kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Blog > Komentarze do wpisu

Kapuściński non-fiction. Debata.

Coś na kształt relacji z dyskusji zorganizowanej przez Instytut Reportażu 16 marca 2009. Będzie subiektywnie i bardziej chaotycznie niż bym sobie tego życzyła.

 

Miałam taki sprytny plan, żeby przed pójściem na wtorkową debatę Instytutu Reportażu o „Kapuściński Non-fiction” dokończyć lekturę, ale życie mi się wtrąciło i wciąż jestem w połowie. W związku z tym do Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie odbyła się debata IRu, poszłam niezadowolona z siebie i powątpiewająca w celowość tego wyjścia. To drugie, jak się okazało, niepotrzebnie, bo debata w dużej mierze dotyczyła debaty ogólnopolskiej albo zahaczała o te wątki w książce, które mam już za sobą.

A do domu wróciłam z mieszanymi odczuciami. Z wielu powodów.

Po pierwsze, jak przyznał Wojciech Tochman, IR nie był przygotowany na to, że szum wokół „Kapuściński Non-fiction” osiągnie takie rozmiary i że w rezultacie zaplanowana debata będzie cieszyła się aż tak dużym zainteresowaniem. Tłumy przyszły – dzikie tłumy. Osobiście nie mogę narzekać, bo ze swojego miejsca na podłodze (tak po studencku) za stołem dyskutantów wszystko dobrze widziałam i słyszałam, ale już na początku brak miejsca dla wszystkich stworzył przykrą atmosferę. Część musiała zrezygnować, bo nie dość, że nie mieli gdzie usiąść i nic nie widzieli, to jeszcze nie docierał głos – to niestety spotkało drogą M., która przyszła jakieś pięć minut po mnie i już nie dała rady wejść.

[Dosłownie na cztery dni przed rozpoczęciem Festiwalu Miłosza w Krakowie, kiedy okazało się, że zainteresowanie wieczorem inauguracyjnym z czytaniem wierszy przez Szymborską, Heaney'a i Venclovę jest ogromne, postarano się o zmianę miejsca. Ucz się, Warszawo. Wprawdzie na debatę IRu nie trzeba było rezerwować wejściówek, ale przy takim gorącym temacie i dobrym rozreklamowaniu imprezy (tak, tak, sami się prosili) organizatorzy powinni byli przewidzieć, jak to będzie wyglądało.]

Po drugie, Wojciech Tochman tak się nadaje na moderatora dyskusji, jak autorka tej notki na baletnicę. Tak jak uważam, że byłby świetnym, wyrazistym uczestnikiem każdej debaty, tak ustawienie go w roli moderatora było pomyłką (i marnowaniem potencjału). Prowadzenie dyskusji to rzecz niełatwa i choć trochę debat w życiu widziałam, to naprawdę dobrych prowadzących mogę policzyć na palcach jednej ręki. Być może część winy leży w tym, że debata IRu była o książce ogólnie, a jak coś jest o wszystkim, to bardzo często jest o niczym. Z drugiej strony, czy byłoby możliwe ograniczenie rozmowy do wybranych wątków, skoro trwa gorący spór o (a właśnie, o co?), a i uczestnicy debaty i publiczność są stosunkowo na świeżo z książką i zwłaszcza ze strony tych drugich nie należy oczekiwać daleko idących przemyśleń czy pogłębionej refleksji.

[Wprawdzie nie miałam takich wrażeń, jak jeden chłopak z publiczności, który skomentował na wyjściu, że każdy powiedział swoje, skończyło się i nic z rzeczy całej nie wynikło, ale byłabym bardzo ostrożna w formułowaniu wniosków, co też ja wyniosłam z tej debaty.]

Po trzecie (wybaczcie, że tak schematycznie, ale pora jest późna i nie mam siły walczyć ze słowami, a jak teraz tekst zostawię, to nie wiem kiedy i czy w ogóle go jeszcze ruszę), dobór uczestników budził moje wątpliwości. Na pierwszy rzut oka wyglądał nieźle (poza Tochmanem usadzonym jako... nie, nie odżałuję tego tak szybko): ks. Adam Boniecki w roli krytyka łagodnego, który nie omieszka wymienić zalet książki, Agata Tuszyńska – krytyka totalnego, a Andrzej Stasiuk – entuzjasty. Tylko że razem jakoś to nie „zagrało”, jakoś się rozmówcy „mijali”. Gdybając, wskazałabym dwie przyczyny – podzieloną formułę debaty (najpierw wypowiedzi pt. „wrażenia ogólne”* i pytania „indywidualne” do każdego z uczestników, następnie po pytaniu od uczestników do Artura Domosławskiego i odpowiedzi tegoż, a na koniec pytania z publiczności) i omawianie książki „od początku”.

Po czwarte i ostatnie, publiczność. Ja wiem, że debata, że różne zdania, że starcie poglądów, że emocje, że temat, ale nie mogę zdecydować (a może raczej wyczuć), czy w tym konkretnym wypadku oklaski i okrzyki powinnam była odbierać jako wyraz żywego zainteresowania i uczestnictwa oraz sympatyczny w gruncie rzeczy sposób wyrażenia poparcia dla tego czy innego argumentu (każdego z zabierających głos), czy raczej znak igrzysk i „wiecowości”. Do tego drugiego skłania mnie treść późniejszych pytań od publiczności, gdzie było dużo emocji, dużo retoryki, a mało konkretu.

Debata zaczęła się od krótkiego (ale myślę, że jednocześnie nieźle streszczającego dotychczasowe wątki w debacie o „Kapusciński Non-fiction”) wprowadzenia Wojciecha Tochmana, a następnie każdy z dyskutantów miał swoje pięć minut na podzielenie się przemyśleniami.

Problem w tym (dla mnie i każdego jako tako śledzącego trwającą w mediach dyskusję), że owe wypowiedzi nie trwały po pięć minut, tylko dłużej, i jak sądzę nie ma sensu, żebym rozpisywała się, kto i co powiedział, bo w dwóch na trzy przypadki mogę zapodać odpowiednie, „dokładne” linki. Ksiądz Boniecki bardzo elegancko podzielił się swoimi wątpliwościami odnośnie ustalania granic w pisaniu o osobach publicznych, Agata Tuszyńska przygotowała sobie statement i przeczytała go w całości, powtarzając to, co wcześniej powiedziała w tym wywiadzie, a Andrzej Stasiuk raz jeszcze się zachwycił, ale rozwijając z właściwą sobie swadą zasygnalizowany tylko w artykule wątek „biednego chłopaka z Pińska”.

[Tak przy okazji, publiczne odczytywanie przygotowanego wcześniej tekstu przy jednoczesnej próbie zachowania kontaktu z publicznością to wyższa szkoła jazdy i koń, z którego bardzo łatwo spaść i potłuc się boleśnie (sprawdzone na sobie). Pani Tuszyńskiej, moim zdaniem, właśnie to się przytrafiło i wypadła czytając, jeszcze z takim naciskiem, naprawdę fatalnie. Zderzenie jej tonu z szukaniem właściwej linijki, zająknięciami, myleniem i poprawianiem końcówek fleksyjnych – ała. Spisanie i uporządkowanie swoich myśli jest z pewnością atrakcyjne dla mówiącego, ale słuchacz w siedmiu przypadkach na dziesięć, niezależnie od treści i kontekstu, będzie się męczył i może przestać słuchać. Podobnie męczyłam się jakiś czas później na momentach czytanych Artura Domosławskiego. Wiem, maruda ze mnie.]

W „drugiej rundzie” najcenniejsza wydała mi się wypowiedź Andrzeja Stasiuka o tym, czym we współczesnym świecie staje się reportaż i jak się to ma do rodzaju reportażu uprawianego czy też stworzonego przez Kapuścińskiego. Stasiuk, jako przede wszystkim pisarz, podszedł do tematu gatunku, kwestii prawdy i wiarygodności z dużą swobodą.

Potem do stołu zaproszony został (w końcu, IMO z korzyścią dla wszystkich byłoby, gdyby był tam od początku) Artur Domosławski, i mógł opowiedzieć swoich wrażeniach z debaty – całej, nie tylko IRowej, co stało się przy słabym oporze moderacji. Wypowiedź była obszerna i nawet Gombrowicz się pojawił, i celny to był strzał, oj, celny. Nie będę tutaj streszczać czy przytaczać całości, gdzieś się na pewno pojawi – kamer, mikrofonów i dyktafonów nie brakowało.

I przyszła pora na pytania od uczestników debaty.

Pytanie ks. Bonieckiego brzmiało – czy autor uważa, że oddał w swojej książce wielkość Kapuścińskiego czy też Kapuściński „ucierpiał”. Odpowiedź, w skrócie oczywiście: Jeśli ucierpiał, to tylko na skutek takiej a nie innej lektury tego czy innego czytelnika, natomiast „skrzywdzenie” Kapuścińskiego z całą pewnością nie było intencją autora. Dalej Artur Domosławski mówił o poczuciu niektórych, że Kapuścińskiemu trzeba teraz biec na ratunek, bo autor coś napisał o nieścisłościach czy o życiu prywatnym, i że on nie jest w stanie zrozumieć takiego podejścia, tak jak czytania jego książki jako książki demaskatorskiej. Widać, i jest całkowicie zrozumiałe, że mocno mu to doskwiera.

Agata Tuszyńska (w tonie dramatycznym, który za każdym razem brzmiał o niebo lepiej w naturalnej wypowiedzi niż w czytaniu, jakkolwiek bym go nie uważała za przesadzony) zapytała o to, jak według niego Kapuściński zareagowałby na „Kapuściński Non-fiction”. Artur Domosławski się rzecz jasna nad tym zastanawiał i nie ma pojęcia – za każdym razem przychodziła mu do głowy inna możliwość. Bohater biografii mógłby być wściekły, mógłby poczuć ulgę, mógłby nie być zadowolony, mógłby rozumieć. (Ta odpowiedź w oryginale, z uzasadnieniami możliwych reakcji, a nie w moim topornym streszczeniu, to fragment rzadkiej urody i jak ktoś będzie miał okazję zobaczyć/wysłuchać relacji polecam uwadze. Ładna jest po prostu, no.)

Andrzej Stasiuk elokwentnie wyjaśnił, że nie ma żadnych pytań. Troszkę szkoda.

Następnie, przed oddaniem głosu publiczności, na chwilę zawłaszczył sobie mikrofon Wojciech Tochman, powiedział co on sam sądzi o książce – i było to definitywnie kilka wartych uwagi zdań, oraz zadał dwa pytania „warsztatowe” (o brak rozmowy z Zojką i o brak skonfrontowania informacji od rozmówczyni z tym, co mogłaby mieć na ten temat do powiedzenia Alicja Kapuścińska – oba te pytania były interesujące i jakoś uzasadnione, natomiast nie jestem przekonana, czy powinny paść akurat w debacie IRu w kształcie i kolorze, jaki miała, nawet jeśli na sali znalazł się niejeden aspirujący reporter). To, o czym mówił Tochman, co wydaje mi się bardzo ważne, a jakoś ginie w szumie, to fakt, że w „Kapuściński Non-fiction” właściwie nie ma „sensacyjnych” odkryć, jakie chcą widzieć niektórzy – i współpraca z wywiadem, i podejście Kapuścińskiego do materiału swoich reportaży, to sprawy już znane i opisane, i ktoś, kto się zainteresował tematem mógł bez problemu dotrzeć do źródeł książkowych czy prasowych. Nie w sensacji, nie w odkryciach leży siła „Non-fiction”.

O pytaniach od publiczności napisałam już w zasadzie wszystko, co chciałam** (poza ogólnym poziomem pytań, bardziej ruszyło mnie tylko pytanie o libację, a szerzej o język, jakim pisze Domosławski, ale to temat na osobną notkę, która zapewne nigdy nie powstanie). Kiedy na sali, mimo uchylonych okien, zrobiło się już bardzo, bardzo duszno, debata się skończyła.

 


 

*Takie „what one makes out of the book”, nie przytoczę pytania skierowanego do wszystkich przez Tochmana, bo nie pamiętam dokładnie, jak je sformułował, a na pomysł nagrania sobie fragmentów dyskusji wpadłam później (dziw, że się to udało, takie nagrywanie z kąta i przy pomocy komórki, której daleko do profesjonalnego sprzętu – może nawet je kiedyś odsłucham.).

**O czym jako „publiczność” mówił Roman Kurkiewicz napiszę, jeśli zbiorę się w sobie i opiszę środowe spotkanie z Arturem Domosławskim w Empiku – bo na obu tych wydarzeniach mówił mniej więcej o tym samym. Aczkolwiek zastrzegam, że z pewnych powodów będzie to notka zupełnie inna w tonie.


edit:

Nagranie debaty można obejrzeć tutaj. Polecam.

czwartek, 18 marca 2010, fabulitas

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/03/18 20:27:04
Dzięki za relację. Właśnie rozpoczynam czytanie Domosławskiego. Bo jak nie przeczytamy, to się nie przekonamy :) a więc do dzieła!
Napisz do mnie!