kultura bez tabu jest kwadratowym kołem
Blog > Komentarze do wpisu

Wokół książek, których się nie czytało

Swego czasu jeden z profesorów wspomniał nam z niejakim zdumieniem i rozbawieniem, że otrzymał zaproszenie na konferencję naukową o książkach, których się nie przeczytało. No jak, proszę państwa, można rozmawiać o książkach, których się nie czytało? Oj, można.

(Notorycznie trafiam na osobników, którzy oglądali ekranizację i usiłują sprawiać wrażenie, że przeczytali książkę. Normą jest też rozmawianie o modnych książkach – różnych Masłowskich, Pilchach czy Danach Brownach, chociaż się ich nie miało w łapkach. Jednak dzisiaj piszę o sprawie poważniejszej i, jakby nie patrzeć, smutnej.)

Ostatnio w blogosferze zapanowało poruszenie związane z nową książką Artura Domosławskiego „Kapuściński Non-fiction”. Wielu blogerów, także tych piszących na co dzień o zupełnie innych sprawach, nagle zainteresowało się książką i już ma na jej temat opinię. Kategoryczną. Czy muszę wspominać, że „Non fiction” nie przeczytali? Ba, że gros z nich podzielił się swoimi przemyśleniami zanim książka w ogóle się ukazała?

Rozumiem, że protestować może żona Kapuścińskiego (która, nota bene, książkę przeczytała i protestuje, bo niekoniecznie podoba jej się to, co przeczytała. Mam powtórzyć prze-czy-ta-ła jeszcze raz? ed. Z dzisiejszego tekstu [1.03.2010] w Wyborczej "Domosławski: Jak spiskowałem z Jerzym Illgiem" wynika, że Alicja Kapuścińska biografii męża jednak nie przeczytała, a w każdym razie, nie dostała jej od Artura Domosławskiego. Czytał ją za to Jerzy Illg.) - w końcu Domosławski porusza sprawy osobiste jej i jej męża, a każdy chciałby widzieć siebie i tych, których kocha, przedstawianych w jak najlepszym świetle i bez wyciągania bolesnych czy kontrowersyjnych spraw.

Ale dlaczego protestuje bloger? Dlaczego uznaje za chłam książkę, której nie widział na oczy? Jakim cudem ocenia coś, czego nie zna? Najbardziej mnie bawią i irytują jednoczesnie zdania w rodzaju „Domosławski był reporterem wybitnym, ale tu się zeszmacił”. Skoro ktoś uważa, że Artur Domosławski jest wybitny, to dlaczego nie da mu malusieńkiego kredytu zaufania i powstrzyma się wygłaszaniem opinii do momentu, kiedy przekona się doświadczalnie (czy-ta-jąc!), co książka jest warta?

Niesmaczne to wszystko.

 

 

 

A z innej beczki - wkrótce na blogu:

Artur Miller spotyka Arethę Franklin, czyli moje wrażenia po spektaklu „A Raisin in the Sun” w Royal Exchange Theatre w Manchesterze.

 

Arcydzieło tak bardzo niedoskonałe, czyli siedem filmów „Kara no Kyoukai – The Garden of Sinners”

 

Podwieczorek z mistrzem opowieści, czyli Gay Gavriel Kay i jego „Ostatnie promienie słońca”

niedziela, 28 lutego 2010, fabulitas

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/03/01 10:37:35
Następny wpis nie był o teatrze:)

Ad rem: dyskusja o "Non-fiction" staje się nieco przykra. Tuzy polskiego reportażu oraz przyjaciel noblistów, Jerzy Illg obrzucają się błotem, wywlekając szczegóły umów wydawniczych, oskarżając się o kłamstwa i spiski. Żenujące to jest, bo znika pytanie - które zdaje się w nieczytanej książce stawia Domosławski - czy o wybitnych ludziach trzeba pisać tylko jak o pomnikach ze spiżu.
-
2010/03/01 11:33:56
Chciałam tu napisać komentarz z innym przykładem nieczytania i wynikłej z niego awantury, (bo najkrócej mówiąc zgadzam się z tezą notki), ale może zamiast to przepisywać bezczelnie zareklamuję mój własny stary wpis: ninedin.blox.pl/2009/05/Cos-ty-czytelnikom.html ; w punkcie 2 streszczam (część) debaty na temat tego, jak czytelnik nieczytający książek może z autora zrobić rasistę.
Przepraszam przy okazji za bezczelną autoreklamę :)
-
2010/03/01 14:18:09
@Kozmo
Świat mi się wtrącił, no!

@Ninedin
A reklamuj się, reklamuj - dopóki nie założysz bloga o, bo ja wiem, szydełkowaniu...
-
2010/03/09 01:42:25
A ja mam problem: chciałabym mieć własne zdanie o książce Domosławskiego, a zarazem przy całym tym szumie medialnym, nieładnych grach i moim szacunku dla prozy Kapuścińskiego (człowieka nie znałam, więc się nie wypowiadam), nie mam ochoty finansować wykupienia dodruku... Bo poza wszystkim mam wrażenie, że nie czytałabym tej książki sine ira et studio.

A skoro już o autoreklamie mowa, to zauważyłam, że jesteś wielbicielką Keatsa - pozwalam sobie zatem podrzucić takiego linka do wpisu z jednego z moich blogów: John Keats, Oda do urny greckiej, a właściwy link znajduje się na samym dole wpisu, w postscriptum... Upubliczniłam, więc wystawiam na krytykę ;)
-
2010/03/10 08:32:13
A ja książkę kupiłam - wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać, więc stwierdziłam, że równie dobrze mogę zacząć od razu, i czytam sobie pomału (a jak przeczytam, to podzielę się wrażeniami i już sobie postanowiłam, że zrobię to możliwie w oderwaniu od medialnej wrzawy - btw ktoś słusznie zauważył, że w sferze publicznej nie ma już książki Domosławskiego tylko 600-stronicowy dodatek do dyskusji). Sądzę, że mimo awantury podchodzę do niej możliwie obiektywnie, bo po pierwsze czytałam swego czasu "Gorączkę latynoamerykańską" Domosławskiego (a nie usłyszałam o nim dwa tygodnie temu), a to kawał porządnej reporterskiej roboty, a po drugie, ważniejsze, dawno, dawno temu pisałam na olimpiadę z polskiego pracę o Kapuścińskim, której główną osią był problem "reportaż a literatura", więc niejako po drodze zapoznałam się z życiorysem Kapuścińskiego, a dokładnie m.in. z zachodnią debatą o tym, czy Kapuściński to jeszcze reportaż czy już literatura, gdzie tam prawda a gdzie fikcja, także elementy, wokół których robi się największą sensację dla mnie, ogólnie rzecz ujmując, nowością nie są.

Obiecuję się pochylić nad Twoim tłumaczeniem, jeśli tylko przetrwam dzień dzisiejszy ;)
-
2010/03/10 10:36:26
No popatrz, ja pisałam na olimpiadę pracę o Hannie Krall pod podobnym kątem... ;)
Napisz do mnie!