniu mózgu) wolałabym Finnicka. Do trzeciego Prim, Haymitch albo Boggs (Prim i Boggs musieliby w pewnym momencie „oddać narrację”, ale znowu – wydaje mi się właściwe, żeby Katniss mogła zakończyć własnym głosem swoją historię). Dzięki temu zobaczylibyśmy Katniss oczyma innych (także jako Katniss-dziecko-na-arenie), zamiast tylko podejrzewać, czym jest ten sławny „wpływ”, z którego ona nie do końca zdaje sobie sprawę, uniknęlibyśmy niektórych przydługich fragmentów, kiedy Katniss trzeba było coś zrelacjonować/wytłumaczyć i pewnie mielibyśmy szansę poznać lepiej Panem (a to, czym jest Panem i kto w nim żyje należy do najbardziej interesujących aspektów „The Hunger Games”).

Żeby nie było – dostaliśmy, co dostaliśmy, i było to dobre.

(Zwróciliście uwagę, że Katniss ma też cechę każdego Bohatera Powieści Młodzieżowej TM? Przy całej swojej odwadze i bystrości, wykazuje się czasami świętą naiwnością pierwszej wody.)

(Nie zgadzam się też z dość powszechną opinią, że „Catching Fire” jest najsłabszym tomem z trylogii, i po co on w ogóle, i jakoś tak bez pomysłu – owszem, na poziomie wydarzeń rzecz momentami kuleje, ale poza wprowadzeniem nowych bohaterów, w „Catching Fire” mamy właściwie cały rozwój „polityczny” Katniss, nie oddałabym tego za żadne skarby.)

 

If you want a picture of the future, imagine a boot stamping on a human face — forever.

Można bez większej przesady napisać, że „The Hunger Games” to klasyczna antyutopia – a to, że to wszystko w literaturze już było (i nie, nie chodzi mi o „Battle Royale” Takamiego, raczej o właściwie każdą dwudziestowieczną wizję dystopicznej przyszłości), wcale nie umniejsza dokonań Collins w tej materii. Nie chcę się tutaj rozwodzić nad jej krytyką tradycyjnych mediów i mechanizmów, które dobrze znamy z naszej rzeczywistości (nie trzeba daleko guglać, żeby znaleźć takie analizy), a raczej zwrócić uwagę na niezwykłą przenikliwość Collins w tworzeniu Panem i zasad jego funkcjonowania, na te wszystkie szczegóły zachowań ludzkich, które są tak boleśnie wiarygodne. O sile jej wizji świadczą różne “drobiazgi” - Pierwszy i Drugi Dystrykt, które chcą „przypodobać” się opresorowi i w pewien sposób próbują przemienić swoją opresję w „chlubę”, Katniss sparaliżowana niemocą i z obawy o swoich najbliższych gotowa zrobić wszystko, czego Snow od niej zażąda, ignorancja bądź wyuczone „niewidzenie” u części mieszkańców Kapitolu, różne interesy wśród rebeliantów, siła symboli (Katniss może zginąć, walczącym wystarczy sama jej twarz), tyran tak przekonany o swojej sile, że ogranicza to jego perspektywę (kto inny by uznał, że ponowne rzucenie Katniss na arenę załatwi sprawę, a nie odniesie skutek przeciwny – a ten odniosłoby prawdopodobnie nawet wtedy, gdyby dziewczyna tam zginęła) itd. itp.

(Duży, duży plus za to, że Collins nie starała się niczego łagodzić, mimo że pisała (w zamyśle) dla starszej młodzieży, a dodatkowo jej brutalny realizm nie został podlany dydaktycznym sosem. To jest w sumie bardzo prosta bajka - u podstaw rewolucji w Panem legły dwa gesty – miłości i poświęcenia, kiedy Katniss zgłosiła się jako ochotniczka w miejsce Prim, i buntu, kiedy przestała grać według reguł gry ustalonych przez władców Kapitolu – ale trzeba to sobie samemu wyczytać.)

 

No, to wyrzuciłam z siebie, co mi chodziło po głowie, mogę wrócić do Hollinghursta. Serdeczne gratulacje dla wszystkich, którzy doczytali do tego momentu.

sobota, 18 lutego 2012, fabulitas

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/02/19 11:18:46
Ja doczytałam i bardzo mi się podobało, zwłaszcza rozważania o narracji mi się podobają, bo jak w pierwszym tomie Katniss jest najlepsza do opowiedzenia historii (poza tym ja nie oddałaby, podejrzeń o przebiegłość Peety za nic w świecie), tak w kolejnych tomach przydałoby się zróżnicowanie głosów.

No i oczywiście śmierć Prim, jak dla mnie pokazuje lepiej bezsens i losowość wojny niż tysiąc słów. Podobnie w "Na zachodzie bez zmian", gdzie ostatni rozdział po prostu wali cię obuchem w głowę. Dlatego mam pewien problem z epilogiem "Hunger Games" i gdyby nie ciągłe upewnianie się Peety, pewnie bym tego nie łyknęła.
-
2012/02/19 14:34:44
Świetne. I czytało się do końca doskonale.
-
2012/02/19 16:59:22
@Rusty

Ja byłam przekonana, że Collins nie wykończy swojej głównej bohaterki, to by było wbrew wszelkim konwencjom literatury młodzieżowej, gdzie umierają tylko główne bohaterki chore na raka, a i to dopiero po spełnieniu marzeń i uczynieniu świata lepszym. No i Collins jakoś tam pokazała, że i Katniss i Peeta mają właściwie normalne życie, to jednak oboje są nieodwracalnie pokaleczeni, zamiast zafundować czytelnikom kolejne "i żyli długo i szczęśliwie, i powychodzili za szkolne miłości, zmarłych mają we wdzięcznej pamięci, a dziecku dali Albus Severus".

@Ninedin
To bardzo się cieszę :)
-
Gość: porcja, 83.238.117.*
2012/03/23 17:50:37
Kochana Fabu,

wiosna przyszła.
Napisz nocię.

Twoja Nuta :)
-
Gość: Alis, *.swidnica.mm.pl
2012/04/05 19:39:26
kurcze, niepotrzebnie czytałam. Bo póki co zdobyłam tylko pierwszą część. Kolejnych szukam i szukam i nic. No i się dowiedziałam, że Prim umrze. Dla takich jak ja przydałoby się ostrzeżenie :Uwaga spojler!
-
2012/04/08 20:41:16
@Alis

Przeciez napisalam we wstepie, ze spoileruje :)
-
2012/04/10 11:21:29
Genderswap, ale nie Sherlocka, tylko Lestrade'a: archiveofourown.org/works/330685/chapters/533662, może cię zainteresuje.
-
2012/05/24 20:38:51
Wreszcie przeczytałam wszystko, więc czym prędzej przyleciałam czytać. Wcale nie był ten wpis za długi! Wręcz za krótki moim zdaniem ;)

Podobało mi się bardzo, a jako książka dla młodzieży to już w ogóle. Faktycznie, epilog nieco zbyt cukrowy, ale w sumie bardzo przypominał ten z mojego ulubionego filmu "Życie ukryte w słowach" i był chyba po to, żeby autorka mogła dać swojej wymęczonej bohaterce zasłużone w miarę szczęśliwe zakończenie. Zresztą cały czas kołatały mi się po głowie te słowa:

"Chleby upieką się w piecach nam.
I spójrz: tam gdzie tylko był dym,
kwiatem zabliźni się wojny ślad,
barwą róż.
Dzieci urodzą się nowe nam.
I spójrz: będą śmiać się, że my
znów wspominamy ten podły czas,
porę burz."

Nawet te chleby się zgadzają. Więc w sumie chyba to właśnie tak jest - człowiek jest w stanie znieść tak wiele i nawet znaleźć potem jeszcze odrobinę szczęścia.

"Catching fire" wydaje się słaby z punktu widzenia trzeciego tomu, który jest spektakularny, ale bez niego nie byłoby trzeciego tomu. Rewolucje nie rozwijają się z dnia na dzień. Moim zdaniem był niezbędny i miał swoje genialne momenty (jak wywiady ze zwycięzcami).

A propos mediów - w trakcie czytania przychodziły mi do głowy porównania z Egiptem i Tunezją - tam rolę zapalnika pełnił poniekąd facebook, tutaj telewizja, tylko wykorzystywana w równym stopniu przez Kapitol co rebeliantów.

A w ogóle to jak możecie nie kochać Peety? Ja go kocham miłością wielką od pierwszego momentu. W sumie to zabawne, że niby Katniss miała wybrać tego, który jej pomoże przetrwać. Moim zdaniem wybrała raczej tego, który by sobie bez niej nie dał rady, bo miała syndrom zbawcy. Jakoś tak w połowie trzeciego tomu pomyślałam sobie, że tak właśnie by było, bo dla Gale'a Katniss była tylko młodzieńczą miłością, przyjaciółką, partnerem, owszem, tak, ale nie była mu niezbędna do życia. A Peetcie była. Poza tym oni byli tak jakby metaforą jej życia i wyborów - Gale był związany z dzieciństwem, Peeta z dorosłością. Gale był jej przeszłością, a Peeta przyszłością. Tak mi się wydaje.

Kurczę, może jednak napiszę coś u siebie, bo strasznie dużo rzeczy jeszcze mi chodzi po głowie, a tu się nie zmieszczą ;)
-
2012/05/25 18:55:07
Mnie Peeta nudzi jako postać. A z kolei książkowy Gale nigdy nie miał za bardzo okazji "rozwinąć skrzydeł".

Czekam na notkę z niecierpliwością!
-
2012/05/25 20:22:32
O Gale'u tak naprawdę dowiadujemy się czegokolwiek dopiero w trzecim tomie. W ogóle jednym z moich w sumie nielicznych zarzutów odnośnie książki byłoby to, że portrety postaci jednak mocno kuleją i bardziej są takimi szkicami, w które sobie sami coś tam wbudowujemy, niż pełnokrwistymi osobami.
Napisz do mnie!